Anglicy zdobyli Madryt, Madryt zdobył ich serca. I nie tylko ich
Weszło Extra

Anglicy zdobyli Madryt, Madryt zdobył ich serca. I nie tylko ich

Coraje y corazón. Odwaga i serce, głosi hasło witające przyjezdnych pod Wanda Metropolitano. Anglicy w zakończonej wczoraj Lidze Mistrzów mieli i odwagę, i serce, obu wręcz w nadmiarze. I właśnie dlatego Madryt, stolica najbardziej utytułowanego klubu na kontynencie, stał się na kilka ostatnich dni ich miastem.

Niewiele jest miast tak doskonałych, by celebrować życie. Madryt jest w nim rozsmakowany jak mało które miasto na świecie. Jego ulice nie pustoszeją nigdy, nocami Madryt żyje, oddycha, pulsuje. Nie jest trudno zakochać się w kulturze tapeo, szwendania się od baru do baru, próbowania tapas popijanych hiszpańskim winem. Choć w ostatnich dniach to raczej piwo dominowało na stołach i przy stolikach, w końcu przyjechali Anglicy. Właściciele pubów mówili, że na weekend zamówili tyle piwa, ile zwykle wystarcza im na ponad tydzień.

Tak jak zabawą, żyje i piłką. Przecież od paru lat piłkarska Europa kręciła się wokół Madrytu. Sześć spośród dziesięciu miejsc w ostatnich pięciu finałach Ligi Mistrzów obsadzili przedstawiciele stolicy Hiszpanii, tylko jeden mecz o Puchar Mistrzów odbył się bez ich udziału. Królewski Real wygrywał cztery z pięciu tych spotkań.

Jasnym było, że zrobi wiele, by w zakończonym właśnie sezonie powtórzyć dokonanie z roku 1957. By znów móc świętować po zakończeniu meczu na Cibeles, nie musząc wsiadać w samolot i oczekiwać jutra. Od tamtej pory jeszcze tylko Inter potrafił dojść do finału i wygrać go w swoim mieście, w Mediolanie.

„To, że w finale nie ma zespołu z Madrytu, nie powstrzyma nas przed świętowaniem” – głosiła reklama Heinekena, jednego z oficjalnych sponsorów Ligi Mistrzów. I trzeba przyznać, Hiszpanie nie potraktowali tego finału po macoszemu. No, madrytczycy, bo okładki katalońskich gazet w dniu finału mogły sugerować, że w sumie to nic ciekawego się nie dzieje. No bo skoro na jednej ląduje fotomontaż odnoszący się do brzmiącej nieprawdopodobnie plotki o ściągnięciu przez Barcelonę Neymara i Griezmanna, a druga to Junior z Betisu, który miałby wzmocnić klub ze stolicy Katalonii…

mundo010619 (1)

…to już wiadomo, jak do finału, który odbywa się w znienawidzonym Madrycie, podchodzą w Barcelonie.

Madryckie dzienniki postawiły zaś – jakby za sprawą cichego porozumienia – na tę samą narrację. „Przez Madryt do nieba”. Odnosząc się tym samym do znanego hasła, w myśl którego by stać się lepszym człowiekiem, zrobić kolejny krok do przodu w swoim życiu, powinieneś przyjechać do stolicy Hiszpanii.

ciel

Czy Anglicy przyjechali do Madrytu, by stać się lepszymi ludźmi? Pewnie nie. Ale i tak ściągnęli tutaj w ogromnej liczbie. BBC donosiło, że zostanie pobity rekord lotów z wykorzystaniem brytyjskiej przestrzeni powietrznej, w której miało się w piątek znaleźć ponad dziewięć tysięcy samolotów. Szacowano, że należy się w Madrycie spodziewać około dziewięćdziesięciu tysięcy przybyszów z Wysp Brytyjskich.

61584006_300870317521441_7112184951314841600_n

Aby zmniejszyć ryzyko konfrontacji, utworzono dwie niezależne strefy kibica, oddalone od siebie o niemal dwa kilometry. Fani Tottenhamu mieli swoją „bazę” na Plaza de Colon, ci z miasta Beatlesów – przy WIZink Center, na placu Filipa II.

Wielu kibiców – około 20 tysięcy – przyleciało bez biletu na mecz. A ceny na rynku wtórnym były – co tu dużo mówić – astronomiczne. Zagadał do mnie pod Metropolitano Polak z Liverpoolu, pytając czy jest szansa, by jakoś podpiąć go pod moją akredytację. Chwalił się, że rok temu w Kijowie kupił bilet pod stadionem za 600 funtów, tutaj, około godziny 17:00, cena wynosiła wciąż 4 tysiące euro.

– Rano było dziesięć koła, ale koniki powoli miękną. Zobaczę, po ile będzie chodzić bilet, jak będzie bliżej meczu. Może się uda – mówił.

IMG_0559

Tłumy ciągnące pod Wanda Metropolitano na trzy godziny przed meczem. Wiele z tych osób bez biletów, licząc na łut szczęścia w ostatniej chwili

Nic więc dziwnego, że Jarek Koliński z „Przeglądu Sportowego”, z którym złapaliśmy się w sobotę przed meczem, nauczony doświadczeniem poprzednich finałów ostrzegł mnie, bym za wcześnie nie wyciągał akredytacji. – Skoro bilety chodzą po cztery tysiące, to ile musi być warte wejście nie tylko na mecz, do strefy mieszanej, na konferencję?

Przekonał mnie. Wychodząc ze stacji metra miałem wejściówkę na szyi może przez pięć minut, a już zdążył się jej uczepić nastoletni chłopak, pytając łamanym angielskim, czy mu jej nie sprzedam.

Nie mógł mieć pojęcia, że aby wejść na stadion nie wystarczy machnąć akredytacją przed nosem pierwszemu lepszemu stewardowi. Można było się poczuć bezpiecznie, gdy przechodziło się przez te wszystkie stopnie weryfikacji. Prześwietlenie plecaka jak na lotnisku. Obowiązek otwarcia i uruchomienia laptopa na oczach policjanta, który oklejał urządzenia niebieskimi nalepkami na znak, że zostały już sprawdzone. Weryfikacja tożsamości? W trzech miejscach. Przy wejściu do centrum akredytacyjnego, podczas wykonywania zdjęcia do akredytacji i przy jej odbiorze. Mało tego – wchodząc do centrum prasowego trzeba było okazać akredytację policjantowi ze skanerem, na którym wyświetlało się zdjęcie posiadacza. Na wszelki wypadek.

IMG_0458

Gdy tylko włożyłem wejściówkę do plecaka, usłyszałem krzyk. Dwie dziewczyny postanowiły wykorzystać swój urok, by zwieść kibica trzymającego w ręku trzy wejściówki. Jedna odwróciła uwagę, druga czmychnęła z biletami, których cena rynkowa – jak pewnie łatwo policzyć – to było coś w okolicach 12 tysięcy euro. Złoto dla zuchwałych.

Na szczęście dla kibica Liverpoolu, z którego twarzy można było wyczytać całą gamę negatywnych emocji, od złości po rozpacz, hiszpańska policja nie raz i nie dwa zabezpieczała takie spotkania jak to.

Pogoń trwała kilka sekund i zakończyła się sukcesem.

Nieprzypadkowo to właśnie do Hiszpanii przeniesiono po incydentach z Buenos Aires ostatnie derby między River Plate a Boca Juniors. Gdy rozmawiam z lokalsami mówią mi, że nie ma chyba w Europie lepiej przygotowanych na zabezpieczanie meczów policjantów, niż ci madryccy.

Nie chciało mi się na przykład wierzyć, że fontanna na Cibeles – ta dekorowana szalikiem Realu przez Sergio Ramosa, gdy Królewscy świętują zdobyte tytuły – pozostanie przez brytyjskich kibiców nietknięta. Że nie zawiśnie na niej szalik Liverpoolu. Że Anglicy nie wpadną na to, by wieczorną toaletę odbyć w wodzie pod posągiem bogini płodności Kybele.

Tymczasem wianuszek radiowozów i wysokie ogrodzenie załatwiły sprawę. Nikomu nie przeszło przez myśl, by pierwszej czerwcowej nocy mierzyć się z policją.

61633488_418284945688104_7643805265795481600_n

Świętowanie przeniosło się w inne miejsca. Tłum spotkałem w kilku większych knajpach, sporo ludzi zgromadziło się też w okolicach Puerta del Sol. Jedni o godzinie 2:00 byli już poza grą, inni nadal upajali się tym, co wydarzyło się kilka kilometrów dalej. Spacer po centrum nieodłącznie wiązał się z wdychaniem oparów piwa parującego z rozgrzanej ziemi.

62246695_2140320266065495_7474197406708400128_n

Pomiędzy czerwonymi koszulkami przewijali się pojedynczy fani Tottenhamu, ale mało kto z liverpoolczyków w ogóle próbował im docinać. Ich miny mówiły same za siebie – są już i tak zdołowani do granic.

Puerta del Sol była zresztą jednym z kilku miejsc, gdzie skupiska fanów były największe. To tam i na Plaza Mayor zorganizowano dwie wielkie strefy kibica, będące jednocześnie wielkimi reklamami wszystkich partnerów rozgrywek. Pepsi postawiła kosze na swoje butelki, gdzie można było wrzucając śmieci do odpowiedniego otworu zagłosować na zwycięzcę sobotniego spotkania. Lay’s ustawił budynek, do którego wchodziło się bez, a wychodziło z paczką chipsów. MasterCard z kolei zorganizował coś na kształt turnieju umiejętności, trzeba było zrobić kilka żonglerek, strzelić karnego w wirtualnym meczu i można było wygrać bilety na ten prawdziwy. Jak już ustaliliśmy: bezcenne bilety.

IMG_0384

IMG_0421

IMG_0416

A jeśli ktoś chciał zrobić sobie zdjęcie z wielkim dmuchanym pucharem, to robił sobie zdjęcie z dmuchanym pucharem, psia jego mać.

IMG_0523

Jak zawsze można było też wydać miliony monet w oficjalnym fanstorze. Wężyk oplatający sklep wydłużał się wprost proporcjonalnie do zbliżającego się spotkania. Jak co roku były pamiątki „łączone”, były też wydzielone strefy dla kibiców obu drużyn. Wybór? Raczej skromny. Kilka koszulek z nadrukami za 35-40 euro, jedna klasyczna polówka za 50, kurtka – subiektywnie najładniejsza z całego kramu – 100 euro. Szalik to 25 blach, brelok – jeśli ktoś wybierał opcję ekonomiczną – 10. Były też zegarki czy spinki do mankietów, ale to już wydatek rzędu kilkuset euro.

IMG_0366

IMG_0371

Mnie osobiście najbardziej spodobał się pomysł Nissana – postawił przy Puerta del Sol klatkę będącą uproszczoną wersją maszyny footbonaut, z której korzystają między innymi w Borussii Dortmund.

IMG_0404

Serce skradły mi też mini oktagony, gdzie można było rozegrać z kumplem mecz jeden na jeden. Każdy, kto darzy sentymentem reklamę Nike „The Cage”, ten w mig złapie, dlaczego klatki były oblegane od rana do nocy.

IMG_0486

IMG_0479

Późnym wieczorem, gdy temperatura schodziła poniżej zwyczajowych 30 stopni, zaczynały się też koncerty. Nazwiska/pseudonimy wykonawców niewiele mi mówiły, ale Hiszpanie bawili się świetnie. Gdy w czwartek o 22:00 na scenę wchodził niejaki Sebastian Yatra, nastolatki zapiszczały tak, jakby wszystkie naraz przeczytały w Bravo, że w tym miesiącu znajdą miłość życia.

IMG_0435

Seba musi być naprawdę popularny, bo gdy następnego dnia odbywał się turniej gwiazd i z bliska można było pooglądać Luisa Figo, Alessandro Del Piero czy Patricka Kluiverta, aż tak wiele osób na Plaza Mayor nie ściągnęło. Miały się tu pojawić zdjęcia z trybun turnieju, ale na miejscu okazało się, że akredytacja meczowa nie wystarcza. Zabolało, choć nie tak jak panią z brazylijskiej telewizji, która była umówiona na wywiad z Roberto Carlosem, a która odbiła się od stewarda-służbisty.

Został więc telebim. I jej, i mnie.

IMG_0483

Podobnych niemiłych niespodzianek nie mogło jednak być w dniu meczu. I, jeśli jeszcze na podobnym spotkaniu nie byliście, naprawdę warto się pojawić kilka godzin wcześniej. Wchłonąć nieco atmosfery, uciąć sobie luźną pogawędkę z kibicami z wszystkich stron świata. By trafić na takich świrusów, którzy lecieli z Argentyny, bo są zakochani w drugim bramkarzu Tottenhamu Pablo Gazzanidze. Albo dwóch Brazylijczyków, jednego w trykocie Spurs, drugiego w koszulce The Reds. W pasie przewiązana flaga, na plecach – a jakże by inaczej – Firmino i Lucas.

Większość zwlekała z wejściem na stadion, ile mogła, bo w środku było zdecydowanie mniej punktów gastronomicznych, a i kolejki po złocisty napój jakby krótsze. Łatwo było się jednak w spożyciu zatracić i przy 35-stopniowym upale odpłynąć w krainę marzeń i snów jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Ci „pechowcy” załatwili się jednak na własne życzenie. Co jednak mówić o tych 190 fanach Tottenhamu, którzy utknęli na Stansted? Jeden z sześciu wyczarterowanych przez firmę Thomas Cook samolotów podczas lądowania na londyńskim lotnisku miał uderzyć w ptaka, przez co oceniono go jako niezdolny do lotu. Chaos, dezinformacja, niespełnione obietnice… W efekcie kibice dotarli do Hiszpanii na chwilę przed pierwszym gwizdkiem, weszli na stadion dopiero w siódmej minucie spotkania. Wylądowali dwanaście godzin później, niż pierwotnie planowano, ominęło ich całe doświadczenie dnia meczowego.

Pech Thomasa Cooka polegał na tym, że feralnym samolotem miał lecieć Rob White, syn legendy Spurs Johna White’a, który skorzystał ze swoich twitterowych zasięgów i relacjonował całą farsę.

W ciągu kilkunastu godzin na lotnisku, pasażerowie dostali od firmy szklankę wody i vouchery na 10 funtów.

Nie było im więc między innymi dane zobaczyć przedmeczowego show Imagine Dragons, które, jak co roku ceremonia otwarcia finału, budziło ambiwalentne odczucia. Z jednej strony występ mógł się podobać. Choreografia była minimalistyczna, dobór piosenek taki, że w zasadzie każdy na stadionie znał większość z krótkiego repertuaru.

IMG_0577

IMG_0585

Niestety, taka ceremonia w momencie, kiedy kibice wchodzą na obroty i chcą już zacząć swoje show, to niezbyt fortunna sprawa, co wczoraj zauważył między innymi dziennikarz New York Times Tariq Panja.

Jak się jednak miało później okazać, ogień, fajerwerki i energetyczna muzyka Imagine Dragons to było najbardziej żywiołowe widowisko tego wieczora. Finały takie są i nie ma się co na to zżymać. A jednak zawsze kiedy nie występuje wyjątek od reguły, gdy nie oglądamy szaleństwa w stylu Stambułu 2005 czy finału Pucharu UEFA Liverpool – Deportivo Alaves, pozostaje pewien niedosyt.

Wczoraj kluczem do wygranej był futbol skuteczny, pragmatyczny. Potwierdzili to na pomeczowej konferencji prasowej i Juergen Klopp, i Mauricio Pochettino.

Klopp: – Co zrobiło różnicę? Wynik. Rozegrałem znacznie więcej finałów niż wygrałem, mimo że w większości grałem piękny futbol. Nie chcę wyjaśniać, JAK wygraliśmy. Chcę rozkoszować się tym, ŻE wygraliśmy.

Pochettino: – Byłbym głupi, gdybym teraz mówił, ile mieliśmy posiadania piłki, że oddaliśmy dwa razy więcej uderzeń od Liverpoolu. Finał to wygrywanie. Nikt nie zapamięta przebiegu meczu, wszyscy zapamiętają zwycięzców.

Symbolizował to też wybór gracza meczu – stopera Virgila van Dijka, który dołożył tę nagrodę do wyróżniania dla najlepszego piłkarza sezonu w Premier League, przez co musiał zmierzyć się z pytaniem o to, czy czuje się kandydatem do Złotej Piłki. Stwierdził z uśmiechem: – Póki Messi nie skończy kariery, powinien dostawać ją co rok. Ale gdyby ktoś mi ją przyznał, to bym wziął.

IMG_0626

Szukając metafory tego finału wystarczyło się przejść w okolice Gran Via, gdzie ktoś po zakończeniu meczu zdążył już zdemolować jedną z wielkich piłek przyozdabiających miasto. Pięknie opakowana z zewnątrz, w środku okazała się rozczarowująco pusta.

61826877_2756787077728430_9030687554709487616_n

Ale w finale Ligi Mistrzów chodzi o coś więcej, niż o mecz – atrakcyjny czy nie. To dlatego tak mi żal kibiców, którzy zobaczyli 83 minuty spotkania, ale nie było im dane poczuć atmosfery napięcia przed nim. Nie przeszli się po centrum, nie uskutecznili tapeo, nie zdążyli zakochać się w Madrycie, bo zobaczyli tylko jego niewielki wycinek.

Bo zakochać się w Madrycie jest bardzo łatwo. I nie mam wątpliwości, że wśród tych kilkudziesięciu tysięcy kibiców, którzy dotknęli z bliska tego pięknego miasta znajdzie się wielu takich, którzy stolicę Hiszpanii uwzględnią w najbliższych planach urlopowych.

Niżej podpisany może zresztą z pełnym przekonaniem stwierdzić, że nie tylko oni.

Z Madrytu SZYMON PODSTUFKA

***

Wcześniejsza korespondencja Szymona z Hiszpanii:

Podstufka z Madrytu: Co z tego, że na szczycie nic nie ma?

* Uniwersytet drugiego wyboru. Jak Tottenham wygrał życie

To mogliśmy być my… Marzenie Valencii, które pozostało szkieletem