Chora fantazja, czy gra pod publiczkę? Mistrz świata chce zabić rywala w ringu
Inne sporty

Chora fantazja, czy gra pod publiczkę? Mistrz świata chce zabić rywala w ringu

Zamierzam zmasakrować mu twarz. Boks jest jedynym sportem na świecie, w którym możesz kogoś zabić, a jeszcze ci za to zapłacą. Czemu miałbym nie skorzystać z tego prawa? On sam się o to prosi. Jeśli tak się to skończy, to po prostu tak będzie. Nie mogę się już doczekać, aż go dopadnę. Wykończę go w dramatyczny sposób. Cały czas dążę do tego, by mieć trupa w rekordzie – przyznacie, że takie słowa pasują idealnie do Ivana Drago, czy jakiegoś innego arcywroga Rocky’ego. Kłopot w tym, że nie padły w hollywoodzkim filmie, a w ramach promocji walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Zdecydowanie, między Deontayem Wilderem, a Dominikiem Breazeale’em jest mnóstwo złej krwi. Pytanie tylko, co z tego wyniknie.

Kibice boksu czekają na pojedynek na szczycie, w którym zmierzą się Anthony Joshua i Deontay Wilder, niepokonani mistrzowie wagi ciężkiej. Negocjacje pomiędzy ich promotorami się jednak przedłużają i trudno oprzeć się wrażeniu, że do takiego starcia może nigdy nie dojść. Zamiast tego dostajemy towar zastępczy. Anglik w czerwcu zmierzy się z Andym Ruizem Juniorem (który w ostatniej chwili zastąpił przyłapanego na koksie Jarrella Millera), a Amerykanin jutro w nocy powalczy z Dominikiem Breazealem. W normalnych warunkach to nie jest walka, która mogłaby przyciągnąć tłumy kibiców. Ale cóż – warunki zdecydowanie normalne nie są.

W ringu jestem kim innym

Wilder zachowuje się mniej więcej tak, jak sugeruje jego nazwisko, które oznacza „dzikszy”. Amerykański czempion już zdążył przyzwyczaić kibiców i obserwatorów, że generalnie zawsze plecie to, co mu ślina na język przyniesie. Pamiętajcie, żyjemy w czasach agresywnej promocji, w których trash talking, obrażanie i prowokowanie rywala przed walką nikogo nie dziwi i nie szokuje. „Zniszczę cię”, „zmasakruję”, „jesteś śmieciem”, „zrobię ci dziecko w ringu” i tak dalej – słyszeliśmy to już tyle razy, że nie robi to żadnego wrażenia. Ale Wilder idzie dalej. I to nie krok dalej, ale kilka kroków, w rejony, w które zdecydowanie żaden pięściarz nie powinien się zapuszczać. Bo jedna rzecz to robić wszystko, by wygrać walkę i pokonać rywala, a kompletnie czym innym jest mówienie o tym, że chce się kogoś zabić w ringu. A właśnie z tego mistrz federacji WBC uczynił swoje motto, powtarzane od kilku pojedynków.

Chcę mieć trupa w rekordzie, właśnie tego naprawdę pragnę. A w zasadzie to pragnie tego „Brązowy Bombardier”. Zawsze tłumaczę ludziom, że w chwili, gdy wchodzę do ringu, zmieniam się w „Brązowego Bombardiera”, jestem kim innym niż zwykle, zmienia się moja osobowość. Nie denerwuję się, nie boję, nie mam motyli w brzuchu. Nie mam żadnych uczuć w stosunki do gościa, z którym mam walczyć. Wychodzę tylko po to, żeby go znokautować. To proste przy sile, jaką posiadam. Już raz myślałem, że będę miał trupa w rekordzie. Tak było ze Szpilką. Kiedy padł na deski, to nie oddychał, przez kilkanaście sekund byłem przekonany, że nie żyje. Ktoś musi umrzeć, chcę mieć zwłoki w bilansie walk – opowiadał już jakiś czas temu.

Przed rewanżową walką z Bremane’em Stivernem szedł jeszcze dalej. – Ktoś zginie w ringu, obiecuję. Niech w pogotowiu będzie karetka, niech lekarze i sanitariusze będą w pełnej gotowości, sędzia też. Ten pojedynek zrobił się jeszcze bardziej osobisty. Każdy cios będzie miał znaczenie. Nadchodzi śmierć. To już nie jest zabawa, odbiorę mu życie. Sami wybraliśmy taką pracę. Jeśli ktoś ma umrzeć, to niech tak będzie. On już jest trupem. Myślcie, że żartuję, ale to nie są żarty, ja się nie bawię w żadne gierki – zapowiadał.

I trzeba przyznać, że w ringu wyglądało to naprawdę dramatycznie. Wilder już w pierwszej rundzie powalił rywala (w tamtym czasie jedynego, który wcześniej wytrzymał z nim pełny dystans). Kiedy ten wstał, nie doskoczył, jak to zwykle bywa, żeby jak najszybciej wykończyć robotę. Poszedł spokojnie, z opuszczonymi rękoma. I bił. Bił do skutku, z zabójczą precyzją. Zresztą, zobaczcie sami, mając w głowie słowa: „chcę go zabić, odbiorę mu życie”.

Teraz, przed starciem z Dominikiem Breazealem, tylko to powtórzył. Czaicie? Wilder publicznie, bez wstydu, czy cienia refleksji mówi o swoich chorych fantazjach. I nie rozmawiamy tu o przypadkowym pięściarzu, walczącym gdzieś na peryferiach wielkiego boksu, który może mówić, co chce, bo i tak nikt go nie słucha. Nie, my mówimy o gościu, który od ponad czterech lat jest mistrzem świata prestiżowej federacji WBC, a w obronie prestiżowego pasa znokautował już siedmiu rywali (oraz zremisował z Tysonem Furym).

Nie chcą urwać kurze złotych jaj

Co na to federacja, spytacie może? Dobre pytanie. Wyobrażacie sobie sytuację, w której piłkarz przed meczem Ligi Mistrzów mówi, że zrobi wszystko, by złamać rywalowi nogę, bo chciałby zobaczyć na żywo otwarte złamanie? Albo kierowca Formuły 1 oświadcza, że w wyścigu spróbuje spowodować śmiertelny wypadek na torze, bo go to kręci? No, my też nie. A już na pewno nie wyobrażamy sobie, że UEFA, czy FIA nie wyciągnęłyby daleko idących konsekwencji. Prawdę mówiąc, spodziewamy się, że tego typu teksty mogłyby zapewnić delikwentowi naprawdę dłuższy, przymusowy urlop. A federacja WBC? Prezes Mauricio Sulaiman za pierwszym razem tylko pogroził palcem.

Te słowa są nieakceptowalne. Komitet dyscyplinarny zajmie się tym delikatnym tematem. Znam Wildera od lat i nie wierzę, że mógł powiedzieć, że chce kogoś zabić w ringu – mówił. Z biegiem czasu pan Sulaiman usłyszał i uwierzył, ale dalej nic nie zrobił. Teraz znów zabrał głos. – Widziałem i słyszałem te komentarze. To, co powiedział Wilder, jest absolutnym zaprzeczeniem ducha naszego sportu. Znam go dobrze od wielu lat. Na pewno nie jest taką osobą, jak się wydaje z zapowiedzi tego typu. Jego wypowiedzi są sprzeczne z kodeksem etyki WBC i odniesiemy się do nich podczas jego przesłuchania – oświadczył.

Czyli: bla, bla, bla. Federacja WBC – jak mówi klasyk – nie zamierza po prostu urywać kurze złotych jaj i jedyne, co robi, to próbuje nieco hamować niewyparzony jęzor Wildera, czym ten się niespecjalnie przejmuje. Inna sprawa, że trzeba sobie zadać podstawowe pytanie. Mamy boksera, który przed kolejnymi walkami zapowiada, że marzy o tym, żeby kogoś zabić w ringu. Nie ma znaczenia, czy rzeczywiście ma taką chorą fantazję (wątpliwe, bo zasadniczo to sympatyczny, rodzinny facet), czy po prostu wie, co się dobrze sprzedaje i gra pod publiczkę. Zastanówmy się, co by się stało, gdyby któraś z jego walk rzeczywiście zakończyła się tragedią? Przecież takie rzeczy się zdarzają. 1 grudnia, tego samego dnia, którego Wilder zremisował z Furym, wieloletni mistrz świata wagi półciężkiej WBC Adonis Stevenson walczył z Ołeksandrem Gwozdykiem w obronie tytułu. Przegrał przez ciężki nokaut i w stanie krytycznym trafił do szpitala. Przez kilka tygodni lekarze utrzymywali go w stanie śpiączki, a jego życie było bardzo poważnie zagrożone. W końcu został wybudzony i przechodzi rehabilitację, ale jego powrót do sportu jest w zasadzie niemożliwy. Wyobrażacie sobie, jak by wpłynęło na wizerunek boksu, gdyby coś takiego stało się w pojedynku Wildera? A przecież mówimy o wadze ciężkiej, czyli tej kategorii, w której ciosy naprawdę swoje ważą i potrafią zrobić krzywdę.

Kłopot, który lubi się bić

Jeśli chodzi o sam pojedynek Wilder kontra Breazeale, eksperci są raczej zgodni – choć ten drugi nosi przydomek „Trouble” („Kłopot”) większych kłopotów faworytowi nie powinien sprawić. Wygraną broniącego tytułu brązowego medalisty olimpijskiego wyceniają pomiędzy 1,09:1, a 1,18:1, czyli raczej coś z gatunku pewniaków. Jasne, w wadze ciężkiej nie takie sensacje się zdarzały i murowani faworyci padali na deski, ale trudno znaleźć kogoś, kto by stawiał na pretendenta. Chociaż, trzeba uczciwie przyznać, że 33-latek z Kalifornii ma kilka argumentów. Po pierwsze, podobnie jak Wilder to kawał chłopa, który mierzy nieco ponad dwa metry. W rekordzie ma 20 zwycięstw, z czego 18 przez nokaut, a także porażkę w siódmej rundzie z Anthonym Joshuą blisko trzy lata temu. Osiem miesięcy po jedynej porażce walczył z Izu Ugonohem. Reprezentant Polski prowadził na punkty, miał rywala na deskach, ale ostatecznie sam przegrał przed czasem. Trzecia runda tego starcia została uznana za najlepszą w całym roku 2017 przez magazyn „The Ring”. Zresztą, trudno się dziwić, bo to była kwintesencja hasła „ringowa wojna”.

O Breazeale’u potyczka z Ugonohem mówi jedno: potrafi przyjąć, potrafi się podnieść z desek i odpowiedzieć z jeszcze większą mocą. Słowem: ma czym uderzyć i zdecydowanie nie jest typem gościa, który poddaje się po pierwszym strzale. I lubi się bić, co może być obietnicą dobrego widowiska w sobotnią noc w Barclays Center na Brooklynie.

Nawiasem mówiąc, to będzie ich drugi pojedynek, choć pierwszego próżno szukać w oficjalnych rekordach, tak amatorskich, jak zawodowych. Doszło do niego w lutym 2017 roku w Birmingham. A dokładniej mówiąc, w hotelu Westin, w którym obaj nocowali. Wcześniej na ringu w Legacy Arena Breazeale znokautował we wspomnianej już walce Ugonoha, a Wilder posłał na deski Geralda Washingtona. Już w czasie gali doszło do przepychanek, kiedy „Trouble” wdał się w pyskówkę z młodszym bratem Wildera. Kiedy obie ekipy wpadły na siebie w hotelu, doszło do bijatyki. Zrobiło się na tyle gorąco, że musiała interweniować policja.

Wilder z grupą około dwudziestu osób zaatakował mój zespół i rodzinę w lobby hotelu. Ja i mój trener dostaliśmy ciosy z zaskoczenia, a wszystko na oczach mojej żony i dzieci. Takie tchórzliwe ataki nie mają prawa mieć miejsca. Możecie mi wierzyć, ze napastnicy nie pozostaną bezkarni – zapowiadał Breazeale, zanim złożył pozew sądowy przeciwko mistrzowi świata. W nim domagał się odszkodowania za napaść i straty psychiczne. Twierdził, że bracia Wilderowie zasypali ich ciosami oraz obrzucili stekiem wyzwisk, używając między innymi słów: „Pier…ć twoje dzieci”. Pretendent tłumaczył, że po tym zdarzeniu jego młodszy syn wielokrotnie go pytał, czy Deontay i Marcellus Wilder zamierzają go zabić.

Brudny, podły łajdak bez klasy

Przy okazji konferencji przed sobotnią walką, Dominic Breazeale oczywiście odniósł się do zadymy w hotelu. – Ten gość uwielbia słuchać własnego głosu, a my nie mamy jak sprawić, żeby się zamknął. Ale w sobotnią noc zapłaci za każde kłamstwo, które wygłosił na mój temat. W tamtym hotelowym lobby była moja żona i dzieci. Oni musieli myśleć o tym tchórzliwym ataku za każdym razem, gdy widzieli paskudną twarz tego gościa w telewizji czy mediach społecznościowych. Lepiej mi uwierzcie, on zapłaci teraz za każdą chwilę tamtej nocy w lobby. On wciąż będzie kłamał, i kłamał, i kłamał w telewizji, radiu i podcastach. Prawdziwy mężczyzna, kiedy wie i rozumie, że zrobił coś złego, jest w stanie podejść do tablicy i poddać się karze – mówił.

Wilder próbował protestować i tłumaczyć, że w lobby nie było żony i dzieci jego jutrzejszego rywala, na co tylko usłyszał: – Krzyczałeś prosto w twarz mojej żony w tym cholernym lobby. Jesteś brudnym, podłym łajdakiem bez klasy!

Mocno? Mocno. A to jeszcze nie koniec. Wygląda na to, że Breazeale ma sporo racji mówiąc o tym, że Wilder nie chce się przyznać do błędu. Ba, mistrz brnie w zaparte nie tylko w kwestii samej bójki w lobby hotelowym. Wykorzystał nawet ten moment, żeby po raz kolejny wrócić do swojej ulubionej śpiewki.

Wszystko we mnie buzuje i chciałbym to załatwić tu i teraz. Ale na stole są ogromne pieniądze, a moja rodzina musi z czegoś żyć. Skumuluję więc wszystkie emocje i wyrzucę je z siebie dopiero w ringu. Pobiję go tak mocno, że zakończy karierę. On nawet nie wie, jak blisko śmierci był wtedy, w hotelowym lobby. Możecie mi wierzyć, po walce nie będzie nawet w stanie porozmawiać z dziennikarzami – obiecuje Wilder.

Podsumowując: teoretycznie dla Wildera zapowiada się kolejna w miarę łatwa obrona. Z drugiej strony, między rywalami jest tak wiele złej krwi i niechęci, że wszystko może się zdarzyć. Ba, możemy sobie wyobrazić sytuację, w której Breazeale znajdzie w sobie takie pokłady motywacji, że znokautuje pyskatego czempiona. Wtedy Wilder nie tylko nie będzie miał trupa w rekordzie, ale także zera przegranych walk i pasa mistrza świata…

JAN CIOSEK

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (3)