Ile Wagnera jest w Heynenie?
Inne sporty

Ile Wagnera jest w Heynenie?

Jeszcze rok temu taki tekst byłby herezją, a jedyne co można byłoby poradzić autorowi, to żeby wziął dobry rozbieg i dla otrzeźwienia uderzył głową w słupek od siatki. Ale po mistrzostwie świata porównanie Vitala Heynena do Huberta Jerzego Wagnera już nie jest takie nieuprawnione. Tym bardziej, że patrząc na styl prowadzenia drużyny przez szalonego Belga, widać pewne pierwiastki łączące go ze zuchwałym „Katem”.

Kiedy Wagner zdobywał z reprezentacją Polski mistrzostwo olimpijskie w Montrealu, Vital Heynen był zaledwie 7-letnim kajtkiem biegającym po podwórkach Maaseik. Trudno powiedzieć, czy w ogóle zdawał sobie sprawę, że za oceanem rozgrywa się najważniejszy turniej siatkarski (reprezentacja Belgii mało kogo obchodziła, tylko raz w 1968 r. powąchała igrzysk), ale sport już go pochłaniał. Głównie za sprawą ojca, trenera lokalnych drużyn piłkarskich, który był też zakręcony na punkcie rowerów – miał nimi zastawione pół garażu.

Heynen był klasycznym przykładem dzieciaka, który nie potrafił przegrywać. Obojętnie czy chodziło o kopanie piłki, zabawę w chowanego czy przeskoczenie przez osiedlowy mur – zawsze musiał być pierwszy. A jak sprawy przybierały zły obrót, to potrafił posunąć się nawet do oszustwa, żeby tylko wygrać. Uwielbiał też, kiedy ktoś rzucał mu podwórkowe wyzwania, bo niczego się nie bał.

Hubert Wagner też nie był w dzieciństwie świętoszkiem. Wprawdzie akceptował domowy dryl wyznaczany przez surowego ojca, ale kiedy podrósł, potrafił dyskutować z poleceniami rodziców, za co często dostawał manto. Ale u niego też sportowe ziarno zasiał tata. Chociaż pracował jako kierownik w fabrykach włókienniczych, bardzo lubił chociażby tenis. Kiedy Hubert miał 10 lat, ojciec przeciągał mu przez środek podwórka sznur, który robił za siatkę.

Obaj od początku mieli dryg do siatkówki, chociaż nie imponowali wzrostem. Heynen – jak opowiadał w „Przeglądzie Sportowym” – już w wieku 14 lat przyjmował w domu przedstawicieli klubów z propozycjami kontraktu. Wagner kiedy miał 16 lat, grał już w drugoligowym AZS-ie Poznań. Obaj byli rozgrywającymi. Wagner jako zawodnik był później cztery razy mistrzem Polski, Heynen ligę belgijską podbijał osiem razy.

Później też obaj zostali trenerami, których nie sposób wsadzać w jakiekolwiek ramy. Chociaż Wagner jako trener reprezentacji wygrał oczywiście więcej: był mistrzem olimpijskim, mistrzem świata i dwukrotnie wicemistrzem Europy. Belg w wieku 50 lat ma z kolei w swoim CV dwa medale mistrzostw świata: złoty zdobyty z Polską i brązowy z Niemcami. Owszem, to reprezentanci dwóch zupełnie innych epok, ale na niektórych płaszczyznach są jednak trenerami ulepionymi z podobnej gliny.

Olimpijskie obietnice

Interesuje mnie tylko i wyłącznie złoto – mówił bez ogródek Hubert Wagner w 1973 r., gdy obejmował stery reprezentacji Polski. Wysłał wtedy jasny sygnał, że będzie chciał zgarnąć pełną pulę zarówno podczas mistrzostw świata w Meksyku, jak i igrzysk olimpijskich w Kanadzie.

Mam jeden cel: medal igrzysk olimpijskich – mówił przed rokiem Vital Heynen podczas nominacji na trenera kadry, wręczając przy okazji władzom Polskiego Związku Piłki Siatkowej symboliczny medal z belgijskiej czekolady.

W obu przypadkach nie brakowało sceptyków. Przy Wagnerze, bo był bardzo młody, pyszałkowaty i dopiero co zakończył karierę zawodniczą, przy Heynenie, bo obejmował drużynę rozdygotaną po zawalonych mistrzostwach Europy w Polsce i z czołowymi graczami, którzy przebąkują o przerwie w reprezentacji lub wręcz o pożegnaniu z kadrą.

Heynen mistrzostwa świata 2018 od początku traktował jako przystanek w drodze do Tokio mówiąc, że miejsce w szóstce będzie tam okej, ale jeśli chodzi o igrzyska, sprawa była jasna – tylko medal. Belg jeszcze odważniej zaczął mówić o tym po zdobyciu mistrzostwa globu, co widać dziś na drzwiach sali treningowej w Spale. Heynen idzie na pewniaka i każdego dnia wiesza na nich kartkę z liczbą dni, która pozostała do finału olimpijskiego w tokijskiej Ariake Arena. Interesuje go więc tylko ten mecz i próbuje tym zainfekować swoich zawodników. Patrząc na wypowiedzi reprezentantów, chyba mu się to udaje. Siatkarze raczej nie mówią bardzo asekuracyjnie o medalowych szansach, jak to bywało w przeszłości, tylko – jak chociażby kapitan Michał „Wielbiciel Kultury Irańskiej” Kubiak – wprost rzucają, że chcą po sobie zostawić krążek, najlepiej złoty.

Vital Heynen i jego drużyna to dziś grupa pewnych siebie facetów, którzy mają świadomość, że ubiegłoroczne mistrzostwo świata połączone z przyjęciem do drużyny Wilfredo Leona musi naturalnie stawiać ich w gronie faworytów. I belgijski trener nawet nie próbuje specjalnie ściągać tej presji z drużyny. Podobnie jak robił to Hubert Wagner, ciągle wkłada swoim graczom do głów, że są w stanie tego dokonać. Nie bez powodu kartki na drzwiach w Spale nie odliczają dni do sierpniowego turnieju kwalifikacyjnego w Gdańsku. Dla Heynena wywalczenie biletów do Tokio jest tak oczywiste, jak trzy odbicia w siatkówce. Prawdziwa zabawa ma się zacząć w Japonii.

GLIWICE 25.05.2019 SIATKOWKA REPREZENTACJA POLSKI MEZCZYZN MECZ TOWARZYSKI POLSKA - NIEMCY POLISH VOLLEYBALL MAN NATIONAL TEAM FRIENDLY GAME POLAND - DEUTSCHLAN NZ VITAL HEYNEN TRENER FOT. WOJCIECH REJDYCH / 400mm.pl / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Chociaż w tym miejscu trzeba podkreślić, że droga do igrzysk olimpijskich cztery dekady temu a teraz, to dwie zupełnie inne bajki. Wagner nie musiał przedzierać się przez kwalifikacyjne zasieki, ponieważ miejsce w turnieju olimpijskim w 1976 r. dało mu złoto mistrzostw świata wywalczone dwa lata wcześniej. Obecnie mistrzostwo globu nie daje takiego przywileju, dlatego o wyjazd trzeba bić się w turniejach eliminacyjnych. Czasami nawet w trzech, jak miało to miejsce za kadencji Stephana Antigi przed igrzyskami w Rio. Dlatego też Vital Heynen totalnie wszystko podporządkował igrzyskom i po zakończeniu tego sezonu zrezygnował z pracy w niemieckim Friedrichshafen.

Teoria kontrolowanego chaosu

Hubert Wagner pod koniec swojej kariery coraz część wcielał się w rolę wykładowcy podczas kursów dla trenerów. Specjalnie na tę okazję przygotował film instruktażowy, który pokazywał, jak budował i motywował słynną drużynę z lat 70. Materiał składał się z szesnastu punktów. Niektóre były ogólne i uniwersalne, ale były tam też nieco bardziej oryginalne hasła, które spokojnie można przypisać również Vitalowi Heynenowi. Cytujemy za biografią „Kat”:

– nie bój się rozstania z drużyną (Belg zupełnie nie domagał się od PZPS-u długiego kontraktu, zgodził się, że obie strony mogą wypowiedzieć umowę po każdym sezonie),

– dyskutuj, ale decyzje podejmuj sam (Vital uwielbia długie rozmowy z zawodnikami, ale w decydujących momentach trzyma ich na dystans i nie daje sobie wejść na głowę),

– niczego nie udawaj, spontaniczność się opłaca (Belg ciągle zaskakuje swoim stylem bycia, a siatkarze nigdy nie wiedzą, co czeka ich na treningu),

– bez naturalnej charyzmy nie pociągniesz za sobą ludzi („Nie zawsze jestem normalny…”)

– pieniądze motywują (Heynen w każdej swojej drużynie bardziej od systemu karania, wolał system nagradzania. Dba o utrzymanie elementu rywalizacji na treningu, nawet jeśli stawką są tylko słodycze, drobna suma pieniędzy leżąca pod siatką czy to, kto będzie wieczorem robił kolację dla innych),

– stagnacja to śmierć zespołu, nie pozwól na nią, jeśli nie ma rozróby, wywołaj ją.

Warto zatrzymać się na chwilę przy ostatnim punkcie. W przypadku Huberta Wagnera najlepiej oddaje go historia, do której doszło tuż przed finałem olimpijskim w Montrealu. Drużyna miała już pewny medal, dlatego w jej szeregi wkradło się lekkie rozluźnienie. Wagner widząc, że zawodnicy powoli wyglądają na sytych, szukał sposobu, jak raz jeszcze pobudzić ich głód przed decydującym meczem ze Związkiem Radzieckim. No i zrobił odprawę, podczas której w obecności wszystkich bez większego powodu zbeształ Edwarda Skorka, a więc jedną z gwiazd tamtej drużyny. Między panami doszło do bardzo ostrej wymiany zdań. Wszyscy patrzyli na Wagnera trochę jak na idiotę, który wydziera się pod byle pretekstem, ale to była psychologiczna zagrywka, żeby ludzi raz jeszcze nakręcić do działania.

Vitalowi Heynenowi teoria kontrolowanego chaosu też nie jest obca, chociaż nie miał jeszcze okazji stosować jej w tak ważnych momentach. Belgowi zdarzyło się jednak wprawić w lekkie osłupienie swoich podopiecznych, kiedy jechał po nich, chociaż przed chwilą wygrali seta lub mecz. Kiedy oczekiwali na zwyczajowe „good job”, nagle dostawali na głowę wiadro pełne pretensji za kilka źle przeprowadzonych akcji. Wymowne jest zresztą to, że jeden z największych ochrzanów podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata nasi gracze dostali po… wygranym meczu z Finlandią. – Zdarzało się, że po meczach lub podczas treningów robił nam przysłowiową „suszarkę”. Ale w tym wszystkim cały czas był cel: zwyciężać. I to się udało, bo podczas mistrzostw świata drużyna rosła, nakręcała się i pod koniec turnieju grała już swoją najlepszą siatkówkę – mówił przyjmujący Aleksander Śliwka.

Heynen podobnie jak Wagner nie boi się też bardzo kontrowersyjnych decyzji, chociaż dla niektórych mogą one wyglądać na volleyball-fiction. Przykład? Powołanie na mundial tylko trzech środkowych, dzięki czemu wyczarował miejsce dla trzeciego atakującego, co jest niezwykle rzadką praktyką. Heynenowi dostało się za to od niektórych ekspertów, którzy twierdzili, że szkoleniowiec sam sobie zakłada pętlę na szyję, bo jeśli któryś środkowy złapie kontuzję, to koniec. Co na to Vital? Że wtedy może przesunie Bartosza Kurka z ataku na środek… Pojawiły się głosy, że takie roszady to brak szacunku dla tych środkowych, którzy zostali w domu.

Albo drugi przykład: podczas meczu z Kubą na mistrzostwach libero Damian Wojtaszek został przesunięty na przyjęcie, a przyjmujący Bartosz Kwolek na libero. – To totalna potwarz dla zawodnika – ćwierknął na Twitterze Jakub Malke, menadżer drugiego z graczy.

Treningowe zwierzęta

Obu trenerów łączy też zupełnie nieksiążkowe podejście do treningów. Hubert Wagner szedł przede wszystkim w stronę bólu, aplikując zawodnikom treningi na granicy wytrzymałości. W tamtych czasach drużyny tak nie trenowały. Ksywka „Kat” nie wzięła się więc z niczego.

Dawałem radę, chociaż zaciskanie zębów było. Zresztą taka była umowa po pierwszym zebraniu drużyny pod wodzą nowego trenera. Wagnera powiedział, że ma tutaj wielu kolegów jeszcze z boiska, ale w kadrze to on jest wodzem i tylko on ma głos. Nie akceptował żadnego sprzeciwu, żadnego szemrania. A jeżeli ktoś się na taki układ nie zgadzał, to przed rozpoczęciem zgrupowania miał szansę po prostu odejść. Ale na jego warunki zgodzili się wszyscy i wszyscy pracowali – tak zapamiętał tamte lata Tomasz Wójtowicz, który podobnie jak reszta musiał biegać po wysokich górach i skakać do piłki w ołowianych pasach.

A jak miał do kogoś pretensje za opieprzanie się na treningu, to potrafił go tak zbesztać, że aż nie wypada pisać o szczegółach w gazecie – opowiadał mi kiedyś Jerzy Mróz, kolega Wagnera, dziś organizator memoriału jego imienia.

Obecny trener Polaków też potrafi docisnąć śrubę, ale przede wszystkim stara się zaskakiwać swoich podopiecznych. Belg miał już w swojej rozpisce treningowej przeróżne chwyty: odbijanie piłki butelką, rollerem lub krzesłem, strącenie cukierka, włożenie pod koszulkę jak największej liczby piłek itd. Selekcjoner biało-czerwonych sprawił jednak tymi drobnymi chwytami, że siatkarze zaczęli czekać na kolejny trening, bo wiedzieli, że szef pewnie znów odwali coś nietypowego. Że nie będzie nudnego klepania, jak u większość szkoleniowców. Tym kupił grupę.

WAGNER HUBERT (w garniturze w srodku) - trener. Siatkowka. Fot. Piotr Nowak --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Chociaż sprowadzanie Heynena wyłącznie do roli trenerskiego Stańczyka jest oczywiście niesprawiedliwe. Jego obraz w mediach nie oddaje do końca tego, co rzeczywiście dzieje się na treningach. Kiedy pytaliśmy ostatnio na Weszło Pawła Zatorskiego, jaki jest Belg kiedy nie ma kamer, nasz libero mówił wprost: krzyczy na zawodników, sypie przekleństwami, dlatego osoby, które nie są przyzwyczajone do pracy w takim stresie, mogą mieć problem. Jak opowiadał jego asystent Michał Mieszko Gogol, szef potrafi też na rozmaite sposoby wjeżdżać na ambicje siatkarzom. Chociażby kwitując nieudane zagranie komentarzem w stylu „Matthew Anderson tak by nie zrobił…”. Czy takie psychologiczne zagrywki i ciągłe wywieranie presji kogoś wam nie przypomina?

Podobnie jak Wagner, Heynen lubi też dokonywać rewolucji w stylu gry zawodników, nawet jeśli takiemu delikwentowi bardzo się to nie podoba. Na treningach nieraz iskrzyło, bo komuś nie pasowało, że boss każe mu po wielu latach gry zmieniać pewne boiskowe nawyki.

Jurek i Vital, czyli ograniczona demokracja

Kolejnym podobieństwem są relacje łączące obu trenerów ze swoimi zawodnikami. Kiedy rozmawia się z członkami dawnej i obecnej reprezentacji, mało kto wspomina o „trenerze Wagnerze” i „trenerze Heynenie”. Najczęściej jest Jurek i Vital, a to wiele mówi o zasadach panujących wewnątrz zespołów.

Wagner obejmował reprezentację w wieku zaledwie 32 lat, a więc z wieloma reprezentantami znał się jeszcze z ligowych parkietów. Nie wyrzekał się tego koleżeństwa, chociaż zasada była prosta – na sali treningowej to on był dowódcą i nie było żadnej taryfy ulgowej. Siatkarze to akceptowali. Wagner był z większością zawodników „na ty”, dużo z nimi rozmawiał, ale nigdy nie pozwalał im poczuć, że mogą jakkolwiek wpłynąć na jego ostateczne decyzje.

Podobną zasadę ograniczonej demokracji i dopuszczenia zawodników na kontrolowaną odległość wyznaje Vital Heynen. Obserwując jego pracę z kadrą można odnieść wrażenie, że jest trenerem-kumplem, ale tak naprawdę właśnie tylko do pewnej granicy. Kiedy jest o to podpytywany w wywiadach, podkreśla, że nie koleguje się ze swoimi zawodnikami. Przyznaje, że zna ich bardzo dobrze, poznaje ich rodziny i życiowe problemy, ale nigdy nie powie o sobie, że jest ich kumplem, bo to mogłoby rozsadzić zespół od środka.

Bardzo ciekawie o układzie trener-zawodnik, Heynen mówił w 2014 r. „Strefie Siatkówki”, kiedy był jeszcze trenerem Niemców:

Nie poszedłbym do baru z siatkarzem, nie wypiłbym z nim piwa. Nigdy nie zdarzyło mi się zaprosić jakiegokolwiek gracza do domu! Nie wydaje mi się, że jest to miejsce, gdzie oni powinni przynależeć. Jeżeli jeden chce przyjść, to wtedy zapraszam cały zespół. Na tej samej zasadzie nie pójdę z jednym graczem na miasto, żeby coś zjeść. (…) W sytuacjach kiedy chcą porozmawiać ze mną na tematy sportowe albo chcą zwierzyć się z problemów, które mają wpływ na ich grę, to nie mam nic przeciwko. Nie dopuszczam natomiast możliwości na przykład grania z podopiecznymi w karty, tak jak to robi wielu z kolegów po fachu. Nie jestem przyjacielem graczy, ale jestem im dany do pomocy, do konwersacji o wielkich i małych rzeczach.

Kiedy nasi mistrzowie świata są pytani o to, co najbardziej chwalą sobie we współpracy z Belgiem, oprócz niestandardowego podejścia do siatkówki najczęściej wymieniają właśnie szczerość i partnerstwo. Heynen nie jest trenerem pokroju swojego poprzednika Ferdinando De Giorgiego, który do zawodników przemawiał prawie jak z ambony. Trudno dokopać się do wypowiedzi byłych lub obecnych podopiecznych Włocha, żeby mówili, że skoczyliby za nim w ogień, a o Heynenie jego ludzie tak mówią. Podobnie Wagnera wspominają mistrzowie sprzed lat, nawet jeśli ten katował ich na treningach.

Tak więc odpowiadając na trochę prowokacyjne pytanie postawione w tytule – wbrew pozorom Heynen ma w sobie całkiem sporo z Wagnera, nawet jeśli ten drugi to dla polskiej siatkówki postać wręcz mityczna. Tytuł mistrza świata stawia dziś zakręconego Belga w wąskim gronie trenerów, którzy odnieśli tak wielki sukces z biało-czerwonymi, ale jeśli chce on wskoczyć na naprawdę najwyższą półkę, wiadomo co musi zrobić – zdobyć medal olimpijski w Tokio, który tak obiecuje.

Ale do tego jeszcze daleka droga i wiele kartek do zawieszenia.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (1)