Na takie historie i taką środę czekaliśmy!
Weszło

Na takie historie i taką środę czekaliśmy!

Postawmy sprawę wprost: niedziela jest nieważna. Jasne, coś tam się jeszcze niby może wywrócić Piastowi, coś tam może się niby nie udać Legii, ale bądźmy poważni – prawdopodobieństwo zwycięstwa poznańskich X-Menów w Gliwicach i Zagłębia w Warszawie jest jeszcze niższe niż szanse Miedzi na utrzymanie. Dlatego to właśnie dzisiejszy wieczór wydaje się decydujący. To dziś poznamy odpowiedź na dwa ważne pytania: 

– czy Piast jest w stanie jeszcze to wszystko spieprzyć?
– czy Legia po latach dominacji straci renomę drużyny pewnej?

Wbrew pozorom obie odpowiedzi są równie ważne, bo dają jednocześnie światło na aktualną kondycję rodzimego futbolu. Jeśli mistrzem Polski zostanie Piast, dowiemy się, że może nim zostać naprawdę każdy zespół Ekstraklasy. To nie jest ani klub szczególnie bogaty, ani popisujący się jakąś wyjątkową polityką transferową, nie ma rzeszy fanatyków gotowych bronić jego honoru do ostatniej kropli krwi, ani rzeszy sympatyków gotowych wyjeść całe zapasy klubowego popcornu. Ma solidnego trenera, solidny skład, udało się kilka nieoczywistych transferów i cyk – pole position po mistrzostwo Polski gotowe.

To będzie promyk nadziei dla mnóstwa polskich klubów. Sufity nie istnieją, są w naszych głowach. Dysproporcje finansowe, renoma, baza kibicowska – to wszystko schodzi na dalszy plan, jeśli przy w miarę logicznym planie budowy zachowuje się wystarczająco determinacji i cierpliwości.

A jeśli mistrzem zostanie Legia Warszawa? Cóż, to też jakaś nauka. Nie ma takiej liczby błędów, której warszawiacy nie mogliby popełnić bezkarnie. Nieudane wybory trenerów, piłkarzy, nieudane transfery, nieudane manewry taktyczne, generalnie jedna wielka nieudolność – a i tak znalazł się tylko jeden śmiałek, który rzucił im rękawice. Jeśli Legia zostanie mistrzem Polski (czyli ten śmiałek z Gliwic ostatecznie spuchnie w kluczowym momencie), poznamy rzeczywistą skalę rozwarstwienia. Zresztą, czy te dwie kolejki aż tak wiele zmienią? Już dziś przecież wiemy, że o ile inne kluby po jednym błędzie schodzą z pucharów do strefy spadkowej, o tyle Legia po stu błędach nadal kręci się w okolicach pierwszego miejsca w tabeli. Jak to kiedyś napisaliśmy, gdy trzeba wbić gwoździa, to lechitom trzęsą się ręce, lechiści gubią młotek, białostoczanie mają śrubki zamiast gwoździ. A Legia bierze i wbija, nawet jeśli uprzednio roztrzaskuje sobie tym samym młotkiem oba kolana.

W tym sezonie zresztą nie tylko kolana, ale jeszcze czoło, ale dobra, przecież nie chcieliśmy narzekać, wręcz przeciwnie – chcieliśmy chwalić.

Najlepsza oferta powitalna na rynku: ETOTO daje bonus 200% aż do 100zł! Drugi bonus to podwojenie depozytu aż do 900 złotych! Dodatkowo jeszcze 40 zł we freebetach. Zarejestruj się! 

Fakty są takie, że w tym sezonie mamy wreszcie wrażenie, że przynajmniej trzy zespoły mają chrapkę na mistrzostwo. To nie jest już wyścig żółwi i choć istotnie, każdy z wciąż liczących się klubów miał fatalne momenty w tym sezonie, to jednak summa summarum – każdy punktuje w miarę przyzwoicie. Dzisiaj i Piast, i Legia mają szansę na 21. zwycięstwo ligowe, bardzo prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym obie ekipy kończą ligę z 22 zwycięstwami na koncie. Od wprowadzenia 37 kolejek, taki wynik udało się zrobić tylko dwa razy – diabelnie mocnej Legii 2013/14 (26 zwycięstw) i… w ubiegłym roku, gdy Legia wygrała 22 razy, ale za to przegrała aż 11 spotkań.

Ten finisz Piasta, możliwość, że wygra 7 spotkań rundy finałowej, to już w ogóle inny poziom. Zwłaszcza, że przecież nie brakuje smaczków takich jak absurdalnie piękny gol Jodłowca czy doskonała gra Czerwińskiego. Odstrzeleni z Legii, którzy mogą okazać się mocniejsi od Legii. Unikalna, wręcz nierealna końcówka z tym karnym Sedlara. Interwencja Szmatuły. Ale i pochwała rzetelnej, cichej pracy bez napinki – dokładnie takiej, jaką wykonuje w kolejnym klubie Waldemar Fornalik.

Sezon był piłkarsko słaby, obiektywnie. Nie mieliśmy eksplozji talentów jak Piątek, nie mieliśmy bohaterów pokroju Nikolicia czy Vadisa, nie mieliśmy widowiskowej gry a’la szczytowy Górnik Zabrze. Roiło się od kabaretowych zagrań, jeden klub nieomal zbankrutował zimą, a gdy już złożył skład węgla i papy pięć minut przed ligą, prawie awansował do górnej ósemki. Miłośnicy piłki nożnej mogą być zawiedzeni.

Ale historia tego sezonu, a już szczególnie historia samego finiszu, to inna para butów. Wszystko poukładało się tak, że dzisiejszą multiligę można byłoby spokojnie sprzedać pod scenariusz na film. Jeszcze nie wiadomo, czy familijne kino pokroju Potężnych Kaczorów (Emilio Estevez, wykapany Fornalik), czy raczej słodko-gorzki dramat o tym, że wielka korporacja zawsze wygrywa z rodzinną firemką. Jedno jest niemal pewne – to dziś poznamy epilog. Nawet jeśli formalnie mistrza Polski poznamy dopiero w niedzielę.

Za klasykiem: zęby swędzą, kuśka dyga, finiszuje polska bundesliga. Nie możemy się doczekać.

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (5)