Spójrz na tych graczy. Każdy z nich byłby kapitanem w dzisiejszym Lechu
Weszło Extra

Spójrz na tych graczy. Każdy z nich byłby kapitanem w dzisiejszym Lechu

– Nie pamiętam zawodnika z dawnego Lecha, który nie miał charakteru. Ani jednego! Każdy mógł nazwać się piłkarzem z charakterem, dlatego nie baliśmy się o naszą postawę na boisku. Bosacki, Arboleda, Wojtkowiak, Kikut, Djurdjević, Murawski Spójrz, to była drużyna! – opowiada Dimitrije Injac, który spędził w Lechu Poznań wiele lat, stając się kluczowym zawodnikiem drużyny, która zachwycała wszystkich, gdy wygrywała z Manchesterem City czy remisowała z Juventusem. Zapraszamy!

*

Co pan porabia po zakończeniu kariery?

Jestem agentem piłkarskim, współpracuję z kolegą. Po zakończeniu kariery chciałem zostać przy piłce i udało się. Robię to, co kocham, więc jestem zadowolony. Najważniejsze w życiu jest ułożenie sobie wszystkiego tak, żeby praca sprawiała satysfakcję. Mnie sprawia. Na razie jest dobrze – zrobiliśmy kilka transferów, między innymi do Polski. Spełniał się w tym, a w przyszłości – kto wie – być może sprawdzę się w trenerce.

Czyli polskie kluby niedługo mogą dzwonić!

Właśnie, właśnie. (śmiech) Tylko muszę skończyć kursy. Kilka lat temu chciałem zapisać się na przyśpieszony kurs UEFA B+A, ale koniec końców nie zdecydowałem się, więc chcąc trenować, muszę spróbować jeszcze raz.

Jakich zawodników pomagał pan ściągać do Polski?

Do Lecha Poznań między innymi Władimira Wołkowa, ostatnio Alena Stevanovicia do Wisły Płock. A wcześniej? Vojo Ubiparipa do Górnika Łęczna, za jego drugim podejściem w Polsce. No i Filipa Mladenovicia do Lechii Gdańsk. Nie było łatwo – reprezentant Serii, bardzo doświadczony piłkarz, dziś jeden z najlepszych obrońców Ekstraklasy. Wiadomo, zero przypadku. Trudno było dogadać się ze Standardem Liege. Filip miał ważną, dwuletnią umowę, więc logiczne było, że Belgowie nie chcieli wypuścić go za grosze. Tym bardziej że miał bardzo dobrze opłacany kontrakt, ale – co ważne, a nawet kluczowe w kontekście jego przejścia do Polski – zrezygnował z niego, gdyż chciał grać regularnie. No i jakoś poszło. Myślę, że z perspektywy czasu nie żałuje. Zyskał piłkarsko, rozgrywa bardzo dobry sezon, przecież niedawno wrócił do reprezentacji. Cóż, nierzadko warto zaryzykować, żeby potem cieszyć się z podjętej decyzji.

Zeszłego lata mówiło się, że mógłby pan dostać pracę w pionie sportowym Lecha.

Tak, ale nie było konkretów. Fakt – słyszałem, że była taka opcja, jednak nie rozmawialiśmy na ten temat.

Żałuje pan?

Na pewno cieszyłbym się, gdybym dostał ofertę pracy w Lechu. Zawsze jestem otwarty, na każdą ewentualność. Nie ma co ukrywać – wiadomo, co ten klub dla mnie oznacza i ile mi dał. To najważniejsza drużyna w mojej karierze, zżyłem się i z Kolejorzem, i z Poznaniem.

Mógłby pan współpracować z kolegą, Ivanem Djurdjeviciem. Ale też, jak pokazała przeszłość, niezbyt długo.

Właśnie. Ivan miał bardzo, ale to bardzo dobry początek. Nie udało się, ale wówczas – muszę przyznać – myślałem, że Lech nabierze rozpędu. Że powalczy o mistrzostwo Polski. Cóż – nie byłem w środku, nie wiem, dlaczego wyszło jak wyszło. Zaczęto przegrywać, Ivanovi zabrakło trochę doświadczenia w tym wszystkim, ale wydaje mi się, że tak czy siak pokazał się z dobrej strony. Mimo wszystko, jak na pierwszą tak poważną pracę.

Pana jego zwolnienie zdziwiło? Tyle lat szykowano go do tej pracy, a zwolniono przy okazji pierwszego kryzysu.

Właśnie. Zdziwiłem się, jasne. Przygotowywał się pięć lat, trenował rezerwy, widać było, że ma predyspozycje do tego zawodu – zaliczał kursy, jeździł na staże do wielkich klubów jak Atletico Madryt. Ale taka jest piłka. Oczywiście rozmawialiśmy na ten temat, utrzymujemy kontrakt. Wiadomo, że przeżył zwolnienie, każdemu byłoby trudno. Przykra sprawa, nie liczył, że jego praca skończy się tak szybko, ale nie poddaje się. Teraz robi licencję UEFA Pro i pewnie jeszcze nie raz i nie dwa udowodni, że jest bardzo dobrym trenerem.

Śledzi pan polską piłkę?

Cały czas. Oglądam polską ligę, tym bardziej że to w jakimś sensie część mojej pracy. Macie bardzo dobrych młodych zawodników, jest na kim zawiesić oko. Teraz będą mistrzostwa – i we Włoszech, i w Polsce, więc będę obserwował jeszcze uważniej. A sama piłka według mnie jest ciekawa. Wyrównana, nieprzewidywalna. Każdy może wygrać z każdym, więc pod tym względem mówimy o jednej z najciekawszych lig jeżeli chodzi o emocje.

Pytanie, czy to pozytyw?

Zależy. Ludzie, którzy mówią o tym, że nieprzewidywalność jest niewskazana, gdyż pokazuje to, iż liga nie jest zbyt mocna, oczywiście również mają rację. Ale piłka nożna to emocje, a polska piłka emocje zapewnia. Ja, gdy oglądam mecze, jestem usatysfakcjonowany. I nie jest tak, że oglądam je wyłącznie dlatego, iż pracują jako agent. Po prostu lubię polską ligę.

Albo się pan przyzwyczaił.

Możliwe, możliwe!

4

Trochę się od pana czasów w Lechu pozmieniało.

Pozmieniało się, pozmieniało. Gdy grałem w Lechu, to albo występowaliśmy w fazie grupowej europejskich pucharów, albo staliśmy u jej bram. Jak w dwumeczu z Club Brugge, gdy przegraliśmy po rzutach karnych. Teraz Kolejorz znalazł się w innym miejscu, pewnie nieoczekiwanym przez włodarzy, przez kibiców. Lech cały czas stara się, żeby wrócić do Europy, ale na razie nie wychodzi. Jednak jestem przekonany, że wystarczy złapać kontakt z czołówką, ustabilizować formę i wszystko pójdzie dobrze. Wróci stary, dobry Lech. Wierzę w taki obrót spraw, no i wierzę w Europę, gdyż nie ma co ukrywać – gra w pucharach wpływa na sytuację klubu. Masz większe wpływy finansowe, możesz wypromować kilku zawodników, a jednocześnie nie jesteś zmuszony, by co okienko za wszelką cenę sprzedawać najlepszych piłkarzy. O to w tym wszystkim chodzi, do tego warto dążyć, ale trzeba zachować czujność. Wielu zawodnikom kończą się kontrakty, klub zapowiada rewolucję. Nowa drużyna zostanie zbudowana bardzo szybko, w ciągu jednego okienka transferowego, więc trzeba będzie trafić w środek tarczy, tym bardziej że przerwa w Polsce jest dość krótka. Jeżeli Lech nie trafi z transferami, znowu pojawią się straty, wzrośnie zniecierpliwienie kibiców. Ważny czas przed Kolejorzem.

Dziś zarzuca się piłkarzom, że nie mają charakteru. Że brakuje liderów. Za pana czasów chyba nie do pomyślenia.

Pod tym względem mieliśmy świetną drużynę. Nie pamiętam zawodnika, który nie miał charakteru. Ani jednego! Każdy mógł nazwać się piłkarzem z charakterem, dlatego nie baliśmy się o naszą postawę na boisku. Bosacki, Arboleda, Wojtkowiak, Kikut, Djurdjević Murawski… Spójrz, to była drużyna! Mieliśmy takich zawodników, że każdy z nich mogłaby odgrywać rolę kapitana w dzisiejszym Lechu.

A dziś w Lechu widzi pan piłkarzy z charakterem?

Są tacy, nie ma co przesadzać i mówić, że nie.

W takim razie chyba dobrze się maskują. Znamienne, że długo kapitanem był Gajos, potem przez jakiś czas opaska wędrowała od piłkarza do piłkarza.

No, też dziwiło mnie, że co mecz zmieniał się kapitan. Ale to taki temat, że nie chciałbym się specjalnie wypowiadać. Tak postanowili w klubie i tak robili, tyle.

Oceniając charakter, mogę mówić o tym, co widziałem, co przeżyłem. Czyli o dawnym Lechu. Mieliśmy wielu charakternych graczy, ale również trenerzy stawali na wysokości zadania. W Poznaniu miałem czterech – Smudę, Zielińskiego, Bakero i Rumaka. Smuda wydawał się najbardziej charakterny. Może z tego względu, że miał takich a nie innych piłkarzy? Dostosował się, chciał grać piłką, stawiał na przygotowanie fizyczne. Zieliński z kolei sięgnął po tak długo oczekiwane mistrzostwo kraju. I to w takich okolicznościach, które zdarzają się raz w życiu. Zasłużyliśmy na tytuł, wygrywaliśmy większość spotkań, ale koniec końców wydawało się, że skończy się na niepowodzeniu. Nawet rodziny nie przyjechały na mecz do Chorzowa – wiesz, było mało biletów, stadion znajdował się w budowie, Ruch miał ograniczone możliwości, więc mało kto się pojawił. Wydawało się, że tak czy siak skończymy sezon na drugim czy trzecim miejscu. Jednak strzelić gola w ostatniej minucie, by po chwili dowiedzieć się, że Wisła straciła bramkę z Cracovią? Rany, świetna sprawa! Skończyliśmy mecz, staliśmy na boisku, czekaliśmy, gdyż Wisła jeszcze grała. I w końcu wyszło, że mamy lidera. Szał radości.

Szkoda, że trener Zieliński stracił mecz z Manchesterem City. Został zwolniony w – wydaje się – bardzo niefortunnych okolicznościach. Kilka dni przed takim spotkaniem, a przecież wygrał kilka dni wcześniej z Wisłą Kraków. Zrobiło się nam przykro, jemu pewnie jeszcze bardziej. Kilka miesięcy wcześniej, gdy zdobywał mistrzostwo Polski, nie mógł liczyć, że to wszystko skończy się tak szybko.. Ale takie jest życie, na pewno nie ma sobie nic do zarzucenia – bardzo dużo dla Lecha zrobił.

A Bakero? Był chyba trenerem z ciekawymi, niecodziennymi metodami. Dziś dał sobie spokój z seniorami, trochę mu nie poszło.

Nie poszło mu, ale przynajmniej próbował. Chciał wprowadzić coś nowego do naszej gry. Hiszpański styl, dzięki któremu mieliśmy momenty dobrej gry. Zieliński zrobił dużo, ale trzeba przyznać, że gdy Bakero przejął zespół, to i wygrał z Manchesterem City, i ostatecznie wywalczył awans do następnej fazy. Duża rzecz, choć szkoda, że w lidze – mimo dobrego początku – nie osiągnęliśmy tego, czego chcieliśmy.

No i jeszcze Rumak. Bardzo ambitny trener, który zapewnił Lechowi stabilność. Dwa razy zajęliśmy drugie miejsce, a przecież mówiono, że to niedoświadczony trener. Nie szło nam w pucharach, jasne, ale zauważmy jedno – tę stabilizację, walkę o mistrzostwo do samego końca. Jak tak patrzymy na dzisiejszego Lecha, to dziś drugie miejsce byłoby uznane za bardzo dobre osiągnięcie.

U którego trenera była najlepsza atmosfera?

Za moich czasów u każdego trenera była dobra atmosfera. Myślę, że z tego powodu mieliśmy mistrzostwo i puchary. Zawodnicy dostosowywali się do tego wszystkiego, przodował Bartek Ślusarski, generalnie było kilku zawodników, którzy sprawili, że atmosfera stała na najwyższym poziomie.

I tak jak mówię – z tego wzięły się piękne czasy Lecha. Ta faza grupowa z Manchesterem City i Juventusem… Wielka sprawa. Moje najlepsze przeżycie.

Pamiętam, jak oglądałem losowanie wraz z Semirem Stiliciem. „No dobra, mamy Salzburg, mamy Juve, kogo jeszcze byś chciał?” – pytałem. Sam liczyłem na Metalist Charków – łatwiejszy przeciwnik, większa szansa i na awans, i na premię. Ale Semir pozostawał nieugięty – chciał kogoś mocnego, najlepiej City. Był młody, chciał się wypromować, pokazać. No i trafił. Nikt nie liczył, że awansujemy, że zdobędziemy tyle punktów, tymczasem pokazaliśmy, iż wszystko jest możliwe. Wystarczy chcieć. I wierzyć.

Juventus czy City – która marka robiła większe wrażenie?

Obie działały na wyobraźnie. Gdy jechaliśmy do Turynu, nie wiedzieliśmy, co myśleć. Wielki klub, wielkie tradycje. Ale – tak jak mówił przed meczem trener Zieliński – całe życie pracowaliśmy na to, by być w tym miejscu. To nas zmotywowało, poniosło. Kurczę – w takich momentach zdajesz sobie sprawę, że to co robisz ma sens. Stworzyliśmy niezapomniane widowisko, zaskakując wszystkich. Dosłownie wszystkich. Przecież nie jest tajemnicą, że mało kto wierzył w awans. Dość powiedzieć, że z prezesem nawet nie usiedliśmy, by negocjować premie. Ot, zapytał, jakie chcemy nagrody za wygrane spotkania, rzuciliśmy jakąś kwotę i zgodził się bez wahania, bo nie zdawał sobie sprawy, jak potoczą się nasze losy.

Widzisz – nikt nie wierzył, włącznie z prezesami. To pokazuje, co osiągnęliśmy. Prawdę mówiąc dzięki temu bardziej cieszą nas wyniki niż te premie.

Często ogląda pan swojego gola z City?

Często, koledzy również wspominają, więc trudno zapomnieć. Wspaniały mecz. Nieważne czy mieliśmy szczęście, czy nie – liczy się to, co pokazaliśmy. Ja w ogóle miałem wówczas fajną serię, kilka dni wcześniej zdobyłem bramkę z Wisłą Kraków. Również efektowną, także z dalszej odległości. Zawsze wpajałem sobie, że jak mam miejsce, to warto uderzyć – nawet pomimo znacznej odległości do bramki.


Jak tak mocni rywale reagowali na porażki?

Roberto Mancini powiedział po meczu, na gorąco, że na sto prób ograliby nas w większości spotkań. Był bardzo, bardzo nerwowy. W Juventusie tak samo. Rozmawiałem z Milosem Krasiciem zaraz po meczu i nie dowierzał, ale przyznawał, że wszyscy nas chwalili. Jeszcze w czasach CSKA mówił, że mamy dobry zespół, zgrany kolektyw i nikomu nie będzie z nami łatwo. Sprawdziło się. No, ale irytację Juventusu potęgowała pogoda, to, co działo się w Poznaniu. Ekstremalne warunki, nigdy w takich nie grałem. Mówiło się, że mecz zostanie przełożony na następny dzień na 12:00, dwie godziny przed meczem nie wiedzieliśmy, czy wyjdziemy na boisko, ale sędzia zdecydował tak a nie inaczej i cóż – było specyficznie. Normalnie biegając, nie czujesz zimna, ale w takich warunkach nawet poruszanie się po boisku nie dawało za wiele! Tyle dobrego, że w idealnym momencie zdobyliśmy bramkę i jakoś poszło.

Siedzi w panu ta Braga, odpadnięcie zaraz po wyjściu z grupy?

Bardzo żałujemy tej porażki, tym bardziej że w kolejnej fazie czekał Liverpool. Zagralibyśmy w takim meczu! Marzenie. Braga bolała o tyle, że w pierwszym spotkaniu osiągnęliśmy dobry wynik. A później…

Za dużo kombinacji? Pamiętam, że Stilić po raz pierwszy zagrał w ataku.

Myślę, że tak. Niestety. Zgadzam się, że ustawienie było zbyt defensywne. Powinniśmy bardziej zaatakować, zagrać swoje z fazy grupowej. Semir po raz pierwszy zagrał w ataku, generalnie po raz pierwszy wyszliśmy taką formacją.

Inna sprawa, że koniec końców okazało się, iż Braga zaszła daleko, więc nie przegraliśmy z byle kim.

Wcześniej była jeszcze jedna faza grupowa. Mieliście słaby ranking UEFA, a wyeliminowaliście w dramatycznych okolicznościach Austrię Wiedeń,

Pierwszy większy sukces polskiej piłki od dawna. Celem był awans do fazy grupowej, ale osiągnęliśmy go w takim stylu, że… Nie wiem, czy przeżyłem bardziej emocjonujący mecz. Austria miała super zespół, kilku reprezentantów kraju, Acimović i tak dalej, ale Muraś sprawił, że wybuchnęliśmy radością.

Z fazy grupowej żałuję meczu z CSKA w Moskwie. Rozegraliśmy bardzo dobrą drugą połowę, ale obudziliśmy się za późno. Z Nancy też było blisko, jednak fajnie, że ostatecznie – po meczu z Feyenoordem w Rotterdamie – wywalczyliśmy awans.

Udinese było do przejścia?

Nie chcę szukać wymówek czy tego typu rzeczy, ale nie pamiętam, kiedy Udinese miało tak dobrą drużynę jak wtedy. Di Natale, Quagliarella i wielu, wielu innych. 2:2 u siebie co prawda nie było wymarzonym wynikiem, ale wierzyliśmy, że nie jest źle. Że możemy coś osiągnąć na wyjeździe. No i co? 1:0 do przerwy, a potem coś uleciało. Słabo weszliśmy w drugą połowę, bardzo słabo…

Co mówiliście Marcinowi Kikutowi po rewanżu?

Nic nie mówiliśmy, błąd może zdarzyć się każdemu. To był moment, gdy musieliśmy zaatakować, rzucić wszystko na jedną szalę. I to była zapłata za podjęte ryzyko, pewnego rodzaju kara.

Po tego typu meczach – czy to z Austrią i Udinese, czy to z City i Juventusem – trudno było wrócić do ligowej rzeczywistości? Gdy graliście w Europie, to nie szło wam w lidze.

Nie szło, nie byliśmy przyzwyczajeni do grania co trzy dni. W Anglii to normalna sytuacja, u nas bardzo rzadko, dlatego było trudno. Pojawiło się zmęczenie, też inaczej gra się w lidze, a inaczej w tak prestiżowych meczach w europejskich pucharach. Przecież nie będę ukrywał, że mecze ligowe zaraz po tych pucharowych były najbardziej wymagające. Tym bardziej że wszyscy nastawiali się na Lecha, byle tylko pokonać drużynę, która tak dobrze radzi sobie w Europie.

Potem było już znacznie gorzej. AIK, Żalgiris, Stjarnan. Pan był w klubie, gdy Lech odpadał z Litwinami.

My, profesjonalny zespół, zdecydowany faworyt, kontra tamta drużyna, która walczyła, jasne, ale nie mieliśmy prawa odpaść. Miałem kontuzję, nie zagrałem w rewanżu, ale widziałem to z boku i cóż – takie porażki zostawiają ślady na psychice. Przed meczem mówi się, że jesteśmy faworytami, a później takie zaskoczenie…

Gdy trafił pan do Lecha, to był czas, kiedy po raz pierwszy w historii klubu dużą rolę zaczęli odgrywać obcokrajowcy. Pan, Buric, Arboleda, Djurdjević, Stilić. Chyba w większości dobraliście się charakterologicznie i wypaliło.

Oczywiście! Każdy z nasz grał dobrze, a to najważniejsze. Smuda potrafił wprowadzić zawodnika do drużyny, nie było problemów. Nie liczyło się, czy gra Polak, czy obcokrajowiec – ważne było to, że pokazywaliśmy charakter. Pojawiło się wielu piłkarzy z Bałkanów – podobne charaktery do Polaków, więc spędzaliśmy czas razem, co prezentowało. Szybko nauczyłem się polskiego, choć nie ukrywam, że początkowo miałem problemy z językiem. Nawet przy okazji codziennych spraw, jak przy zamawianiu taksówki. Raz była taka sytuacja, że byłem gdzieś na mieście i chciałem wrócić do domu, ale nie potrafiłem wskazać po polsku swojego adresu.

Koledzy wkręcali pana w szatni, gdy nie znał pan języka?

Wiadomo. Na początku każdy starał się mnie wkręcić. Chyba każdy obcokrajowiec musi takie coś przejść. Na przykład ktoś mówił, że mam iść do trenera, choć ten w ogóle mnie nie wołał. Poza tym nie mogę przypomnieć sobie konkretnej sytuacji, ale fakt – działy się takie rzeczy. (śmiech)

A jak odnajdywał się Arboleda, piłkarz z zupełnie innego kręgu kulturowego? Sporo mówiło się o tym, że psuje szatnię i wprowadza niezdrową atmosferę. A on co chwila opowiadał, że wszyscy wokół mu zazdroszczą.

Arboleda miał bardzo trudny charakter. W codziennym życiu, w szatni. Myślę, że to była przyczyna tego, co się w ostatnich latach z nim działo, choć na boisku dawał z siebie wszystko. Też nie było tak, że wprowadzał niezdrową atmosferę – nie, przecież to bardzo uśmiechnięty facet, który po prostu różnie reagował na niektóre sytuacje, nierzadko bardzo impulsywnie i może dlatego ludzie odbierali go tak a nie inaczej.

Generalnie rozmawiamy o sukcesach dawnego Lecha, o mistrzostwie Polski, o grze w Europie. Dziś Lech znajduje się w zupełnie innym miejscu. Nie ma pan wrażenia, że Kolejorz nie wykorzystał potencjału, jaki wtedy miał, aby ligę zdominować?

No właśnie, nie poszło. Zgadzam się, że nie wykorzystano potencjału, jaki wytworzył się po naszych sukcesach. Ale moim zdaniem Lech zrobił bardzo dobry krok jeżeli chodzi o młodych zawodników. Mówię o postawieniu na akademię. Sprzedaż Bednarka, Linettego czy Kownackiego pokazuje, że Kolejorz ma potencjał. Oczywiście, dobrze byłoby, gdyby takich zawodników udawało się utrzymać, ale wiemy, że to w polskich warunkach trudne. A co do kwestii pierwszej drużyny i jej sukcesów – czegoś brakowało, by pociągnąć to dalej. Nawet za Nenada Bjelicy, gdzie był dobry zespół, ale nie wiem, co się stało, że skończyło się jak się skończyło. Czyli bez mistrzostwa Polski. Przegrywano najważniejsze mecze, to jest też przyczyna. My mieliśmy coś takiego, że wygrywaliśmy najważniejsze spotkania, niezależnie od przeciwnika, a tego chyba brakuje dzisiejszej drużynie, której zdarzało się zawodzić w najważniejszych momentach.

Tyle dobrego, że liga jest taka, iż nikt Lechowi nie odskoczył. Rozmawiałem z kilkoma zawodnikami i śmiałem się, że chyba nikt nie chce zostać mistrzem. Legia przegrywa, Lechia przegrywa, pozostałe drużyny tracą punkty… Szkoda, że Lech – tym bardziej po tak dobrym początku – tego wszystkiego nie był w stanie wykorzystać. No, ale trudno, mam nadzieję, że przyszły sezon będzie lepszy.

Mam wrażenie, że nie pożegnał się pan z Lechem tak, jak pan chciał.

Pożegnanie było zupełnie inne niż planowałem. Ale czasem zdarza się tak, że wcześniejsze plany są trudne do zrealizowania. Rozmowy były długie, trwały kilka miesięcy. Przyznaję jednak, że był moment, kiedy wszystko było już gotowe na papierze, a brakowało tylko podpisu. Wyszło tak, że Lech chciał, bym szybko podpisał kontrakt, gdyż zaczynał sezon meczami w Europie, trener chciał mieć skompletowaną kadrę. Ja chciałem poczekać, trochę odpocząć, ale stało się tak, a nie inaczej. Nie mam żalu czy coś w tym stylu. Takie jest życie piłkarza.

Żal żalem, ale mówił pan, że nie mógł spać w nocy, gdy dowiedział się, że odchodzi z Lecha.

Było trudno, oczywiście. Wiadomo, ile czasu spędziłem w Lechu, jakie chwile tutaj przeżyłem. To naturalne. Zżyłem się z tym klubem, Lech stał się moim drugim domem. Tyle czasu tutaj spędziłem… czułem się, jak u siebie. Wróciłem po roku, trzeba przyznać, że Lech wyciągnął do mnie pomocną dłoń, gdyż w Polonii miałem kontuzję, klub rozpadał się, nie było widać perspektyw.

Lech zaproponował mi, żebym po zakończeniu kontraktu został w klubie jako trener juniorów. Ale chciałem jeszcze pograć, dlatego odszedłem do Widzewa, a dopiero później skończyłem karierę.

Żałuje pan, że nie udało się zostać w Lechu?

No, mogłem zostać w Poznaniu, być może dziś znajdowałbym się w zupełnie innym miejscu, ale kusiło mnie, by kontynuować karierę. Tyle.

Polonia Warszawa to najgorszy czas w pana karierze?

Organizacyjnie nie było kolorowo, nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją. Na początku mieliśmy wyniki, znajdowaliśmy się w czołówce, ale to, co się działo poza boiskiem, to nieporozumienie. Dziś nie zawracam sobie tym głowy, ale myślę, że do Ireneusza Króla każdy ma pretensje. Szkoda tego czasu. Ja chwilę wcześniej zadebiutowałem w kadrze, nie wszystko poszło tak, jak oczekiwałem. Jeszcze doznałem poważniejszej kontuzji, miałem 32 lata – trudno było wrócić, więc tym bardziej doceniam Lecha, że wyciągnął do mnie pomocną dłoń.

Poznań to wyjątkowe miejsce. Związałem się z tym miastem, więc łatwo wyobrazić sobie moją radość, gdy mogłem wrócić.

Wyjeżdżając z Serbii, myślał pan, że zostanie w Polsce tak długo?

Nie liczyłem, że aż tak długo! Przed Lechem byłem na testach na Ukrainie, ale – na szczęście! – zdecydowałem się na Polskę.

W czasach świetności Lecha miał pan oferty z zagranicy?

Miałem, miałem, ale dzisiaj widzę, o jakim zawodzie mówimy. Jednego dnia jest papier na stole, następnego wszystko się wysypuje. Ale no, były zapytania, przede wszystkim po meczu reprezentacji. Nawet z Legii!

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (0)