Dobrze, że sędzia Szczech nie pojechał do Szczecina…
Weszło

Dobrze, że sędzia Szczech nie pojechał do Szczecina…

Mało brakowało, a Wisła Płock na finiszu drugiego sezonu z rzędu zostałaby poważnie skrzywdzona przez sędziego. Doskonale pamiętamy przecież mecz z Jagiellonią Białystok i nieuznany gol po VAR-ze przez arbitra Lasyka. Wówczas Wiśle punktów z tego meczu zabrakło, by grać w europejskich pucharach.

Dzisiaj sędzia też mógł im naprzykrzyć życia w walce o utrzymanie.

Wisła powinna grać przez prawie caluśki mecz w przewadze. Już w pierwszych minutach tego starcia czerwoną kartkę winien obejrzeć Adrian Gryszkiewicz za ten paskudny atak w kolano Jake’a McGinga. MO-DE-LO-WA czerwona kartka. Elementarz wykluczeń. Naprawdę trudno o bardziej ewidentnego asa kier. Brutalny, rażący atak na kolano przeciwnika, wejście korkami, wyprostowana noga.

 Nasze zdanie niech przedstawi pan Maciej:
GregariousGratefulKingsnake-size_restricted

Panie Macieju, dziękujemy.

Wisła na szczęście – swoje i sędziego – i tak ten mecz wygrała, choć oczywiście grając w przewadze przyszłoby to jej zdecydowanie łatwiej. Ale jakże inny wydźwięk miałby ten tekst, gdyby Merebaszwili nie huknąłby w stylu Robbena w okienko bramki? Albo gdyby w drugiej połowie piłka trafiła nie w słupek, a do bramki Żynela? Wówczas przed ostatnią kolejką płocczanie wciąż byliby w trudnej sytuacji w kontekście utrzymania. A tak w Sosnowcu wystarczy im punkt do utrzymania. Albo nawet porażka przy starcie punktów przez Miedź.

Wisła Wisłą, Gryszkiewicz Gryszkiewiczem, utrzymanie utrzymaniem. Natomiast zwracamy uwagę na sędziego, który był bliski wypaczenia wyniku meczu kluczowego dla walki o pozostanie w Ekstraklasie. A arbitrem, który oszczędził Gryszkiewicza, był Łukasz Szczech.

Już wiecie do czego dążymy?

Tak, Szczech miał sędziować mecz Pogoni z Piastem, po którym być może gliwiczanie będą świętować mistrzostwo Polski. Dopiero po larum, które podniesiono w internecie, obsada została zmieniona. Szczech to bowiem arbiter niedoświadczony na tym poziomie – w tym roku poprowadził tylko cztery mecze, w całym sezonie dziesięć. Generalnie dostawał szansę w Ekstraklasie mniej więcej raz na trzy kolejki. A teraz miał prowadzić mecz o mistrzostwo.

No i na szczęście tej kolejnej okazji go pozbawiono, bo wyobraźcie sobie, że np. w meczu Pogoni z Piastem Szczech nie pokazałby czerwonej kartki za identyczne zagranie przykładowemu Sedlarowi. Gliwiczanie dzięki temu graliby po jedenastu, wygraliby mecz i – dajmy na to – przyklepaliby kwestię tytułu.

Całe fart Szczecha polega na tym, że Górnik nawet i z jego pomocą tak czy siak ten mecz przegrał. Bo za TAKIE wejścia czerwone kartki pokazywać trzeba. A jeśli Szczech ich nie pokazuje, to pewnie nadal czeka go balansowanie między sędziowaniem meczów Ekstraklasy i I ligi.