Jak Widzew zaprzepaścił szansę na awans w Bełchatowie
Weszło

Jak Widzew zaprzepaścił szansę na awans w Bełchatowie

– Wiadomo, kiedy ci pseudo-kopacze wracają na stadion?

– Nie jesteście godni nosić tego herbu!

– Oddajcie sprzęt i nie pokazujcie się w Łodzi!

*

– Ktoś kiedyś powiedział, że w piłce nożnej porażka jest gorsza niż śmierć. I coś w tym jest – Jacek Paszulewicz, trener Widzewa Łódź.

*

– Wrócę do domu, ogarnę się i włączę sobie forum RTS-u. Ale będą jaja! – jeden z kibiców GKS-u Bełchatów.

*

5

– Jeśli Widzew nie wywalczyłby awansu, najlepiej byłoby, gdyby wszyscy uciekli na tydzień na bezludną wyspę. I każdy na inną – rzucił przed meczem jeden z kibiców z Łodzi, jakby przeczuwając zbliżającą się wielkimi krokami katastrofę.

Katastrofę, którą – mówiąc wprost – nie da się wytłumaczyć logicznie, prostymi i zrozumiałymi słowami.

Oto Widzew, posiadający nie tylko najwyższy budżet w drugiej lidze, ale deklasujący pod tym względem większość pierwszoligowych klubów, zostaje na trzecim poziomie rozgrywkowym.

Oto Widzew, który posiada tak rozległą rzeszę kibiców tłumnie przychodzących na stadion, żyjących klubem i w dzień, i w nocy, wygrywa dwa razy na dziewiętnaście ostatnich prób.

Oto Widzew, który miał w pewnym momencie jedenaście punktów przewagi (!) nad czwartym miejscem (!!) i jeden mecz zaległy (!!!), kończy sezon poza podium.

Oto Widzew, który – nawiązując do kwestii budżetu – może pozwolić sobie, by ściągnąć zimą czy to „ekstraklasowego” Rafała Wolsztyńskiego, czy to „pierwszoligowego” Daniela Tanżynę nie radzi sobie z rywalami, którym zdarza się ledwo wiązać koniec z końcem.

Znamienne było spotkanie z Błękitnymi Stargard w dwudziestej siódmej kolejce. Jedno z wielu, które – koniec końców – złożyło się na wręcz irracjonalną serię remisów kosztujących RTS awans. W składzie Widzewa wspomnieni Wolsztyński, Tanżyna, dalej między innymi Wolański, Mąka czy Kohei Kato, który jako jeden z niewielu daje w tym sezonie radę. A Błękitni? Cóż, z całym szacunkiem do drużyny Adama Topolskiego, ale mówimy o ekipie, w której kluczowe role odgrywa czterech zawodników, którzy w zeszłym sezonie spadli z tej ligi z Gwardią Koszalin.

Niby zupełnie inny świat, a na boisku tak podobny.

Niby drużyny o różnej klasie piłkarskiej, a jednak dysproporcji nie widać.

I tak było z Widzewem nie raz, nie dwa, nawet nie dziesięć razy, a dokładnie dwadzieścia jeden razy.

16 remisów, 5 porażek.

Katastrofa.

Nie zadziałało tak wiele elementów, że sporego kalibru uproszczeniem byłoby wskazywać jeden, konkretny moment przełomowy. Mecz, po którym coś poszło nie w tę stronę. Ale gdybyśmy mieli zabrać się z motyką na słońce i próbować pogdybać: „No, może gdyby tutaj Widzew wygrał, to wszystko skończyłoby się inaczej”, zdecydowanie zwrócilibyśmy się w stronę meczu z Olimpią Grudziądz.

Ale tego wyjazdowego, z listopada, a nie rozgrywanego w ostatnią środę.

Dlaczego?

Prosta sprawa, wystarczy rzut oka na przebieg spotkania.

W 40. minucie było 2:0 dla Widzewa.

W 89. minucie nadal było 2:0 dla Widzewa.

Skończyło się porażką RTS-u 2:3.

Po tym spotkaniu przyszła wspomniana, jakże chwalebna passa dwóch zwycięstw w ciągu dziewiętnastu meczów.

Czyli problem w głowach to nie mrzonki, a realna niedogodność. W Widzewie, przy takich warunkach finansowych, przy takiej bogatej historii, przy tylu kibicach pamiętających dawne czasy, oczekiwania są ogromne. I – jak widać – raz po raz przerastają piłkarzy, który już w zeszłym sezonie prawie że dokonali rzeczy równie efektownej i o mały włos, a wywróciliby się w walce o awans do drugiej ligi.

– Problemem są przede wszystkim głowy zawodników. Zawsze mówiłem, że na tak niskim poziomie rozgrywkowym potrzebna jest większa świadomość tego, o co toczy się rywalizacja w Łodzi. Nie chodzi o to, że Widzew jest wielkim klubem i tak dalej – nie w tym rzecz. Zmierzam do tego, że jak przychodzi grać w drugiej czy w trzeciej lidze przy takiej liczbie kibiców, to nierzadko takim zawodnikom tylko wydaje się, że jest fajnie. Że są gotowi i zrobią awans za awansem. A później przychodzi pierwsze potknięcie, drugie, trzecie i zaczynają się schody. No, i to pierwsza rzecz, która wpływa na postawę Widzewa. Piłkarze przychodzą, myślą, że udźwigną presję, a potem następuje brutalne zderzenie z rzeczywistością, bo na filmach z trybun wszystko wygląda super, ale będąc w środku, nagle okazuje się, że ta frekwencja cię przytłacza i dostajesz małpiego rozumu – celnie zauważył jeden z kibiców Widzewa.

4

I faktycznie – wystarczyło nieco uważniej rzucić okiem na przedmeczową rozgrzewkę Widzewa przed spotkaniem w Bełchatowie, by zdać sobie sprawę, że presja wiąże tym zawodnikom nogi. Spuszczone głowy, festiwal niedokładnych podań, niecelnych strzałów, jakby niewiele w tym wszystkim woli walki i chęci rozszarpania rywala.

Efektem nie tyle niemrawy początek, co kompletne przespanie pierwszych trzydziestu minut. Stąd stracony gol, stąd kolejne szanse gospodarzy.

Znamienne, że nawet bramka wyrównująca nie wzięła się z jakiejś przemyślanej, utkanej z kilkunastu podań akcji, a – prawdę mówiąc – po prostu kluczową rolę odegrał przypadek.

– Dobrze, że Wolsztyński ani razu dobrze piłki nie przyjął – rzucił jeden z pracowników RTS-u, jakby tylko potwierdzając, ile w tej akcji było szczęścia, a ile rozumu.

Czuć było tę presję na plecach zawodników Widzewa, choć akurat łódzcy kibice bezpośrednio jej nie wywierali, gdyż się w Bełchatowie nie pojawili. Albo – żebyśmy byli bardziej precyzyjni – przyjechali, owszem, ale ze względu na zakaz stadionowy znaleźli się poza obiektem. Jednak swoje zdążyli zrobić, chociażby wydając w piątek dość jednoznaczne oświadczenie.

– Czas biernego przyglądania się jak przez ostatnie 3 lata upokarzany jest nasz klub minął. O mizernej postawie zawodników nie będziemy się tu zbytnio rozpisywać, bo po prostu na to nie zasługują. Swoją postawą niejednokrotnie zdążyli już skompromitować czerwono-biało-czerwone barwy.

– Kwintesencją tej degrengolady był opijający wczorajszą porażkę wielki „zbawca” Widzewa – Michał Sapota wraz z całą swoją świtą pseudo managerów. On, Kuder i każdy kto ma z nimi coś wspólnego niech WYP…A i trzyma się jak najdalej od Widzewa. Czas rozkradania już się skończył i nawet nie liczcie, że na fotelu prezesa zasiądzie znów figurant taki jak chociażby Klementowski.

(pisownia oryginalna, to tylko niektóre z fragmentów)

Gdzieniegdzie dało się usłyszeć, że oświadczenie było – mówiąc delikatnie – co najmniej niepotrzebne, a na pewno wydane w nieodpowiednim momencie. Jeszcze mocniej plątające nogi zawodnikom, wywołujące jeszcze większą presję, generującej jeszcze więcej problemów, a tych akurat RTS ma ostatnio pod dostatkiem. Ciągłe nieporozumienia z urzędem miasta, zamknięcie sektora na decydujący mecz, który został rozegrany tydzień przed końcem ligi i wiele, wiele więcej.

Wiele, wiele więcej, włącznie z dzisiejszą porażką oczywiście. Porażką, po której kibice przyszli pod stadion w Łodzi, gdzie zaprezentowali stały w takich przypadkach repertuar: bluzgi, wyzwiska, sugerowanie piłkarzom, by wypierdalali i tego typu rzeczy.

4

Fot. Bartosz Jankowski

Innymi słowy: O jakiejkolwiek cierpliwości mowy już nie ma. Skończyła się, ugrzęzła gdzieś w czasie przeszłym.

Teraz Widzew czeka fala zmian. Pytanie, na ile biorąca się z przemyślanych ruchów zarządu, a na ile dyktowana presją otoczenia, w szczególności kibiców, którzy zapowiadali w oświadczeniu dość wyraźnie:

– Jeśli w klubie i stowarzyszeniu nie ma nikogo, kto będzie miał odwagę do przedsięwzięcia takich działań to uwierzcie, że my nie będziemy mieli z tym najmniejszego problemu

Jakkolwiek spojrzeć, Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków swego czasu wydało podobne oświadczenie. Konkretnie w 2014 roku. Były groźny, była o mowa o wprowadzeniu swoich porządków. No i wszyscy wiemy, co działo się później.

Dlatego – zakładając, że wszystko skończy się normalnie, bez udziału osób do tego nieprzewidzianych – trzeba będzie zerknąć w lustro, rozejrzeć się wokół i zrobić bilans tego, co udało się dokonać i co wymaga natychmiastowej poprawy. Jest nowy zarząd, który działa dopiero trzy miesiące, więc – jak powtarzała część kibiców – pewne rzeczy nie zadzieją się z dnia na dzień, ale może brak awansu przyniesie refleksję nad funkcjonowaniem pewnych spraw?

Może z biegiem lat ktoś powie, że dobrze, iż Widzew teraz nie awansował, bo taka sytuacja pozwoliła zmienić perspektywę? – pyta jeden z kibiców, pewnie trochę szukając otuchy, ale kto wie, kto wie.

Może i ta porażka wyjdzie Widzewowi na dobre?

Norbert Skórzewski

KOMENTARZE (24)