Podpowiadacze mówiący, że „w piłce tak się nie da”, nie mieli racji
Weszło Extra

Podpowiadacze mówiący, że „w piłce tak się nie da”, nie mieli racji

– Podczas ostatniego domowego meczu z Pogonią Szczecin złość była we mnie tak duża, że obiecałem sobie, iż kiedyś ponownie wprowadzę Raków do Ekstraklasy – mówi Michał Świerczewski, właściciel częstochowskiej drużyny, który po 21 latach spełnił złożoną sobie kiedyś obietnicę. W tym czasie stworzył i rozwinął firmę x-kom, która dziś jest jednym z liderów w branży sprzedaży sprzętu IT, a także odbudował ulubiony klub, który na długie lata utknął na trzecim poziomie rozgrywkowym. Zapraszamy na długą rozmowę między innymi o tym, jak zatrudniany był Marek Papszun. Tym bardziej że właściciel najciekawszego od lat beniaminka Ekstraklasy wywiadów raczej unika. 

Dlaczego nie lubisz mediów? 

Nie mam na to czasu. Muszę podchodzić do tej kwestii w sposób restrykcyjny, bo zaproszeń mam mnóstwo – zarówno związanych z piłka nożną, jak i z biznesem. Gdybym chciał porozmawiać z każdym, to na udzielanie wywiadów musiałbym poświęcać w zasadzie jeden tydzień w miesiącu, a nie o to w tym chodzi. Na pewno mogę ten czas spożytkować z większą korzyścią dla moich działalności.

Po co ci ten Raków, skoro już ustaliliśmy, że nie po to, by brylować w mediach? 

To moja pasja. 

Tak po prostu? 

Zdecydowanie. To chęć rywalizacji w czymś, co jest trochę bardziej skomplikowane niż taki klasyczny biznes, gdyż duży wpływ na osiągane rezultaty mają czynniki zewnętrzne. Piłka i biznes, choć wiele osób twierdzi odmiennie, tak naprawdę mają ze sobą sporo wspólnego, jednak pierwszą z tych rzeczy traktuję kompletnie inaczej. To nie jest dla mnie narzędzie do zarabiania pieniędzy czy promocji. Chodzi o frajdę, która jest ogromna. 

Ale dlaczego akurat piłka? Znam kilka rozrywek, które kosztują mniej – zarówno gdy mówimy pieniądzach, jak i o nerwach. 

Kluczowa jest ta nieprzewidywalność. Po drodze do osiągnięcia wyniku sportowego jest wiele niespodzianek, przeszkód, ale one sprawiają, że przyszłe sukcesy smakują jeszcze lepiej. To są takie emocje, doznania, których łatwo gdzieś indziej nie znajdziesz. 

Ta pasja ma swoje korzenie w tym, że sam próbowałeś zostać piłkarzem? 

Nie, nic z tych rzeczy. Tu nawet nie chodzi o brak talentu, ja po prostu nie zostałem tym w młodości zarażony. Z piłką związałem się dopiero później od strony kibicowskiej. Najpierw udzielił mi się lokalny patriotyzm, bo kibicem Rakowa zostawałem wtedy, gdy klub wywalczył awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Później zapałałem sympatią również do innych drużyn. Jest w tym kilka sprzeczności, mam tego świadomość, ale bardzo lubiłem i Legię Warszawa, i Wisłę Kraków. Pierwszy z tych klubów nie odnosił wtedy zbyt wielu sukcesów, ale miał w sobie sporo magii. Drugi grał za to bardzo widowiskową piłkę i udowadniał, że polski klub może rywalizować z dobrymi firmami w Europie. 

Byłeś na trybunach, gdy Raków spadał z Ekstraklasy? 

Podczas ostatniego domowego meczu z Pogonią Szczecin złość była we mnie tak duża, że obiecałem sobie, iż kiedyś ponownie wprowadzę Raków do Ekstraklasy. 

To brzmi aż za dobrze, jak historia z filmu. Kiedy przypomniałeś sobie o tej obietnicy? 

Pamiętałem o niej przez cały czas. Wiele osób szuka różnych wymówek, ale ja naprawdę uważam, że ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Później dochodzi kwestia pracowitości i kilka innych spraw. 

Ale chyba nie byłeś od początku zdecydowany, by Rakowowi pomóc. Cytat: „Do pracy w klubie wciągnęli mnie Krzysiek Kołaczyk i Jurek Brzęczek, którzy kilka lat wcześniej ruszyli na ratunek Rakowowi, ale powiem szczerze, że ich pierwsze podejście było dość nieudolne. Zamiast zachęcić, wręcz mnie odstraszyli i zniechęcili”. 

Wspomniałem o tym bardziej w formie żartu. Tak naprawdę już przed spotkaniem z nimi, które zorganizował pracujący dziś w PZPN-ie Filip Adamus, byłem nastawiony na tę współpracę. Nie zmienia to faktu, że sama rozmowa była tak mało dynamiczna i usypiająca, że gdyby panowie mieli mnie przekonać, to mogłoby się im nie udać! 

Gdy słuchałeś o problemach, których w klubie było wtedy mnóstwo, nie pomyślałeś sobie, że szkoda zachodu? 

Na początku było to jedynie wsparcie z mojej strony, jeszcze nie byłem przekonany do tego, że chcę Raków przejąć, wdrożyć swoją wizję i zrealizować obietnicę, którą kilkanaście lat wcześniej sam sobie złożyłem. Było mnie już na to stać, więc po prostu pomogłem ludziom, u których widziałem chęci, ale też chwilowe zwątpienie. 

A polska piłka sama w sobie nie odstraszała? 

To były czasy, w których kończył się wątek korupcyjny. Takie rzeczy na pewno odstraszają, ale korupcja nie była jedynie naszym problemem. 

Jednak ludzie, którzy mają pieniądze, niekoniecznie się do naszej piłki garną. Gdy ostatnio analizowaliśmy pod tym kątem listę 100 najbogatszych Polaków według magazynu „Forbes”, wnioski były przygnębiające. 

Tak to na tę chwilę wygląda, ale uważam, że z czasem będzie się to zmieniało. To naturalny kierunek, bo wśród polskich milionerów następuje zmiana pokoleniowa. Osoby, które dzisiaj obracają największymi sumami, pochodzą jeszcze z czasów transformacji ustrojowej, z dawnego układu. W większości są to ludzie nastawieni na zarabianie pieniędzy i nikt nie przekona ich do tego, by zainwestować je w ramach misji społecznej. Z czasem pojawiać się będzie jednak coraz więcej osób z pasją i właśnie poczuciem misji, dla których zarabianie pieniędzy samo w sobie, jedynie dla pieniędzy, nie ma sensu. 

Masz na myśli osoby takie jak ty, Michał Brański, który uratował ostatnio Stomil Olsztyn czy Jarosław Królewski, który pomaga Wiśle? Na Twitterze można zauważyć między wami nić porozumienia. 

Jasne. Te przypadki są oczywiście trochę inne. Mam nadzieję, że Stomil utrzyma się w pierwszej lidze, bo spadek byłby dla nich podcięciem skrzydeł, a Michał jest bardzo ciekawą osobą, która może do polskiej piłki wnieść sporo świeżego spojrzenia. Na pewno przed nim masa błędów, które musi popełnić, bo Stomil nie jest klubem na właściwym poziomie organizacyjnym. Trudniej buduje się pewne rzeczy od postaw i robi awanse, niż przejmuje zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej. Oczywiście nie twierdzę tutaj, że Jarek Królewski dostał samograj, bo Wisła też potrzebowała reanimacji. On z kolei pokazał, że nawet w bardzo trudnej sytuacji można zrobić coś fajnego – ten zryw całej społeczności był imponujący. To przełamywało pewne utarte sposoby myślenia. Im więcej takich osób w piłce, tym lepiej. 

Ta wymiana pokoleniowa, o której mówisz, chyba była widoczna też przed derbami Krakowa, gdy Jarosławowi Królewskiemu oberwało się od Janusza Filipiaka. 

Tak, „stary” świat przeciwko „nowemu”. Oba mają swoje plusy i minusy, choć wydaje mi się, że po stronie pana Filipiaka brakuje zrozumienia dla pewnych procesów, które zachodzą na całym świecie. Nie znaczy to, że nie ma racji, bo tego w ogóle nie chciałbym osądzać. 

Jerzy Brzęczek jest dziś dla ciebie trochę drażliwym tematem? 

Absolutnie nie. 

Gdy zostawał selekcjonerem, siłą rzeczy jego życiorys prześwietlany był na sto różnych sposobów. I za każdym razem przypominano, że z Rakowa został zwolniony na wniosek głównego sponsora. Czyli twój. 

Spotkaliśmy się jakiś czas po rozstaniu i Jurek przyznał, że było to potrzebne dla rozwoju obu stron. Dzięki tej decyzji wszyscy zrobili kilka kroków do przodu. Tu nie chodziło o to, że byłem zmęczony trenerem Brzęczkiem czy o to, że obie strony były zmęczone sobą nawzajem. Po pięciu latach wdarło się do tego układu jakieś przyzwyczajenie, rutyna i tylko rozstanie mogło sprawić, że obie strony na nowo złapały wiatr w żagle. 

Jednak Brzęczek był dla Rakowa kimś więcej niż tylko trenerem, bo latał też po urzędach, pilnował, czy nie zabraknie proszku do wyprania koszulek i potrafił załatwić premie dla biednej drużyny. 

Jasne, że tak i nikt tego wkładu nie neguje, natomiast ja nie mogłem kierować się sentymentami. To oczywiście Jurka zabolało, być może nadal odczuwa z tego tytułu jakiś żal, natomiast ma świadomość, że wszystkim wyszło to na dobre. Powtórzę: Jurek jest selekcjonerem reprezentacji Polski, a my jesteśmy w Ekstraklasie, również dzięki tamtej decyzji. 

CZESTOCHOWA 16.09.2018 SPORT PILKA NOZNA FORTUNA I LIGA RAKOW CZESTOCHOWA - STAL MIELEC NZ. MICHAL SWIERCZEWSKI JACEK MAGIERA FOT. MICHAL CHWIEDUK / FOKUSMEDIA.COM.PL / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Obie strony wyszły na tym dobrze, co nie zmienia faktu, że poszukiwania nowego trenera nie były łatwe. Zatrudnienie Radosława Mroczkowskiego nie skończyło się tak, jak planowałeś. Podobnie zresztą jak powierzenie drużyny Przemysławowi Cecherzowi. 

To była świetna nauczka, choć uważam, że decyzja o zatrudnieniu trenera Mroczkowskiego akurat należała do słusznych. To był idealny trener na tamte czasy, bo wciąż głodny, warsztatowo na odpowiednim poziomie i chcący stawiać na młodych graczy. Mieliśmy przyzwoity okres i udało się doprowadzić do meczów barażowych o awans z Pogonią Siedlce, które przegraliśmy, choć było tak blisko, że na stacji benzynowej pod Częstochową na piłkarzy czekał już nawet specjalny autobus do świętowania. Problemy pojawiły się później, gdy trener popadł w konflikt z paroma osobami w klubie i z tego powodu musieliśmy się rozstać. 

Zaczyna być z tego znany, w podobnej atmosferze odchodził choćby z Sandecji. 

Gdyby trener Mroczkowski nie próbował ingerować w działania innych działów w klubie, pewnie pracowałby w poszczególnych miejscach trochę dłużej, co nie zmienia faktu, że cenię wiele jego cech i mam go za solidnego fachowca. I patrzę na jego pracę w Rakowie trochę inaczej niż na późniejszy okres, gdy drużynę prowadził duet Kołaczyk-Cecherz. To było rozwiązanie tymczasowe. W tamtym momencie rozmawiałem już z trenerem Papszunem i kilkoma innymi szkoleniowcami, gdyż bez presji chciałem wybrać najlepszą opcję. Ten duet zaczął jednak punktować i uznaliśmy, że nie wypada nie dać mu szansy. Jednocześnie był problem z papierami trenera Papszuna. Był najlepszym kandydatem, ale na propozycję musiał poczekać kilka miesięcy. 

Prawie go przez ten czas straciliście, bo wspominał, że znacznie trudniej było podjąć decyzję o odejściu wiosną.  

Być może, ale myślę, że trener też miał świadomość, że taka okazja może się szybko nie powtórzyć. 

Prawdopodobnie nigdy. 

Wiem, że miał wstępne zapytania z dwóch klubów drugoligowych, ale nigdy nie dochodziło do konkretów. Nie powiem, że miał świadomość, iż to ostatnia szansa, żeby zaistnieć, ale pewnie jedna z ostatnich. 

Wiem, że jeszcze nie chcesz mówić, skąd pomysł na Papszuna, więc zapytam, skąd pomysł na cały proces rekrutacyjny, który przez te wszystkie prezentacje i obecność psychologa bardziej przypomina korporacyjne metody, niż zatrudnianie trenerów w klubach piłkarskich. 

Wydaje mi się, że to absolutnie logiczne. Skoro zatrudniamy trenera z niższych lig, który nie ma wyrobionej marki, musimy go zweryfikować. Liczba źródeł, z których możemy zaczerpnąć informacji, jest w takiej sytuacji mocno ograniczona. A to przecież i tak tylko minimalizacja ryzyka popełnienia błędu, a nie gwarancja podjęcia trafnej decyzji. 

Natomiast w trakcie rekrutacji do trenera Papszuna były tylko dwa zastrzeżenia. Z kilkudziesięciu omawianych zagadnień różniliśmy się tylko w dwóch kwestiach! 

Jakich? 

Pierwsza to surowość, którą na tamten moment prezentował. 

Była zbyt duża? 

W naszej ocenie tak. Chcieliśmy wymagającego trenera, ale Marek Papszun był totalnie bezkompromisowy. Nie brał żadnych jeńców, a czasami dla dobra klubu warto ich wziąć. Albo wsadzić kogoś do więzienia, żeby mógł odpokutować swoje grzechy i wyjść na wolność. 

Ale dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że trener się zmienił. Albo inaczej – rozwinął. Jego podejście do zawodników jest teraz inne niż trzy i pół roku temu, gdy przeprowadzaliśmy tę rozmowę.

Zgodzę się, bo metamorfozę widać również w wywiadach. Koledzy, którzy rozmawiają z trenerem teraz, mają prawo być trochę rozczarowani, bo wcześniej nie zostawiał na piłkarzach suchej nitki i dawał show. 

Oczywiście. Jeśli porównamy to z początkami, trener Papszun jest dziś bardziej gołębiem niż jastrzębiem. Myślę, że to dobrze obrazuje naszą współpracę, bo ja przebyłem drogę w przeciwnym kierunku. Może nie jestem dziś bardzo radykalny, ale ubyło u mnie trochę tolerancji i zrozumienia dla piłkarzy. 

Jaka była druga rzecz, co do której się nie zgadzaliście? 

Dotyczyła tego, czy będziemy rotować naszym ustawieniem na boisku niezależnie od wyniku meczu. Trener powiedział, że w jego opinii nie ma sensu zmieniać taktyki, gdy rezultat jest pozytywny, a ja oczekiwałbym tego, że ustawienie będzie zmieniane nawet przy korzystnym wyniku, by w jakiś sposób zaskoczyć przeciwnika. Jeszcze tego nie stosujemy, ale trener Papszun obiecał, że kiedyś będziemy. 

Skąd w ogóle taki pomysł? 

Z obserwacji światowej piłki – wiele drużyn stosuje takie rozwiązania w trakcie meczów, głównie z mocniejszymi przeciwnikami, by ich zaskoczyć. Nawet pamiętam spotkanie, w którym zaimponowało mi to najbardziej – to było starcie FC Porto z Bayernem Monachium. Brakuje mi tego w naszej lidze. Ostatnim szkoleniowcem, który próbował robić coś podobnego, był bodaj Radoslav Latal. 

To twoje autorskie przemyślenia czy ktoś ci to podpowiedział? 

Autorskie. Wydaje mi się to absolutnie logiczne. 

To prawda, ale będę się upierał, że to w naszych realiach dość nietypowa pozycja na liście wymagań stawianych przed nowym trenerem. 

Ale to – tak jak powiedziałem – tylko jedna z dwóch rzeczy, przy których nastąpiła różnica zdań. W dodatku jedna z mniej istotnych, w żadnym wypadku to nie dyskwalifikowało trenera. Ważniejsze było to, że zgadzaliśmy się w pozostałych czterdziestu ośmiu kwestiach. 

Było ich aż tyle? Jestem bardzo ciekawy, co jeszcze zawierała ta lista i jak powstawała. 

(Świerczewski wyciąga komputer i czegoś szuka).

Główna lista zagadnień, które opracować miał trener, liczyła około dwudziestu pozycji, natomiast niektóre z nich były bardzo mocno rozbudowane, a inne zawierały pytania uszczegóławiające, więc spokojnie możemy powiedzieć, iż zahaczyliśmy o około pięćdziesiąt wątków. Część omawialiśmy przez czterdzieści minut, więc całość trwała bardzo długo. 

To pytania, które wydają się podstawowe i logiczne. O preferowane ustawienie, gdyby ta kwestia zależała tylko od trenera. O profil charakterologiczny zawodników, których chciałby dobierać do zespołu. O cechy, na które zwraca uwagę w przypadku środkowego obrońcy i te, które są według niego kluczowe u ofensywnego pomocnika… 

Cały czas mam wrażenie, że zdajesz sobie sprawę z tego, iż trenerów zatrudnia się u nas inaczej, ale dla lepszego efektu udajesz, że to twój sposób jest najbardziej normalny. 

Jest inaczej. Tak przyzwyczaiłeś się do tego, jak to u nas wygląda, że nie dostrzegasz, iż to właśnie zatrudnianie bardziej lub mniej przypadkowych osób jako trenerów przez telefon nie jest normalne. W zasadzie to jakieś szaleństwo! Gdybyśmy pojechali do Lipska, odwiedzili Red Bulla i zapytali, na jakiej podstawie zatrudniają szkoleniowców, na pewno powiedzieliby nam, że na postawie ściśle sprecyzowanych kryteriów. To w naszej piłce utarło się, że dziś zatrudnimy pana Krzysztofa, bo akurat był pod ręką i zobaczymy, co z tego będzie. Pan Krzysztof ściągnie kilku zawodników według swojej wizji, a później przyjdzie inny trener, który pozmienia wszystko na swoją modłę. 

Już nie czepiajmy się tak tej Legii! 

Absolutnie nie chodziło mi o Legię. Zmian w warszawskim klubie rzeczywiście jest sporo i ten sposób działania nie broni się na poziomie europejskim, ale Legia przynajmniej robi swoje na poziomie Ekstraklasy. Dlatego mówię o wielu innych polskich klubach, w których podchodzi się do kluczowych kwestii kompletnie bez pomysłu. Nie chcę gloryfikować naszego sposobu działania, ale wydaje mi się, że dbamy o podstawy. Trener jest jedną z dwóch najważniejszych osób w klubie, dlatego przechodzi gruntowną weryfikację. 

To zapytam tak – znasz już nazwisko kolejnego trenera Rakowa? Wiesz, że gdzieś w niższych ligach jest następny Marek Papszun, który czeka na szansę? Wiadomo, że jego pozycja jest dziś niepodważalna, ale po tym, co powiedziałeś, wydaje mi się, że masz zaplanowane następne pięć lat, a skauting trenerów w Polsce przecież nie istnieje.

Był taki moment, w którym wydawało się, że Marek zostanie z nami do końca przyszłego sezonu, a później będzie chciał spróbować sił w innym klubie. Na tę chwilę takiego zagrożenia już nie ma, bo przedłużyliśmy kontrakt, ale naturalne było to, że musiałem pomyśleć o przyszłości. Mam listę trenerów, którą na bieżąco aktualizuję. Z jednym z nich planuję się nawet w najbliższym czasie spotkać. Zawsze trzeba czynić takie przygotowania, bo później nie ma na to czasu. Przy czym muszę podkreślić, że nie robię tego za plecami trenera. Najpierw zapytałem Marka Papszuna, czy nie miałby nic przeciwko takim spotkaniom. Odpowiedział, że nie i z przymrużeniem oka dodał, że liczył, iż jednak popracuje trochę dłużej, ale działamy. Fajne jest to, że – przynajmniej takie mam wrażenie – trener Papszun zakłada dziś, iż zostanie w Częstochowie jeszcze dłużej, niż planował. 

Przeglądam tę listę zagadnień z 2015 roku i muszę przyznać, że trochę cię okłamałem. Zobacz, jest tu podkreślona jeszcze jedna kwestia, przy której się z Markiem różniliśmy. Chodzi o to, że zamiast przeprowadzać analizę indywidualnie z zawodnikami, często wytykał im błędy na forum publicznym. Moje zdanie jest takie, że piłkarze powinni być na to odporni i odpowiednio reagować, ale są też przypadki, w których właściwsze jest podejście indywidualne. W tamtej chwili trener w ogóle go nie stosował, co w moim mniemaniu było błędem. 

59984803_2129956487295501_5587690862264975360_n

Kontrakt trenera Papszuna zawiera klauzulę, która umożliwia mu odejście? 

Nie, jest tylko dżentelmeńska umowa. Jeśli pojawi się bardzo korzystna propozycja dla Rakowa z jednego z polskich klubów lub z reprezentacji, będziemy rozmawiać. 

Konkretnie z Legii. 

Z jednego z polskich klubów. Ale jeszcze raz podkreślę, że musi być to bardzo atrakcyjna dla Rakowa oferta złożona w rozsądnym terminie. 

Rekrutowanie ludzi jest twoją mocną stroną? W swoich nielicznych rozmowach z mediami zawsze podkreślałeś, ile osób zatrudniłeś i jak istotne to było. W światku piłkarskim też zrobiłeś kilka ciekawych ruchów. Najpierw znalazłeś prezesa przez tradycyjne ogłoszenie o pracę, później zastąpiłeś go znanym Wojciechem Cyganem. Ostatnio sięgnąłeś po Dominika Ebebenge, który jest i ciekawym, i nieoczywistym wyborem. 

Generalnie uważam, że to najważniejsza umiejętność, którą przeniosłem z biznesu do piłki. Ludzie, z którymi pracujemy, to podstawa. Staramy się, ale muszę szczerze powiedzieć, że pozyskanie wartościowych pracowników do klubu piłkarskiego jest piekielnie trudnym zadaniem. Spojrzenie wielu kandydatów na to, jak miałaby wyglądać ich praca, jest kompletnie oderwane od rzeczywistości. Na niektóre stanowiska po prostu nie mogę znaleźć kompetentnych osób i jest to bardzo przykre, że w polskiej piłce działa ich tak mało. Z tego powodu wciąż daleko mi do stwierdzenia, że teraz rekrutujemy świetnie, ale robimy to na miarę naszych aktualnych możliwości. Ciągle nie jestem zadowolony z tego, jak funkcjonuje wiele naszych działów czy z podejścia do zadań poszczególnych osób, ale będziemy nad tym tematem pracować. 

Jak dziś wspominasz początki współpracy z trenerem Papszunem? Znalazłem dość wymowny cytat (Futbolfejs) i chciałbym, żebyś się do niego odniósł: „Szatnia była totalnie zepsuta i trzeba ją było wyczyścić niemal do spodu. Wiedział, że jeśli tego nie zrobimy, stracimy kolejny rok. Zgnilizna co chwila wyłaziła na wierzch, co chwila dochodziło do spięć”. 

Barwna wypowiedź, ale myślę, że poniekąd uniwersalna, bo dotyczy wielu polskich klubów. Z moich wewnętrznych informacji wynika, że w tej chwili taki problem mają co najmniej dwa zespoły Ekstraklasy. 

W tym Lech Poznań. 

Nie potwierdzam, ale… w takim wypadku może to dotyczyć nawet trzech klubów. 

To, że w szatni Rakowa było mnóstwo – jak ujmował to Papszun – lawirantów i leserów, jest też twoją winą? Masz do siebie żal, że dopuściłeś do takiej sytuacji? 

Oczywiście. Popełniłem błędy wynikające z braku doświadczenia. Nie miałem świadomości, jak pewne rzeczy powinny być budowane i zbyt mocno patrzyłem na indywidualne umiejętności zawodników, ich wyszkolenie technicznie, a zbyt mało na charakter, podejście do zawodu, pracowitość. 

Nie miałeś wątpliwości przed tymi rewolucjami, na przykład przed skreśleniem dwudziestu jeden piłkarzy w trakcie jednego okienka? To na pewno było dla ciebie kosztowne. 

Żadnych. Byłem w stu procentach przekonany, że idziemy w dobrym kierunku. Ta liczba oczywiście robi wrażenie, ale wahałem się może przy dwóch nazwiskach. Te osoby były źle dobrane – albo brakowało im podejścia, albo umiejętności, albo obu tych rzeczy. 

Jakiś piłkarz szczególnie cię rozczarował?

Do głowy przychodzi mi Brazylijczyk Vitinho. Zaraz po przyjściu, przed pierwszą kontuzją, prezentował naprawdę wysoki poziom. Miał ogromne umiejętności techniczne, co w połączeniu z szybkością robiło różnicę. Niestety był to piłkarz-szklanka i w dodatku człowiek, który był na bakier z pracowitością. 

A jest zawodnik, w przypadku którego bardzo żałujesz, że nie udało się go pozyskać? Pytam, bo słyszałem, że to działka, którą bardzo lubisz. 

Jest mnóstwo takich graczy. 

(Świerczewski znów wyciąga komputer i odpala kolejne pliki). 

Zobacz, to zestawienia piłkarzy, którzy obserwowaliśmy i chcieliśmy ściągnąć do Rakowa w różnych okresach budowania tego zespołu. Tu masz Krzysztofa Piątka, to było w czasach, gdy jeszcze grał w rezerwach Zagłębia Lubin. Nie pamiętam już, co dokładnie stanęło nam wtedy na przeszkodzie. Dalej jest Jarosław Jach i Arkadiusz Reca, choć w jego przypadku po prostu nie mieliśmy szans w rywalizacji z pierwszoligową Wisłą Płock. Tutaj jest kolejne duże nazwisko – Jan Bednarek. A tu Jarosław Niezgoda – pamiętam, że rozmawialiśmy z Markiem Citką na temat jego przyjścia, ale menedżer miał na niego zupełnie inny plan. No i jeszcze Damian Kądzior, ten przypadek pamiętam bardzo dobrze, bo wpadł mi w oko od razu, w trakcie sparingu, który graliśmy kiedyś z Jagiellonią Białystok. Strzelił kapitalną bramkę i było widać, że coś w sobie ma. Temat jego przyjścia wracał kilka razy, ale zawsze coś się wywalało. 

Niezła lista. 

Ale w wielu klubach znajdziemy podobne. Oczywiście mówię o tych, które poważnie podchodzą do tematu skautingu. 

W tych przypadkach się nie udało, ale Tomek Petrasek opowiadał mi w wywiadzie, że do tematu przekonywania zawodników do Rakowa również podchodzisz trochę inaczej niż inni. Przedstawiacie im szczegółowo rozpisaną wizję rozwoju klubu, on dostał ją na maila. Akurat mieszkał w Pradze, zrobił awans na zaplecze czeskiej ekstraklasy i był blisko opaski kapitana w swojej ówczesnej drużynie, a mimo wszystko udało wam się nakłonić go do przejścia do drugiej ligi w Polsce.  

Jeśli brakuje nam pewnych argumentów, a nie ukrywajmy, że tak było, jest i będzie, to ta wizja jest kluczowa. Akurat w przypadku Tomka proponowaliśmy porównywalne warunki finansowe, a i tak zdecydował się na wyjazd z kraju, bo spodobał mu się nasz pomysł na Raków. To bardzo ważne, bo to też jedna z moich obserwacji – piłkarze, których przekonywaliśmy do siebie głównie pieniędzmi, częściej okazywali się strzałami obok tarczy. 

CZESTOCHOWA 13.03.2019 MECZ 1/4 FINALU CWIERCFINAL PUCHARU POLSKI SEZON 2018/19: RAKOW CZESTOCHOWA - LEGIA WARSZAWA 2:1 --- 1/4 FINAL QUARTERFINAL OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH: RAKOW CZESTOCHOWA - LEGIA WARSAW 2:1 RAFAL NIEWMIERZYCKI MICHAL SWIERCZEWSKI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Ciągle przewija się ta nauka na błędach. Wbrew pozorom nie było tak, że przyszedł Michał Świerczewski i powiedział, że teraz będzie robił w Częstochowie piłkę po swojemu. 

Miałem inny problem. Te pomysły były w mojej głowie od zawsze, ale wiele osób mówiło mi, że a) tego nie da się zrobić, że b) to coś należy zrobić inaczej i c) w przypadku kolejnej rzeczy nawet nie warto próbować. Niepotrzebnie takim osobom wierzyłem. Po latach zazwyczaj okazywało się, że spokojnie można było to zrobić, a nawet należało się tak zachować. Czasami wracałem do swoich pomysłów z 2014 roku i łapałem się za głowę, gdy uświadamiałem sobie, ilu błędów mogliśmy uniknąć. 

Czegoś szczególnie żałujesz?

Nie, wręcz przeciwnie. Nie żałuję niczego, bo to pozwoliło nabrać pewności, że droga, którą od początku chciałem obrać, była słuszna, a podpowiadacze sugerujący, że „w piłce tak się nie da” nie mieli racji. 

Puchar Polski był dla ciebie dodatkowym bodźcem? 

Nie, nic tu nie zmienił. Wcześniej nie szło nam w tych rozgrywkach, a teraz po prostu dowiedzieliśmy się, że możemy rywalizować jak równy z równym nawet z najlepszymi klubami w Polsce. Oczywiście mamy przy tym świadomość, że były różnice w zaangażowaniu pomiędzy naszymi piłkarzami a tymi z drużyn przeciwnych, dzięki czemu udało się zniwelować pewne braki. 

Innymi słowy – masz świadomość, że w lidze tak łatwo nie będzie.  

Oczywiście, choć uważam, że nawet w tym składzie personalnym stać nas na powtarzanie tych wyników. Na pewno na odpowiednim poziomie musi być podejście, choć nie ma co kryć, że ten skład personalnie też się pozmienia – tak, byśmy mogli z największymi rywalizować jeszcze skuteczniej. 

Nie należy dać szansy tym, którzy na ten awans zapracowali? 

Nie, należy dać szansę tym, którzy mają odpowiednie podejście i umiejętności, by rywalizować w Ekstraklasie. 

W trakcie letniego okienka czego was kolejna rewolucja?

Raczej ewolucja. 

Gdy słyszę, że chcecie wymienić dziewięciu piłkarzy, to jednak mam przed oczami rewolucję. 

Od sześciu do dziewięciu i to tylko wstępne ustalenia. Może ich być mniej, a może być więcej. Na pewno niektórzy zawodnicy o swoją przyszłość walczą w meczach, które gramy po zapewnieniu sobie awansu i choćby z tego względu jest za wcześnie, by o pewnych sprawach mówić. 

Masz wrażenie, że źle rozegraliście niektóre kwestie personalne? 

Na przykład? 

Sprawa Marcina Listkowskiego. Trudno będzie wam go zatrzymać, a wydaje mi się, że stworzyliście Pogoni piłkarza gotowego na Ekstraklasę, który dodatkowo w przyszłym sezonie wciąż będzie młodzieżowcem. 

Mam wątpliwości, czy Marcin wróci do Pogoni. Po drugie – nie jestem wcale pewien, czy on by się tam odnalazł. W mojej opinii po powrocie mógłby odbić się od ściany. Spójrzmy najpierw na jego charakterystykę, a później na ustawienia obu zespołu. Do naszego pasuje, do tego Pogoni – niekoniecznie. Boję się, że z czasem stałby się tam zawodnikiem, którym nie będzie zainteresowana Pogoń i być może również my, bo przecież w przypadku jego odejścia pojawią się u nas nowi piłkarze. Mam nadzieję, że klub ze Szczecina zdaje sobie sprawę z tego zagrożenia. 

Zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że o ile Raków był najlepszy na przestrzeni całego sezonu, o tyle ŁKS wiosną był tym mocniejszym beniaminkiem?

Nie oglądałem wszystkich meczów ŁKS-u. Jeśli mam być szczery, to nie oglądałem ich w ogóle, więc trudno mi się do tego odnieść. Słyszałem, że wygląda to w Łodzi dobrze i zawodnicy złapali luz, przez który wychodzi im wiele rzeczy. Natomiast jeśli zastanawiam się nad tym, których graczy ŁKS-u chciałbym widzieć w Rakowie, to do głowy przychodzą mi może dwa nazwiska.

Czegoś szczególnie się obawiasz przed kolejnym sezonem?

Tylko tematów związanych z infrastrukturą, czyli tego, że przez kilka miesięcy będziemy grali w roli gospodarza w innym mieście. Nie wiadomo, jak zareaguje na to drużyna i nie wiadomo też, jak szybko obiekty w Częstochowie zostaną dostosowane. 

Chce ci się jeszcze rozmawiać na ten temat czy zostało to już przemielone na sto sposób i nie ma sensu tego powtarzać – tym bardziej że chyba wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku?

Tak, wszystko idzie ku dobremu. W ciągu kilku tygodni powinien zostać rozstrzygnięty kolejny przetarg. 

Miałeś przez tę kwestię momenty zwątpienia? 

Miałem, ale to właśnie takie przeciwności, dzięki którym późniejsze sukcesy będą lepiej smakowały. 

Nigdy nie było tak, że usiadłeś i pomyślałeś sobie, że to nie ma sensu? 

To tylko chwile, które szybko mijają. U mnie pojawiały się głównie wtedy, gdy przytrafiały się dłuższe serie porażek, których nie potrafiłem wytłumaczyć. Czyli po raz ostatni… na początku 2016 roku. 

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. newspix.pl, FotoPyK

*

Od nowego sezonu Raków gra w Ekstraklasie, ale na razie jeszcze jest Pierwszoligowcem. Dlatego odpalcie program Samuela Szczygielskiego i Andrzeja Iwana: