Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Żona śmieje się ze mnie, że nie oglądam ósmego sezonu „Gry o Tron”. To śledziłeś uważnie wcześniejsze, a gdy wreszcie ma się wszystko wyjaśnić, bardziej pochłania cię talerz ogórkowej?

Ten sezon „Gry o Tron” nie jest wcale taki słaby jak mówią, problem tkwi we mnie: ja już go znam, widziałem to wszystko w polskiej piłce, w Ekstraklasie. No bo powiedzcie sami: taki Nocny Król i armia trupów. Jaka to miała być siła. Jakie straszliwe zagrożenie. Balonik pompowany wszystkie sezony. A potem co?

Wypieprzają się na pierwszym napotkanym pierdziszewie, czyli jak polski zespół w europejskich pucharach, tak samo najmocniejszy w trailerze.

Nagłe zdrady, jeden z symboli rozpoznawczych serii? A proszę bardzo, weźcie dzisiejszego samobója Mateusza Wieteski, tak przepięknie absurdalnego. Gdyby Wietes nawet nie ruszył się z miejsca, tylko zarył butami w trawie, nie stałoby się Legii zupełnie nic. Wietes wchodził wślizgiem TUŻ PRZED interweniującym Majeckim, który za ćwierć sekundy złapałby piłkę do koszyczka. A tu wjeżdża on, na białym koniu, i ładuje do siatki tak efektownie, że aż na wszystkich stadionach strzelcy zamierają z wrażenia i nic więcej nie trafiają.

Albo taki Jodłowiec. Ile razy w „Grze o Tron” ktoś zmienia front? Tutaj mamy de facto legionistę, który strzelił najważniejszą bramkę w tym sezonie Piasta, bramkę ekwilibrystyczną, bramkę bajeczną, bramkę na wagę lidera. Bramkę gościa, który – zupełnie niewykluczone – za kilka tygodni będzie trenował z Legią, i to między innymi od tej bramki może się rozstrzygnąć czy tenże Jodła będzie przygotowywać się do eliminacji kwalifikacji Ligi Mistrzów czy kwalifikacji eliminacji Ligi Europy. Nie zdziwi mnie jego triumfalny powrót do Warszawy zupełnie, to byłoby bardzo grotronowe.

Tak samo jak weterani pokazujący szkołę młodym gniewnym. Jakub Szmatuła stracił w tym sezonie miejsce w pierwszym składzie, Jakub Szmatuła znalazł godnego następcę. A jednak Jakub Szmatuła, starszy niż Ojciec Czas, w decydującym momencie broni karnego, o wadze równie wielkiej co wolej Jodłowca. Co prawda „Gra o Tron” nie może uprawiać jakiejś patologicznej gerontofilii, dlatego po drugiej stronie dziadek Radović nie robi zupełnie nic pożytecznego na boisku, ale i takie wątki można uznać za żyzne: oto ktoś przywiązuję się do starego kumpla, odważnie stawia na jego kartę, w godzinie próby ryzykując za to karkiem. I potem obserwując jak wygląda ostrze gilotyny od spodu, a mogąc obwiniać tylko siebie, bo zapomniał, że stary kumpel miał już drugą, trzecią i piątą młodość, były piękne i romantyczne, ale szósty raz to kuszenie losu.

Wiecie, ja wiem, że ten dzień w Ekstraklasie był czysto piłkarsko dość beznadziejny. Wyścig o mistrza, a każdy przede wszystkim zmaga się z pełnymi gaciami, a dopiero potem z rywalem. Sam oglądałem uważnie mecz Piasta – nawet przypadek sprawił, że ten ultraważny mecz rozgrywał się akurat w Szczecinie, na przebudowywanej, a w zasadzie aktualnie wyburzanej arenie. Niby wiedziałem, że to starcie o mistrza, że tu może zdarzyć się historia, ale ten goły beton widoczny w telewizorze przenosił nas żywcem na obiekt – powiedzmy – Olimpii/Lechii bijącej się o utrzymanie w połowie lat dziewięćdziesiątych. Jaki fart, jaka ironia, że trafiło takim meczem na jedyny ligowy stadion w takim stanie.

Takie rzeczy tylko w Ekstraklasie, jestem tego pewien, za to ją uwielbiam.

I dlatego nie wierzę, że ten sezon jeszcze się skończył. Jeśli Ekstraklasa czegoś mnie nauczyła, to spodziewać się niespodziewanego. Tworzyć najbardziej nonsensowne, pokręcone scenariusze i wierzyć, że się zrealizują. Piast ma Lecha Poznań u siebie, gdzieś w podziemiach stadionu będą mrozić się szampany, będzie tort w kształcie Badii, a prezes od rana będzie ćwiczył uścisk dłoni. I to wszystko uzasadnione, ale to wciąż tylko jeden mecz, co gorsza dla gliwiczan: jeden mecz Ekstraklasy.

Na przestrzeni sezonu widziałem jakościową przepaść między Piastem a Lechem Poznań. Ale jak zagrał dzisiaj Piast w Szczecinie? Słabo, nie trzymał kontroli nad meczem, mógł to przegrać. Mógł też wygrać, ale nie na taki chaotyczny spektakl nastawialiśmy się po serii zwycięstw. Tej niesłychanej dojrzałości, którą okazali choćby w Warszawie, dzisiaj nie pokazali. Jak znowu tak zagra, może być różnie.

Całkowicie nie kupuję też teorii o podkładającym się Lechu – to miejska legenda. Więcej, piłkarze Kolejorza w większości wyfruwają za chwilę z klubu, co paradoksalnie może zwiększyć ich motywację, by jeszcze raz posłać działaczom prztyczka w nos. Jeden z reprezentantów Polski powiedział mi kiedyś:

Chcesz zmotywować piłkarza, powiedz mu, że nie dasz rady.

W Lechu powiedzieli to bardzo mocno, w trakcie sezonu puszczając listę nazwisk do wyrzucenia. Oczywiście nie była ona kłamliwa, niektórzy na tej liście bardziej znają się na makao, nie zmotywowała też w jakiś cudowny sposób do samych zwycięstw, ale jestem zdania, że to całe ciśnienie i bałagan może sprawiać, że przynajmniej będą chcieli skończyć z wykopem, co poniekąd pokazali już dziś z Lechią. To mocne pokazanie:

Macie nas za nic? Mylicie się, wcale nie jesteśmy tacy słabi.

Sprawa honorowa, osobista, konkretna możliwa stawka dla lechitów, nie jakieś frytki.

Oczywiście nie jestem szaleńcem, Piast jest faworytem. Ale byłoby zabawne, gdyby na samym końcu wszystko poukładało się tak, że Lech zagrałby dla Legii. Ekstraklasa troszkę zakochała się lata temu w komediowej logice i pozostaje jej wierna, więc to kolejny argument za takim rozstrzygnięciem.

Problem Legii polega na tym, że nie tylko w komediowej logice możliwy jest scenariusz, w którym Lech gra dla stolicy, a ta i tak swoje przegrywa, bo Zagłębie Lubin to zwyczajnie dobra ligowa drużyna.

Niedzielo, nadchodź. Oczekuję cię zdecydowanie bardziej niż trzeciej nad ranem w poniedziałek, na którą nie wstanę.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (24)