To już powoli tradycja: Legia z nadzorem finansowym
Weszło

To już powoli tradycja: Legia z nadzorem finansowym

Po przejęciu władzy w Legii Warszawa przez Dariusza Mioduskiego, przy Łazienkowskiej miała zapanować stabilizacja. Szaleństwo miał zastąpić rozsądek, karuzela trenerska miała wyhamować, a każdy kolejny ruch miał być poprzedzony wielomiesięczną refleksją. Oczywiście od tego momentu w stołecznym klubie mieliśmy już trzy różne długofalowe wizje i pięciu skrajnie różnych trenerów. Trzeba być jednak uczciwym: udało się uzyskać upragnioną powtarzalność w dwóch kluczowych kwestiach: przy wynikach w europejskich pucharach oraz przy… decyzjach o nadzorze finansowym Komisji Licencyjnej. 

To już kolejny raz, kiedy prognoza finansowa mistrzów Polski nie jest w stanie w pełni zaspokoić wymagań PZPN-u. Czy nas to dziwi? W ogóle. Jeśli przy kalkulowaniu budżetu zakładasz, że wpadnie ci do sakiewki 50 milionów z europejskich pucharów, to…

a) albo musisz mieć ekipę, która nie przestraszy się Słowaków i Luksemburczyków, 
b) albo musisz mieć zabezpieczenie w postaci zawodników, których w przypadku niepowodzenia sprzedajesz, 
c) albo jesteś naiwny i opierasz przyszłość całego klubu na tym, że „jakoś się uda”. 

Wiadomo, która opcja pasuje do legionistów. To sztuka dużego kalibru, by mieć w swoich rękach klub, który potencjałem, organizacją i budżetem przewyższa wszystkich w tej lidze, niektórych nawet o kilka długości, a mimo to nie wzbudzić zaufania Komisji Licencyjnej. Przy czym Legia i tak może być zadowolona – wcale nie było oczywiste, że dostanie licencję od ręki. 

Sezon 17/18 przyniósł bowiem Legii dramatyczną dziurę budżetową. Osiągnięto wówczas przychody na poziomie 110 milionów złotych, koszty operacyjne wynosiły 161 milionów złotych. Można było zasypać ją awansem do Ligi Europy, albo sprzedażą zawodników – ani jednego, ani drugiego nie udało się zrealizować, trzeba było ratować się gotówką od właściciela. Zamiast szukania oszczędności, Legia tylko wygenerowała kolejne koszty. Swoje pochłonęła przecież absurdalna trzyletnia umowa Sa Pinto, spore pieniądze wydano na portugalski zaciąg (transfer gotówkowy Agry!!!), wielce prawdopodobne wydaje się, że nie uda się zdobyć mistrzostwa Polski, co w oczywisty sposób odbije się na przychodach klubu.

Nadzór finansowy to naprawdę nic strasznego, biorąc pod uwagę jakie problemy udało się wyminąć poprzez dosypanie przez Mioduskiego pieniędzy do klubu.

Mamy jednak pewien dysonans pomiędzy zapowiedziami rychłego dołączenia do europejskich średniaków, a faktycznym dołączeniem do grona polskich klubów objętych nadzorem finansowym. Przypomnijmy może jeszcze, kto obok Legii znalazł się w tym zacnym gronie. Po pierwsze: Wisła Kraków, która została uratowana ze składek kibiców, po drugie Śląsk Wrocław, od lat targany problemami organizacyjnymi, do których dobiły gigantyczne problemy sportowy. Do tego jeszcze beniaminkowie: Miedź Legnica, która za chwilę może spaść z ligi i Zagłębie Sosnowiec, które już spadło. Miało być drugie FC Basel – jest tańczenie walczyka z klubami, które szorują o ligowe dno. Imponujące. 

Dobrą wiadomością jest jednak uzyskanie licencji przez Wisłę Kraków, która zimą musiała się o nią mocno boksować, została jej ona wręcz w pewnym momencie odebrana, co zmobilizowało krakowskie środowisko i uświadomiło, jak krytyczna jest sytuacja. Dziś Wisła jest już na drugim biegunie – wciąż daleko jej do bogactwa, ale można mówić już o zalążkach stabilizacji – w końcu została przez Komisję oceniona na poziomie mistrza Polski.

Aha – nadzorem infrastrukturalnym zostały objęte Pogoń Szczecin (remontuje stadion) i Wisła Płock. Podejrzewamy, że podobnie będzie z Rakowem Częstochowa i ŁKS-em Łódź, jednak decyzje w kwestii beniaminków zostaną podjęte w innym terminie. 

Fot. FotoPyK