Gwiazdy zostały w domach, rezerwowi zostali mistrzami. Jak Finlandia wygrała MŚ
Inne sporty

Gwiazdy zostały w domach, rezerwowi zostali mistrzami. Jak Finlandia wygrała MŚ

W teorii nie mieli prawa zdobyć tego mistrzostwa świata. Grali bez wielkich nazwisk w składzie i przeciwko potężnym rywalom. Gdyby ktoś przed rozpoczęciem mistrzostw powiedział nam, że to właśnie Finowie zostaną zwycięzcami, uznalibyśmy go za szaleńca. W niedzielę, po finałowym spotkaniu, oszalała za to Finlandia. Po ośmiu latach jej reprezentacja wróciła na hokejowy tron i założyła koronę dla najlepszej drużyny. Skąd wziął się ten sukces?

Niebo bez gwiazd

Moglibyśmy ich porównać do Chorwatów z piłkarskich mistrzostw świata. Różnice są jednak dwie. Po pierwsze, Finowie zdobyli złoto. A po drugie, ich skład, gdyby przełożyć go na warunki piłkarskie, zapewne bardziej odpowiadałby reprezentacji Meksyku. Bo trudno było tam znaleźć choć jednego zawodnika, którego moglibyśmy nazwać gwiazdą klasy światowej. Choć znaleźliby się tacy, którzy naprawdę potrafią grać. I jasne, wiemy, że Finowie to nacja rozkochana w hokeju, która ten sport uwielbia i świetnie w niego gra. Ale na mistrzostwach pojawił się ich trzeci lub nawet czwarty garnitur.

Jacek Laskowski, komentujący mecz finałowy w TVP, wyliczał, że z różnych powodów na mistrzostwa nie pojechało 50(!) fińskich zawodników. Zabrakło gwiazd takich jak Aleksander Barkov, Mikko Rantanen, Sebastian Aho, Patrik Laine, Esa Lindell, Tuukka Rask czy Pekka Rinne. Każdy z nich gra w NHL i w normalnych warunkach w kadrze zapewne by się znalazł. Jedni nie przyjechali ze względu na play-offy w najlepszej lidze świata (Rask gra w finale razem z Boston Bruins), inni obawiali się, że dodatkowa impreza może skończyć się kontuzją, a jeszcze inni już kontuzje leczyli. Podobnie było z gwiazdami europejskich klubów, na przykład Joonasem Kemppainenem czy Juuso Hietanenem. A to tylko drobna część wyliczanki.

I raz jeszcze: na piłkarskie warunki to mniej więcej tak, jakby mistrzowie świata, Francuzi, nie mogli powołać Paula Pogby, Raphaela Varane’a, Antoine’a Griezmanna, Hugo Llorisa i jeszcze co najmniej kilkunastu innych, znakomitych zawodników. A potem wygrali turniej. Ostatecznie na mistrzostwa pojechało zaledwie dwóch zawodników z NHL (Henri Jokiharju i Juho Lammikko). Choć obaj przygodę z tą ligą tak naprawdę dopiero zaczynają, a pół sezonu spędzili w „farmach” – mniejszych klubach, do których ekipy z NHL odsyłają zawodników.

Jak – już w trakcie trwania turnieju, gdy Finlandia stawała się jego sensacją – ujął to Thomas Chabot, defensor reprezentacji Kanady: – Finowie pokazują, że nie liczy się ilu zawodników z NHL masz w składzie [dodać tu warto, że sam Chabot gra właśnie w NHL – przyp. red.]. Jeśli tylko znajdziesz metodę na to, by wszystkich dostępnych ludzi złożyć w drużynę i grać we właściwy sposób, możesz dojść daleko. To wciąż po prostu hokej, nieważne czy w składzie masz 10 czy 20 gości z NHL.

O zespole Finów mówiło się, że jest jednym z najgorszych w ich historii. Przypominano, że na 25 zawodników w składzie, aż 13 pochodzi z krajowej ligi, a 18 debiutuje na mistrzostwach. Że to nieopierzona, młoda drużyna, z której co najwyżej kilku graczy znalazłoby się w składzie, gdyby trener Jukka Jalonen miał do dyspozycji największe gwiazdy. Naprawdę nikt nie wierzył, że Finlandia może zawojować te mistrzostwa świata. Ale, jak mówił kapitan kadry, Marko Antilla: – Jesteśmy drużyną. Nie ma wśród nas wielkich gwiazd, po prostu jesteśmy 25 facetami, którzy razem pracują.

Dodać trzeba, że pracowali pod okiem znakomitego fachowca. Bo wspomniany Jalonen to gość, który wcześniej już dwukrotnie wprawił Finlandię w ekstazę. Trzy lata temu, gdy wraz z reprezentacją do lat 20, zgarnął złoto mistrzostw i pięć lat wcześniej, kiedy dorosłą kadrę doprowadził do takiego samego sukcesu. To trener, który ma patent na wygrywanie i, po kilku nieudanych latach pod wodzą Lauriego Marjamakiego, to właśnie do niego zwróciły się władze fińskiego hokeja. Jak się okazało – słusznie.

Bo Finowie już w grupie pokazali, że nie będą chłopcami do bicia. Znakomicie prezentowali się w defensywie (a to była ich pięta achillesowa przez kilka dobrych lat), ale potrafili też szybko przejść do ataku i zdobywać bramki. Grali ładnie dla oka, imponowali formą, a turniej rozpoczęli od wygranej z faworyzowanymi Kanadyjczykami. W siedmiu spotkaniach grupowych przegrali dwa mecze: po dogrywce z USA (2:3) i bez niej z Niemcami, gdy już byli pewni awansu (2:4). Strzelili 22 gole, stracili 11, stając się, obok Kanady, najlepszą defensywą w swojej grupie. W sąsiedniej lepsza była jedynie Rosja z siedmioma wpuszczonymi golami.

W ćwierćfinale trafili na Szwecję. Jedną z hokejowych potęg, faworyta do medali. A przy okazji swojego sąsiada, więc – naturalnie – to był dla nich więcej niż mecz. Ale zanim o fazie pucharowej, to warto się tu zatrzymać i wyróżnić jednego gościa.

Przyszły MVP

Jeśli w 2018 wygrywasz mistrzostwa świata do lat 18, w styczniu 2019 juniorskie, wśród zawodników starszych o dwa lata, a kilka miesięcy później dokładasz do tego złoto seniorów – musisz być gościem o niesamowitym talencie. A nie wspomnieliśmy jeszcze o tym, że Kaapo Kakko zrobił to wszystko, będąc kluczowym zawodnikiem każdej z tych ekip. Nie siedział na ławce, nie wpasowywał się powoli w grę drużyny. Wszedł z drzwiami, wyszedł ze złotymi medalami.

Na MŚ juniorów Finowie wygrali turniej dzięki bramce zdobytej na minutę i 26 sekund przed końcem spotkania. Trafił wtedy Kakko. Teraz z kolei, na słowackich lodowiskach, znakomicie rozpoczęli cały turniej. Grali bowiem w meczu otwarcia z Kanadą, a pierwsze trafienie w całym zanotował w nim właśnie Kakko. Dostał wtedy dobre podanie w okolice niebieskiej linii, utrzymał się na nogach, mimo że ostro zaatakował go Brandon Montour (a gdyby się przewrócił, Finowie na pewno dostaliby karnego) i oszukał Matta Murraya, bramkarza Kanadyjczyków, który w swojej karierze wygrywał już Puchar Stanleya. Zresztą Murray wyraził swój podziw dla rywala w pomeczowym wywiadzie.

A sam Kaapo mówił potem, że w sumie to nie ma pojęcia, co się właściwe stało. – Kiedy takie rzeczy się zdarzają, to… po prostu się zdarzają. Każdy chce potem wiedzieć, jak to zrobiłem. A ja nie wiem. Po prostu zrobiłem. Czasami nie wiem, co się wydarzyło, dopóki nie zobaczę powtórki. – mówił. I trzeba przyznać, że po fazie grupowej miał trochę powtórek do obejrzenia. W siedmiu meczach trafił do bramki sześciokrotnie, dorzucił też jedną asystę.

I co najmniej kilka z tych goli warto sobie zobaczyć. Choćby trafienie ze Słowacją, gdy z łatwością ośmieszył defensywę rywali. Zresztą zrobił to w tamtym spotkaniu trzykrotnie. Albo z Danią, wspaniałego gola, gdy wydawało się, że jest już po akcji, a tymczasem Kaapo – wykorzystując swój zasięg – wsadził krążek do siatki zza bramki. – Tak, staram się tego używać na swoją korzyść. Myślę, że moją największą zaletą jest gra w ofensywie, gdy mogę być przy krążku i skorzystać ze swoich umiejętności. – Do tych ostatnich doliczyć musimy też: osłanianie krążka przed rywalami i panowanie nad nim, czytanie gry oraz charakter. Bo i tym imponuje. Choć najbardziej chyba swą wielofunkcyjnością. Już teraz radzi sobie w niemal każdym elemencie gry, jakby miał na karku nie 18, a 38 lat.

Sam Kaapo twierdzi, że to w dużej mierze zasługa tego, że gra z seniorami nie była dla niego czymś nowym. Ostatni sezon spędził w fińskiej lidze, zaliczając tam 45 meczów, w których zdobył 22 bramki i dorzucił 16 asyst. Nie skorzystał z drogi, jaką obiera wielu zdolnych zawodników – wyjazdu za ocean, by tam grać w juniorskich ligach. Wolał mierzyć się z dorosłymi. I dało to znakomity efekt. Zupełnie nie było widać, by na tle dużo bardziej doświadczonych rywali odstawał. Wręcz przeciwnie. Choć sam mówił, że to dla niego nowy poziom. Z lepszymi, trudniejszymi do ogrania rywalami, przez co musi poprawić swą grę. Zrobił to we wspaniałym stylu.

Jest wspaniałym graczem dla drużyny. Dobrze broni, kreuje grę w ofensywie i strzela bramki. Nie ma problemów, na nic nie narzeka. Świetnie radzi sobie z zainteresowaniem mediów. Jeśli w New Jersey chcą zwycięzcy, powinni wybrać Kakko – mówił trener Jalonen. A przyjaciele z kadry, choćby ustami Juho Lammikko, dodawali: – Jest niewiarygodnym talentem. Wspaniale jest być jego kolegą z drużyny, każdy z nas się tym cieszy. Jest tak utalentowany, że z krążkiem może zrobić wszystko. Strzela, wygrywa pojedynki jeden na jednego, dobrze broni. Jego talent plasuje go w światowej elicie.

Kakko zaprezentował się na mistrzostwach na tyle dobrze, że już zaczęła się dyskusja, czy aby nie zostanie wybrany z numerem jeden w nadchodzącym drafcie NHL. To niby naturalne, ale do tej pory to miejsce zarezerwowane było wyłącznie dla Jacka Hughesa, Amerykanina, innego wielkiego talentu. Zresztą obaj dobrze się znają – grali przeciwko sobie w finałach MŚ do lat 18 i mistrzostw świata juniorów, spotkali się też na turnieju seniorskim. Dziś niemal pewne jest, że dwójka to najniższy możliwy wybór w przypadku Fina. Co do tego nikt z ekspertów nie ma wątpliwości. A może zostać i jedynką, jeśli uwierzymy jego trenerowi z kadry. – Hughes to wielki talent, ale w tych najważniejszych meczach Kakko jest lepszy. Już gra jak mężczyzna. Mógłby teraz zacząć występować w NHL i w kilka miesięcy byłby jeszcze lepszy. Za kilka lat będzie jednym z najlepszych na świecie.

I w tej całej beczce miodu znalazła się tylko jedna łyżka dziegciu: w fazie pucharowej mistrzostw Kakko nie dorzucił już do swego dorobku ani jednego trafienia.

Najtrudniejsza droga

Ale i bez jego pomocy w tym konkretnym elemencie Finowie dali sobie radę. Ze wspomnianą już wcześniej Szwecją poradzili sobie po jednym z najbardziej emocjonujących meczów mistrzostw. Rozpoczęli od prowadzenia, ale szybko je wypuścili i pozwolili wbić sobie trzy bramki. Straty odrobili, mimo że Szwedzi w międzyczasie dorzucili jeszcze jedną. Decydujące trafienie zaliczyli niedługo po rozpoczęciu dogrywki. I to mimo tego, że chwilę wcześniej wyborną okazję na zakończenie meczu mieli ich rywale. Swoją drogą rozstrzygającego gola Sakariego Manninena moglibyśmy oglądać bez przerwy – Fin przymierzył idealnie w okienko, sprawiając, że co najmniej połowa trybun eksplodowała radością.

– Moje poprzednie turnieje z kadrą to były wielkie sukcesy, ale pokonanie Szwecji w ćwierćfinale znajdzie się w mojej osobistej czołówce najlepszych i najważniejszych spotkań. Gdy pomyśli się, kogo pokonaliśmy i jakie drużyny już odpadły, to było to zdecydowanie najlepsze osiągnięcie tej reprezentacji, od kiedy ją prowadzę – mówił Jalonen.

Fińska prasa pisała wtedy o „lwach, które pożarły szwedzkie owce”, „rozkapryszonych szwedzkich milionerach z NHL, którym płacą nie wiadomo za co” czy „thrillerze, w którym robotnicy z krajowych klubów wygrali z milionerami [gazety nieco się tam powtarzały]”. Czy Szwedzi zasłużyli sobie na takie traktowanie? Pewnie można by mieć wątpliwości. Natomiast z pewnością na słowa uznania zapracowali sobie Finowie. A to przecież nie był koniec. W półfinale czekała na nich wielka Rosja, główny faworyt do złota, jedyna niepokonana ekipa w stawce.

To trudniejszy rywal od Szwecji. Lepszy w obronie, lepszy w ataku, lepszy, gdy zmuszony do walki. Znamy ich mocne strony, ale musimy znaleźć słabe punkty. Potrzebujemy wznieść się na wyżyny swoich umiejętności i zagrać jak najlepiej. Wtedy możemy marzyć o finale – mówił Jukka Jalonen przed meczem. W trakcie meczu nie mieliśmy jednak wrażenia, by jego podopieczni odkryli słabe strony rywali. Po prostu sami zagrali fantastyczne spotkanie. Od początku przejęli inicjatywę i regularnie zagrażali bramce rywali. Sami grali niesamowicie dobrze w obronie. Jak to ujął Oliwer Kaski w rozmowie z portalem hokej.net:

– Najważniejsze było to, że trzymaliśmy się naszego planu. Zagraliśmy mocno skoncentrowani w obronie. Założenie było takie, żeby poprzez dobrą grę w tyłach osłabić siłę ofensywną Rosjan. Trzymaliśmy długo krążek przy rozgrywaniu ataków. Oczywiście bardzo ważną rolę odegrał nasz golkiper, który zamurował dostęp do bramki. Kapitan naszej kadry wykorzystał nadarzającą się okazji i zdobył jedynego gola w meczu.

Gola, który – jak się okazało – dał Finom awans do wielkiego finału. Finału, o którym wcześniej nawet nie myśleli. Ale, jak mówił Kaski w tej samej rozmowie: – Słowa o tym, że mamy słaby skład, dodały nam jeszcze więcej energii i sportowej złości. Chcieliśmy udowodnić, że pojawiające się opinie nie tylko nas krzywdzą, ale są po prostu błędne. – Zrobili to w najlepszy możliwy sposób. Bo i w finale nie dali się pokonać.

Mistrzostwa skończyli dokładnie tak, jak je zaczęli. Wygraną 3:1 z reprezentacją Kanady. Przed tym spotkaniem zarówno sami zawodnicy, jak i trener Jalonen, starali się tonować nastroje w ojczyźnie. Mówili, że tym razem to będzie zupełnie inne spotkanie, że Kanadyjczycy już przyzwyczaili się do większego lodowiska, a pod presją grają najlepiej na świecie. I że zdarzyć się może wszystko, bo w końcu „to tylko gra, my po prostu gramy”, jak ujął to Jalonen.

I zagrali. Choć początkowo przygnieceni atakami rywali, choć nie wykorzystali karnego, choć pierwsi stracili bramkę – zostali mistrzami świata. W drugiej tercji byli po prostu bezapelacyjnie lepsi i wyrównali stan rywalizacji. W trzeciej wyszli na prowadzenie, a kolejne trafienie dorzucili z kontry. Kanadyjczycy nie zdołali na nie odpowiedzieć, nie będąc w stanie złamać dobrze ustawionej i grającej z olbrzymim poświęceniem obrony Finów. A nawet gdy ta zawiodła – zawsze z tyłu znajdował się genialnie dysponowany bramkarz.

To coś niesamowitego – mówił po finale Toni Rajala. – Coś, co wiesz, że może stać się tylko raz w twoim życiu. Nawet przed meczem jest wspaniale. W ogóle nie byłem nerwowy, cieszyłem się tym doświadczeniem. Drużyna zagrała niesamowicie. Graliśmy razem, przez całe 60 minut. – Jere Sallinen dodawał z kolei: – To fantastycznie uczucie. Nawet nie wiem, jak wygraliśmy. Niesamowite. Może to jakiś cud na lodzie, coś takiego.

W końcu rozbrzmiała końcowa syrena i cała fińska drużyna wybiegła na lodowisko by wspólnie świętować. Symboliczny obrazek. Bo – jak powiedział Rajala – wygrali właśnie dlatego, że byli drużyną. Najlepszą na tym turnieju.

Bohaterowie

Każda drużyna ma jednak swoich herosów. W przypadku Finów do głowy – odliczając Kakko, o którym już się rozpisaliśmy – przychodzą co najmniej trzy nazwiska. O jednym z nich, Sakari Manninenie, już wspomnieliśmy. W meczu ze Szwedami poza bramką w dogrywce zaliczył też trzy asysty. Został najskuteczniejszym zawodnikiem swojej reprezentacji, notując 11 punktów, na które złożyły się dwie bramki i dziewięć asyst. Fantastycznie operował krążkiem, znakomicie dogrywając go kolegom. Trudno zlekceważyć jego wkład w zwycięstwo. Lub inaczej: po prostu nie da się tego zrobić.

I on jednak został przyćmiony przez dwóch swoich kolegów. Zacznijmy od tego, który strzegł bramki Finów. Kevin Lankinen został w trakcie tego turnieju ich bohaterem jakieś milion razy. Nie przesadzamy. Gość rozegrał najlepsze mecze w karierze, mieliśmy wrażenie, że widzi krążek w zwolnionym tempie. Jak Neo w „Matrixie”. Tyle tylko, że go nie unikał, a wręcz przeciwnie – łapał lub odbijał. Tuż przed decydującą bramką Finów w starciu ze Szwecją, wybronił strzał rywali w znakomitej sytuacji. Zatrzymał wszystkie próby Rosjan, a w ostatniej tercji meczu z Kanadą musiał sobie radzić 21 razy. Sprostał wszystkiemu. Przez cały turniej wybronił 94% strzałów (195 na 207). To skuteczność fenomenalna.

Tym bardziej, że Kevin wyszedł z niebytu. W Chicago Blackhawks nie dostał do tej pory szansy, wcześniej w kadrze czy AHL (niższa liga w USA) grał bardzo różnie. Raz radził sobie bardzo dobrze, raz był elektryczny. Zresztą w AHL wystąpił do tej pory tylko 19 razy, a w NHL nie zaprezentował się fanom ani razu. Nazywany był bramkarzem „przeciętnym”, nawet przez rodzime media. Można było mieć nawet uwagi co do tego, że to na niego postawił w bramce fiński trener. Po turnieju jednak nikt nie może się do tego wyboru przyczepić. Kevin sam zapracował sobie na uznanie.

Został bohater numer trzy. Wielki. W przenośni i dosłownie, bo mierzy 203 centymetry. Kapitan kadry. A przede wszystkim gość, który… na karku ma już 33 lata, nigdy nie grał w wielkich klubach (kiedyś wziął udział w drafcie NHL i został wybrany z numerem 260 przez Chicago Blackhawks, ale nie dostał tam szansy) i nigdy nie był też geniuszem, gdy przyszło do strzelania goli. W żadnym sezonie w swojej dość długiej już karierze nie zanotował nawet dwudziestu trafień. Tymczasem aż cztery bramki Finów – a każda z nich na swój sposób kluczowa – w fazie play-off to jego dzieło. Ile razy strzelił w grupie, zapytacie? Odpowiedź jest prosta: zero.

Gdy przyszło do rywalizacji w systemie pucharowym, stał się jednak strzelcem idealnym. To on zdobył bramkę na wagę remisu i dogrywki ze Szwecją. To on wpakował gola Rosjanom. I to on wyprowadził Finów na prowadzenie ze stanu 0:1 w meczu finałowym. Jeśli ktoś wam powie, że Marko Antilla nie zasłużył na burzę braw po tym turnieju, to znaczy, że po prostu go nie oglądał. Ale jeśli powie, że to gość, który jeździ nieco pokracznie, w lidze cudów nie wyczynia i nigdy nie można by po nim oczekiwać, że tak odpali – miałby rację. Zresztą sam Marko się sobie dziwił.

Nie wiem, skąd ta forma. Trudno mi powiedzieć. Nie wygrałem do tej pory zbyt wiele w mojej karierze i bardzo tego chciałem. Wiedziałem, że mam wspaniałą szansę, by to zrobić. Jestem szczęśliwy, że udało nam się zdobyć tytuł. Ostatnie trzy mecze były bardzo trudne. Rywale byli groźni i utalentowani. Nie było łatwo, ale wierzyliśmy w sukces. I udało nam się go osiągnąć.

Antilla nazywa jest… Buką. Tą z „Muminków”, które są przecież fińskim tworem. Wielu z nas śniło o niej koszmary za młodu. Po tym turnieju o fińskim zawodniku koszmary śnić będą Szwedzi, Rosjanie i Kanadyjczycy. A sam Antilla? Pewnie będzie spać tak spokojnie jak nigdy przedtem.

Co dalej?

Finów w ojczyźnie przywitały dziesiątki tysięcy ludzi. Ich samolot miał eskortę w postaci dwóch innych, wysłanych specjalnie w tym celu. To nordyckie (uwaga, krótka lekcja geografii – Finlandia to nie kraj skandynawski) państwo ogarnęło właśnie hokejowe szaleństwo. Pytanie brzmi: jak długo potrwa? Na trzeci tytuł mistrzów świata w historii tamtejsi fani musieli czekać osiem lat. Poprzednio zdobyli go z tym samym trenerem i w tym samym miejscu. Zapewne wszyscy woleliby, by tym razem stało się to rok po roku.

Tym bardziej, że wtedy zagrać powinny wielkie gwiazdy. Pytanie jednak, czy… one są w ogóle Finom potrzebne? Skoro potrafili wygrać bez nich, to może właśnie tą drogą należy iść i nie zmieniać zwycięskiego składu? Pewne jest, że trener Jalonen będzie miał duży – choć pozytywny – ból głowy. I wielką misję obronienia tytułu przed sobą.

Jednak nawet jeśli ta się nie powiedzie, to przyszłość tego sportu w Finlandii rysuje się w jasnych barwach. Młodzieżowe reprezentacje brylują, wielu młodych, zdolnych zawodników wchodzi właśnie w wiek seniora, pokazując, że tamtejsze szkolenie nie zawodzi. W osobie Kaapo Kakko Finowie powinni mieć lidera i gwiazdę kadry na długie lata (o ile akurat nie będzie grać w play-offach NHL). Nikt nie powinien się więc dziwić, jeśli w kolejnej dekadzie lub dwóch to Finlandia będzie rozdawać karty w europejskim i światowym hokeju. Niekoniecznie, gdy chodzi o rywalizację klubową, ale ich reprezentacja może (i powinna) być naprawdę mocna.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl