Słupskie i lęborskie wstawanie z kolan, czyli krajobraz po derbach
Weszło Extra

Słupskie i lęborskie wstawanie z kolan, czyli krajobraz po derbach

Napaść na funkcjonariuszy, zatrzymania kibiców, strzały policji, zawał trenera. Konflikt miast, zadry polityczne, środkowe palce, wszechobecne wyzwiska.

Miejsce akcji? Raz Słupsk, raz Lębork.

Uczestnicy wydarzeń? Gryf i Pogoń.

Tu i tu czwarta liga. Tu i tu solidne zaplecze kibicowskie. Tu i tu piętrzące się problemy. Tu i tu konieczność oglądania przez lupę każdej złotówki. Tu i tu wzajemna nienawiść. Tu i tu historyczne antagonizmy.

Oba kluby łączy wiele, a  dzieli – jeszcze więcej.

Dzielą przede wszystkim derby.

Derby,  które – tym razem, w zeszłą sobotę – odbyły się w Słupsku. Z godną oprawą, przy pełnym stadionie, włącznie z solidnie wypchaną klatką gości.

4 5

DERBOWA OTOCZKA

Waldemar Walkusz, trener Pogoni Lębork: – Dawne czasy, stara trzecia liga. Znajdowaliśmy się w czołówce, nie graliśmy o nic, Gryf walczył o utrzymanie. Przyjechał do nas i gdyby przegrał, to spadłby z ligi. Przed meczem pojawiały się komentarze w internecie, że pomożemy Gryfowi, bo Walkusz zna tamtejszych zawodników, więc nie będzie chciał im przeszkadzać. Już nawet atmosfera przed samym spotkaniem była taka, że na pewno się podłożymy. Fakt, znałem trenera, bardzo go lubiłem, wiem że liczył, iż pomożemy, ale nie mogło być żadnych układów. Przegrali 0:4, spadli z ligi.

Grzegorz Bednarczyk, trener Gryfa Słupsk: – Gdy byłem zawodnikiem, derby były bardzo, bardzo ważne. Otoczka kibicowska, oczekiwania, walka o prestiż w regionie, dodatkowa motywacja. Zdarzyło się nawet, że przez pół roku grałem w Lęborku, między innymi przeciwko Gryfowi. Kibice nie mieli pretensji, bo grając tam, zostawiałem zdrowie, strzelałem gole. Przeżyliśmy kilka dobrych chwil. Teraz, gdy jadę na stadion do Lęborka, spotykają mnie starsi kibice i serdecznie witają. Oczywiście nie wszystko ze mną sympatyzują, ale to chyba normalne.

OBSTAWIAĆ MECZE IV LIGI MOŻESZ U NASZYCH PARTNERÓW, ETOTO! OFERTA ZNAJDUJE SIĘ W TYM MIEJSCU!

Mariusz Tkaczyk, prezes Pogoni Lębork: – Nieważne czy się pracuje w klubie, czy się nie pracuje w klubie. Ten mecz wzbudza emocje u każdego. Na szczęście antagonizmy kibicowskie nie przekładają się na to, co w gabinetach. Na gruncie działaczy współpracujemy ze sobą bardzo dobrze, wręcz wzorowo. Prezes Kryszałowicz mówi, że to ewenement w skali krajowej. Najbardziej zantagonizowana grupy kibiców, a działacze – wręcz przeciwnie.

Uściślając – choć mecze Gryfa Słupsk z Pogonią Lębork mają długą, wyjątkowo bogatą w przeróżne wydarzenia historie, to za derby uznają je przede wszystkim lęborczanie. Gryfici, choć tego słowa nie unikają, często bagatelizują rangę tego starcia, przyznając, że derby rozgrywają, owszem, ale z Gwardią Koszalin.

Niemniej jednak mówimy o meczu, który – nieważne, jak go określimy – potęguje emocje w regionie tak wyraźnie, że rozpala zmysły jeszcze kilka dni przed spotkaniem.

W przeciwnym wypadku kibice obu drużyn nie wpadliby na pomysł, by wypchaną po brzegi racami zapowiedź nagrać na stadionie rywala. To taka, można powiedzieć, wzajemna tradycja. Raz do Lęborka wpada Gryf, innym razem Słupsk odwiedza Pogoń. Ot, takie lokalne, derbowe uszczypliwości, które nierzadko przenoszą się na grunt trochę bardziej oficjalny. Dział marketingu – huczna nazwa, ale odpowiadająca realiom – Pogoni Lębork wymyślił swego czasu, że również nagra zapowiedź. O wynik zapytano prezesów, trenerów, burmistrza Lęborka i ówczesnego prezydenta Słupska – Roberta Biedronia. – Tę wypowiedź kibice Gryfa wypominają nam do dziś. Nie ukrywamy, że chcieliśmy, żeby Biedroń powiedział coś w stylu, iż kibicuje Gryfowi, ale nie zrobił tego. Mielibyśmy podkładkę do szyderki. Jednak mówił za bardzo ogólnie! – przyznaje Janusz Pomorski, odpowiadający w Pogoni Lębork za social media, które – jak na czwartoligowy klub – hulają całkiem efektownie.

4

Szyderka szyderką, przedmeczowe uszczypliwości przedmeczowymi uszczypliwościami, ale sporego kalibru uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że wszystko ustaje, gdy nadchodzi dzień meczowy. Błąd. Dzień meczowy te nastroje tylko potęguje.

Dość powiedzieć, że rok temu Łukasz Stasiak, najlepszy napastnik Gryfa, strzelił gola, podbiegł do trybun i pokazał kibicom rywali środkowy palec, za co dostał czerwoną kartkę. – Potem drugi zawodnik ze Słupska głupio krzyczał w szatni, generalnie spinali się. Było wiele takich sytuacji. Te mecze generują dodatkowe emocje – zauważa Pomorski.

Prowokują się piłkarze, prowokują się kibice. Ci, jeżeli chodzi o derby z dawnych lat, mają sporo za uszami. Pokaźna kartoteka jest wypełniona wieloma incydentami, do dziś pamięta się chyba przede wszystkim ten z listopada 2013 roku, kiedy… kibice Gryfa Słupsk odpalili petardy, potem odpalili race i pewnie nie byłoby wielkiego problemu, wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby ogień nie rozprzestrzenił się na pobliskie reklamy i leżące przed sektorem serpentyny.

Porządkowi gasili pożar przy pomocy gaśnic. Na prośbę działaczy Gryfa Słupsk na sektor weszły oddziały policji, które spacyfikowały kibiców. Policja użyła broni, na stadionie słychać było strzały. Efekt? Kilku rannych.

– Moim zdaniem interwencja policji była nieuzasadniona. Funkcjonariusze użyli gazu oraz broni gładkolufowej. Na stadionie były rodziny z dziećmi, ktoś postronny mógł ucierpieć – przyznawał na gorąco dla gk24.pl Łukasz Jaworski, prezesa Stowarzyszenia Kibiców Gryfa Słupsk. – Dla mnie wyglądało to jak zwykła „łapanka” niewinnych ludzi. Nikt nie interesował się tym kto odpalał race, tylko siłą kibice zostali wyprowadzani ze stadionu – dodawał.

Policjanci zatrzymali 31 kibiców, którzy – zdaniem Roberta Czerwińskiego, rzecznika słupskiej policji – rzucali w funkcjonariuszy kamieniami i butelkami.

Ciekawie prezentują się rozmijające się oświadczenia policji i kibiców.

Stanowisko policji (pisownia oryginalna): 31 pseudokibiców zostało zatrzymanych przez policjantów w Słupsku, podczas meczu piłki nożnej pomiędzy Gryfem Słupsk, a Pogonią Lębork. Do interwencji doszło po tym jak pseudokibice zaatakowali policjantów. Do zatrzymań najbardziej agresywnych chuliganów doszło w wyniku podjętej interwencji oraz na prośbę organizatora meczu. Za napaść na funkcjonariusza można trafić do więzienia nawet na 10 lat.

Dzisiaj, podczas meczu Gryfa Słupsk i Pogoni Lębork doszło do interwencji Policji, w wyniku której zatrzymano 31 pseudokibiców. Do interwencji doszło jeszcze podczas trwania meczu. Policjanci w trakcie eskortowania spod stadionu kibiców, nie dopuścili do starcia rywalizujących ze sobą grup chuliganów. Zdarzenie sprowokowali pseudokibice ze Słupska. Osoby te widząc lęborczan podbiegły do zamkniętej bramy stadionowej i próbowały ją sforsować, chcąc ten sposób doprowadzić do konfrontacji. Chuligani, metalowym kontenerem śmietnika próbowali zniszczyć bramę główną i sforsować policyjny kordon. W stronę funkcjonariuszy rzucali kamieniami, butelkami i innymi niebezpiecznymi przedmiotami. Równocześnie pseudokibice gromadzili się wzdłuż ogrodzenia i tu również rzucali w stronę policjantów niebezpiecznymi przedmiotami. Odpalili także race, od których podpaliły się serpentyny lezące pod stadionem, rzucali petardami aż doszło do podpalenia banerów reklamowych. Istniało realne zagrożenie życia i zdrowia osób będących na stadionie.

Wobec takiego obrotu spraw oraz na prośbę działaczy Gryfa Słupsk, których ochrona nie była sobie w stanie poradzić z agresywnym tłumem, policjanci podjęli stanowczą interwencję aby przywrócić porządek na stadionie. Funkcjonariusze wielokrotnie wzywali do zachowania zgodnego z prawem, jednak to nie przyniosło efektu, wobec czego oddali strzały ostrzegawcze z broni gladkolufowej. Pseudokibice nadal jednak nie reagowali na polecenia funkcjonariuszy, użyto więc gazu pieprzowego i broni gładkolufowej. Policjanci wykorzystując pododdział zwarty, szybko przywrócili porządek. W wyniku interwencji zatrzymali 31 agresywnych stadionowych chuliganów.

Za czynną napaść na funkcjonariuszy i udział z zbiegowisku, część z zatrzymanych osób już wkrótce stanie przed sądem w trybie przyspieszonym. Za napaść na funkcjonariusza można trafić do więzienia nawet na 10 lat.

Stanowisko kibiców (pisownia oryginalna): 31 spokojnych kibiców zostało aresztowanych przez gdańskich milicjantów – bo tak trzeba ich nazywać. Do interwencji doszło w sektorze kibiców, którzy prowadzili doping. Zatrzymano kibiców którzy po prostu zostali na sektorze, nie biegali, byli spokojni, znaleźli się na stadionie bo chcieli obejrzeć zwycięski mecz przy fantastycznej atmosferze. Za nieuzasadnioną interwencję służb i bicie niewinnych ludzi też są odpowiednie paragrafy.

Dzisiaj, podczas meczu Gryfa Słupsk i Pogoni Lębork doszło do interwencji milicji, w wyniku której zatrzymano 31 kibiców. Do interwencji doszło pod sam koniec meczu. O wiele wcześniej, milicjanci, w trakcie eskortowania spod stadionu kibiców gości, przy okazji ostrzelali z broni kasy stadionowe za którymi stali spokojni kibice. Kibice ci będąc pod ostrzałem musieli uciekać z punktu gastronomicznego i z pod sklepiku z pamiątkami, w trybuny. Samo prowadzenie kibiców gości pod kasami jest już prowokacją, a ostrzelanie zwykłych kibiców na stadionie bandytyzmem. Kibice odpalili także race, od których podpaliły się serpentyny leżące na murawie, pod stadionem nie było serpentyn bo i skąd, kibice rzucali też petardami aż doszło do podpalenia banerów reklamowych stojących na murawie a nie pod stadionem. Nie istniało realne zagrożenie życia i zdrowia osób będących na stadionie, ponieważ feralnie podpalona reklama stoi na murawie gdzie nie było kibiców, a płomień zajął 2 metry kwadratowe powierzchni.

Wobec „bezprawia” oraz na skandaliczną prośbę działaczy Gryfa Słupsk, których ochrona już dawno ugasiła płomienie, milicjanci podjęli brutalną interwencję aby przywrócić „prawo” na stadionie. Milicjanci ani razu nie wezwali kibiców werbalnie do czegokolwiek, ale ponownie oddali strzały z broni długiej w ludzi przebywających na trybunie prostej i VIP. Kibice zaczęli uciekać ze stadionu co powodowało zagrożenia dla zdrowia i życia. Użyto więc gazu pieprzowego i broni długiej. Milicjanci wykorzystując pododdział zwarty, szybko przywrócili w ich mniemaniu porządek tzn. zostawili po sobie pobojowisko. W wyniku interwencji skatowali ponad setkę normalnych kibiców.

Nikt nie stanie przed sądem w trybie przyspieszonym, bo w takowym nie działa funkcja obrońcy oskarżonego, a w przypadku zarzutów czynnej napaści na funkcjonariusza państwowego przy wydarzeniach dzisiejszych było by to działanie rodem z Korei Północnej. Za nieuzasadnione użycie środków przymusu bezpośredniego, spowodowanie zagrożenia dla zdrowia i życia zwykłych obywateli nie raz karano już funkcjonariuszy państwowych. Zastanawiające jest, jak na meczu piłkarskim na którym było 800 kibiców można złamać komunistyczny przepis o nielegalnym zgromadzeniu?

4 5

Mniej więcej osiem miesięcy później, w lipcu 2018 roku, nastąpiło pokłosie tamtych wydarzeń. Do Sądu Rejonowego w Słupsku skierowano akt oskarżenia przeciwko siedmiu mężczyznom, mieszkańcom Słupska i Gdańska, w wieku od 19 do 37 lat, którym przedstawiono zarzuty dokonania czynnej napaści na policjantów, ich znieważenia oraz udziału w zbiegowisku. Wobec wszystkich podejrzanych – jak informowała polskatimes.pl – prokurator przyjął, iż ich czyny miały charakter chuligański, stosując wobec nich nieizolacyjne środki zapobiegawcze.

DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH BEZ DEPOZYTU – OFERTA Z FREEBETEM OD ETOTO DOSTĘPNA JEST TUTAJ!

Swoją drogą, jaka jest geneza takiej napinki, generalnie tej całej nienawiści?

Derby, jakkolwiek spojrzeć, wpisują się w konflikt miast. We wszystkie nieporozumienia na linii Słupsk-Lębork, które sprawiły, że zadry pozostały i rzutują na to, co dziś. Dużą rolę odegrała reforma administracyjna w 1975 roku. Wcześniej Lębork znajdował się w województwie gdańskim, a Koszalin i Słupsk były osobno. Gdy idea województwa słupskiego powróciła, wszystkie organizacje – burmistrz, starosta i tak dalej – przyznały, że absolutnie nie chcą łączyć się ze Słupskiem w ramach województwa słupskiego, gdyż ciążą w kierunku trójmiasta. – To konkret, który pokazuje, że związki ze Słupskiem są słabsze. Z relacji starszych ludzi pamiętam, że zarzucali, iż wszystkie środki szły właśnie tam, do Słupska. Tam była bieda, wszystkie PGR-y, a Lębork był poszkodowany. Przynajmniej takie opinie krążyły – przyznaje Janusz Pomorski.

I dodaje, dość wymownie, że nie jest tajemnicą, iż – zahaczając o kwestie polityczne – nienawiść brała się z tego, że mieszkańcy Lęborka uważali Słupsk za czerwone miasto. – Tam jest szkoła policji, tam było dużo wojska. Jest taka ballada o Janku Wiśniewskim i fragment: „Jeden zraniony, drugi zabity, krwi się zachciało słupskim bandytom!”. Czyli milicjantom ZOMO, którzy pacyfikowali trójmiasto. I to gdzieś tam w świadomości pozostało.

4

– Ze swojej perspektywy chciałbym zaznaczyć, że historia historią, ale dużą rolę odegrały chyba kwestie zgodowe – zaczyna jeden ze starszych stażem kibiców Gryfa Słupsk. – Mamy zgodę z Lechią, z kolei Pogoń – gdy w 1997 roku rodził się w Lęborku ruch kibicowski – trzymała się z Bałtykiem Gdynia. Żarliśmy się już wtedy. Nienawiść rosła, potęgował ją każdy mecz. A kwestie historyczne? Wiem, że dla Lęborka są one ważne, ale oni słyną z tego, że są mocno oderwani od rzeczywistości. Generalnie żyją przeszłością, może dlatego, że teraz ledwo dają radę nawet w czwartej lidze. No, ale zmierza do tego, że – abstrahując od kwestii sportowych – za derby uważamy mecze z Gwardią Koszalin. To przede wszystkim. A Lębork? Są, bo są, również generują emocje, to ważny mecz, ale nie przesadzałbym. Nie lubimy się, ale do jakichś kwestii historycznych i swoich urojeń znacznie większą wagę przywiązują właśnie oni.

IMPRESJE TRENERA WALKUSZ

Rozmawiamy długo, gdy nagle – si stąd, ni zowąd – rozlega się pukanie do drzwi. – Przepraszam, bo ja… chyba mam zajęcia – zauważa, wykazując się przytomnością umysłu, Waldemar Walkusz. Wychowanek Pogoni Lębork, wieloletni zawodnik i obecny trener tego klubu. Także człowiek, który wprowadził Bytovię Bytów z okręgówki do drugiej ligi i – a może nawet przede wszystkim – dyrektor Zespołu Szkół Nr 3 w Lęborku.

SWORNICA CZARNOWĄSY CZY VICTORIA CHRÓŚCICE – SZEROKA OFERTA IV-LIGOWA W ETOTO!

– Dzień dobry, my mamy z panem lekcje? – rzucił, całkiem słusznie zresztą, jeden z uczniów, wchodząc do pokoju po brzegi wypchanego trofeami i szalikami – Tak tak, Michał, masz klucz, poczekajcie chwilę w sali – nakazał dyrektor, na koniec spotkania tłumacząc dlaczego, do diaska, jego miejsce pracy bardziej przypomina magazynek niż gabinet dyrektora.

– To są moje puchary, nie szkoły. Kiedyś żona mnie pogoniła, że dużo kurzu, że po co one u nas stoją i takie tam. Kazała je zabrać z domu, więc przyniosłem tutaj. Większość z czasów Bytovii – przejąłem ją w piątej lidze, doprowadziłem praktycznie do pierwszej. Dziewięć lat, ale później plany właścicieli nie zgadzały się z moim podejściem i pojawił się Janas.

5

Rozmawialiśmy… No, o wszystkim, co akurat obecny trener Pogoni Lębork – często cofając się do przeszłości – chciał powiedzieć.

*

Kiedyś do Bytovii przyjechał na testy zawodnik z czasów świetności Widzewa. Trzydzieści parę lat. Moi piłkarze przebierają się w szatni, a on siedział i siedział.

– No, przebieraj się, zaraz gramy..

– Ja z Widzewa jestem. Przebiorę się, jak podpiszę kontrakt.

– Nie nie, mój drogi, albo się przebierasz, albo możesz się pakować i jechać.

No i co? 20 minut sparingu z czwartoligowcem i odcięło mu prąd. Szrot.

*

W pewnym momencie – w drugiej lidze, przed rudną jesienną – opuściłem Bytovię. Skompletowałem zawodników, przygotowałem zespół, ale różne rzeczy złożyły się na to, że odszedłem. Przyszedł Janas i – niech pan mi wierzy – zawodnicy przychodzili później do mnie i pytali, jak mają grać. Bo – cytuję – Janas tylko fajka w ręce, treningu nie poprowadzi, odprawy nie zrobi. Nic. Pamiętam jak dzisiaj. Pojechali do Głogowa, mieli dziesięć punktów straty do miejsca gwarantujące awans. Mecz o być albo nie być w walce o pierwszą ligę. Pytali, jak ustawić zespół, no to mówię.

– Ale on tak nie ustawi

– Tu mu powiedzcie, żeby ustawił.

W końcu pojechali, siedzieli cicho, do przerwy było 0:0, Głogów grał w dziesięciu, nic nie mógł zrobić. Po meczu rozmawiają ze mną i opowiadają, że jeden z zawodników podszedł do trenera i opowiedział, co drużyna proponuje. Janas stał w kiblu, palił papierosa, i uznał, żeby w sumie tak zrobili, skoro chcą.

Wygrali 1:0.

Później nie patrzyli co i jak, tylko grali swoje. Fajne były pomeczowe konferencje. – No, chłopaki grają – mówi Janas. – Grają trochę inaczej niż zakładamy, ale wygrywają, więc trudno mieć pretensje.

*

Cztery województwa w jednej grupie trzeciej ligi? Chory pomysł. Zespołów w Polsce nie stać na to, by tam grać. Ja wiem, że to miało eliminować małe, nieprzygotowane kluby. Jasne, ale jest wiele środowisk w Polsce – z historią, z tradycjami – które zasługują na coś więcej niż czwarta liga. Ale w niej nie zagrają, gdyż koszt jest ogromny. A jak już zagrają, to potem cierpią. I o to chodziło? Wyeliminujemy zespoły, które nie będą w stanie tam grać, bla bla bla, ale ile jest takich zespołów, które są w stanie w tej trzeciej lidze grać bez problemów finansowych? Z tych czterech grup zrobiłoby się jedną… Ja tego nie kupuję.

Niech jest sobie Ekstraklasa, niech jest pierwsza liga, niech jest druga liga centralna. W porządku, niech są, ale dalej? Powinno być tak, jak było. Osiem grup, po dwa województwa. Optymalne rozwiązanie na kraj. Zespoły funkcjonują, mają się dobrze, a żeby awansować do drugiej ligi, muszą być wyjątkowo stabilne. Tam powinno być sito. Między drugą a trzecią ligą, a nie trzecią a czwartą.

20 ZŁOTYCH FREEBETU BEZ DEPOZYTU I KOLEJNY FREEBET PRZY DRUGIM DEPOZYCIE – OFERTA REJESTRACYJNA ETOTO

A tak? Mamy środki na czwartą ligę, chcemy grać o coś więcej, lecz nie ma szans, by utrzymać się wyżej. Dla większości drużyn przeskok z czwartej ligi do trzeciej stanowi kosmos finansowy. Zresztą, o czym ja mówię. To zaraz wszystko wróci do normy. Już kiedyś było tak, że zrobili cztery grupy trzeciej ligi, ale szybko się z tego pomysłu wycofali. Po trzech czy czterech latach.

Dziś Gryf i Grom walczą o trzecią ligę. Awans Lechii II by te zespoły uratował. Uratował! Do takiej sytuacji doszliśmy, że musimy o tym mówić w ten sposób. Gryf ma parę groszy, w Gromie niby mają trochę kasy, ale zapowiedzieli im, że więcej nie dostaną.

*

Dzisiaj, według mnie, największym złem polskiej piłki są pseudoszkółki. Duże akademie klubów Ekstraklasy, pierwszej ligi czy takie twory jak Akademia Piotra Reissa są w porządku, jasne. Ale jest zbyt wiele małych akademii. Dzisiaj jest tak, że idziesz, załatwiasz kilka spraw z papierami, robisz nabór i prowadzisz akademię piłki nożnej. Bezsens totalny. W takim mieście jak Lębork funkcjonuje pięć takich. Są tam ludzie, którzy nie powinni tego robić, a jednak pracują. Ale tylko po to, by rodzice płacili.

*

Kiedy Grzegorz Lato był prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej, byłem autorem pisma, które wystosowałem do związku. Co mnie skłoniło? Chcieli wprowadzić obowiązek gry trzech młodzieżowców w niższych ligach. Nie dwóch jak teraz, ale trzech! Naprawdę był taki pomysł. Byłby sobie zespół trzecioligowy, gdzie trzech młodzieżowców musiałoby spędzić na boisku po 90 minut. Wymagałoby to sześciu-siedmiu młodych w kadrze. Co najmniej. Jedna trzecia zespołu, gdzie później ci gracze kończyliby wiek młodzieżowca i musieliby zastępować ich inni. Bezsens, totalny bezsens. Jak byłem na przeróżnych szkoleniach, to młodzi trenerzy, szkoleniowcy juniorów, przekonywali, że to szansa. Jaka szansa, bezsens a nie szansa! To naprawdę miało wejść. Leciał okres przygotowawczy, zespoły ściągały młodzieżowców i nagle – tydzień prze ligą – podjęto decyzję, że zostaje dwóch i wydłużono wiek młodzieżowca! Przez rok funkcjonowała taka bzdura. W Bytowie, bo wtedy prowadziłem Bytovię, miałem o tyle dobrze, że trafiłem na dwóch utalentowanych chłopaków. Szczęście, pozostali ten przepis przeklinali.

Generalnie nie mam nic przeciwko młodych, ale niech ten młody będzie dobry. Jak wchodzi do pierwszego zespołu i wie, że musi grać, że do rywalizacji ma trzech-czterech chłopaków, to po co ma wylewać siódme poty? Problem robi się, gdy ten wiek kończy. To, nawet przy dwóch młodzieżowcach, których trzeba teraz wystawiać, nie jest pomyślane. To bzdurne ograniczenia.

*

Czy trudno być trenerem w niższych ligach? W małych ośrodkach jest tak, że trener nierzadko odpowiada za wszystko. Jest kierownikiem, gospodarzem, psychologiem, no i dobrze, jeśli będzie też trenerem. Kilka razy dziennie jestem na boisku. Muszę mówić ludziom, którzy pracują w centrum rekreacji, że boisko trzeba ściąć, że nawozy trzeba posypać, że trzeba wyrównać, że trzeba przewałować. To dziwnie brzmi, ale jak nie zwrócę uwagi, to tego nie będzie. Tyle trzeba robić, a i ta mam spore ograniczenia. Ja bym bardzo chciał mieć zawodników chociaż pięć razy w tygodniu na treningu. Mam maksymalnie trzy. Zawodnicy dojeżdżają, chcą dwa. Ja się z nimi kłócę, można powiedzieć, że zmuszam ich, by byli trzy razy. No i mając trzy treningi, muszę połączyć wszystko. Zrobić taktykę, technikę, wytrzymałość, szybkość. Mam mało czasu, a jest trudno.

4

SŁUPSKIE PROBLEMY

Wiele miast ledwo przędzie, wiele miast ma problemy finansowe, wiele miast musi poświęcić coś kosztem czegoś.

Wiele miast jest takich jak Słupsk.

Mniej więcej w lipcu 2018 przelała się czara goryczy i gruchnęła wiadomość o potężnych zadłużeniach, które z miesiąca na miesiąc stawały się coraz straszniejsze, coraz bardziej dobijające. Długi sięgały 280 milionów złotych i oczywiście ani nie był pierwszyzną, ani nie spowodował ich wyłącznie Robert Biedroń, ale były prezydent Słupska wypowiedziami i działaniami sytuacji swojej i miasta nie poprawił. Na jego niekorzyść działał przede wszystkim fakt, że w wywiadach opowiadał, jak to został prezydentem piątego najbardziej zadłużonego miasta w Polsce, jak to spłaci długi Słupska, jak to wyprowadzi miasto na prostą, a skończyło się na tym, że – zdaniem przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości zasiadających w Radzie Miejskiej w Słupsku – rozpowiadał nieprawdziwych informacje dotyczące zadłużenia miasta.

W telewizyjnym programie „Graffiti” na antenie Polsatu News Biedroń przekazał, że w kończącej się kadencji oddłużył Słupsk. Nie wspomniał jednak o tym, że zaciągnął nowe wielomilionowe zobowiązania.

– Na ostatniej sesji Rady Miejskiej Robert Biedroń uzyskał zgodę większości radnych, z wyjątkiem przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, na emisję obligacji miejskich w wysokości 25 mln zł, które mają być przeznaczone na przesunięcie w czasie spłaty miejskich długów. Wcześniej przez spółkę Trzy Fale miasto zaciągnęło duży kredyt na sfinansowanie dokończenia budowy parku wodnego – tłumaczył Tadeusz Bobrowski, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Słupsku.

Generalnie – żeby nie zagłębiać się w aspekty polityczne i wszystkie zarzuty o tym, że Biedroń bardziej niż na problemach Słupska skupiał się na własnej karierze czy marzeniach o zostaniu europosłem – trzeba przyznać wprost: Słupsk tak jak był zadłużony, tak jest zadłużony cały czas.

Oczywiście, w naturalny sposób, łączy się to z sytuacją Gryfa, który z jednej strony walczy o awans (tyle samo punktów co lider, ale gorszy bilans bezpośrednich spotkań), z drugiej – wcale nie jest powiedziane, że w przypadku wywalczenia promocji w tej wyższej lidze zagra.

Wszystko rozbija się, a jakże, o finanse.

4

Słupszczanie na zadania związane z krzewieniem kultury fizycznej dostali w tym roku 206 tysięcy złotych. Zaledwie 206 tysięcy złotych. Na wszystko – na czwartą ligę, na drugi zespół, na 160 dzieciaków, na wynajem obiektów. Teraz, na szczęście Gryfa, trochę pomogła nowa pani prezydent, klub wsparła spółka miejsca PGK. To pieniądze, które pozwalają żyć w czwartej lidze, ale chcąc coś więcej, trzeba szukać własnymi ścieżkami. Sponsorzy, pamiątki, wpływy z biletów i tego typu rzeczy. W tym roku budżet Gryfa zamknie się w okolicach 600 tysięcy, ale pamiętajmy – to pieniądze, które zapewniają spokojną grę w czwartej lidze i rozwój akademii, przecież w samym klubie jest trzynastu trenerów.

A coś więcej? – Realia są takie, że potrzeba więcej. Jesteśmy blisko, chcemy wygrać ligę, a później zobaczymy. Klub z takimi tradycjami zasługuje na trzecią ligę, ale przed nami daleka droga. Tym bardziej że w takim mieście trudno o sponsorów. żeby się podzielić, trzeba być pasjonatem. Ludzie mają pieniądze, jasne, ale czekają, bo nie wiedzą, co się będzie działo. Chodzi zarówno o sport, jak i pozostałe, różne przedsięwzięcia. Szukam sponsorów, jasna sprawa, ale trudno coś załatwić, gdy nie masz za sobą sztabu dwudziestu czy trzydziestu ludzi, tylko jesteś sam  – przyznaje prezes klubu, Paweł Kryszałowicz, który przez lata pracy w Słupsku nie ukrywał, że co jak co, ale klub piłkarski był traktowany w tym mieście źle. Była polityka – tylko jedna dyscyplina. Stawiano na koszykówkę, ją promowano, a o reszcie zapomniano. Upadła piłka ręczna, siatkówka jest na niskim poziomie, boks ledwo się podniósł. Gdy teraz zmieniła się władza, jest, zdaniem Kryszałowicza, zdecydowanie lepiej. Miasto zaczęło się interesować i obiektem, i przede wszystkim sportem, jednak blizny przeszłości pozostały.

Kryszałowicz (prezes): – Generalnie na sport i kulturę są przekazywane bardzo małe środki, ważne jest wszystko inne, ale nie sport i kultura właśnie. Co za tym idzie – jest problem z finansami. Mówi się, że Słupsk jest zadłużony – każde miasto jest zadłużone, Słupsk wyjątkowo, ale przecież nie chodzi o miliony złotych. Chodzi o inicjatywę. Od czasu do czasu można byłoby sprawić, by sport i kultura szły do przodu, bo zaniedbane to jest. Przy budżecie miasta około pół miliarda złotych, zaledwie 1,960 mln jest przekazywane na stowarzyszenia. Trudno cokolwiek porównać z podobnym miastem o podobnej liczbie mieszkańców. A przecież żeby zachęcić dzieci do uprawiania sportu musimy dać więcej z siebie niż kiedyś. Oczywiście, są poszczególne gminy i samorządy, które inwestują duże środki w sport, dlatego niektóre miejscowości – nieznane poza regionem – grają wysoko. Tak to wygląda, finanse to duży problem. Do tego, mówię na przykładzie Słupska, nie ma boisk. Niestety, nie ma boisk. Dalej trenerzy – w większości to nie są trenerzy, tylko ludzie zarabiający na piłce, taka jest rzeczywistość. Pracują w dwóch-trzech klubach, a jak pracujesz w trzech miejscach, to w żadnym nie zrobisz dobrej roboty.

Bednarczyk (trener): – Wiadomo, że miasto ma spore długi, co trzeba po części zrozumieć. Gdzieś kiedyś jakieś inwestycje zostały poczynione, prywatnie uważam, że były niepotrzebne. No, ale stało się, a sport w Słupsku – mówiąc delikatnie – kuleje. Nie jest dotowany przez miasto, albo jak jest, to w małej kwocie w porównaniu z Koszalinem, gdzie mają koszykówkę w ekstraklasie, piłkę ręczną w ekstraklasie, dwa zespoły w trzeciej lidze, a jednak radzą sobie i mają o wiele, wiele większe środki. Niby miasta porównywalne, ale inwestycje – niekoniecznie. Cóż, wiadomo, że każdy chciałby dostawać więcej pieniędzy. Mieć możliwość wzmocnień, czy drobniejszych rzeczy jak powiększenia sztabu szkoleniowego lub znalezienia boiska naturalną nawierzchnią do treningów, gdyż trenujemy na płycie głównej, co się na jej jakości zapewne odbija. Ale to problemy małostkowe – trzeba zakasać rękawy i trenować, tym bardziej że – mimo wszystko – radzimy sobie, organizacyjnie jesteśmy klubem w miarę poukładanym. Porozumiewamy się z nowymi władzami miasta. Warunki, jakie stworzyli nam po przejęciu stadionu są bardzo dobre – mamy swoje pomieszczenia, dobrze przygotowane boisko, więc nie możemy narzekać.

4

Finanse ograniczają możliwości, sprawiają, że uczestnictwo w trzeciej lidze, w razie awansu, pozostaje niewiadomą. Tym bardziej że kto jak kto, ale Gryf, wraz z obecnym prezesem i obecnym trenerem, wie, co to znaczy podejść do trzeciej ligi, by zaliczyć sromotną klęskę.

Sezon 2015/16. Sześć pierwszych meczów – sześć porażek, potem spadek. Po awansie zespół opuścił trzon zespołu – pokłosie tego, że nie było środków na zapewnienie dobrych warunków tym zawodnikom. Stąd problemy, które były już wtedy i ciągną się do dziś, rzutując na funkcjonowania obecnego, czwartoligowego klubu.

Klubu, który – co ważne, a w dzisiejszych czasach, nawet w niższych ligach, niecodzienne – tworzą ludzie ze Słupska i okolic. Prezes, Paweł Kryszałowicz, jest wychowankiem z krwi i kości, który nie dość, że wychowywał się trzysta metrów od stadionu, to jeszcze pochodzi z rodziny, która od zawsze była związana z klubem. Grał tu jego śp. tata, grał wujek, kuzyn, brat. Trener, Grzegorz Bednarczyk występował z Kryszałowiczem w juniorach – tutaj zaczynał, tutaj nabierał pierwszych szlifów, tutaj  grał w seniorach, tutaj dostał szansę prowadzenia pierwszej drużyny, która – jak przyznaje – jest wyróżnieniem, może nawet spełnieniem marzeń.

BONUS 200% DO 100 ZŁ PRZY PIERWSZYM DEPOZYCIE, BONUS 100% DO 900 ZŁ PRZY DRUGIM DEPOZYCIE

–  Jeżeli kończysz karierę w swoim klubie, to – siłą rzeczy – marzysz o tym, żeby zostać pierwszym szkoleniowcem. Oczywiście posiadam spore ambicję, zdaję sobie sprawę, że dzięki dobrej pracy tutaj, mogę zajść wyżej, ale na razie skupiam się na pracy w Słupsku. A czy trudno być trenerem w niższych ligach? Problemy są, jak wszędzie. W wyższych ligach trenerzy mają problemy z różnymi rzeczami, więc w niższych klasach rozgrywkowych tym bardziej. Ale z problemami trzeba sobie radzić. Jako klub i jako sztab dajemy radę w miarę możliwości, prezes stara się wszystko załatwiać jak najlepiej potrafi i jakoś idzie. Wiadomo, że nasi zawodnicy pracują, co z jednej strony jest normalne, ale z drugiej – wpływa na jakość i liczbę treningów. Są do dyspozycji trzy razy w tygodniu, ale nierzadko mają prywatne sprawy do załatwienia, albo muszą zostać w pracy. Tak bywa. Nie jesteśmy klubem zawodowym. Sam łączę trenowanie z pracą – kończę ją, jadę na stadion, do domu wracam wieczorem. A jest jeszcze rodzina, która – na szczęście – wspiera mnie i jest na to przygotowana. Zostają pojedyncze dni, by spędzać czas razem. Na razie człowiek się nie zniechęca, tylko ma tę pasję, Chce przychodzić, chce pracować. A jak są wyniki, tak jak teraz, to tym bardziej. Zdarzają się wpadki, ale nie dramatyzujmy – jest dobrze, choć zwieńczeniem będzie oczywiście pierwsze miejsce po sezonie – opowiada.

Swoją drogą, skąd w Gryfie taka polityka stawiania na swoich? Trochę z musu (kwestie finansów), trochę z powodu wyciągania wniosków.

Bednarczyk: – Przyszły takie czasy, że trzeba załatwiać bardzo ciężkie pieniążki i szukać sponsorów, przez co siłą rzeczy budżety są bardzo niskie. Żeby osiągać dobre wyniki, trzeba szukać zawodników dobrych, ale z regionu. Nie stać nas na to, by ściągać graczy z Gdańska czy innych, odległych miejscowości. Pojawiłyby się problemy logistyczne – kwestia dojazdu czy zapewniania mieszkania. To wszystko opłaty, a z drugiej strony jak zawodnik miałby być przygotowany do treningu, gdyby pół dnia spędzał w aucie albo w pociągu? Dlatego mamy ludzi ze Słupska i okolic. Wyłącznie takich.

Kryszałowicz: – Przerabialiśmy sytuację, gdy drużynę tworzyła armia zaciężna. Mniej więcej osiem lat temu, kiedy rozgrywaliśmy sezon w trzeciej lidze. Nie wypaliło, powiem więcej – skończyło się bardzo źle, a pokłosiem tego były problemy finansowe, które trwały bardzo długo. Dlatego jakiś czas temu postanowiliśmy, że próbujemy budować klub oparty na zawodnikach ze Słupska i z regionu. Taki typowy, lokalny. Ponadto w zarządzie i sztabie szkoleniowym również działają słupszczanie. Wiadomo, jak to jest. Armia zaciężna sporo kosztuje, ci ludzie nie są związani z klubem, tylko przychodzą tutaj we wiadomo jakich celach. Może niektórzy chcą się wypromować, ale większość myśli, by zarobić parę złotych. Jak klub ma problemy, to nie poświęcają się w pełni i odchodzą, zostawiając swojego pracodawcę z problemami. Zobaczmy, jak wiele klubów z niższych lig znika z mapy. Nie chcieliśmy tego, dlatego zmieniliśmy politykę.

Wcześniej – zdaniem kilku, powiedzmy, opowiadaczy – wyglądało to tak, że Kryszałowicz wynajmował zawodnikom przyjezdnym mieszkanie, a później… łapał się za głowę. Zostawili je w fatalnym stanie, żyjąc sobie jak królowie na tak niskim poziomie rozgrywkowym. Spali do południa, bo co tutaj robić, skoro trening dopiero o 16 czy 17. Rozleniwili się, a wyników nie było.

4

Gryf, po spadku, musiał odbudowywać swoją pozycję, choć – trzeba przyznać – szybko stał się czołowym klubem czwartej ligi.

Pytanie, czy to powód do dumy, skoro w pobliskim Koszalinie – gdzie, jak swego czasu pisaliśmy, piłka znalazła się w czarnej dziurze (KLIK) – niby jest tak źle, a jednak są tam dwa kluby w trzeciej lidze?

Bednarczyk: – Czy pojawia się irytacja, że mówi się, iż koszalińska piłka kuleje, a i tak mają dwie drużyny w trzeciej lidze? Oczywiście. Prawda jest taka, że rywalizujemy w grach kontrolnych i piłkarsko nie odstajemy. Wyniki są mniej więcej wyrównane. Mamy porównywalne zespoły, a jednak gramy w niższej lidze. Brakuje awansu, by dorównać Koszalinowi. Generalnie zgadzam się z tym, że dla takiego miasta jak Słupsk trzecia liga powinna być celem minimum. Wtedy gramy tam dwa-trzy lata, łapiemy stabilizację i myślimy o jeszcze większym wsparciu i awansie do wyższej ligi. Takie są marzenia, ale wiadomo, że samemu jest trudno. Bez funduszów jest mała szansa, by zrobić taki wynik. Można ciężko pracować, ale minimum musi być zapewnione. Chociażby po to, by mieć szeroką kadrę. My teraz mamy 19 zawodników. W sezonie dochodzą kontuzje, kartki… Zdarzało się, że mieliśmy dwóch graczy na ławce! I jak mamy rywalizować z – przykład – Radunią Stężyca, która ma budżet dwa miliony? Inna bajka. W takim mieście jak Słupsk czy Koszalin kwota rzędu 700-800 tysięcy to powinien być standard. Wtedy można dołożyć własne środki i myśleć o trzeciej lidze. A jak tych pieniędzy nie ma, to jest ciężko. Musimy utrzymać pierwszy zespół, rezerw, akademię, do tego, wiadomo, opłaty dla trenerów, wynajęcie boisk. 

Kryszałowicz: – Wiadomo, że chcielibyśmy grać wyżej, że stutysięczne miasto powinno grać wyżej, ale wszyscy muszą tego chcieć. Samorząd, biznesmeni, działacze sportowi. A to jakoś nie idzie w parze. Kiedyś mówiłem o projekcie „Druga liga dla Słupska”, ale wówczas okazało się, że ówczesne władze nie chciały pomóc. Obiecywali mi wiele, a swoich obietnic nie spełniali, więc trudno mówić o tym, że samorząd chciał. Teraz trwa pierwszy rok pani prezydent, która przejęła władzę. Mam nadzieję, i tak mi się wydaje, że inaczej patrzy na sport niż poprzednicy. Dziś nie mówię, że trzecia liga powinna być minimum, gdyż dawno przestałem się przejmować rzeczami, na które nie mam de facto wpływu. Jak mówiłem – wszyscy muszą chcieć, żeby coś tu było. Wszyscy, a nie tylko grupa działaczy. Samorząd musi się angażować, powinien pomóc poszukać sponsorów. Nie ma tutaj pasjonata-milionera, który utrzymywałby klub i chciałby trzeciej ligi. Przynajmniej ja kogoś takiego nie znalazłem.

5

W tym momencie trzecia liga, jak pokazuje zamieszczona wcześniej tabela, jest blisko. Słupszczanie przegrywają bilansem bezpośrednim spotkań, ale szansą Gryfa jest niewątpliwie to, iż Grom Nowy Staw gra w najbliższy weekend z rezerwami Lechii w Gdańsku. I tak słupszczanie wstali z kolan, bo w pewnym momencie – po domowej porażce z Gromem – mieli pięć punktów straty do lidera. Ten podobno już przebąkiwał o fecie, o świętowaniu awansu do trzeciej ligi, ale później gdzieś przegrał, gdzieś zremisował i teraz ma tyle samo punktów co Gryf. Ale chrapka na awans w Nowym Stawie jest – mają lepszą sytuację finansową, płacą zawodnikom spore, jak na te realia, sumy, więc brak trzeciej ligi byłby dla nich rozczarowaniem.

LĘBORSKIE WSTAWANIE Z KOLAN

Pogoń Lębork została przygnieciona przez ciężar nowej, trzecioligowej rzeczywistości. Kilka lat temu, gdy los kusił, porwała się z motyką na słońce. Też, tak samo jak Gryf Słupsk, grała w trzeciej lidze. Tyle że po reformie. W tej liczącej nie dwa województwa, a cztery.

Jak te wojaże odbiły się na finansach?

Dość powiedzieć, że Pogoń jeszcze rok po spadku spłacała stare zobowiązania, w pewnym momencie stając na skraju bankructwa. Nie ma przypadku w tym, że dziś – choć założenia były inne – plasuje się w dolnej połowie tabeli czwartej ligi.

 *

Praca w czwartej lidze to przede wszystkim przyjemność, czy bardziej spory trud i masa obowiązków?

Mariusz Tkaczyk, prezes Pogoni Lębork: – Obowiązków jest sporo, fakt. Pełnię zarówno społecznie funkcję prezesa klubu, jak i kierownika biura. Czyli odpowiadam za całokształt, za wszystkie sprawy organizacyjne związane ze wszystkimi sekcjami naszego klubu. Niektórzy sobie myślą – co dwa tygodnie jest mecz, 90-minutowe spotkanie i tyle. Błąd. Zajęć jest mnóstwo. Sama bytność takiego klubu wymaga kontaktów z fiskusem, z ZUS-em, z zajmowaniem się kolejnymi kwestiami czy to pierwszej drużyny, czy szkolenia dzieci i młodzieży. Generalnie jest co robić. To pochłania czas, nierzadko brakuje go nawet na sen.

Marek Piotrowski, wiceprezes Pogoni Lębork: – Drużyn, w samej sekcji piłki nożnej, mamy osiem. Wszystkie trzeba obsłużyć, a – jak mówił prezes – zdarza się, że brakuje czasu. Ja pełnie społecznie funkcję wiceprezesa, poza tym prowadzę najmłodsze roczniki i pracuję zawodowo. Jestem menedżerem hotelu w Łebie, więc w okresie wiosenno-letnim mam mało czasu. Bardzo mało. Proporcje między pracą i działalnością a rodziną są mocno zachwiane. Jeżeli ktoś w tym nie siedział, może nie zdawać sobie sprawy jak bardzo. Tym bardziej, że – jak wszędzie – brakuje ludzi. Jest ich mało, z kolei potrzeb – od groma.

Co przynosi satysfakcje i wpływa na to, że chce się to robić społecznie?

Wiceprezes: – Jestem przede wszystkim wiernym kibicem Pogoni Lębork. Wychowałem się na tym stadionie, kibicując tej drużynie. Radość i satysfakcje sprawiają proste, naturalne pobudki każdego kibica – zwycięstwa i sukcesy. Poza tym, przede wszystkim, duże rzeczy. Do dziś pamiętam, jak kilka lat temu spełniliśmy marzenia i po szesnastu latach awansowaliśmy do trzeciej ligi. W międzyczasie wygraliśmy regionalny Puchar Polski. Takie rzeczy cieszą, bo wiem, ile pracy kosztowało ich osiągnięcie. I jakie potem przyszły wyzwania i, niestety, kłopoty.

Przerosła was trzecia liga.

Wiceprezes: – Wielki przeskok organizacyjny, na który nie byliśmy do końca przygotowani. To był pierwszy rok funkcjonowania nowej trzeciej ligi po reformie, z czterema województwami.

Prezes: – Przede wszystkim mamy na myśli ograniczenia ekonomiczne, możliwości finansowe. One determinują, czy idziesz do przodu, czy do tyłu. Odległości są spore, a my – mimo wszystko – przez całą ligę wyjechaliśmy tylko raz z noclegiem. Do Szczecina na Świt, bo mecz zaczynał się o 11. A Konin, Kleczew i tak dalej? Wszystko, włącznie z powrotem, załatwialiśmy dniu meczu. Przetrwaliśmy tę ligę, mając bardzo skromny budżecik, co – niestety – wiązało się z wieloma zobowiązaniami, które musieliśmy spłacać przez kolejny rok.

Wiceprezes: – Kiedy spadliśmy, po rundzie jesiennej byliśmy na czwartym miejscu, ale właśnie – w grę weszła ekonomia.

Prezes: – Mając pewne utrzymanie, trzeba było zmienić skład. Obniżyć koszty, by wyprowadzić klub na prostą. To było kontrolowane, wiele klubów nie daje rady i leci w dół wyjątkowo szybko.

Graliście z Leśnikiem Manowo. Mała wioska, też porwali się na tę nową trzecią ligę, teraz bronią się przed spadkiem w czwartej, pewnie cały czas spłacając długi.

Wiceprezes: – Często w takich przypadkach działa efekt kuli śnieżnej.

Prezes: – Jeżeli się nie zatrzymasz, spadasz z jednej ligi, potem z drugiej…

Pytał pan o satysfakcję. Może ona jest banalna, ale mnie cieszyło to, że wyszliśmy ze wszystkich „trzecioligowych” zobowiązań i wyprowadziliśmy klub na prostą. Mieliśmy trudny moment. Wiadomo, jak to jest w tego typu stowarzyszeniach – pewne projekty realizuje się w oparciu o jakieś obietnice, deklaracje, a potem to nie wychodzi jednemu, tamto drugiemu. A uczestnictwo w trzeciej lidze potwierdziliśmy, więc nie było odwrotu. Trzeba było walczyć, także po spadku, gdy, wspólnymi siłami, wychodziliśmy z problemów finansowych.

Wiceprezes: – Kwestię satysfakcji nie sprowadzałbym wyłącznie do pierwszej drużyny. Mnie dużą radość sprawiają też, na przykład, sukcesy w niższych rocznikach. To często mrówcza, niezauważalna praca, gdzie dzieją się fajne rzeczy. Warte uwagi, napędzające do pracy.

4

W co mierzycie w perspektywie kilku lat?

Wiceprezes: – Marzyć zawsze można i trzeba, ale już wiemy, ile takie marzenia kosztują… Dokładnie wiemy, bo kilka lat temu też marzyliśmy, ale wszystkich kosztów nie znaliśmy.

To inaczej – co jest dla was, w perspektywie kilku lat, sufitem?

Wiceprezes: – Dzisiaj, w takiej sytuacji w jakiej jesteśmy, czwarta liga organizacyjnie i ekonomicznie jest odpowiednim miejscem. Będąc w trzeciej lidze, robiliśmy porównanie środków otrzymywanych z samorządów miejskich przez kluby, które z nami rywalizowały. Ogromna różnica, którą odzwierciedlał układ sił w tabeli. W skali naszego, 35-tysięcznego miasta, środków było relatywnie dużo, ale – jak na realia trzeciej ligi – i tak zdecydowanie za mało. Do dziś pamiętam, jak rywalizowaliśmy o utrzymanie z Górnikiem Konin. Mieliśmy z miasta 360 tysięcy, a oni – 500. Przepaść. Już nie mówię o pozostałych przypadkach, jak Kotwica Kołobrzeg czy Radunia Stężyca.

Co do Radunii – był taki zawodnik z okolic, Artur Formella. Graliśmy w trzeciej lidze, kiedy zrezygnowała z niego Bytovia. Od razu do niego zadzwoniłem z propozycją, żeby u nas zagrał. Byliśmy, jak mówiłem, w trzeciej lidze, ale powiedział mi, że wybiera Stężycę, która wówczas grała w okręgówce. Dwie ligi niżej! Różnice finansowe…

– Radunia Stężyca? Nie wierzę. Dlaczego? – pytałem, ale szybko opisał całą sytuację. I rzeczywiście – teraz są w trzeciej lidze, walczą o drugą.

Prezes: – A my funkcjonowaliśmy bez sponsora w wymiarze „coś konkretnego”. Bardzo słabo to wyglądało, głównym sponsorem jest samorząd.

DWA DEPOZYTY – ŁĄCZNIE NAWET 1040 ZŁOTYCH BONUSU DO ZGARNIĘCIA

W takich miastach jak Lębork, Słupsk czy Koszalin w ogóle trudno o sponsorów.

Prezes: – Na pewno. Zresztą, w samym mieście, na naszym przykładzie, jest tyle podmiotów sportowych, że trudno, by pieniędzy było więcej. Prawdziwego sponsoringu nie ma. Idziemy do firmy i pokazują nam: „Zobaczcie, wszyscy chcą…”. Cóż, trudna sprawa.

Wiceprezes: – Trzeba zdać sobie sprawę, że – nie ukrywajmy – wartość promocyjna klubów czwartoligowych jest nikła. Dla firmy produkcyjnej, która ma zasięg europejski, reklamowanie się poprzez czwartą ligę nie ma sensu. No, chyba że sponsor jest fanatykiem, chyba że pojawia się pasja właściciela takiego przedsiębiorstwa. Wtedy tak. Wspieranie czwartoligowych podmiotów to czysta filantropia, a nie sponsoring i realizacja działań marketingowych.

Pieniędzy jest, jak mówiliście, mało, a zawodników trzeba i ściągać, i utrzymywać.

Prezes: – Oczywiście, to kosztuje.

Wiceprezes: – Mamy wiele wariantów za sobą. Panuje stereotyp, że fajnie grać wychowankami. Ludźmi z miasta, z regionu. Pewnie, że fajnie, ale tych ludzi nie ma. Wielu odpada. W piłce młodzieżowej jest, według mnie, taka tendencja, że nie zostają najzdolniejsi, lecz najbardziej wytrwali. Zawzięci, ukierunkowani na piłkę. Ci, którzy się wyróżniali w juniorach, często rezygnują. Bo znudzi im się piłka.

Prezes: – Albo pojawi się dziewczyna.

Wiceprezes: – Zmieniają się priorytety w życiu. Historie są różne. Ważny jest też przeskok z juniorów do seniorów, gdzie następuje solidne zderzenie i chłopcy odpadają, rezygnują. Koniec końców jak z 25-osobowego rocznika do seniorów dojdzie dwóch-trzech ludzi, to będzie sukces. I jak sprawić, by grać wychowankami? Niestety, świeżej krwi brakuje, a czwarta liga – mimo wszystko – wymaga prezentowania pewnego poziomu. Trzeba sięgnąć po graczy spoza regionu. Jesteśmy blisko aglomeracji trójmiejskiej, więc ściągamy ludzi z Gdyni. Z Gdańska już gorzej, bo zanim przebiliby się przez miasto, by tu dojechać, to straciliby sporo czasu. Blisko jest Wejherowo, Słupsk – nie ma co ukrywać, że kwestie logistyczne są decydujące.

Chcielibyśmy, żeby trzy czwarte zawodników było stąd, ale nie da się tego zrobić. Są systemowe zachęty ze strony związku, więc granie swoimi się opłaca, ale nie jest to łatwe.

5

W jaki sposób podejście młodych się zmienia?

Prezes: – Łatwiej odpuszczają, są jacyś zniechęceni, brakuje im cierpliwości, a przecież szkolenie to proces monotonny. Z tego względu schodzą niżej – gdzieś do okręgówki, gdzieś do A-klasy. Bo tam się nie wymaga, bo można przyjść tylko na mecz, czy potrenować raz w tygodniu. Problem jest szerszy, głębszy.

Obecny sezon, gdzie walczycie o utrzymanie, jest rozczarowaniem?

Wiceprezes: – Ten sezon miał wyglądać zupełnie inaczej.

Prezes: – Szczególnie po jesieni.

Wiceprezes: – Po starcie rozgrywek mieliśmy bardzo konkretny plan, któremu podporządkowaliśmy ruchy transferowe. Cel znał ówczesny trener i drużyna, a była nim walka o miejsce w pierwszej piątce. Tymczasem w tamtym roku zdarzyło się, że i okupowaliśmy ostatnie miejsce. Zmiana na stanowisku trenera trochę to oblicze odmieniła, teraz jest lepiej – punktujemy, pniemy się w tabeli, ale rozczarowanie jest, niedosyt pozostał. Generalnie patrząc na to, ile pracy i środków angażujemy, mamy prawo wymagać wyższej pozycji niż mamy.

4

DERBY

– Pogoń w tamtej rundzie – mimo że znajdowała się w dołku, miała ogromne problemy ze zdobywaniem punktów – na nasz mecz, po zmianie trenera, zmobilizowała się bardzo wyraźnie. Jak to w derbach bywa. Wygraliśmy, ale nieznacznie. To zawsze trudne spotkania – zaczyna Grzegorz Bednarczyk, którego Gryf wygrał 2:1. Może trochę szczęśliwie, może po kilku kontrowersjach, po których ławka rezerwowych gości, na czele z trenerem Walkuszem, była bliska eksplozji (nieuznana, raczej prawidłowa, co pokazały powtórki, bramka dla Pogoni na 1:1), ale koniec końców to słupszczanie wyglądali lepiej pod względem piłkarskim.

Co przełożyło się na zwycięstwo, choć trener Walkusz nie ukrywał emocji na pomeczowej konferencji prasowej.

– Sędziowie zepsuli ten mecz, nie rozumiem praw, jakimi się kierowali i jakie narzucili zawodnikom. Moim zdaniem nie było wolnego, po którym Gryf strzelił pierwszego gola. Spalonego przy naszym golu na 1:1 widział chyba tylko boczny i tylko on. Bramka strzelona prawidłowo, ale oczywiście sędziowie uznali inaczej. Uważamy, że byliśmy lepszym zespołem a gdyby nie sędziowie, wynik mógłby być zupełnie inny.

Co do poziomu sędziowania – zasadniczo wypada się ze szkoleniowcem zgodzić. Delikatnie mówiąc, nie stało na najwyższym poziomie. Doszło do tego, że sędzia boczny – wiecznie spóźniony, rzadko stojący w linii z ostatnimi obrońcami – podniósł spalonego, kiedy zawodnik Pogoni przyjął piłkę na klatkę piersiową, a z tyłu miał naciskającego go obrońce Gryfa.

A jak wyglądała cała otoczka, wszystko to, co na trybunach?

Przede wszystkim – stadion był wypełniony prawie że po brzegi, kibiców stawiło się, mniej więcej, 1500, w tym 150 przyjezdnych. Dawno tutaj takiego wydarzenia nie było. Już godzinę przed meczem, gdy na stadion przybywali pojedynczy fani, czuć było atmosferę piłkarskiego święta, które w tym regionie – gdzie jest trochę piłkarska pustynia, bo pomiędzy Gdańskiem a Szczecinem zbyt wiele futbolu na wysokim poziomie nie uświadczysz – ma miejsce wyjątkowo rzadko.

Oczywiście gdy kibice zapełnili stadion, z miejsca rozpoczęły się uszczypliwości, wymiana uprzejmości, podchodzenie pod sektor gości i tego typu sprawy, jednak do żadnych incydentów nie doszło.

6

No, z wyjątkiem pokazu pirotechniki. Zresztą, bardzo efektownego.

45

*

– Ale tu syf.

– Delegat PZPN, gdy akurat chciał usiąść na jednym z krzesełek.

*

– Mecz kibicowsko stał na bardzo wysokim poziomie – zaczyna kibic Gryfa Słupsk, którego cytowaliśmy już wcześniej. – Przyjechało sporo tych ludzi z Lęborka, ale za wiele do powiedzenia i na trybunach, i na boisku nie mieli. Moim zdaniem wygraliśmy derby pod każdym względem.

Cóż, o ile co do kibicowskiego zwycięstwa można mieć wątpliwości – kibice z Lęborka dawali radę! – o tyle na boisku, jak już pisaliśmy, zwyciężył zespół piłkarsko lepszy, a na pewno dojrzalszy. Który zrównał się punktami z liderem i wciąż ma prawo marzyć.

O wywalczeniu awansu. O uporaniu się z problemami finansowymi. O, w konsekwencji, starcie w trzeciej lidze, derbach z Gwardią Koszalin i przeżyciu ciekawej przygody.

Pytanie, czy – jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem – będzie to przygoda, po której pozostaną piękne wspomnienia i satysfakcja, czy może kac, ból głowy i problemy finansowe?

W końcu mówimy o przeskoku drastycznym.

Nie wierzysz? Zapytaj w Słupsku, zapytaj w Lęborku.

Norbert Skórzewski

Fot. własne/archiwum Pogoni Lębork

KOMENTARZE (8)