Rafa Nadal pokazał, że jest gotowy na Roland Garros
Inne sporty

Rafa Nadal pokazał, że jest gotowy na Roland Garros

Dzisiejszy finał turnieju w Rzymie był trochę jak „Milczenie owiec”. Bo mecz – jak i film – był sam w sobie wybitny, okraszony mnóstwem znakomitych wymian i wspaniałych punktów. Zresztą zgodnie z oczekiwaniami. Ale już chwilę po jego zakończeniu pamiętaliśmy jedynie znakomitą grę Rafy Nadala. Tak jak po seansie „Milczenia…” w głowie tkwi psychopatyczny Anthony Hopkins. I nic to, że Novak Djoković zagrał świetnie (ośmielimy się stwierdzić, że równie dobrze jak Jodie Foster, która dostała przecież za swą rolę Oscara). Dziś został przyćmiony formą Hiszpana, jak Foster kreacją Hopkinsa.

Schemat co roku jest prosty. Im bliżej do Roland Garros w kalendarzu, tym lepiej powinien wyglądać Rafael Nadal. Paryskie korty to jego królestwo, tam czuje się najlepiej i jest najgroźniejszy. Ale i w poprzedzających wielkoszlemowy turniej imprezach zwycięża z regularnością odpałów Nicka Kyrgiosa (który w Rzymie zresztą porzucał sobie krzesłem). W Madrycie Hiszpanowi jeszcze czegoś zabrakło, w półfinale pokonał go tam Stefanos Tsitsipas. W Rzymie Rafa był już jednak bezkonkurencyjny, nie oddał rywalom ani jednego seta i awansował do finału.

I właśnie, finał. W nim czekał nas 54. pojedynek Nadala z Djokoviciem. Poprzednim razem spotkali się na Australian Open, też w decydującym meczu. Tam Serb po prostu zmiótł z kortu Hiszpana, nie dając mu żadnych szans i wracając na tron w Melbourne. Dziś nastąpił rewanż. Od samego początku spotkania Rafa wyglądał na kompletnie nakręconego, grał jak w transie. A przez ostatnie kilkanaście lat zdążyliśmy się przekonać, że gdy w taki wpadnie, nie zatrzyma go nikt.

Nie mógł tego też zrobić Novak Djoković. I choć kolejne gemy były długie (zaczęli od trwającego ponad siedem minut, najdłuższa partia pierwszego seta miała ponad dziesięć), a wymiany ciągnęły się często przez kilkanaście odbić, to na końcu i tak pięść zaciskał Rafa Nadal. Hiszpan rozstrzygał na swoją korzyść każdy z kluczowych punktów. I podkreślamy tu słowo „rozstrzygał”. Bo musiał to robić. Serb niczego nie oddawał mu za darmo, grał zresztą naprawdę dobrze A mimo to przegrał seta do zera. I to pierwszy taki przypadek w historii pojedynków tej dwójki.

W tym momencie byliśmy skłonni uwierzyć, że będzie to szybki finał. Djoković wyglądał na zmęczonego, jego mecze z poprzednich rund były długie i wymagające pod względem fizycznym. Nie spodziewaliśmy się, że zdoła powalczyć z tak genialnym Nadalem. Okazało się jednak, że jak Jodie Foster momentami wychodziła z cienia Hopkinsa w „Milczeniu owiec”, tak i on był w stanie opuścić ten rzucany przez Nadala. Ba, nie tylko dał się zauważyć, ale i Rafę pokonał. Choć tylko na dystansie seta.

W drugiej partii wyglądał zresztą znacznie lepiej, jakby obudził się nagle z letargu. To był ten Novak, którego dobrze znamy i którego mecze uwielbiamy oglądać. Ale wciąż miał problemy. W siódmym gemie bronił się nawet przed kilkoma break pointami. Wygrał go jednak, po kilku naprawdę świetnych punktach. I to był chyba najlepszy symbol tego, że Novak wrócił do gry – w pierwszym secie za nic nie przechyliłby tego gema na swoją korzyść. I choć zaczął popełniać więcej prostych błędów (jego dwa smecze władowane w siatkę są materiałem na niezłą komedię), to ostatecznie udało mu się przełamać serwis Rafy. W najlepszym możliwym momencie, bo oznaczało to równocześnie wygranego seta.

Trzecia partia to już jednak powrót genialnego Hiszpana. Tym razem Rafa pozwolił Djokoviciowi wygrać gema. Ale tylko jednego. Zresztą Nadal przełamał rywala już na samym początku, a sfrustrowany Serb rozwalił rakietę o kort. Potem już tego nie zrobił, ale gdyby chciał, byłby usprawiedliwiony. Bo rozumieliśmy jego frustrację. Trudno było nie dać się jej ponieść, gdy Nadal znajdował odpowiedź na niemal wszystko. Djoković musiał zagrywać piłki idealne (co i tak robił naprawdę często), by Hiszpan ich nie odegrał. Ale jeśli trafił akurat dwa centymetry obok ideału, to po chwili dostawał odpowiedź ze strony Rafy. Zwykle jeszcze lepszą. W miarę trwania decydującego seta widać było zresztą, że sam Novak dostrzega, kto jest dziś królem na korcie. Wynik też to potwierdził – Rafa wygrał 6:0, 4:6, 6:1.

Dla Hiszpana to pierwszy wygrany turniej od sierpnia ubiegłego roku. Za sobą ma jedną z dłuższych tego typu przerw w zawodowej karierze. Ale przełamał się w najlepszy możliwy sposób – ogrywając jednego z głównych rywali do triumfu w zbliżającym się Roland Garros. I, przy okazji, pokazując Novakowi, że marzeń o skompletowaniu Wielkiego Szlema, być może po raz kolejny będzie musiał się pozbyć.

Czy tak się jednak stanie – dowiemy się początkiem czerwca, już w Paryżu. Chcielibyśmy jednak, by obaj się tam spotkali. Bo to gwarancja znakomitego meczu.

Fot. Newspix