Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Piast Gliwice zostanie mistrzem Polski w sezonie 2018/19. Po piorunującym finiszu, po tym jak w spektakularny sposób wyłożyło się dwóch konkurentów, po sezonie, w którym brakowało gwiazd i wyrazistych postaci, za to nie brakowało emocji. Dość długo wahałem się, czy mistrzostwo Piasta to dowód na słabość naszego futbolu, czy po prostu na słabość Legii, która totalnie roztrwoniła przewagę budowaną przez lata niemal absolutnej dominacji.

I gdybym miał wymienić na gorąco jedną cechę Ekstraklasy, którą uwidacznia mistrzostwo gliwiczan… Cóż, moim zdaniem to po prostu dowód na to, że nasza liga jeszcze jest zdrowa.

Mistrzostwo Piasta to dowód na to, że w kompletnie ześwirowanym świecie futbolu, Ekstraklasa pozostaje ostoją normalności. A tak, idę pod prąd, ale mam ku temu bardzo ważne powody. Rozglądam się po ligach – tych najsilniejszych, ale też z naszego regionu. Wszędzie tworzą się hegemonie, w najlepszym wypadku oligarchie z wąskim gronem rządzących, mieszczących się w jednym pokoju. W takich momentach jak mistrzostwo Piasta, ale też mistrzostwo PAOK-u w Grecji czy Rijeki w lidze chorwackiej, przypominam sobie, że stanem „normalności” w sporcie nie jest wieloletnia dominacja najsilniejszego, ale równość szans.

Przecież w teorii wszyscy na bieżni powinni mieć takie same możliwości. Wszystko powinno pozostawać w ich własnych nogach, każdy powinien montując się w blokach startowych mieć jedną myśl: przeciwnicy to też ludzie. Też muszą chodzić do toalety, też miewają odciski, też ich czasem łeb nasuwa. Może akurat pan Usain wczoraj miał słabszy dzień. Pewnie z tysiąc razy na tysiąc jeden prób będzie szybszy. Ale może to jest ten moment, gdy idzie go dogonić.

Piłka nożna dlatego jest sportem pięknym, bo na przestrzeni 90 minut grupka wesołych czwartoklasistów jest w stanie postawić się ósmej klasie o profilu sportowym. W siatkówce Goliat ścina Dawida prawie w każdym przypadku, w koszykówce tak samo. W piłce Goliat musi mieć oczy dookoła głowy nawet, gdy przeciwnik leży na deskach i prosi o litość. Pisałem o tym przy okazji meczów w Lidze Mistrzów, bo obecnie właśnie w Lidze Mistrzów dostaliśmy bardzo solidne przypomnienie piękna tego sportu. Jego głęboka niesprawiedliwość, która w przypadku bojów pucharowych okazuje się zbawienna dla każdego Kopciuszka – i całej armii kibiców stojących za Kopciuszkiem.

W ligach już prawie tego nie ma. Co druga jest zabetonowana, mistrzostwa od lat dopisują sobie te same drużyny, największym zaskoczeniem jest, gdy muszą o nie walczyć do ostatniej kolejki, zamiast zapewnić sobie odpowiednio wcześniej. Bayern w Niemczech. Juventus we Włoszech. Cała dekada Olympiakosu w Grecji, Dinama w Chorwacji, dwóch klubów z Belgradu w Serbii. BATE na Białorusi, Red Bull w Austrii. Można tak wymieniać długo i naprawdę, myśl o tym, że w Polsce dochodzi do podobnej sytuacji napawa mnie przerażaniem. To jest zamienianie piłki w siatkówkę, gdzie Dawid może urwać parę punktów, czasem nawet jednego seta, ale serii do trzech zwycięstw – prawie nigdy.

Jesteś sobie jakimś neapolitańczykiem, dortmundczykiem albo mieszkańcem Salonik i przystępujesz do ligi z wiedzą, że absolutnym maksem jest drugie miejsce. To jest sport? Piłka nożna, którą pokochaliśmy?

Może odzywa się we mnie destrukcyjna dusza typowego polskiego szlachcica-anarchisty (zacną somsiad ustawę napisał, szkoda by było, gdyby ktoś ją zawetował…), ale wolę ligę, gdzie każdy nosi buławę w plecaku.

Piast to jest sygnał dla całej futbolowej Polski, że nie ma sufitów, limitów, nie ma marzeń, których nie da się spełnić. No bo co ma ten Piast? Ani bogaty, ani jakichś spektakularnych nazwisk, ani miasto nie jest wielkie, ani kibiców nie ma więcej niż niemal którykolwiek inny klub Ekstraklasy. Wystarczy solidna, rzetelna praca kilkunastu osób, dobry trener, kilka udanych transferów i nawet w takim miejscu da się zbudować klub mistrzowski. Przepaść finansowa? Do zasypania. Przepaść pod względem renomy, historii, tradycji? Do zniwelowania na przestrzeni 37 kolejek.

Oczywiście, Leicester City w Anglii. Ale to też trochę inny temat, bo w Polsce tak naprawdę mistrzem może zostać każdy nie raz na dziesięć lat, gdy najwięksi mają trudny do wytłumaczenia kryzys, ale co roku. I to co roku ktoś inny. Raz rękawice rzuca Piast Latala, innym razem Jagiellonia, później Lechia Gdańsk, która ledwo wiąże koniec z końcem. Ten nasz duopol, który się formował przez kilkanaście miesięcy, jest słaby. Potem dostajemy oklepy w Europie, odpadamy z piłkarskim trzecim światem.

Ale teraz, gdy mój klub robi awans do Ekstraklasy, naprawdę przestaje mi przeszkadzać, że za rok znów odpadniemy w I rundzie eliminacji zamiast w III. Ważne jest dla mnie to, że nawet dla ŁKS-u droga nie jest zamknięta, ekonomia nie wykluczyła nas z gry, przystępujemy do ligi i możemy ją wygrać. Jak Piast może, to przecież każdy może, jeśli nie teraz, to za sezon, dwa czy trzy.

Pewnie, gdybym urodził się w Warszawie, to patrzyłbym tęskno za Zagrzebiem, Turynem czy Monachium, życzyłbym sobie ligi, w której mój klub już w kwietniu pieczętuje mistrzostwo i buduje formę na kolejny długi i udany pucharowy bój. Ale urodziłem się w Łodzi, w Polsce, gdzie nie ma klubów, w które pompowane są fortuny oligarchów, nie ma takich z kapitałem z Kataru, ani z Chin. Jest przez to biedniej, równiej, słabiej.

Ale też jest bardziej zdrowo, po prostu. Gratulacje dla gliwiczan. Liczę, że w przyszłym sezonie na ŁKS-ie mistrz będzie miał trudną przeprawę.

KOMENTARZE (20)