Zostało 15 minut, jest 1:2. Pan Terlecki wchodzi, dwa razy nawija trzech i kończy się 3:2
Weszło Extra

Zostało 15 minut, jest 1:2. Pan Terlecki wchodzi, dwa razy nawija trzech i kończy się 3:2

– Pamiętam taki mecz, który graliśmy o awans z A-klasy do okręgówki. Stanisław Terlecki przebrał się w kostium i wszedł na boisko, ponieważ dwóch z nas złapało kontuzje, a trzeci rezerwowy nie dojechał. Wchodził przy 1:2, jakieś piętnaście minut do końca. To był tak zwany mecz o wszystko – wygrywamy, to mamy awans, remis albo porażka, zostajemy w klasie A. Z perspektywy ponad 20 lat nie ma to żadnego znaczenia, ale wtedy kwestia życia i śmierci – czy wchodzimy do okręgówy, czy nie?! Dylematy piłkarzy z Nadarzyna. No i wchodzi Terlecki, najpierw okiwał trzech i strzelił bramkę na 2:2. Potem znów okiwał trzech, ale czwarty obrońca go wyciął na 18. metrze. Terlecki ustawił piłkę i zapakował między widły – wspomina Tomasz Jachimek. Z wykształcenia dziennikarz, z zawodu satyryk, z pasji piłkarz. Trenowali go Bogusław Kaczmarek i Stanisław Terlecki, w szatni spotkał braci Żewłakow. Ma o czym opowiadać, więc zapraszamy!

Czy można powiedzieć, że pana kariera piłkarska została brutalnie przerwana przez brak talentu?

Nie brutalnie, tego można było się spodziewać! O ile nie narzekałem na wyszkolenie techniczne i umiejętność tak zwanej merdki, czyli kiwki, grania z klepki, o tyle na parametry cielesne już tak. Zawsze byłem mały, chudy, łatwo było mnie przepchnąć, wystarczyły dwa wjazdy defensywnego pomocnika po piszczelach i już machałem, płakałem, że chcę zmianę. Jednak poza tym oczywiście: brak talentu, absolutnie, proszę to śmiało napisać. Lepiej bym tego nie ujął.

Mimo wszystko, na przestrzeni swojej przygody z piłką, spotykał pan duże postaci naszego futbolu. Na przykład Bogusława Kaczmarka.

Był moim trenerem przez dwa tygodnie na obozie przygotowawczym województwa gdańskiego albo pomorskiego, już nie pamiętam, jaka była wówczas nomenklatura. To była jeszcze komuna, zgrupowanie w Cetniewie. I na to zgrupowanie pojechali nie byle jacy ludzie, bo wtedy w kadrze województwa grali choćby z Lechii Sławomir Wojciechowski, syn Bogusława Kaczmarka, Marcin, z Arki Grzesiek Niciński, a z Bałtyku Michał Biskup, kapitan reprezentacji Polski do lat 15 i 16. Spotkałem chłopaków, którzy potem sporo w piłce osiągnęli. Po latach mogę sobie powspominać, że to byli moi koledzy z boiska! A Bogusław Kaczmarek był dla nas żywą legendą, grał w Arce w jej najlepszych latach, w Trójmieście wszyscy wiedzieli, kim był i jest popularny „Bobo”. Wprowadzał niesłychaną atmosferę, miał te swoje bon moty, był strzelcem wyborowym. Nie pasjonowałem się jeszcze wtedy sztuką kabaretu, ale wydawało mi się już wtedy, że nie miał tego przygotowanego, że te swoje powiedzonka improwizował na bieżąco, przychodziło mu to spontanicznie, ot tak. Pięć-sześć kwiatków można było w czasie treningu wyłapać, tylko człowiek był głupi i zamiast wrócić do domu, notować te złote myśli, to się pośmiał i zapomniał. No, a potem Kaczmarek przyjeżdżał na mój Bałtyk z Lechią i najczęściej dostawaliśmy baty. Zdarzały się remisy, ale jakby sprawdzić statystyki, to większość meczów jest na korzyść Lechii.

Jaki jest pana ulubiony bon mot Kaczmarka?

Oj, sporo tego było. Ktoś mówi do trenera przykladowo: „Robert to pomocnik”. Na co trener Kaczmarek: „Pomocnik? Chyba młynarza!”. Albo: „Stoicie pod tą bramką jak czołgi pod Stalingradem”. Od trenera Kaczmarka pierwszy raz usłyszałem złotą maksymę, że „Lepiej mądrze stać niż głupio biegać”.

Dalej: bracia Żewłakow.

To etap warszawski. Przyjechałem do Warszawy i byłem w momencie tak zwanego poszukiwania klubu. To był rok 1992, zupełnie inaczej to wszystko wyglądało, straszna bieda. Trafiłem do Polonii po różnych perypetiach. Przechodziłem przez różne testy szkoleniowe, bo skończyłem wiek juniora, na treningach mówili:

– Myśleliśmy, że tu jakiś studencik przyjdzie, a ty naprawdę grasz w piłkę!

Ale później, jak dochodziło do rozmów na temat finansów, zakwaterowania, to słyszałem:

– A jednak nie, nie stać nas, nie chcemy cię, mamy drużynę.

Spotkałem się z bolesną ścianą. Po kilku miesiącach trafiłem jednak do Polonii, do drużyny rezerw i tam byli też po skończeniu wieku juniora Michał i Marcin Żewłakowowie. Zapamiętałem ich jako sympatycznych i inteligentnych gości, co zresztą doskonale słychać, jak dziś wypowiadają się w mediach. To nie są ludzie, którzy poza piłką nie potrafią sklecić trzech zdań, tylko mówią ładną i barwną polszczyzną. Nikt wtedy nie wiedział, że Michał będzie miał 102 mecze w reprezentacji, a Marcin strzeli bramkę na mundialu. Na pewno mieli smykałę, ale żeby tak mocno się wyróżniali na tle kolegów z rezerw Polonii, to bym nie powiedział. Absolutnie nie miałem przeczucia, że siedzę w szatni z przyszłymi reprezentantami kraju. Nie było czegoś na zasadzie: bracia Żewłakow i długo, długo nic. Grali fajnie w piłkę, ale na poziomie drużyny.

Czyli może pan powiedzieć – grałem na poziomie braci Żewłakow!

Bez przesady, skromność i realna ocena sytuacji nie pozwalają. Oni mają swoje sukcesy w profesjonalnej piłce, ja mogę się pochwalić występami w Reprezentacji Artystów Polskich, więc byłbym bardzo ostrożny z takimi porównaniami.

Jak ta przygoda w Polonii się skończyła?

Groteskowo. Nasz trener Wiesław Wspaniały powiedział nam w listopadzie, że mamy trzy miesiące wolnego i że spotkamy się, jak zacznie się runda rewanżowa, bo klub nie ma pieniędzy na treningi drugiej drużyny. Już wtedy wiedziałem, że nic z tego nie będzie, szukałem sobie innego miejsca i znalazłem przesympatyczny klub Wicher Kobyłka, a później jeszcze grałem w Nadarzynie. To były niższe klasy rozgrywkowe, ale okazało się, że te dwa kluby potrafiły wspomóc biednego studenta w doposażeniu stypendium i łączyłem naukę ze sportem.

Do którego z tych klubów trafił pan przez taksówkę?

Do Nadarzyna. A skąd pan to wie?

Przygotowałem się.

Wtedy byłem na takim etapie życia, że nie było mnie stać na taksówki, ale pracowałem w agencji informacyjnej. Powiedzieli, że muszę coś szybko załatwić, żebym wziął taksówkę i oni mi zwrócą pieniądze. Zaczęliśmy rozmawiać z panem kierowcą i oczywiście, o czym mogą rozmawiać dwaj nieznajomi mężczyźni – albo o kobietach, albo o alkoholu, albo o futbolu. Skończyło się na tym ostatnim i taksówkarz się spytał, czy ja coś tam grałem. Wspomniałem, że kiedyś tak.

– Nie chciałby pan pograć w Nadarzynie? Mamy zespół, ale szukamy jeszcze piłkarzy.

– Dobra, nie ma problemu.

– Ale bez żartów! Ja pana zawiozę i sprawdzimy, jak pan gra.

Ta przygoda była miła, ponieważ ówczesny trener stwierdził po treningu, że jeśli chcę grać, to pieniądze się znajdą, a nawet mieszkanie mogą mi w Nadarzynie załatwić. Za to drugie podziękowałem, natomiast później ten trener odszedł, a następcą był – uwaga, uwaga – świętej pamięci Stanisław Terlecki.

Kolejny z listy „dużych”.

Mistrz. Wtedy miał 42 albo 43 lata, ze względu na mój wiek wydawało mi się, że to jest stary dziadek, ale to, jakie on nam zwody pokazywał, jak nas kiwał, jakie nam kanały zakładał… No, palce lizać. Widać było ogromną różnicę między A-klasowym Nadarzynem a graczem, który był reprezentantem Polski. Można się było napatrzeć. Poza tym był świetnym mówcą. Bardzo dobrze motywował. Stare porzekadło mówi, że trener musi być jak ojciec. Wiedzieć, kiedy przytulić, wiedzieć, kiedy – za przeproszeniem, że użyję języka piłkarskiej szatni – zdrowo opierdolić. Stanisław Terlecki spełniał oba te warunki.

Co się panu z nim najbardziej kojarzy?

Pamiętam taki mecz, który graliśmy o awans z A-klasy do okręgówki. Stanisław Terlecki, 42-letni wówczas, przypominam, przebrał się w kostium i wszedł na boisko, ponieważ dwóch z nas złapało kontuzję, a trzeci rezerwowy nie dojechał. Wchodził przy 1:2, jakieś piętnaście minut do końca. To był tak zwany mecz o wszystko – wygrywamy, to mamy awans, remis albo porażka, zostajemy w klasie A. Z perspektywy ponad 20 lat nie ma to żadnego znaczenia, ale wtedy kwestia życia i śmierci – czy wchodzimy do okręgówy, czy nie?! Dylematy piłkarzy z Nadarzyna. No i wchodzi Terlecki, najpierw okiwał trzech i strzelił bramkę na 2:2. Potem znów okiwał trzech, ale czwarty obrońca go wyciął na 18. metrze. Terlecki ustawił piłkę i zapakował między widły. Wygraliśmy dzięki naszemu trenerowi i nie dlatego, że dobrze nas poustawiał, tylko wyszedł i pokazał, jak to się robi.

A tę jego ciemniejszą stronę pan poznał?

Nie. Po świętowaniu awansu był szampan, piwko i nie tylko, ale wtedy można sobie było pozwolić i z tego, co pamiętam, trener uczestniczył czynnie w bankiecie, natomiast nie dochodziło do żadnych dantejskich scen. Po prostu świętowaliśmy. Zawsze na treningach był i przygotowany, i zaangażowany. Wkładał w tę robotę całe serducho. Absolutnie nie czułem, że tam się dzieje jakaś dramatyczna historia. Pamiętam nawet, że jak nas trenował, to pojawiły się pogłoski, że chcą go za trenera włodarze ekstraklasowego wtedy Widzewa.

Później, czytając te historie w prasie, był pan zszokowany?

Tak. To był człowiek, który wzbudzał czystą ludzką sympatię. Wesoły, umiejący i lubiący zażartować. Opowiadacz świetnych historii z piłką w tle. O tych dramatach nie miałem najmniejszego pojęcia. Patrzyłem na Stanisława Terleckiego jak na człowieka sukcesu.

WARSZAWA 09.10.2016 MECZ CHARYTATYWNY DLA RAFALA KOSCA: POLONIA WARSZAWA 2000 - REPREZENTACJA ARTYSTOW POLSKICH --- CHARITY MATCH FOR RAFAL KOSIEC: POLONIA WARSAW 2000 - RAP TOMASZ JACHIMEK FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

To był ostatni akapit pańskiej przygody z piłką?

Mówimy o piłce profesjonalnej?

No, quasi.

O tak, bardzo quasi, warto to podkreślić! Po Nadarzynie zaczęła się na poważnie moja przygoda z kabaretem, a i piłka, i kabaret to tak zwane szalone profesje. Jak wszyscy są w pracy, to człowiek ma wolne, a kiedy wszyscy mają wolne, to występuje się albo na boisku, albo na scenie. Zaczęła się więc moja działalność weekendowa, przeglądy, występy, miałem w tamtym momencie 25-26 lat. Te najlepsze polskie kluby, nie mówiąc o zagranicznych, nie dopominały się o Tomka Jachimka, więc uznałem, że jeżeli mam szukać przygody na wyższym poziomie, to już nie w futbolu.

Pan chyba nie chce, jako satyryk, żartować z piłkarzy?

Nie. Jeżeli pojawi się taka perełeczka, jak na przykład mundial w Rosji – to znaczy perełeczka dla satyryka, a dla kibica trauma – to wspomnę, coś tam zacytuję. Ale z piłkarzy jako takich nie żartuję. Mam w sobie tyle pokory, że jeśli śmiałbym się z ekstraklasowych piłkarzy czy reprezentantów kraju, musiałbym mieć świadomość, że oni doszli tam, gdzie ja chciałem, ale mi się nie udało. To byłoby szydzenie z pozycji internetowego hejtera, który też chciałby być znany, ale nie jest i poza klepaniem w klawiaturę negatywnych komentarzy niewiele może. No więc po co? Poza tym – i z tego się chyba nie wyrasta – szczerze uwielbiam piłkę, więc generalnie daleko mi do takiej klasycznej „szydery całkowitej”.

Z drugiej strony można powiedzieć, że nie wypada żartować z polityków, bo oni zarabiają dużo, a każdy by chciał zarabiać dużo.

Absolutnie! Z mało którym politykiem bym się zamienił na zarobki. (śmiech)

Podejrzewam jednak, że połowa Polaków by się zamieniła, strzelam, z prezydentem na 20 tysięcy miesięcznie.

Nie wiem na ile portal Weszło.com to odpowiednie miejsce na polityczne dywagacje, ale skoro pan pyta, odpowiem tak – moim skromnym zdaniem pan prezydent stracił twarz i nazwisko, na naszych oczach doszczętnie skompromitował ten zacny urząd. Więc mimo bezdyskusyjnie wysokich apanaży, za to, jak zostanie zapamiętany przez naród i historię, jest to stanowczo zbyt wysoka cena. Poza tym – ok, zgoda, połowa rodaków wzięłaby te zarobki z pocałowaniem w rękę, ale już dajmy na to w biznesie – nie showbiznesie, tylko w prawdziwym biznesie – 20 tysięcy miesięcznie to są grosiaki.

A wracając – w polskiej piłce jest dużo humoru, prawda? Taki Kaczmarek byłby chyba dobrym satyrykiem.

Z pewnością tak. Zresztą w polskiej piłce jest też kilka innych postaci obdarzonych fajnym, sardonicznym i inteligentnym poczuciem humoru. Do głowy przychodzi mi na przykład trener Czesław Michniewicz, który swojego czasu popisał się pięknym bon motem: „los trenera zależy od tego, po której stronie słupka poleci piłka kopnięta przez Janka.” W tym pozornie beztroskim i uroczym zdanku jest cała bolesna prawda o świecie piłki. O tym przysłowiowym bramkarzu, który 89 minut broni jak natchniony, aby w ostatniej sekundzie puścić szmatę pod nogami i stać się pośmiewiskiem czy też – jak to teraz młodzież powiada – „kariusem”. A jak jesteśmy przy wspomnieniach to z trenerem Michniewiczem spotkałem się już w juniorach Bałtyku Gdynia, tyle że on był bramkarzem trzy roczniki wyżej.

Jeszcze Wojciech Łazarek jest świetny w tych powiedzonkach.

Tak, ma dużą łatwość. Moje ulubione jego stwierdzenie jest takie, że „Mirosław Trzeciak jest napakowany jak biała kiełbasa przed Wielkanocą”.

A czy panu, już jako dziennikarzowi z wykształcenia, nie satyrykowi, podoba się to, jak się mówi dziś o piłce?

Trudno generalizować, ale jeśli pokusić się o coś takiego, to poziom komentarza sportowego podniósł się w ciągu ostatnich lat. I to zarówno jeśli chodzi o polszczyznę w stanie czystym, ale także pod względem merytorycznym ludzi. Jest lepiej. Oczywiście zmieniły się czasy, wszystko uległo przyspieszeniu. Proszę zrobić sobie taki eksperyment i posłuchać komentarzy z meczów telewizyjnych i to tych najważniejszych sprzed parunastu lat. Nie to, że tamci sprawozdawcy byli gorsi, nie potrafili, tylko była zupełnie inna stylistyka. Obecny styl bardziej mi pasuje; jest ciekawiej, lepiej i często-gęsto dowcipniej.

Pytam, bo spotkałem się z opinią, że piłka jest przegadana.

Znajdziemy przykłady broniące jednej i drugiej tezy. Jak słyszę u komentatorów, że to był fantastyczny wyrzut z autu czy genialne rozegranie rzutu wolnego pośredniego od bramki, to mam poczucie sztucznego podkręcania emocji. Ale z drugiej strony: jeżeli komentator ma wzbudzić te emocje, a robi mecz, że się narażę, Korony z Bruk-Betem, a do 80. minuty jest 0:0, to rozumiem, że pewnego rodzaju dmuchanie materiału medialnego jest wręcz niezbędne. Natomiast nie mam wrażenia, że piłka nożna stała się przegadana. Jeżeli komuś przeszkadza nadmiar gadania, zawsze może ściszyć telewizor i skupić się na wizji, nie na fonii.

Jan Nowicki tłumaczył to w ten sposób, że jego piłka była prosta, a teraz mówimy o periodyzacji i niskim pressingu.

Albo o podaniach diagonalnych! Ja jestem fanatykiem komentarza, bez cienia ironii, pana Andrzeja Strejlaua. On zwraca uwagę na niewiarygodne niuansiki. Nawet nie wiem, czy w tym, co mówi, ma rację, bo to jest abstrakcyjny dla mnie poziom rozważań. Jednak jednocześnie mam wrażenie, że słucham człowieka, który wie, co mówi. A co do niskiego pressingu – to moje uszy razi mniej, bardziej rani moje kibicowskie serce na wspomnienie, że jako Polacy staliśmy się prekursorami czegoś takiego jak niski pressing. Nie dość, że pan Adam Nawałka przywiózł najgorszy zespół na mundial w Rosji, to jeszcze ten zespół zasłynął stylem niskiego pressingu w meczu z Japonią, której zależało na porażce 0:1. Blamaż sportowy i – że tak to ujmę – honorowy. Samo zaś sformułowanie „niski pressing” jest śmieszne, absurdalne i trąci solidnym oksymoronem.

Pan chyba obecnie nie ma swojej ukochanej drużyny?

Ależ mam, oczywiście. Może przez warszawsko-centrycznych użytkowników weszlo.com zostanę zjedzony, ale moim ukochanym zespołem jest wciąż Bałtyk Gdynia. To dlatego, że tam trenowałem i poznawałem arkana sztuki futbolowej. Takich rzeczy się z serca, duszy i z pamięci nie wyrzuca. Jeśli natomiast chodzi o drużynę grającą na poziomie ekstraklasy czy gdzieś za granicą, to takiej rzeczywiście nie mam. Jestem w takim wieku, że ekscytacja futbolem jest mniej fanatyczna. Bardziej interesuję mnie piękno futbolu niż wynik. Nie mogę też powiedzieć, że byłem od dziecka fanem Realu czy Barcelony. Byłem fanem kadry Francji z połowy lat 80.. Platini, Tigana, Alain Giress… To byli moi ulubieńcy. Moim skromnym zdaniem grali wówczas najlepszą piłkę, ładniejszą nawet od Brazylii. W tym momencie, nawiązując do pańskiego poprzedniego pytania o „przegadanie w futbolu”, bardzo brakowało mi wszechstronnej analizy, wszechstronnych komentarzy. Zrobiłem sobie nawet taki eksperyment, że sięgnąłem po archiwalne numery Przeglądu Sportowego i czytałem, jak wtedy były opisywane mecze, jakie były komentarze trenerów i zawodników. Inny świat, inna epoka.

Gdynia, 05.08.2018 ENEA IRONMAN 70.3 GDYNIA TRIATHLON NZ tomasz jachimek FOT. ARTUR PODLEWSKI / 058sport.pl / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Nie było tak, że wrastał pan na przykład w Legię po przeprowadzce do Warszawy?

Nie, serce nie sługa. Albo się człowiek zakochuje, łapie bakcyla i zna wszystkie składy od czasów Deyny, albo nie. Może też byłem już za stary i wolałem patrzeć na to, jak grają drużyny przyjezdne, czy w lidze, czy w pucharach. Bardziej mnie interesowała piłka nożna, niż to, czy dobrym ruchem prezesa Legii było zatrudnienie, strzelam z pamięci, Marcina Jałochy na prawą obronę albo czy fajnie się sprawdził Ryszard Staniek. To zajmowało mnie mniej. Natomiast chodzę na Legię z synem. Po pierwsze, żeby zobaczył poziom zbliżony do europejskiego – nie na szczeblu Ligi Mistrzów, ale, powiedzmy, poziom drużyny, która aspiruje do regularnych występów w fazie grupowej Ligi Europy. Syn para się piłką nożną i chcę, żeby zobaczył, jak to wszystko wygląda. Otoczka meczu, jak się zawodnicy poruszają, jaka to jest walka. Nie, że lewoskrzydłowy przychodzi i tylko udziela wywiadu, tylko przez 90 minut tyra na tym boisku. Musi zostawić mnóstwo potu, nogi będą pokopane, koszulka umorusana. Chcę, żeby mój syn zobaczył, na czym polega futbol, by to dla niego nie było tylko zdjęcie w gazecie, wywiad w telewizji, rozdawanie autografów i przeliczanie kasy na koncie. Aby sobie uświadomił, jaka jest przed nim gigantyczna praca, aby się na tym boisku znaleźć. I że nikt mu nie da gwarancji powodzenia. Zatem chodzimy sobie z synem na Legię nie tylko ze względu na mecz, ale i ze względu na relacje synowsko-ojcowskie. Gadamy sobie o życiu i o piłce i jest super!

Potrafimy zachwycić się też czystym pięknem futbolu. Wielkie wrażenie robił na nas Daniel Ljuboja. Może nie był to szczyt boiskowej pracowitości, ale technika i wyobraźnia – nooo, daj boże każdemu. Kawał grajka. Na jego duet z Radoviciem po prostu chodziło się na mecze, bo miało się wrażenie, że ci panowie są z poziomu ciut wyższego niż reszta. Później tak samo było z Vadisem. A ostatnio byliśmy na meczu Realu, choć z trudem dostaliśmy bilety – mimo pustek na stadionie – to poszliśmy na Villarreal. Oglądaliśmy na żywo Cazorlę. On w drugiej minucie zrobił kompletnie beznadziejną rzecz, jak na środkowego pomocnika, gdyż stracił piłkę w środku boiska i Mariano strzelił na 1:0. Ale potem Cazorla dał taki koncert, że jak się normalnie nie zachwycam, to on stał się moim cichym ulubieńcem. Na takich piłkarzy mógłbym chodzić, ale w polskiej ekstraklasie podobnych mu raczej mało.

Też pewnie trudno było panu wyrzucić z serca ten wspomniany Bałtyk, skoro on był wówczas klubem ekstraklasowym.

Oj, ja pamiętam takie mecze, że przyjeżdżały do Gdyni Legia, Widzew, Górnik Zabrze, GieKSa i to naprawdę były fajne widowiska. Nie ukrywajmy – Bałtyk poza dwoma sezonami raczej balansował na granicy utrzymania i spadku. Ale ja wtedy byłem tak młody, że widziałem w nim najlepszą drużynę na świecie. A Bałtyk nigdy nie grał w pucharach, jeśli się nie mylę?

Tak, szóste miejsce najwyżej.

No, miłość szalona i irracjonalna, ale miłość nie wybiera.

Trudna miłość, łatwiej byłoby kibicować Arce.

E, nie, takich rzeczy się nie robi. Nie zdradza się ulubionego klubu, bo temu drugiemu lepiej idzie. Nie przeszło mi to przez myśl. Poza tym, aż trudno uwierzyć, pod koniec lat 80 i na początku 90 ubiegłego wieku Bałtyk był dużo silniejszy od Arki. A potem wyjechałem na studia do Warszawy i, siłą rzeczy, losy trójmiejskiego futbolu interesowały mnie ciut mniej.

Choć nie było takiej nienawiści między tymi klubami, jaka jest teraz między Lechią a Arką.

Z tego, co pamiętam, Bałtyk miał kibiców bardzo zaangażowanych, ale to była grupa mniej liczna. To nie byli fanatycy. Oni nie słynęli z zadymiarstwa, nie byli killerami. Niespecjalnie mi to przeszkadzało, zresztą do dzisiaj siedzę na piknikach. Jak już jest super atmosfera i boisko się zapali, to śpiewam ze wszystkimi, ale generalnie nie jestem tym typem krzykacza. Bardziej mnie cieszy obserwacja zawodników – lubię sobie upatrzyć jednego, sprawdzić, czy się boi, czy odpuszcza, czy trener mu zwraca uwagę, czy krzyczy na kolegów, czy na niego krzyczą. To mnie bardziej kręci niż stadionowe wyśpiewajki.

A czym dla pana jest gra w Reprezentacji Artystów Polskich?

To jest takie nawiązywanie do lat młodzieńczych. Nie ukrywajmy: ta piłka w najlepszym wydaniu przeznaczona jest dla osób od piątego do 35. roku życia. Później zaczyna się bieganie emeryckie. Ale to jest miłe, że wychodzimy ubrani jak prawdziwa kadra, biało-czerwone koszulki z orłem, grają nam hymn, jeździmy na mistrzostwa świata. Mamy w składzie kilku byłych profesjonalistów – Piotrka Świerczewskiego, Radka Majdana, do niedawna grał Tomek Iwan, czasem przyjedzie Tomasz Frankowski, Michał Chałbiński czy Darek Dziekanowski. Grają z nami ludzie, którzy potrafią. No, ale gramy z drużyną urzędników i oni biorą sobie trzech graczy z tamtejszej drużyny A-klasowej. I co z tego, że oni umieją 13 razy mniej od takiego Piotrka Świerczewskiego, ale są w stanie go wyprzedzić, zabiegać, bo są 20 lat młodsi i regularnie trenują. Biologii się nie oszuka.

Może to są przyszli urzędnicy?

Jak będą tak dalej się rozwijali, to czemu nie. Oby!

Rozmawiał PAWEŁ PACZUL

Fot. Newspix