Nasze siatkarki wreszcie oglądamy z uśmiechem i wiarą w zwycięstwa
Inne sporty

Nasze siatkarki wreszcie oglądamy z uśmiechem i wiarą w zwycięstwa

Gdy w 2003 i 2005 roku Polki zdobywały złote medale mistrzostw Europy nie sądziliśmy, że w ciągu kolejnych czternastu lat ich jedynym sukcesem będzie brąz przywieziony z tej samej imprezy. Zresztą już zakurzony, bo sprzed dekady. Gdy kadra mężczyzn święciła triumfy, kobieca popadała w zapomnienie i grała tak, że bolały nas oczy. W ostatnich latach coś jednak drgnęło. I mecze takie jak dzisiejszy, w którym nasze zawodniczki pokonały wielką Brazylię, najlepiej o tym świadczą.

Jacek Nawrocki, trener naszej reprezentacji, posadę objął w kwietniu 2015 roku. Gdybyśmy zrobili bilans występów Polek na najważniejszych imprezach pod jego wodzą, to nie wyglądałby zbyt okazale. Na mistrzostwach Europy dziewczyny raz odpadały w ćwierćfinale, a raz w barażu o wyjście z grupy. Do igrzysk w 2016 roku się nie dostały, podobnie jak na ubiegłoroczne mistrzostwa świata. Jesteśmy wręcz przekonani, że gdyby trener Nawrocki prowadził ekstraklasowy klub, to dawno temu zostałby zwolniony.

Był zresztą pewien moment, przed dwoma laty, gdy mówiło się o tym, że faktycznie może nastąpić zmiana na tym stanowisku. Ale te plotki szybko zdementowano, obdarzając Nawrockiego zaufaniem i pozwalając mu kontynuować pracę. Dziś możemy napisać, że to była dobra decyzja. Jasne, trenerowi wciąż da się trochę zarzucić. Że brakuje mu odwagi w decyzjach kadrowych, że czasem zbyt wolno reaguje na parkiecie. I tak dalej. Ale na ten moment to dla naszej reprezentacji rzeczy drugorzędne. Ważniejsze jest to, że – po dość sporej przebudowie i tworzeniu kadry w oparciu o nowe, uzdolnione pokolenie – w końcu możemy zasiadać przed telewizorem licząc na zwycięstwa Malwiny Smarzek i spółki. Nawet z najlepszymi rywalkami.

Bo Brazylia to przecież wielka reprezentacja. Nawet jeśli mecz w Lidze Narodów traktuje jako sprawdzian dla niektórych zawodniczek i wystawia na parkiecie kilka rezerwowych, jak to miało miejsce dzisiaj. A tymczasem Polki, z tą wielką Brazylią, przez dwa sety wyraźnie dominowały, grając na dużym luzie i po prostu nam imponując. Potem zaczęły się nerwy, a za nimi poszły błędy i nieporozumienia, co rywalki skrzętnie wykorzystały, odrabiając straty. Ale w tie-breaku, gdy trzeba było udowodnić sobie, że możemy pokonać nawet takie rywalki, Polki zagrały znakomicie, doprowadzając wszystko do szczęśliwego dla nas końca.

Świetnie – już tradycyjnie – grała wspomniana Smarzek, która już teraz jest liderką kadry. Zasada jest tu prosta: jeśli są kłopoty, to trzeba zagrać do niej. To wokół Malwiny kręci się gra, a przecież ta dziewczyna swoje 23. urodziny będzie obchodzić dopiero za kilka dni. Przed sobą ma więc dobrą dekadę grania i (miejmy nadzieję) walki o sukcesy z kadrą. A doświadczenia będzie jej tylko przybywać. Choć nie obrazilibyśmy się, gdyby czasem mogła nieco odetchnąć, a o punktowanie zadbały jej koleżanki.

I tak może się stać. Bo jej śladem już podążają inne utalentowane zawodniczki. Dziś trener Nawrocki (co zdziwiło wielu) zaryzykował i od początku postawił m.in. na Magdalenę Stysiak. Dziewczynę, która ma ponoć potencjał na bycie lepszą i większą zawodniczką od Małgorzaty Glinki. I to nie nasz wymysł, a słowa samej zainteresowanej, jednej z największych legend kadry. Zresztą jeśli tak młoda dziewczyna dostaje szansę z Brazylią i punktuje, jakby w reprezentacji była od dobrych kilku lat, to musimy się ze zdaniem Glinki zgodzić. Do takich młodych i przebojowych zawodniczek w naszej ekipie dochodzi też doświadczenie w postaci choćby Pauliny Maj na pozycji libero, Marleny Pleśnierowicz na rozegraniu (a to też nie wiekowa zawodniczka – ma 27 lat) czy Natalii Mędrzyk w ataku (też 27), która dziś imponowała spokojem w trudnych sytuacjach i często oszukiwała Brazylijki.

Efekt jest taki, że już w zeszłym sezonie mecze Polek w Lidze Narodów oglądało się całkiem dobrze. Wygrały tam przecież m.in. z Chinkami, jedną z najlepszych ekip na świecie. Jednak to w tym sezonie – przynajmniej na razie – wręcz imponują formą w tych rozgrywkach. Na pięć spotkań wygrały czterokrotnie. Z Niemkami, Tajlandią, Bułgarią i Brazylią. Lepsze okazały się tylko Włoszki na inaugurację, ale dopiero po tie-breaku. I jasne, wiemy, że przed naszymi zawodniczkami jeszcze 10 spotkań, jednak ich dotychczasowe występy naprawdę napawają nas optymizmem. Bo grają coraz pewniej, świetnie czują się w różnych elementach gry (nasz blok jest na światowym poziomie, czego nie boimy się napisać, a i w przyjęciu radzimy sobie świetnie). Mamy po prostu coraz lepszą drużynę. Z naciskiem na to ostatnie słowo.

I nie, nie liczymy na awans do turnieju finałowego (znajdzie tam miejsce pięć najlepiej punktujących reprezentacji po rozegraniu piętnastu spotkań i Chinki, który są gospodyniami), bo przed Polkami naprawdę sporo trudnych meczów. A to też nie tak, że ta kadra nie ma swoich problemów. Bo te da się zauważyć – choćby rozkład piłek w ataku, którymi zasypywana jest Malwina Smarzek, a pozostałe dziewczyny stoją bezczynnie (szczególnie środkowe, które atakują niesamowicie rzadko). Takie rzeczy muszą się zmienić, jeśli chcemy nawiązać regularną walkę ze światową czołówką.

Dlatego o awansie do finału nie myślimy. Bo i nie do końca o to na razie w tym wszystkim chodzi chodzi. Choć jeśli Polki by się tam znalazły, bilibyśmy im brawo i trzymali kciuki za końcowy sukces. Kluczem jest jednak to, by nasze reprezentantki mogły się zgrywać i ogrywać w meczach z wielkimi rywalkami. Bo przed nimi w tym roku znacznie ważniejsze wyzwanie – walka o awans na igrzyska olimpijskie. W dniach 2-4 sierpnia, na polskiej ziemi, zagrają z Tajlandią, Portoryko i Serbią o upragniony wylot do Tokio.

Jeśli zaprezentują się tak, jak to robią do tej pory w Lidze Narodów – możemy wierzyć, że w Japonii faktycznie się znajdą. A to samo w sobie byłoby dla nich wielką nagrodą.

Fot. Newspix