Człowiek z brzuszkiem też potrafi. Sensacja dekady: Ruiz nokautuje Joshuę
Inne sporty

Człowiek z brzuszkiem też potrafi. Sensacja dekady: Ruiz nokautuje Joshuę

Filmy o Rockym z zaskakującymi rozstrzygnięciami mogą się schować, czegoś takiego by nie wymyślili nawet hollywoodzcy spece od zakończeń wbijających w fotel. Andy Ruiz Jr zaszokował bokserski świat, nokautując mistrza trzech federacji wagi ciężkiej Anthony’ego Joshuę. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie było to dziełem przypadku!

AJ był przez większość ekspertów uważany za największą gwiazdę światowego boksu. Złote dziecko brytyjskich ringów szło od jednego spektakularnego zwycięstwa, do kolejnego. Zaczęło się od triumfu na igrzyskach olimpijskich w Londynie, a potem było tylko lepiej. 15 walk, 15 zwycięstw, 15 nokautów – z takim bilansem przystąpił do pierwszej konfrontacji o mistrzostwo świata. Wygrał ją, a jakże, przed czasem. Podobnie, jak cztery kolejne, w tym z wielkim Władymirem Kliczką. Zatrzymał się dopiero na innym mistrzu, Josephie Parkerze. Ale „zatrzymał” oznaczało tylko brak nokautu, bo Anglik wygrał praktycznie wszystkie rundy. We wrześniu znokautował innego złotego medalistę olimpijskiego Aleksandra Powietkina i rozpoczął przygotowania do kolejnego wyzwania – podbicia Ameryki.

Początkowo miał walczyć z olbrzymim Jarrellem Millerem. Kłopot w tym, że ważący blisko 150 kilogramów Amerykanin zaliczył spektakularną wpadkę dopingową. Promotor Eddie Hearn nie zamierzał odwoływać gali, więc na szybko poszukał zastępstwa. Padło na Andy’ego Ruiza Juniora, Amerykanina o meksykańskim pochodzeniu i bilansie 32-1 (21 KO). Wspólny mianownik w ich karierach to Joseph Parker. Joshua go pokonał, Ruiz przegrał niejednogłośnie na punkty. Teoretycznie w Madison Square Garden miało być lekko, łatwo i przyjemnie. Cóż, nie było, choć niektórzy werdykt wydali już po ważeniu. Na ceremonii z jednej strony zameldował się wyrzeźbiony niczym grecki bóg posiadacz trzech pasów mistrzowskich, z drugiej – znacznie niższy pretendent z wyraźnym brzuszkiem. Serio, Ruiz Jr wyglądał, jakby na ważenie nie przyjechał po najlepszym obozie przygotowawczym w życiu, a raczej po najlepszym tygodniu grillowania i picia meksykańskiego piwa.

I co? I nic. Bukmacherzy, eksperci i komentatorzy spodziewali się szybkiej i łatwej roboty mistrza. Podobnie, jak tysiące angielskich fanów, którzy pokonali Atlantyk, by dopingować swojego herosa. Joshua wygrał dwie pierwsze rundy, a w trzeciej powalił rywala lewym sierpem. Początek końca? Owszem. Ale zupełnie nie takiego, jak wszyscy oczekiwali. Ruiz wstał i ruszył do bijatyki. W wymianie ciosów trafił mistrza kontrą, powalając go po raz pierwszy, a chwilę później drugi. Joshua wyglądał na totalnie zaskoczonego. W kolejnych trzech rundach nie zrobił praktycznie nic. A w siódmej jedyne co zrobił, to dwa razy wylądował na deskach. Sensacja dekady w boksie stała się faktem.

Ruiz Jr został pierwszym meksykańskim mistrzem wagi ciężkiej. Udowodnił także coś, co powinno ucieszyć polskich kibiców: grubasy naprawdę potrafią walczyć. Trudno nie zauważyć, że nowy czempion trzech federacji sylwetką i stylem boksowania mocno przypomina naszego Adama Kownackiego. Polak dziś na Twitterze napisał tylko: czekam cierpliwie. Na co? Na rozwój sytuacji. Póki co Eddie Hearn już zapowiedział rewanż Joshua – Ruiz Jr, do którego ma dojść w listopadzie lub grudniu w Anglii. Zapis o ewentualnym rewanżu w razie porażki mistrza standardowo znajduje się w niemal każdym kontakcie. Jeszcze parę godzin temu wydawał się równie potrzebny, jak analiza szans Piasta Gliwice w fazie pucharowej Ligi Mistrzów…