Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Henrich Mychitarian to dość problematyczny gość. Nie dość, że od lat nie potrafimy ustalić jednej obowiązującej linii w kwestii sposobu zapisywania jego nazwiska, to jeszcze teraz ta afera z finałem w Baku. Afera, która w pełni pokazuje, z jakimi problemami coraz częściej będzie musiał się mierzyć współczesny futbol.

Oczywiście nikt nie powinien mieć żadnych złudzeń – polityka w piłce nożnej była obecna od zawsze, pozostaje w niej dzisiaj i będzie w niej tak długo, jak długo na stadionach będą zasiadać kibice. Czasem była bardziej zauważalna – jak na przykład podczas legendarnego starcia Crvenej Zvezdy Belgrad z Dinamem Zagrzeb w ostatnich latach istnienia Jugosławii – czasem nieco mniej. Nigdy jednak, choć próbowało wielu, nie udało się jej w pełni wyrugować ze stadionów.

Problemem, którego nie udało się przewidzieć, jest skala.

Nawet absencja Mychitariana w tym dzisiejszym meczu. Przecież to nie jest pierwszy tego typu przypadek, gdy poglądy polityczne czy narodowość piłkarza powodują nieprzewidziane konsekwencje. Xherdan Shaqiri, który prowokował serbskich kibiców podczas mundialu, „za karę” nie poleciał do Belgradu w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Bezpieczeństwo zawodnika postawiono nad te wszystkie frazesy o równej grze, dość przytomnie podjęto decyzję, że występ identyfikującego się z Kosowem i Albanią zawodnika na murawie Zvezdy to nie jest najlepszy pomysł. Doszło do skandalu, bez wątpienia, ale jednak – mimo że to bardzo podobny przypadek do dzisiejszego – wydźwięk i reakcja całego środowiska były zupełnie inne.

Gównomecz w fazie grupowej, gdzie zazwyczaj wszystko jest jasne już w momencie losowania, to inny kaliber niż finał dużego europejskiego turnieju.

Wydeptana swastyka na murawie jednego z chorwackich stadionów przed meczem reprezentacji dla środowiska piłkarskiego jest incydentem na końcu świata, właściwie niegodnym uwagi. Bałkańskie kotły, konflikty rosyjsko-ukraińskie, jakieś przepychanki polityczno-religijne klubów z Bośni i Hercegowiny – to wszystko międzynarodowe federacje zawsze miały w nosie. Zazwyczaj działania i FIFA, i UEFA ograniczały się do prewencji, rozdzielenia w losowaniach drużyn ze skonfliktowanych państw. Oczywiście, nie zawsze udawało się uciec przed brutalną rzeczywistością – i fruwanie drona z podczepioną albańską flagą nad stadionem w Belgradzie zakończyło się burdą oraz skandalem dyplomatycznym.

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy – co działacza piłkarskiego podczas kolacji w Londynie czy Rzymie interesuje jakaś przepychanka w eliminacjach turniejowych w Serbii?

Ten status quo trwał latami – mieliśmy prowincjonalny futbol, gdzie czasami zdarzały się mniejsze czy większe aferki, oraz ten ukochany przez federację duży futbol, do którego dostęp miało wąskie grono państw. Wąskie grono lig, a właściwie: wąskie grono klubów. Tam wszystko było idealnie poukładane – kibice starannie wyselekcjonowani, potencjalnie problematyczna klientela zniechęcona cenami. Bogate kluby z bogatych państw. Luksusowe stadiony w miastach z fantastyczną bazą hotelową oraz długimi tradycjami turystycznymi. Złota era, wręcz baśniowa. Finały w Paryżu, w Mediolanie, w Barcelonie czy Madrycie, z udziałem ciągle tych samych klubów, z określoną publiką, działaczami, tradycjami.

Klub golfowy dla dżentelmenów z Beverly Hills, z bardzo ściśle uregulowanymi zasadami. Wejdziesz tylko w określonym obuwiu, z odpowiednią kartą kredytową, raczej bez szalika. Choć w teorii do tego miejsca mogli dotrzeć biedacy, którzy wytrwali eliminacje organizowane na przedmieściach Los Angeles, w praktyce elita spotykała się we własnym gronie.

Problem polega na tym, że biedacy z przedmieść Los Angeles najpierw zaczęli wydobywać na swoich terenach ropę, a potem uznali, że sport jest doskonałym narzędziem do uwiarygadniania ich w oczach dżentelmenów z Beverly Hills.

Okej, pożegnajmy tę trochę nieporadną metaforę: po prostu Azerbejdżan, Katar, Kazachstan, Emiraty i inne bogacące się państwa urosły w siłę na tyle, że stać je na reklamę w dowolnym miejscu świata. Futbol jest dla nich doskonałą okazją, by pokazać się od zupełnie innej strony, by ogrzać się w blasku światowych gwiazd i trafić na czołówki największych dzienników. Międzynarodowe federacje – jak przez całą swoją historię – idą za głosem swoich portfeli, więc istotnych meczów i wydarzeń w krajach do tej pory ignorowanych będzie więcej i więcej.

Ale niesforny dzieciak z Compton pozostaje niesfornym dzieciakiem z Compton nawet z milionami na koncie, zapytajcie raperów. Wszystkie te egzotyczne z naszej perspektywy miejsca są gotowe finansowo na udział w tym dużym futbolu. Ale nie są jeszcze gotowe mentalnie, nie są w stanie zrobić tego, co zrobiły już lata temu najmocniejsze ligi Europy Zachodniej. Dlatego sytuacji takich, jak z Mychitarianem będzie więcej – to nadal tereny, które pamiętają biedę, pamiętają wojnę, pamiętają wszystkie straszne zdarzenia, które dla Włochów czy Francuzów są tylko zakurzonymi fotkami z albumu dziadka.

UEFA, podobnie jak FIFA, zawsze była Szwajcarią, zawsze była neutralna, bezstronna, zawsze deklarowała, że interesuje ją tylko piłka nożna. W praktyce interesowały ją pieniądze, które miała stara, spokojna Europa, a których nie miały Baku, Ałmaty i Tyraspole. Nie przewidziała, że nadejdzie moment w historii futbolu, gdy największe pieniądze będą oferować państwa, w których interesie nie mieści się zgrywanie Szwajcarii. Które mogą wykorzystać wydarzenia futbolowe na przykład po to, by przedstawiać swoją wersję spornych zdarzeń z najświeższej historii – jak choćby narracja Azerów o Górskim Karabachu, w ich mniemaniu bezprawnie okupowanym przez Armenię.

Za moment przecież mundial w Katarze. Za moment mecze Superpucharu Włoch, a później pewnie i Serie A, pod egidą oficjalnie protestującej przeciw przemocy wobec kobiet włoskiej federacji, w państwach, gdzie prawa kobiet to fikcja. Za moment kolejny ważny mecz w Baku, Euro 2020. Nie wychodzi poza moją wyobraźnię kolejny turniej w Rosji, ale już z meczami na Krymie.

UEFA, podobnie jak FIFA, chciałaby mieć starą, dobrą, polityczną neutralność Paryża i Mediolanu, a jednocześnie nową, równie dobrą, hojność Katarów, Azerbejdżanów i innych Arabii.

Mieć ciastko od Azerbejdżanu i zjeść ciastko od Azerbejdżanu, bez martwienia się, czy policja nie aresztuje Mychitariana.

A tak się chyba nie da.

KOMENTARZE (7)