Pisarz to ma klawe życie
Weszło Extra

Pisarz to ma klawe życie

Gdzie i jak otarł się o śmierć z rąk terrorystów? Jak wygląda rutyna życia pisarza, jakie są blaski i cienie zawodu? Dlaczego we współczesnym świecie odbywa się polowanie na wolną myśl? Dlaczego polityką nie da się nie interesować? Jaka powinna być dobra książka? Jak podpalił kota? Jak radzi sobie z upływem czasu, starzeniem się?

Jacek Piekara, jeden z najpoczytniejszych polskich pisarzy, autor znany choćby z cyklu inkwizytorskiego o Mordimerze Madderdinie, w dużym wywiadzie Weszło. Nie zapomnieliśmy zapytać o egranizację jego świata, która ma wyjść dwa lata i być grą AAA, jak i również trwającego procesu z Dorotą Wellman, która za tweeta zażądała pół miliona odszkodowania.

***

Pisarz to ma klawe życie?

W pewien sposób tak. Sam decyduje o tym w jaki sposób spędza czas, jak go dzieli między pracę a odpoczynek. Druga strona medalu jest taka, że trzeba mieć ogromną samodyscyplinę. W pewnym momencie, kiedy nie jesteśmy obarczeni obowiązkami zwykłej pracy, nie musimy wstawać na konkretną godzinę, rodzi się poczucie bezkarności i rozleniwienia. Oczywiście są terminy wydania książek, ale pewna plastyczność wciąż jest tutaj możliwa, to nie  sytuacja jak w czasach, gdy pracowałem w gazecie, gdzie wiadomo było, że numer idzie do drukarni, że jest zaplanowany kolportaż i, choćby się waliło i paliło, robota musi być zrobiona. Tu aż takiego przymusu nie ma, więc trzeba bardzo uważać i bardzo się dyscyplinować. Dodatkowym plusem wolnego zawodu jest to, że można sobie wybrać miejsce do życia. Ja dziś mogę skoncentrować się tylko na pracy literackiej i dzięki temu wyprowadziłem się z Warszawy, co też uważam za sukces, bo miałem tego miasta trochę dosyć.

Czemu miałeś go dosyć?

W Warszawie się wychowałem, to moje miasto, w którym żyłem od czasów szkoły podstawowej. Mieszkanie w Warszawie sprawiało mi wielką satysfakcję, ale prowadziłem wtedy, powiedzmy, szalony towarzysko czas. Dużo imprez, weekendy spędzane w klubach, cała ta otoczka towarzyszyła mi przez lata. W pewnym momencie, gdy okazało się, że zostanę ojcem, postanowiliśmy, że się wyprowadzimy. Zmieniły się moje priorytety – z „jak najlepiej imprezować” na „mieć jak najfajniejszą rodzinę”. Do realizacji tego celu uznałem, że najlepszy będzie dom z dużym ogrodem. Zastanawialiśmy się długo gdzie się przenieść, w końcu postawiliśmy na okolice Bielska-Białej. Wychodzę na taras i widzę góry. W półhektarowym ogrodzie sam posadziłem wiele drzew. Mamy cichy, spokojny dom, mam tu poczucie „my home is my castle”. Wreszcie jest miejsce na zwierzęta, które zawsze kochałem – dwa psy i kota. Niestety stosunkowo niedawno zmarła mi druga kocica, mocno związana z moim literackim życiem. Podczas pisania większości książek siedziała mi na kolanach. Dosłownie. Jak tylko siadałem do biurka, przychodziła i potrafiła siedzieć tak całą noc. Raz nawet śmieszna sytuacja: paliłem wtedy jeszcze papierosy, a nawet bardzo dużo papierosów. Siedziałem w kłębach dymu z tym biednym kotem. Nagle, ku mojemu przerażeniu…

Podpaliłeś ją.

Ano właśnie! Podpaliłem biednej kotce jej wspaniałą futrzaną kryzę na szyi. Ja spanikowany, ona nawet nie zauważyła, że właśnie ją próbuję ugasić – odwróciła tylko łebek, spojrzała, wróciła do spania. To było naprawdę solidne futro!

Jest taki stereotyp pisarza, że pisarz to tylko siedzi w swojej bibliotece, poranek zaczyna Dostojewskim, dzień kończy Bellowem, a najbardziej szalona rzecz, jaką zrobi w międzyczasie, to posłodzi herbatę trzema zamiast dwoma łyżeczkami cukru. Przełamywałeś go mocno tym zamiłowaniem do warszawskiego clubbingu.

Pracowałem wiele lat jako dziennikarz, redaktor, byłem zastępcą naczelnego w „Clicku”, drugim co do wielkości czasopiśmie o grach komputerowych w Polsce, jeszcze w momencie, kiedy ten rynek był bardzo prężny. Później było pismo poświęcone fantastyce, „Fantasy”, które w szczytowym momencie posiadało stutysięczny nakład. Miałem różnorodne towarzystwo. Od poniedziałku do piątku człowiek sobie pracował, grzecznie pisał artykuły – gigantyczną liczbę artykułów – i książki, a od piątku wieczór do poniedziałku rano siedział w klubach albo na domowych imprezach. „Ten piękny wieczorek z piątku na wtorek” – nawet tak często wyglądało moje weekendowe życie.

Mówiłeś o potrzebie znalezienia wewnętrznej dyscypliny.

Moja partnerka znalazła na nią sposób. Wielokrotnie miałem lub mam takie momenty, kiedy strasznie mi się nie chce pracować. Źle się czuję, kompletnie nie mam ochoty pisać. Zwykle bardzo dużo rzeczy mam ustalonych w głowie, całe dialogi, sceny, więc pójście do komputera i spisanie ich jest czynnością techniczną, niemal odtwórczą, na którą nie mam ochoty. Ale Marta powiedziała któregoś razu:

– Słuchaj, żebyś miał świadomość, że zrobiłeś chociaż trochę. Napisz jedną stronę. Każdego dnia. Albo jedną scenę.

Ile razy mi się nie chce, robię tak jak mówiła Marta: chociaż jedną stronę. A potem ZAWSZE się rozpędzam. Jak przełamię ten pierwszy kryzys, który nazywa się „nie chcę napisać ani jednego zdania”, to później zostaję na dłużej.

A więc wzorcowe potwierdzenie powiedzenia „najtrudniejszy pierwszy krok”.

Zdecydowanie. Porównałbym to do wchodzenia do zimnego jeziora – w pierwszej chwili woda niemal mrozi, potem zaczynamy w niej pływać, jest orzeźwiająco, w końcu nawet cieplutko.

Piszesz nocami?

Zawsze byłem sową. Jak musiałem zjawiać się w pracy co rano, to było dla mnie straszne nieszczęście. W tej chwili mam tryb życia, który jest zapewne dziwny. Może nie są to proporcje całkowicie odwrócone, według których śpię w dzień, a żyję w nocy, ale jest to grafik łaciaty. To pokłosie umowy jaką mam ze swoim organizmem. Funkcjonuję według zasady: czego chcesz mój drogi organizmie, będziesz miał. Chcesz teraz spać, idziemy spać. Chcesz pracować, będziemy pracować. Z punktu widzenia życia rodzinnego może być to kłopotliwe, bo kiedy ja mam porę aktywności oni śpią, ale z punktu widzenia pracy jest to wygodne.

Bywają trudne rozmowy z Martą?

O tym nie.

A co jest w pracy pisarza takiego, co może partnerce przeszkadzać?

Ojej, moment.

– Marta! (Jacek Piekara woła – przyp. red). Co byś chciała zmienić w pracy pisarza, co ci przeszkadza?

(dłuższa cisza). Zastanawia się, to dobrze, że nic jej nie przyszło do głowy od razu (partnerka Jacka Piekary odpowiada z drugiego pokoju – przyp. red).

– Mówi, że same plusy! A jednym z większych niekonwencjonalny kontakt z dzieckiem.

Na czym on polega?

Syn ma jedenaście lat i rozmawiamy o rzeczach, które w teorii przerastają jego poziom wiekowy, dotyczących poważnych spraw ze świata literatury czy filmu, również historii lub obyczajów. Ostatnio tłumaczyłem mu paradoks kota Schrodingera, a więc podstawy fizyki kwantowej. Oto kot w pudełku z trucizną. Jest połowa szansy, że żyje, połowa, że nie. Dziecko było wstrząśnięte, że nawet hipotetycznie można zamknąć kota w pudełku z trucizną. Ale teoretyczna koncepcja, że kot może być jednocześnie żywy i martwy bardzo mu się spodobała.

Dzieci czasem mają takie pojmowanie świata, które nawet człowieka obdarzonego dużą wyobraźnią może zainspirować.

Niesamowicie. Ostatnio powiedziałem swojemu dziecku, że piszę książkę i jak wpadnie na jakiś fajny pomysł, co się może w niej dziać, to niech przyjdzie. I przyniósł bardzo żywe idee do książki dla dzieci, którą mam „na warsztacie”. Sądzę też że mam dobry stosunek do dziecięcej codzienności. Dam ci przykład: dzisiaj przyszedł z wiadomością, że dostał w szkole uwagę za bieganie po korytarzu. Ja mu mówię „bardzo dobrze”. Kacper robi wielkie oczy: czemu dobrze? Odpowiadam, że nie jest dla mnie powodem do zmartwienia, iż zachowuje się jak żywe, energiczne i wesołe dziecko. Martwiłbym się, gdyby siedział na korytarzu smutny i skulony w kącie. Więc staram się mu pokazywać właśnie takie nie do końca szablonowe podejście do spraw życiowych.

Czyta już twoje książki?

Nie i jeszcze trochę zaczeka. Wszystko w swoim czasie. Wolę, żeby czytał na razie o Felixie, Necie i Nice albo o Panu Kleksie. Mordimer Madderdin może zaczekać.

No właśnie, najbardziej znaną postacią twoich książek jest inkwizytor Mordimer Madderdin pochodzący ze świata alternatywnego Renesansu. 

Często czytelnicy pytają mnie jaki jest związek pomiędzy mną a bohaterem. Na pewno częściowo odziedziczył moją filozofię życiową, gdyż ma głęboko zakodowane poczucie sprawiedliwości, które dla niego jest ważniejsze od prawa pisanego. Też sądzę, że w życiu społecznym najważniejsza jest sprawiedliwość, nawet jeśli miałaby się kłócić z prawem stanowionym. Poza tym Mordimer jeżeli do kogoś żywi współczucie, to do słabszych, do tych, którzy nie mogą się bronić sami. Na przykład do dzieci.

Ale też pozwalasz sobie na opis drastycznych scen.

Mój świat jest światem zbudowanym nie na idei miłosierdzia i wybaczenia, lecz na idei zemsty. Przypomnę, że jest to uniwersum, w którym akcja toczy się piętnaście wieków po tym jak Jezus Chrystus zszedł z krzyża, ukarał swych wrogów i założył własne imperium na gruzach Cesarstwa Rzymskiego. Ten świat nie może być więc łagodny. A przecież jeżeli patrzymy na świat historycznego, naszego szesnastego wieku, to był to również świat niezwykle okrutny, w którym cierpienie było codziennością. Ludzie przychodzili na publiczne egzekucje tak jak my na spektakle teatru ulicznego. Brali sobie jedzonko i obserwowali przez pół dnia torturowanie skazańców. Podobnie Rzymianie w czasach igrzysk gladiatorów świetnie się bawili oglądając śmierć i cierpienie.

My, współcześni ludzie cywilizacji Zachodu, jesteśmy zupełnie inni, żyjemy w świecie wydelikaconym, jesteśmy niesłychanie wrażliwi, w zasadzie rzadko kto z nas widział śmierć, zetknął się z nią. Wtedy śmierć była oswojona, gdyż nawet jeśli nie zadana za pomocą gwałtu, to w wypadku choroby, epidemii czy gigantycznej śmiertelności wśród dzieci. Jest bardzo ciekawy fragment w pamiętnikach – jeśli się nie mylę – Jakuba Sobieskiego, który był na publicznej egzekucji w Paryżu. Opisuje widownię, która oglądała drastyczną kaźń. Potem tłum rozerwał ciało skazanego na strzępy. Niektórzy te kawałki ciała zjadali – miały mieć nadprzyrodzone moce – lub sprzedawali jako talizmany.

Nawet, jeśli akcja mojej książki toczy się w alternatywnym renesansie, oczywiście musiałem poznać prawdziwy renesans. Mam w bibliotece wiele dzieł historycznych zarówno prac naukowych jak i świadectw ludzi pochodzących z tamtej epoki. I tak jak niektórzy czytelnicy zarzucali mi, że czasem na kartach moich powieści dochodzi do nadmiernych okrucieństw, tak zapewniam: prawda była dużo straszniejsza. Przerażające czasy wszechobecnej agresji, brudu, śmierci, zarówno w wymiarze fizycznym jak i moralnym. Starałem się, by ten brud został oddany wiernie. Nie chciałem doprowadzić do sytuacji, w której biorę bohaterów, którzy zachowują się jak ludzie z dwudziestego wieku rzuceni na szesnastowieczne ulice, ewentualnie z nieco zarchaizowaną mową. Chciałem, by mieli ówczesne widzenie świata. A na nich tak drastyczne zdarzenia nie robiły wielkiego wrażenia.

Powiedziałeś, że dzisiaj mało kto styka się ze śmiercią. A ty miałeś takie zetknięcie.

Byłem jednym z niewielu Polaków, którzy mogli stać się ofiarami zamachu terrorystycznego. Egipt, Sharm el Sheik, wybuch furgonetki-pułapki, wypełnionej materiałami wybuchowymi. Pierwotnie miała wjechać w mój hotel. Ponieważ jej nie przepuścili, wjechała w centrum handlowe umieszczone naprzeciwko hotelu. To jak wyglądała ulica… samochody zgniecione przez olbrzyma. W moim pokoju wypchnęło drzwi balkonowe, podmuch rozbił szyby, a odłamki powbijały się w ściany jak noże. W hotelu nikt nie zginął, w centrum handlowym tak. Ofiary leżały w czarnych workach na ulicy. My nawet mieliśmy iść wtedy, w godzinie wybuchu, do centrum, bo skończyły nam się papierosy. Moja ówczesna dziewczyna znalazła jednak jeszcze pół paczki i zostaliśmy w pokoju, a potem poszliśmy spać. Pół godziny po tej sytuacji obudził nas wybuch. Nigdy w życiu nie słyszałem głośniejszego dźwięku. Nigdy. Nawet bliska odległość od startującego samolotu jest nieporównywalna.

Efekt motyla. Tak wiele mogło zależeć od paczki papierosów.

Pokazuje jak wiele w życiu zależy od przypadku. Zasmuciło mnie to wszystko bardzo, bo lubiłem Egipt. Regularnie tam jeździłem, uwielbiałem pływać w rafie koralowej. Czułem się tam dobrze, chodziło mi po głowie nawet, aby zamieszkać w Egipcie na stałe. Jak się domyślasz, ten zamach zweryfikował moje plany. Oczywiście nie tylko on, w ogóle zmieniła się sytuacja polityczna na świecie. Również potem moja sytuacja rodzinna. Bezpieczeństwo dziecka jest priorytetem.

Jaką masz osobistą relację ze swoim bohaterem? To już tyle lat. Jest w tym coś z wypalenia, zmęczenia sobą, a może stanowicie parę przyjaciół lub stare dobre małżeństwo?

To przyjacielska relacja. Pamiętajmy też, że bohaterowie ewoluują. Mordimer pierwotnie miał być inny. Dziś możemy powiedzieć, że jest ambiwalentny moralnie. Natomiast na samym początku miał być zdecydowanie zły. Nie żaden łajdak o złotym sercu, tylko zły do szpiku kości. Natomiast ostatecznie stworzyłem kogoś o mocno ukonstytuowanym kodeksie moralnym. Szczerze oddanego wyznawanym ideom, ale jednocześnie potrafiącego analitycznie i logicznie myśleć. Przydaje się to o tyle, że w wielu tekstach pełni on rolę kogoś w rodzaju detektywa.

To jest bohater dla facetów?

Otóż nie tylko. Stworzyłem bohatera, który żyje w mizoginisticznym świecie i który kobiety często – choć nie zawsze! – traktuje jak należny mu „odpoczynek wojownika”, ale bohater ten zyskał jednak sporą popularność wśród dziewcząt i kobiet, co widzę choćby na spotkaniach autorskich. Bardzo się z tego cieszę, gdyż pisanie z góry dla jednej płci jest zubażające, zamykające, stanowi pewien rodzaj getta mentalnego. U mnie widzę pełen przekrój czytelników, także wiekowy. Przychodzi ostatnio na spotkaniu matka z synem i mówi, że syna zaraziła moimi książkami. Ale z drugiej strony dziewczyna z ojcem, mówiąca że to ona przekonała tatę do czytania. Jestem z tego naprawdę dumny. A już niesamowicie wzruszające jest, kiedy przychodzi czytelnik z walizką moich książek i z prośbą na każdej o podpis. Albo kiedy na targach książki ludzie czekają godzinę w kolejce po autograf. W takich chwilach mam poczucie, że moje życie zawodowe nie poszło na marne. Że komuś na mnie zależy.

Jak patrzysz na upływ czasu?

Fatalnie się z tym czuję, absolutnie fatalnie. Dla mnie przekroczenie czterdziestki było czymś groteskowym. Zawsze wyobrażałem sobie czterdziestolatka jako Andrzeja Kopiczyńskiego w serialu „Czterdziestolatek”, a gdzie mi do takiego faceta? Ja jestem luzak, młodo się czuję, chce się bawić, i ja mam ten sam wiek? Przekroczenie pięćdziesiątki to już w ogóle był kosmos. Kompletnie nierealne doświadczenie. Niemniej tłumaczę sobie, że wiek jest w charakterze nie w metryce. Widzę Aleksandra Dobę, który w wieku siedemdziesięciu sześciu lat przepływa Atlantyk trzy razy. Czyli można mieć nawet dużo więcej lat ode mnie, a wciąż mieć jaja ze stali. Młody umysł, młode serce, sprawne ciało.

Ukuło się, że pisarz często przed książką przegląda mapę swoich ran, a któraś z nich zostaje zamieniona na temat. Czy w tobie siedzi ten upływ czasu trochę jak cierń, czy można się spodziewać książki, w której będzie to główny motyw?

Nie, chyba nie. Natomiast zdarza mi się często pisać o nietrwałości życia. O tym, że jesteśmy stworzeni z kruchego materiału, że śmierć bywa nieprzewidywalna i w każdej chwili musimy się liczyć z tym, że może nas spotkać nagły koniec. Ale więcej nad upływem czasu pochylać się nie zamierzam, wystarczy że mi samemu się on nie podoba.

To jakie książki chcesz pisać?

Książki mają warstwy. Pierwsza warstwa i warunek absolutnie sine qua non: lektura ma wzbudzić zainteresowanie. Czytelnik musi się zastanawiać: co będzie dalej? Jeżeli przerwie czytanie, ma czuć potrzebę powrotu. Najgorsza rzecz, jaką czytelnik może powiedzieć autorowi, to że przy książce się nudził. Druga warstwa: książka ma pobudzać do przemyśleń, zadawania pytań, wzbudzać emocje, takie jak żal, gniew czy wesołość. To przeskoczenie na kolejny poziom jakości. Wreszcie trzecia warstwa, co zdarza się bardzo, bardzo niewielkiej liczbie pisarzy: to że czytelnik pod wpływem książki postanawia coś w swoim życiu zmienić. Wywiera ona tak silne wrażenie na nim, że zmienia swoje zachowanie, priorytety, światopogląd. Lektura okazuje się rewolucją czy katharsis. Dla autora sukcesem jest spełnienie już pierwszego warunku, natomiast jeśli spełnia wszystkie trzy staje się postacią legendarną.

Jakie książki miały więc na ciebie największy wpływ?

„Rok 1984” Orwella wywarł na mnie piorunujące wrażenie, wracałem do niej wielokrotnie, zarówno jako czytelnik, ale też nawiązywałem do niej w moich książkach, pomimo, że Orwell zajmował się światem quasi współczesnej dystopii, a u mnie przecież bohaterowie żyją w świecie alternatywnego renesansu. Jednak pewne mechanizmy dotyczące kontroli myśli ludzkiej, zinstytucjonalizowanego terroru są zawsze aktualne niezależnie od kraju i epoki.

Jak rozumiesz kontrolę myśli? Zdawać by się mogło, że to ostatnia rzecz, którą można człowiekowi odebrać. Kto zaryzykuje i powie, że nawet życie łatwiej odebrać niż wolną myśl nie będzie pozbawiony argumentów.

Orwell pisał, że człowiekowi należy zabrać słowa, którymi może wypowiedzieć bunt, bo kiedy nie będzie miał tych słów, nie będzie mógł przeprowadzić buntu. To niesłychanie zapadło mi w pamięć. Tak samo kwestia, że dysydenta należy nie tylko złapać i wydobyć z niego zeznania. Należy również spowodować, by szczerze żałował win i pokochał Wielkiego Brata. Wtedy dopiero pozwala mu się umrzeć. Ja przeprowadzam dokładnie to samo w świecie inkwizytorskim. Moim bohaterom nie chodzi o przyznanie się winnego, ale o doprowadzenia go do takiego stanu, w którym uważa dzień aresztowania za najszczęśliwszy w swoim życiu, a torturującego go inkwizytora za najlepszego przyjaciela, pokazującego mu właściwą ścieżkę prowadzącą do zbawienia

We współczesnym świecie odbywa się polowanie na wolną myśl?

Z całą pewnością. Widzimy to na każdym kroku. Oczywiście możemy mówić o prymitywnym podejściu jak w Korei Północnej, gdzie kontrola przypomina czasy stalinowskie, ale i w naszym świecie jest to wyraźnie obecne, tylko w innym wydaniu. Choćby przez budowanie wielkich farm trolli w mediach społecznościowych i wpływanie w ten sposób na kwestie społeczne, polityczne, ale też merkantylne. Jest taki amerykański film, „Wag the Dog” (polskie „Fakty i akty” – przyp. red.) z Dustinem Hoffmanem i Robertem De Niro. Amerykańska agencja prasowa wymyśla wojnę z Albanią, żeby przykryć aferę obyczajową prezydenta tuż przed wyborami. Chodzi o wywołanie kryzysu na podstawie „fake newsów”, aby w oparciu o ten kryzys zyskać wpływy. Ta wojna z Albanią zaczyna żyć w mediach jakby była prawdziwa. To doskonałe studium manipulacji społeczeństwem. Dzisiaj jest do tego jeszcze większe pole, bo mamy Twittera, Facebooka, Instagrama, dzięki którym dobrze sprzedany „fake news” może się szerzyć jak pożar na stepie.

Na spotkaniach autorskich czasem dyskusja schodzi na kwestie związane z polityką czy zarządzaniem społeczeństwem. Przekonuję wtedy: nigdy nie mówcie, że nie interesujecie się polityką, gdyż polityka jest wszystkim co nas otacza. Od polityki zależy jakie mamy prawa, jakie płacimy podatki, jakie towary i w jakich cenach znajdziemy w sklepach, jaki istnieje zakres wolności słowa, czy będziemy szybko i sprawnie obsługiwani w urzędach, czy znajdziemy sprawiedliwość w sądach. I tak dalej i tak dalej… Jeśli damy politykom wolną rękę, jeśli nie będziemy ich kontrolować, to nas po prostu zjedzą… Bo to, że nie obchodzi cię grasujący w okolicy seryjny morderca nie sprawi, że nie zostaniesz jego kolejną ofiarą. Polityką interesować się trzeba, choćby po to, żeby znać mechanizmy manipulacji.

To w jaki sposób się przed nią bronić?

Przede wszystkim należy poznać fakty, a więc sięgać do źródeł. Potem zapoznać się z różnymi interpretacjami owych faktów, z ich możliwymi przyczynami i konsekwencjami. Jeżeli chcemy rozumieć świat nie możemy być fanatykiem, kibolem jednej opcji politycznej, tylko musimy trzeźwo przyglądać się wydarzeniom. Oczywiście normalne jest, że z czyimś światopoglądem sympatyzuje się bardziej, ale niech to wynika z wiedzy, a nie wiary. Mylnie przyjmuje się czasami, że sympatia polega na braku krytyki. Tymczasem to, że jestem od czasów szkoły podstawowej kibicem Legii Warszawa nie znaczy, że nie widzę błędów jakie popełnia ten klub, prawda? I że nie mówię o nich głośno. Z polityką jest podobnie.

Pisarz to nie tylko książki, które ostatecznie oglądają światło dzienne, ale również tygiel koncepcji. Czy jest książka, którą od lat chciałbyś napisać, ale z jakiejś przyczyny nie została jeszcze napisana?

Tak, chciałbym napisać powieść kompletnie niezwiązaną z fantastyką. Obyczajową, z akcją umiejscowioną w Związku Sowieckim lat trzydziestych. Opartą na pewnych prawdziwych, niezwykłych i wstrząsających wydarzeniach. Natomiast jeśli chodzi o fantastykę, chciałbym napisać – nie jestem pewien, czy bym potrafił – coś co roboczo nazwałbym „Tribute to H.P. Lovecraft”. Opowiadania umiejscowione w świecie Lovecrafta, napisane językiem jemu jak najbliższym. Z przyjemnością myślę o takiej wizji. W dodatku, mówiąc pół żartem pół serio, mógłbym mieć wtedy okładkę utrzymaną w klimacie steampunkowym czy wiktoriańskim, a jestem fanem tego stylu artystycznego. A piękna dziewczyna ubrana w wysmakowany strój steampunkowy już w ogóle budzi mój zachwyt.

Teraz jednak muszę przede wszystkim kończyć cykl inkwizytorski. Na to czytelnicy czekają, za to są na mnie wściekli, że za wolno piszę, że są za długie odstępy między książkami, że nie domykam pewnych wątków, że otwieram nowe drzwi zamiast wyjaśniać co znajduje się za starymi.

Dużym wydarzeniem jest gra komputerowa, która powstanie na motywach przygód Mordimera Madderdina. Masz spore doświadczenie z branży, nie tylko przez obecność w niej jako redaktor, ale również współtworząc w latach dziewięćdziesiątych grę „Książę i tchórz”.

Piękne zrobiona na tamte czasy przygodówka ze śliczną, wysmakowaną grafiką. Pomagałem na poziomie fabuły i scenariusza, poza tym w grze pojawił się czarodziej Arivald z Wybrzeża, bohater mojego zbioru baśniowych opowiadań. Ale przy egranizacji cyklu inkwizytorskiego mówimy o czymś zupełnie innym. To będzie samo mięcho jeśli o chodzi o świat inkwizytorski, uzgodniliśmy z The Dust (twórcy gry osadzonej w świecie książek Jacka Piekary – przyp. red.), że robimy grę dla dorosłych, zakładając limit wiekowy na poziomie PEGI 16. Ta gra nie będzie stroniła od poważnych tematów, moralnych rozterek, brutalności, a więc wszystkiego, co znajduje się w książkach. Napisałem, że chcemy zabrać graczy na emocjonalny rollercoaster i im bardziej wyjdą z tej jazdy posiniaczeni i poobijani tym bardziej będziemy szczęśliwi. Chcę przez to powiedzieć, że celem jest zrobienie gry, po której skończeniu człowiek będzie się zastanawiał nad swoimi wyborami moralnymi, będzie to w nim siedziało, będzie chciał podzielić się przemyśleniami z przyjaciółmi. Zamierzenie ambitne, ale cóż: trzeba mieć ambitne plany.

Dla mnie jako artysty to szczególne przeżycie, bo zobaczę swój świat wykreowany przez innych artystów. Zobaczę mój świat ich oczami, więc dojdzie do konfrontacji wizji, mam nadzieję, że artystycznie zapładniającej. Oczywiście trzeba pamiętać o jednym: każda adaptacja ma swoje prawa i nie może być wierna co do słóweczka. Nie zamierzam forsować niewolniczej wierności mojej wizji.

Można zdradzić jaki będzie budżet gry?

Sprawy dotyczące budżetu będą domykane w tym roku. Mogę zdradzić, że planowana jest gra AAA, a więc The Dust mierzy w najwyższą półkę.

W jaki sposób konkretnie będziesz uczestniczył w pracach?

Rola konsultacyjna przy scenariuszu i fabule, a także kontrolująca, by nagle to, co w książce było bulterierem, nie stało się jamnikiem. Będę służył pomocą przy konkretnych rozwiązaniach fabularnych, ale na pewno nie będę siedział i pisał dialogów czy konkretnych przygód od zera. Jestem informowany na bieżąco o wszystkim, co się wokół gry dzieje. Przed nami ekscytujące trzy lata, a jeśli projekt się uda, to również wiele, wiele kolejnych lat…

Muszę zapytać jak jesteś dogadany z firmą w kwestii zarobków. Wiadomo, że Andrzej Sapkowski wziął pieniądze z góry i do dziś są z tego tytułu konflikty.

Wyciągnęliśmy wnioski, podeszliśmy do tematu profesjonalnie, a wszystko dograły współpracujące z nami kancelarie adwokackie, specjalizujące się w kwestii praw autorskich. Tyle mogę powiedzieć.

Jaka jest twoja gra wszech czasów?

W moim życiu recenzenta zajmowałem się przede wszystkim grami strategicznymi i role play. Pamiętam mnóstwo godzin spędzonych nad różnymi odsłonami Cywilizacji, pamiętam też serię Heroes of Might and Magic, szczególnie część drugą i trzecią z kapitalnymi dodatkami. Dobrze pamiętam też Age of Wonders 3, do tej gry zachęciłem swojego synka, uczył się na nim płynnego czytania po angielsku, bo tak bardzo chciał przeczytać pewne historyjki, że chcąc nie chcąc musiał ćwiczyć. Jeśli chodzi o RPG, to swojego czasu grałem we wszystko co się ukazywało w tym gatunku. Ogromnym sentymentem darzę serię Might and Magic, której „hirołsi” są odpryskiem strategicznym. Wielkie wrażenie, również od strony dialogowej, fabularnej, emocjonalnej, zrobiła na mnie Dragon Age. Grałem też oczywiście we wszystkie odsłony Elder Scrolls. Pamiętam wielkie czasy klasyki takiej jak Baldur’s Gate, Planescape Torment, Wizardry, również stare, dobre „dungeon crawlery” jak cykl „Eye of the Beholder”. Diablo II przeszedłem wszystkimi bohaterami na najwyższym stopniu trudności. To wszystko oczywiście sentymentalne spojrzenie, nie sugeruję, że inkwizytora będziemy pchać w którymś z tych kierunków, ale na pewno Dragon Age jest godnym uwagi przykładem jak stworzyć fabułę oddziałującą na emocje.

Jaka jest dziś kondycja polskiej literatury fantastycznej?

Nieporównywalnie lepsza niż dwadzieścia lat temu. Jest to spowodowane wejściem na rynek wydawnictw, które uwierzyły w polskich autorów: to była Runa, dowodzona wówczas przez znaną pisarkę Annę Brzezińską, i równolegle Fabryka Słów, założona przez Eryka Górskiego i Roberta Łakutę, lekarza stomatologa i prawnika, czyli ludzi, którzy nie mieli wiele wspólnego z fantastyką poza tym, że byli jej wielkimi fanami. Te dwie oficyny rozbuchały modę, skłoniły też autorów do wyjścia z marazmu. Wiele osób chciało pisać, ale tak naprawdę nie mieli gdzie wydawać. Podejście wydawnictw do polskich autorów fantastyki często było skandaliczne. Na przykład wydawnictwo Supernowa chełpiło się tym, że Andrzeja Pilipiuka „spuściło ze schodów”, nazywając go grafomanem, podczas gdy to dziś jeden z najbardziej poczytnych polskich autorów, przynoszący wielkie pieniądze wydawcy. Fabryka Słów i Runa były wydawnictwami serdecznie nastawionymi do pisarzy, motywującymi ich do pracy, roztaczającymi perspektywy. I nagle okazało się, że polscy autorzy chcą pisać, a czytelnicy chcą ich książki czytać. Jest na polskim rynku fantastyki wielu ludzi, którzy zamienili pisanie w zawód. Oprócz wzmiankowanego już Pilipiuka są to na przykład Andrzej Ziemiański, Jarosław Grzędowicz, Maja Kossakowska, Jacek Komuda. Oczywiście fajnie byłoby, gdybyśmy też wyraźniej zaistnieli na świecie.

Jest problem z językiem. Polski to totalna nisza, autor piszący od razu po hiszpańsku, nie mówiąc o angielskim, stoi na zupełnie innym poziomie.

W tym problem, językiem jesteśmy obarczeni. Warto podkreślić, że nawet książki Sapkowskiego o wiedźminie zaistniały w świecie anglosaskim dopiero po sukcesie gry komputerowej . We mnie tli się nadzieja, że podobnie stanie się z moim inkwizytorem, ale rynek jest nieprzewidywalny. Wszystko jest możliwe. Również serial dla HBO i film z Chrisem Prattem w roli głównej… (śmiech)

Niezwykłe jest dla mnie, że chodziłeś do jednej szkoły podstawowej z Jarosławem Grzędowiczem. Jakie były szanse na to, że dwóch czołowych autorów fantastyki znajdzie się w jednym miejscu tak wcześnie.

I z Rafałem Ziemkiewiczem, który dzisiaj poszedł bardziej w dziennikarstwo i politykę, ale napisał istotne dla polskiej fantastyki książki. Rzeczywiście, to niesamowity ewenement. Myśmy się ze sobą kolegowali, mój dom i Jarka dzieliło podwórko, chodziliśmy niemal codziennie na spacery z naszymi psami. Potem założyliśmy grupę literacką „Trust”, później „Klub Tfurców”. Pisaliśmy opowiadania, czytaliśmy je sobie nawzajem, rozmawialiśmy o nich. Każdy nowy tekst był wydarzeniem. Tak to wszystko się zaczęło…

Odejdźmy od literatury w stronę kroniki plotkarsko – obyczajowej. Ostatnio głośno było o twoim konflikcie z Dorotą Wellman. Jaki jest obecny status tej sprawy?

W 2016 napisałem kpiącego Tweeta na temat Doroty Wellman. Minął rok i dostałem pismo, że przegrałem proces, w którym Dorota Wellman domagała się pół miliona złotych w różnych obciążeniach. Wszystko udało się unieważnić, bo wszystkie pisma z sądu… były wysyłane na niewłaściwy adres. Skandaliczne zachowanie sędziego, który wydał taki wyrok wiedząc, że pozwany w ogóle nie jest o procesie poinformowany. W tej chwili sprawa toczy się od samego początku i nie mam wątpliwości, że w świetle prawa polskiego i międzynarodowego, a także wytycznych trybunału w Strasburgu, musi się skończyć moją wygraną.

Mamy tu dwie warstwy. Warstwa plotkarska to proces z zawziętą i przewrażliwioną celebrytką, która sama będąc osobą agresywną i wulgarną innym odmawia prawa nawet do pozbawionej wulgaryzmów i inwektyw kpiny. Ale druga i ważniejsza sprawa to walka o wolność słowa. O prawo do karykatury, do kpiny, do szyderstwa, do żartu, do złośliwości, a więc do czegoś co w naszej cywilizacji istnieje od czasów antycznych i o prawo do czego ludzie światli cały czas walczą.

Nie przypuszczałem, że w odpowiedzi na jednego krótkiego twita można napisać 33 strony maszynopisu pozwu sądowego, potem dopisać do tego kolejnych 36 stron i wzbogacić wszystko wieloma stronami załączników. W moim odczuciu to świadectwo jakiejś mentalnej aberracji. A domaganie się pół miliona złotych za internetowy żart można uznać tylko za wyraz całkowitej atrofii moralności. Wszystkim osobom, które cieszyły się z pozwu Doroty Wellman wobec mnie, spieszę powiedzieć: słuchajcie, jeśli mnie zabronią kpić z Doroty Wellman, wam zabronią kpić z Jacka Kurskiego, Dawida Wildsteina, Rafała Ziemkiewicza czy Magdy Ogórek, nie mówiąc już o politykach. A przecież osoba publiczna musi mieć grubą skórę, to jest cena, którą się płaci za popularność. Mówi o tym bardzo wyraźnie orzecznictwo Trybunału w Strasburgu. Ja sam spotykam się w internecie z wulgaryzmami czy wyzwiskami. Daję bana i wzruszam ramionami. Tak robi każdy, kto nie jest roztrzęsionym histerykiem o przerośniętym ego! (śmiech)

Jeszcze na koniec taka konstatacja: o całej sprawie z Wellman nie pamiętałby już pies z kulawą nogą, bo gównoburze w Polsce wybuchają z dużą regularnością. Ale ponieważ Wellman sprowokowała proces, więc afera będzie trwać, znając praktykę naszych sądów, kolejne lata. Wciąż będzie się o tym mówiło, wciąż rozmawiało o tym, o czym – jak sądzę – Dorota Wellman rozmawiać nie chciała. Wybrała swoją drogę, ja ze swojej strony mogę ją zapewnić, że zrobię wszystko, aby była to dla niej trudna i nieprzyjemna podróż.

Czasami zabierasz głos również w tematach piłkarskich. Ja jestem zdania, że piłka nożna wygrywa tym, że jest jednym z najlepszym na świecie scenarzystów.

O Jezu, jakim jest thrillerem! Te oba mecze półfinałowe Ligi Mistrzów to kosmos. Już jeden by wystarczył za sensację, ale oba? Nieprawdopodobne. Zastanawiałem się co działo się później poza boiskiem: jak reagowała szatnia w swoim zaciszu? O czym rozmawiali kibice w pubie po meczu, zarówno ci Liverpoolu czy Tottenhamu, jak i Ajaxu oraz Barcelony? Jakie emocje buzowały, jak dzielili się tymi emocjami, jakie mieli poczucie uczestnictwa nie tylko we wspólnotowej jedności, ale w wydarzeniu wyjątkowym, w czymś na pograniczu cudu…

Oczywiście bardzo szkoda, że nie będziemy tego przeżywać w polskiej piłce nożnej, a jeśli już, to w mikroskopijnej skali, gdy jeden ze słabych zespołów w słabej lidze doczołga się do de facto bezwartościowego mistrzostwa. To co stało się z polską piłką klubową to wielki skandal. Ciężko powiedzieć kto jest winny, wy w Weszło na pewno wiecie lepiej. Ale to straszne gdzie są teraz polskie kluby, ile znaczą – a raczej ile nie znaczą – w Europie. Jednocześnie przecież w nasz futbol pompowane są duże jak na polskie realia pieniądze, większe niż w piłkę czeską, słowacką, tymczasem zarówno Słowacy jak i Czesi już lepiej sobie radzą. Czytałem ładny komentarz, chyba nawet u was, dotyczący Ajaksu. Dwa lata temu Ajax zagrał z Legią na 0:0, potem wygrał w rewanżu tylko 1:0. Gdzie jest dziś Ajax, gdzie jest dziś Legia? Coś w Ajaksie poszło bardzo, bardzo na tak, a coś w Legii bardzo, bardzo na nie. To smutne, że zespoły dużego kraju dysponującego niezłym zapleczem sportowym i niezłymi pieniędzmi są w Europie pośmiewiskiem i dostarczycielem bramek.

Rozmawiał Leszek Milewski