Nie spotkałem wcześniej w szatni tak wielu profesjonalistów
Weszło

Nie spotkałem wcześniej w szatni tak wielu profesjonalistów

ŁKS Łódź to drużyna, która wiosną robiła furorę na polskich boiskach i pewnie awansowała do Ekstraklasy. Architekci tego sukcesu? Wielu trudno tu wymienić z imienia i nazwiska, ale na pewno wskazać trzeba prezesa Tomasza Salskiego, człowieka z ciekawą wizją. W pierwszej kolejności należy dodać Krzysztofa Przytułę, który jako dyrektor sportowy zabrał się za jej realizację i dorzucił wiele od siebie. Kto następny? Bez dwóch zdań trener Kazimierz Moskal. Przed sezonem zastąpił szkoleniowca, który wywalczył awans do I ligi – wszystko po to, by drużyna nabrała stylu i mogła powalczyć o awans wyżej w przyszłości. Nikt nie spodziewał się, że efekty przyjdą błyskawicznie i w dużej mierze o tym jest nasza rozmowa z byłym szkoleniowcem m.in. Wisły Kraków, Pogoni Szczecin czy Sandecji Nowy Sącz, z którą w poprzednim sezonie spadał z Ekstraklasy. 

Jest pan pracoholikiem? 

Ja bym tak siebie nie nazwał. Jest wiele rzeczy do zrobienia, więc je robię. Najbardziej lubię te momenty, w których na pewne sprawy mogę spojrzeć z dystansem, na chłodno, bo więcej się wtedy wychwytuje, a jeśli zajmujemy się czymś bardzo intensywnie, to niektóre niuanse mogą nam umknąć. Na pewno nie jest trenerem w typie Adama Nawałki, choć nie znaczy to, że ta praca nie zabiera mi wiele czasu. 

Zabawne, że wspomniał pan o Nawałce, bo miałem o to pytać później. Ludzie zaczynają dostrzegać pewne podobieństwa. 

Tak? Nie zgodzę się, bo pracowałem z trenerem Nawałką jako asystent, więc wiem, jak to u niego wyglądało. My, jego współpracownicy, tak naprawdę nie mieliśmy wtedy czasu na nic. Trener był bardzo zaangażowany i tego samego oczekiwał od wszystkich. Albo była odprawa, albo trening, albo analiza, albo przygotowania do kolejnych rzeczy… Cały czas byliśmy pod prądem, a wydaje mi się, że ten dystans, o którym wspomniałem, jednak jest potrzebny. 

Nie wzoruje się pan na byłym selekcjonerze?

Miałem szczęście współpracować z wieloma trenerami. Od każdego mogłem się czegoś nauczyć, ale nie czerpię wzorców i nie przenoszę schematów. Jeśli miałbym wskazać tego z nich, do którego mi najbliżej, to byłby to Robert Maaskant. Mówię przede wszystkim o relacjach trenera z drużyną, o sposobie prowadzenia zespołu. Jego podejście charakteryzowało się tym, że były momenty, w których najważniejsza była praca i dyscyplina, ale nie brakowało przy tym humoru, luzu i relacji bardziej przyjacielskich niż te na linii szef-podwładny. Ta granica jest bardzo cienka, ale jeśli trafi się na grupę świadomych zawodników, to może to pięknie zaprocentować. Trzeba znaleźć odpowiedni balans. Sam rygor i zakazy często prowadzą do ograniczenia indywidualnego potencjału, a z drugiej strony za dużo luzu może wywołać chaos, bo szczególnie ci doświadczeni zawodnicy mają swoje wizje i utarte sposoby myślenia. 

To prawda, że zawodnicy ŁKS-u ani razu nie mieli dwóch dni wolnego z rzędu? 

Nie pamiętam. Musiałbym to dokładnie sprawdzić, ale chyba po porażce z Bytovią był taki moment. 

To runda jesienna i wcale nie jej końcówka. Wiosną nawet po wygraniu ważnego meczu z Sandecją nie mogli liczyć na trochę luzu w Wielką Sobotę. 

Jeszcze teraz po fecie wolna była i niedziela, i poniedziałek. Jeśli przed rozpoczęciem przygotowań do rundy wiosennej powiedzieliśmy sobie, że walczymy o awans i mamy jakiś plan, by ten cel zrealizować, musimy się go trzymać bez względu na to, czy wygraliśmy mecz, czy przegraliśmy. Nie uzależniam od tego też na przykład intensywności zajęć – to bez sensu. Albo mamy plan, albo go nie mamy. Zawsze powtarzam to zawodnikom – bądźmy tacy sami niezależnie od tego, jakie są wyniki. 

Skoro już o tym mówimy, opowiem panu o pewnej sytuacji. Wracając z obozu w Turcji, spotkaliśmy na lotnisku dwie drużyny z pierwszej ligi: Bytovię Bytów i Odrę Opole. W rozmowach między zawodnikami wyszło, że w jednej z tych ekip piłkarze po powrocie mają pięć dni wolnego. My trenowaliśmy od razu następnego dnia, w kolejnym graliśmy sparing, wolne było dopiero później i też tylko jeden dzień. Ale jeśli ktoś miał jakieś wątpliwości, to może zobaczyć, gdzie dziś jesteśmy my, a gdzie jedna z tamtych drużyn. 

Trafił pan właśnie na tak świadomą grupę piłkarzy, że nie ma u nich żadnego sprzeciwu czy może bardziej – parafrazując – jak są wyniki, to i ocet słodki? 

Oczywiście mam świadomość tego, że wyniki we wszystkim pomagają, ale ta grupa jest bardzo profesjonalna i świadoma. Dam przykład. Nie mamy dziś takich możliwości, by stworzyć piłkarzom idealne warunki, jeśli chodzi o wyżywienie. Pomimo tego wchodzę do szatni i widzę, że bardzo wielu z nich ma przygotowane wcześniej przez siebie posiłki, by uzupełnić pewne rzeczy zaraz po treningu. W poprzednich klubach takie rzeczy czasami się zdarzały, ale nigdy na taką skalę, najczęściej zawodnicy po prostu wychodzili później gdzieś na obiad. To oczywiście tylko jeden aspekt, ale dość wymowny i pokazujący, że ta świadomość jest na bardzo wysokim poziomie. 

Pan taką grupę zastał czy mocno przyczynił się do tego, że tak ona wygląda? 

Gdy przychodziłem do ŁKS-u, szkielet zespołu już był i przygotowana została część transferów. Wszystko, co działo się potem, przechodziło już przeze mnie i cały sztab. 

To zapytam inaczej – na przykład Łukasza Madeja nie chcieliście również z tego względu? Wydawałoby się, że jego powrót byłby naturalny i mógłby się okazać wzmocnieniem. 

Ta sprawa też przechodziła przeze mnie, to nie tylko decyzja dyrektora sportowego. Nie byłem za tym ruchem. Wiem, że to wychowanek klubu i tak dalej, ale tu nie ma miejsca na sentymenty. Też kiedyś grałem w Wiśle Kraków i wydawało mi się, że będę w tym klubie do końca kariery, a jednak zaproszono mnie na rozmowę i powiedziano, iż nie ma dla mnie miejsca. Czasami to niestety brutalne, ale takie jest życie. Łukasz był po poważnej kontuzji i nie wiedzieliśmy, na ile będziemy mogli na niego liczyć, a chcieliśmy ludzi, którzy  będą zdolni w stu procentach poświęcić się dla drużyny. 

GRODZISK WIELKOPOLSKI 25.08.2018 MECZ 7. KOLEJKA FORTUNA I LIGA SEZON 2018/19 --- POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: WARTA POZNAN - LKS LODZ 0:2 KAZIMIERZ MOSKAL FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Przed sezonem zastąpił pan Wojciecha Robaszka, który awansował z drugiej ligi do pierwszej. Trudniej wchodzi się do drużyny po trenerze, który osiągnął sukces? 

Nie miałem z tym żadnego problemu. Sam się do ŁKS-u nie wpraszałem. Trener Robaszek wiedział już wcześniej, że nie zostanie przedłużona z nim umowa, a później to mi została złożona propozycja. Moje pierwsze skojarzenia nie były zbyt dobre, bo miałem w głowie pewne wyobrażenia na temat ŁKS-u jeszcze z czasów kariery zawodniczej. Mówię o starym boisku, szatniach czy kłopotach, o których ciągle się słyszało, a dla mnie ważne jest to, by miejsce mojej pracy było przyzwoite – tak, by z przyjemnością się do niego przychodziło. Później okazało się, że warunki, które tu zastałem, spełniały wszystkie wymogi. Przede wszystkim mówię o boiskach do treningu, bo to jest najważniejsze. 

Sięgnięto po pana między innymi z tego powodu, że choć wyniki były zadowalające, to władze chciały poprawić styl gry zespołu. To chyba spory komplement dla trenera, gdy w takiej sytuacji zadzwoniono do pana. 

Dla mnie ten styl gry jest naturalny. Wszyscy patrzą na zwycięstwa, ale ogląda się je lepiej, gdy daje to przyjemność. Tak samo gra ma sprawiać przyjemność samym piłkarzom. Gdy przychodziłem do Szczecina, cel był ten sam – nie walka o mistrzostwo, a zmiana stylu. To się udało, choć wiem, że kibice chcieliby czegoś więcej, pucharów, ale uważam, że tamtego zespołu nie było na to stać. Tutaj mieliśmy zacząć od budowy zespołu, który o awans powalczy dopiero w przyszłości. 

Kompletnie nie spodziewał się pan, że może się udać od razu? 

Absolutnie nie. Na początku sezonu kompletnie nie wiedziałem, na co tę drużynę będzie stać. Czyli sytuacja była trochę podobna do tej, którą mamy dzisiaj, bo teraz też wszyscy zastanawiają się, co z nami będzie w Ekstraklasie. Znałem trzech, może czterech zawodników, byliśmy beniaminkiem, więc nie ma co kryć – chciałem się spokojnie utrzymać. Po kilku rozegranych meczach wiedziałem, że stać nas na to, żeby dobrze grać w piłkę. Oczywiście mieliśmy swoje problemy, pogubiliśmy punkty, ale nie byłem tym mocno zaniepokojony, bo nasza gra wyglądała na tyle dobrze, że wiedziałem, iż sobie w tej lidze poradzimy. Jednak awans ciągle był tak odległą wizją, że jesienią nikt o nim nie myślał, nawet po dobrym meczu z Rakowem. 

To kiedy ta wizja stała się dla pana bardzo realna? 

Wiosną. Widzieliśmy miejsce po rundzie jesiennej, naszą grę i postawę niektórych przeciwników. Raków odskoczył, więc jedno miejsce było już zaklepane, ale uwierzyłem, że możemy powalczyć o to drugie, dlatego przed pierwszym treningiem jasno powiedzieliśmy sobie, że nie ma sensu ściemniać, iż to nas nie interesuje. Przy czym potem ważne było to, żeby nie myśleć o tym, co będzie 20 maja. Kluczowy był każdy kolejny mecz. Dlatego zrobiliśmy sobie taką ściankę, na której przyklejane były kartki z herbami każdego przeciwnika. Odklejaliśmy je po wykonaniu zadania. 

Zapytam bardzo ogólnie – co się stało, że to nagle tak zagrało? Ja potencjał waszego zespołu na papierze oceniałbym bardziej na miejsca 5-10 i mam poczucie, że nie jestem w tym odosobniony. Tymczasem wiosną graliście tak, że momentami szczęki opadały dość nisko. 

Unikałbym stwierdzenia, że coś nagle zagrało, bo uważam, że jesień też mieliśmy dobrą. Pretensje do drużyny miałem praktycznie tylko po meczu z Garbarnią i po pierwszej połowie z Puszczą, a to spotkanie ostatecznie wygraliśmy. Nie nastąpił żaden wielki przełom. Ważnym momentem na pewno była przerwa we wspomnianym meczu w Niepołomicach. W szatni spokojnie zapytałem się drużny, co tak naprawdę chce osiągnąć i oczekiwałem szczerej odpowiedzi. Ustaliliśmy, że chcemy grać w piłkę w pewien określony sposób, więc nie możemy się tego bać. W drugiej połowie udało się strzelić dwa gole i zaczęliśmy serię osiemnastu meczów bez porażki. Po prostu poszło, ale nie doszukiwałbym się w tym początku wielkiej metamorfozy. Wiosna wyglądała fantastycznie, bardzo ważny był wygrany mecz w Mielcu. Widziałem, że zwycięstwa nakręcały tę drużynę. Wychodziliśmy na kolejne mecze z dużą pewnością siebie. 

Kluczowe było stworzenie zespołu wokół Daniego Ramireza?

Znów się nie zgodzę. My nie stworzyliśmy tej drużyny wokół niego. Dani bardzo dobrze się wkomponował, był bardzo ważną i nietuzinkową postacią, ale nie tylko on dawał odpowiednią jakość. Architektów awansu jest wielu, jesteśmy mocni jako drużyna. 

Zachodzę w głowę, dlaczego Ramirezowi nie poszło w Olsztynie. Ma pan swoją teorię? 

Czasami tak jest, że w jednym miejscu zawodnikowi nie idzie, a w drugim czuje się dobrze. Myślę, że to przede wszystkim zależy od tego, jak zespół chce grać i funkcjonuje. Trzeba umieć wykorzystać potencjał takich zawodników. Nie wiem, jaki pomysł na grę i Daniego miał trener Stomilu i nie chcę się w to zagłębiać, ale u nas to było kluczem – Dani idealnie nam przypasował, tak jak my Daniemu. 

Na poziomie Ekstraklasy będzie odkryciem? 

Ma wszelkie predyspozycje, by być czołowym piłkarzem ligi, bo takich zawodników nie ma u nas wielu. Nie widzę powodów, dla których nie miałby wykorzystać swoich umiejętności. Cały czas się rozwija. 

Drugim takim zawodnikiem będzie Sobociński? Pytam o personalia również dlatego, że Raków ze względu na Puchar Polski jest już trochę bardziej znany szerszej publiczności, a was wielu będzie dopiero odkrywać. 

Na pewno to objawienie tego sezonu. Nie grał w pierwszych meczach, ale potem wskoczył do składu i imponował przede wszystkim wprowadzeniem piłki do gry. No i ustawieniem – gdy obserwowało się jego grę, można było pomyśleć, że ma na koncie dużo doświadczenia. Wystawiając na tej pozycji tak młodego zawodnika, masz świadomość, że popełni jeszcze wiele błędów, bo tak to musi wyglądać, ale ja absolutnie nie miałem do niego pretensji choćby o te swojaki [Sobociński strzelił trzy bramki samobójcze w sezonie – red.]. Zbiera doświadczenia, niedługo ma młodzieżowy mundial, gdzie zyska dodatkowy bagaż i będziemy na niego bardzo mocno liczyć. 

Zaniepokoiło pana w jakiś sposób to, że w tym sezonie z ligi najprawdopodobniej polecą obaj beniaminkowie? Wydawało się przecież, że Miedź jest bardzo dobrze poukładanym zespołem. 

W żadnym wypadku. Równie dobrze moglibyśmy cofnąć się o rok i powiedzieć, że Górnik Zabrze, który do ekstraklasy awansował w ostatniej chwili, zrobił awans do europejskich pucharów. Każdy przypadek jest inny. Jest w nas dużo pokory i nie wiem, na co nas stać, ale liczę, że dalej będziemy trzymać się swojego stylu gry. Jeśli to się nam uda, myślę, że będziemy w stanie nawiązać walkę z wieloma zespołami Ekstraklasy. 

Styl jest tą rzeczą, którą możecie wnieść do ligi? 

Tak, chcemy grać swoje niezależnie od tego, czy gramy na wyjeździe, czy u siebie. I niezależnie od tego, czy gramy z najlepszymi drużynami, czy tymi z dolnych rejonów tabeli. 

Musicie sporo pozmieniać, by być na to gotowi? 

Trzeba mierzyć siły na zamiary. Jesteśmy beniaminkiem i to takim, który awans zrobił trzeci raz z rzędu. To trudne pytanie, bo w tym momencie nie mogę złożyć deklaracji w żadną stronę. Będziemy musieli się wzmocnić i pracujemy nad tym – zobaczymy, na ile nam się to uda. Do każdej formacji potrzebujemy zawodnika, który nie tyle uzupełni nam kadrę, co podniesie jej poziom. 

Zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że o ile w przekroju całego sezonu Raków Częstochowa był tym lepszym beniaminkiem, o tyle patrząc jedynie na wiosnę, to miano można by przyznać bardziej ŁKS-owi? 

Nam w żadnym wypadku nie przeszkadzało to, że więcej mówiło się o Rakowie i ich imponującej serii. Sprzyja nam spokój i pokora. Jak to mówią: ciszej będziesz, dalej zajedziesz. Przy czym nie rozpędzałbym się jeszcze z końcową tabelą, bo został jeden mecz, a my mamy tylko dwa punkty starty. 

PLOCK 17.09.2016 MECZ 9. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2016/17 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: WISLA PLOCK - POGON SZCZECIN 2:0 KAZIMIERZ MOSKAL FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Czuje pan, że dzięki tej pracy w ŁKS-ie odkleja pan od siebie pewną nie do końca pozytywną łatkę? 

Nie, ja traktuję to jako nagrodę za te ostatnie lata. Absolutnie nie czuję się innym trenerem niż wtedy, gdy tych sukcesów nie było. Teraz udało się go osiągnąć, ale na to składa się wiele czynników. Często na trenerów patrzymy przez pryzmat nawet pojedynczych meczów, a nie przebiegu pracy w dłuższym okresie – tego, czy zawodnicy robią postępy, czy jest progres w grze, czy zespół ma potencjał, by osiągnąć coś więcej. 

Ale ostatnio mówiono o panu w dużej mierze jako o trenerze od remisów i jest to ocena, która wynikała z dłuższego okresu, bo powtarzało się to w kolejnych klubach. 

Na przykład gdzie? 

W GKS-ie Katowice, w Pogoni Szczecin. 

I co z tego wynika? Za mojej kadencji Pogoń grała w półfinale Pucharu Polski i zajęliśmy siódme miejsce w Ekstraklasie. Po mnie przyszedł Maciej Skorża i zespół miał ogromne problemy z wygrywaniem, kręcił się w dolnych rejonach tabeli. Zmienił go Kosta Runjaić, który najpierw utrzymał zespół, a teraz jest z nim na miejscu ósmym i… wszyscy się nim zachwycają, jest fantastyczny! Doceniam to, co zrobił, bo objął zespół w trudnym momencie, ale… czasami te interpretacje faktów są prawie tak różne jak przy zagraniach ręką w polu karnym. Wychodzimy po to, by wygrywać, ale ze względu na różne okoliczności niekiedy się nie udaje, ale nie ma sensu przywiązywać wagi do takich zbiegów okoliczności, że akurat tych remisów było sporo. Zdarza się to drużynom we wszystkich ligach. 

Sandecję traktuje pan jak swoją porażkę czy ten spadek był odzwierciedleniem potencjału zespołu? 

Wiele rzeczy nie poszło tam tak, jak powinno. Zacznijmy od tego, że mieliśmy kłopot z boiskiem do treningu. Była specyficzna zima, która do kwietnia nie pozwalała trenować nam na naturalnych nawierzchniach, a ze sztuczną też mieliśmy duży problem. Druga rzecz jest taka, że nie wyszło nam parę ruchów w szatni. Ludzie, którzy mieli do nas przyjść, ostatecznie w klubie nie wylądowali. Niektórzy byli już dogadani, podaliśmy sobie ręce, a nagle potrafili wycofać się w ostatnim momencie. Inni przeciągali sprawę i z czasem wszystko się rozmywało. Takich zawodników było mnóstwo i zostaliśmy praktycznie w tym składzie, który był. Pod koniec okienka udało nam się sprowadzić Pawło Ksionza i Damira Sovsicia, ale byli nieprzygotowani i na boisku wychodziło to, że nie mieli zdrowia. Kolejna sprawa to błędy indywidualne, które przytrafiały nam się w poszczególnych meczach. Mowa o zagraniach, na które jako trener nie masz wpływu i nie możesz ich wyeliminować. Nawet Michał Gliwa, który miał fantastyczną jesień, nagle na wiosnę był już trochę innym zawodnikiem. Na koniec, choć to nie jest rzecz najmniej istotna, gra poza własnym boiskiem. 

Wracając do kwestii pana porażki – przejmował pan zespół, który był punkt nad kreską. 

Czy to moja porażka? Oczywiście, że biorę za to odpowiedzialność, bo kończyłem z tym zespołem rozgrywki. Bolało mnie to, bo widziałem szanse na utrzymanie. Prawie do końca, jeszcze w meczu z Cracovią mieliśmy rzut karny i go nie wykorzystaliśmy… Szkoda, ale musimy być na to przygotowani – żaden trener nie ma patentu na to, żeby ciągle być topie. Praca w Nowym Sączu była dla mnie wyzwaniem, nie udało się, ale nie ma sensu oglądać się za siebie. 

Często słyszy pan, że jest za spokojny? 

My na wszystko patrzymy przez pryzmat skrajności i przywiązujemy zbytnią wagę do etykiet. Podobało mi się to, jak w swojej książce odniósł się do tej kwestii Carlo Ancelotti. Jeśli w klubie nie ma wizji, funkcjonuje on w bardzo prosty sposób. Powiedzmy, że na początku zatrudniamy spokojnego trenera, który pewne rzeczy poukłada. W momencie zwolnienia jego zaleta nagle staje się wadą i bierzemy szkoleniowca, który będzie rzucał bidonami podczas meczu. Dalej: zatrudniliśmy trenera doświadczonego, ale nie poszło, to teraz młody i na dorobku. Nie sprawdził się szkoleniowiec krajowy? Bierzemy więc zagranicznego. I tak dalej, i tak dalej. Ja nie będę na siłę stawał się kimś, kim nie jestem – biegał przy linii, wyzywał i rzucał tymi bidonami. Czasami oczywiście trzeba podnieść w szatni głos, ale łatwiej jest dotrzeć do zawodników spokojnym tonem. Moim zdaniem osobowość trenera wyraża zespół na boisku.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. newspix.pl/FotoPyK