Raz socjalista, raz kapitalista, ale zawsze hipokryta
Weszło

Raz socjalista, raz kapitalista, ale zawsze hipokryta

Nie od dzisiaj wiadomo, że Dariusz Mioduski jest – ujmijmy to – niestandardowy w swoim spojrzeniu na futbol. Raz zaproponuje innym klubom, by oddawali mu piłkarzy za frajer, bo on ich sprzeda drożej i wtedy łaskawie zwróci procent, przy innej okazji powierzy zespół trenerowi od kobiet, przekonując, że to przecież klawy pomysł. I wiecie co: mielibyśmy do prezesa więcej szacunku, gdyby dalej walczył z tymi wiatrakami, ale zachowywał przy tym konsekwencję i robił to w imię własnej prawdy. Niestety, dziś po raz kolejny okazało się, ze Mioduski do konsekwencji ma daleko, gdyż żongluje poglądami tak, jak mu akurat pasuje. 

Otóż Mioduski wdał się w polemikę z Javierem Tebasem, szefem La Liga. Tebas na spotkaniu klubów z kierownictwem UEFA wyraził zdanie, że reforma Ligi Mistrzów (zakładająca między innymi system spadków i awansów) nie może odbyć się bez porozumienia z szefami lig. Mioduski jest z kolei zdania, że reforma może nie być taka zła i to nie największe kluby próbują cały futbol ułożyć na swoją modłę, ale właśnie największe ligi, dlatego Tebas nie działa wcale w imieniu rozgrywek spoza wielkiej piątki.

I tutaj dochodzimy do całej hecy, czyli do pieniędzy oczywiście. W liście otwartym do zarządów europejskich klubów i lig piłkarskich, w którym Mioduski stara się rozprawić z Tebasem, czytamy: – Jaką kwotę kluby z pięciu topowych lig przekazują ze swoich krajowych i międzynarodowych praw telewizyjnych (sprzedawanych w całej Europie, w tym do każdego z naszych krajów) do lig i klubów z pozostałych 50? Dokładnie zero. To bardzo wyraźnie pokazuje główny problem, który prowadzi do coraz większej polaryzacji w piłce nożnej. Problem, który musi zostać rozwiązany. Jedyną drogą, aby zmniejszyć przepaść, pomiędzy topowymi pięcioma ligami a resztą piłkarskiej Europy, jest partycypacja w rozgrywkach i przychodach z UCC [UEFA Club Competitions – przyp. Weszło].

Urocze. Szczególnie jeśli przypomnimy, co Mioduski mówił parę miesięcy temu o podziale z praw telewizyjnych na naszym rynku:

– Musimy wykonać krok w tę stronę, by nawet mentalnie przyzwyczajać się, że nie granie, ale wygrywanie i skuteczność liczą się najbardziej. 

– My mamy silną i konkurencyjną ligę, bo nie dam sobie wmówić, że ona jest słaba. Nie ma meczu, w którym jest zdecydowany faworyt. Tu każdy może przegrać lub wygrać z każdym. Jeśli chcemy natomiast awansować w rankingach, to musimy mieć dwie lub trzy drużyny, które są silniejsze od reszty i mają realne szanse powalczyć w Europie.

– Tępię wszędzie powiedzenie, że „pieniądze nie grają”. Otóż pieniądze grają. W dzisiejszym futbolu to 90 procent sukcesu, bo wynik sportowy opiera się na środkach finansowych. Potem jest jeszcze kilka innych rzeczy, nad którymi też musimy popracować. Najpierw jednak powinniśmy zrobić tak, by te drużyny, które mają bogate tradycje i corocznie są w czołówce tabeli, te środki miały zapewniane. Tylko takie rozwiązanie pozwoli na pociągnięcie całej ligi do przodu. To te drużyny będą lokomotywami, by Ekstraklasa za granicą bardziej się liczyła i była chętniej oglądana. Musimy w końcu zacząć iść w tym kierunku.

Wówczas jakoś Mioduski nie chciał zasypywać różnic między ekstraklasą a II ligą i nie proponował, że Legia chętnie odda pieniądze Skrze Częstochowa. Ba, żałował pieniędzy słabszym zespołom z tej samej klasy rozgrywkowej, chcąc mieć jak najwięcej dla siebie. Dlaczego? Oczywiście między innymi dlatego, bo na polskim rynku jest wciąż dużym graczem i potrzeby innych woli mieć w dupie. Natomiast gdy mowa o Europie, gdzie Legia jest mała, Mioduski już wyciąga rękę po kasę i chce, by największe ligi składały się na rozgrywki w Polsce, Litwie, Łotwie i tak dalej.

Mioduski raz jest bezlitosnym kapitalistą – widzi, kto buduje wartość praw telewizyjnych. Innym razem jest litościwym socjalistą – widzi, kto pieniędzy potrzebuje i komu można byłoby je zabrać. A więc po prostu jest hipokrytą, który ciągle opowiada o jakichś wyższych celach, zbiorowych ideach, a na koniec musi po prostu dostarczyć trochę hajsu na Łazienkowską. I to jest nawet w porządku, gdyby było mówione wprost, zamiast tego ciągłego mamienia.

To naprawdę proste:

– trzeba wzmocnić finansowo czołowe polskie kluby. Czytaj: nie mam kasy.

– trzeba osłabić finansowo czołowe ligi europejskie. Czytaj: nie mam kasy.

Tyle listów, wywiadów, oświadczeń, a wszystko sprowadza się do prostego stwierdzenia, że Legii nie spina się budżet. Nie lepiej wprost napisać, o co chodzi? Może ktoś poratuje kierownika złotóweczką.

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (37)