Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Bajeczne dni Champions League, bajeczne dni piłki nożnej, bajeczne dni ku chwale wszystkich faz pucharowych. Przeczytam dziś:

„To najlepszy półfinały Ligi Mistrzów, a widziałem wszystkie”.

Ja autorowi wierzę.

Wiem, że otrę się o pretensjonalność, ale niech będzie: w „Skrzypku na dachu” jest taka scena, gdzie Perczyk nazywa pieniądze największą plagą współczesnego świata. Tewje odpowiada na to, że chciałby aby Bóg zesłał na niego tę plagę i go nigdy z niej nie uleczył.

Jak często słyszycie, że hajs rujnuje futbol? Jak często ktoś przy was wzdycha za Pucharem Zdobywców Pucharów, maluchem otrzymywanym na trzech za awans do pierwszej ligi (pozdrawiam Stomil lat dziewięćdziesiątych), Gerardem Cieślikiem zjawiającego się na mecz z ZSRR prosto ze zmiany w Hucie Batory?

Jak bardzo gorszy was tygodniówka nastolatka z Premier League, która stanowi równowartość trzech parkingów pod Lidlem gęsto zastawionych Fiatami Tico?

Sam kiedyś się na tym łapałem, wspominając rzewnie i naiwnie przełom wieków, te wszystkie Valencie z Johnami Carewami i Claudio Lopezami, takiego Nedveda w Lazio, wszystkich Djalminhów, Kewellów i Dadów Prsów europejskiego kopania. Teorię miałem taką: kiedyś w piłkarskim krwioobiegu krążyło dużo pieniędzy, ale i tak o skarbiec McKwacza mniej niż dziś. W konsekwencji na bankiet dla ścisłej europejskiej czołówki potrzeba było wynająć salę weselną (z tych mniejszych, ale zawsze), a nie komórkę pod schodami. I, w konsekwencji poprzedniej konsekwencji, mecze były bardziej wyrównane, co zawsze sprzyja szansom na wysyp interesujących konsekwencji.

Ale tegoroczna Liga Mistrzów, odbywająca się w czasach, gdy futbol oswoił kwotę stu milionów euro za piłkarza – niemoralną równowartość tysięcy opłaconych operacji na SiePomaga – uświadomiła mi, że nawet powiększanie się różnic finansowych nie zabije piłki. Nie ma szans uczynić jej bezjajeczną, przewidywalną, monotonną i szablonową. Futbol jest, pozwólcie zaryzykować wyrażenie, odporny na bezjajeczność.

Przestrzeń jednego meczu to coś pomiędzy polem minowym, labiryntem z filmu Cube oraz podwodnym ping pongiem, słowem: przestrzeń jednego meczu nie da się zamknąć w przewidywalne ramy. Przez to, że tu decydują chwile, słabeusz zawsze ma szansę: może mu wyjść mecz życia, strzał życia, obrona życia, a zresztą – to jest piłka nożna do cholery jasnej, może zagrać beznadziejnie a i tak przyfarcić. Tu – witaj dzielny Ajaksie, boksujący wiele lig finansowych poniżej pozostałych na tym etapie – zawsze będzie dramatyzm, zawsze szansa na niesamowity scenariusz, zawsze szansa sensację.

Ale aby to miało nie tylko duże, ale i piękne znaczenie, potrzebna jest faza pucharowa. Niespodzianki w ligach zdarzają się notorycznie, ale giną w tłumie, w morzu meczów, ostatecznie często nie mając większego znaczenia.

Giną, o, mniej więcej tak:

Niespodzianki w fazie pucharowej to z kolei wydarzenie sejsmiczne, bo nie wybaczają. Liga może rzucić ci cały furgon poduszek, co wiem doskonale, bo śledzę wydarzenia w II lidze, gdzie Widzew po rekordowej passie remisów wygrał raz, by dziś przegrać u siebie arcykluczowe spotkanie, a i tak wciąż mieć duże szanse na awans. To – abstrahując od zaangażowania kibicowskiego –  jest zajmujące, jakoś tam intrygujące, ale skalą spierniczenia, a nie dramatyczną stawką. I nie udawajmy, że tegoroczna druga liga to jednostkowy przypadek, większość ostatnich sezonów Ekstraklasy rządziła się podobnymi prawami.

A co, gdy gra o tytuł nie przypomina wyścigu żółwi? Spytajcie w Italii, gdzie rzeczywiście jest jeden zajebisty zespół, który notorycznie od stycznia świętuje scudetto. Przeciekawe, żebym czasem nie spadł z krzesła oglądając najbliższą kolejkę.

A przecież nawet, gdy w wyścigu biorą udział znakomici, równorzędni przeciwnicy, cała para może pójść w gwizdek. Wybaczcie, ale moim zdaniem tak właśnie jest z aktualnym sezonem Premier League. Rywalizacja Liverpoolu z Manchesterem jest godna Rumble in the Jungle dżentlementów Alego i Foremana, ale co z tego, skoro ostatecznie rozstrzygnie ją Brighton?

Co mnie obchodzi Brighton?

Jakaś śmieszna, bezduszna egzekucja zespołu, który zabłąkał się z „Nad Niemnem” do finalnej sceny Pulp Fiction?

Obchodzi mnie City i Liverpool, tak samo jak – bez mała – cały świat. Tak jest, cały piłkarski świat chciałby obejrzeć taki mecz o mistrzostwo Anglii.

A może dwumecz? A może do dwóch zwycięstw? Czy jednak jedno spotkanie na neutralnym terenie? Arabowie zacierają ręce, łapiecie w którym kierunku myślę.

Szanse, że liga rozstrzygnie się w bezpośrednim starciu, w kluczowym momencie na finiszu, są matematycznie ograniczone. Jak takie spotkanie odbędzie się w połowie marca, to i tak dobrze, ale bez względu na to co się stanie każdy powie „e jeszcze dziesięć kolejek, wszystko może się zdarzyć” i będzie miał rację.

W Ameryce, kraju – podkreślę ten fakt – który najlepiej na planecie zna się na opowiadaniu historii, który uczynił z ich opowiadania przemysł i rękojmię wpływu, który eksportuje rocznie dziesiątki tysięcy filmów i setki seriali, dawno rozgryźli sport.

Wyobrażacie sobie finały NBA 96/97, w którym Chicago Bulls gra z Vancouver Grizzlies, które nie bije się już o nic? Albo w ogóle końcówkę NHL, MLB czy jakiegokolwiek w zasadzie amerykańskiego sportu zawodowego, w którym na dziesięć kolejek przed końcem wszystko co najważniejsze jest rozstrzygnięte?

Z punktu widzenia tej nacji systemowo najbardziej zaawansowanych na globie opowiadaczy, to jest idiotyzm. Ordynarna wada w opowiadaniu fabuły. To Luke Skywalker zestrzelony podczas ataku na Gwiazdę Śmierci i Andy Dufresne nigdy nie wychodzący z Shawshank. Pełnej kontroli nad historiami w sporcie nie masz, co stanowi jego największy atut, ale można – według Amerykanów trzeba – skierować je na sprzyjające stawce tory.

To nawet przystępniejsze w odbiorze. Każdemu, choćby nie interesował się w ząb, jesteś w stanie przetłumaczyć ćwierćfinał: ci w czerwonych jak wygrają, to przechodzą dalej, ci w białych jak przegrywają, to odpadają. Wariant z dwumeczem do zaakceptowania, nawet dodaje smaczku.

Ale ligowe niuanse w oczach niezorientowanego? Próba streszczenia „Gry o tron” w minutę: bo wiesz, ci w zielonych mają siedem punktów przewagi nad takimi, co dzisiaj nie grają, ale jutro zagrają z żółtymi, a tak w ogóle to są jeszcze seledynowi, i są trzy mecze, i wszystko jest od miesiąca rozstrzygnięte, to gra tylko o siódme miejsce.

Moim zdaniem przyszłość należy do faz pucharowych i play-offów, do ich powszechności także tam, gdzie dziś ich nie ma, gdzie na ten moment nikomu o nich nawet się nie śni i nazwane byłyby na dzień dobry świętokradztwem. Tak, przewiduję play-offy w Serie A, przewiduję play-offy w La Liga, przewiduję play-offy w Premier League, a jeśli powstanie paneuropejska Superliga, to też nie będzie ligą w stylu „osiemnastu vipów gra trzydzieści cztery kolejki”, tylko formatem zbliżonym Lidze Mistrzów.

Futbol jest już tak gigantycznym tworem, że zaczyna przypominać te słynne słonie z Salvadora Dalego słaniające się na pajęczych nogach. Piłka nożna dociera powoli do finansowej ściany, dlatego przebiera coraz bardziej by żyłować swój potencjał, otwiera się jak nigdy wcześniej na wszelkie zmiany i reformy. Przejście na fazy pucharowe, które są drugą połówką uroczej nieprzewidywalności piłki nożnej, dopełniają wszystkie cechy, które uczyniły ją tak popularną.

Ktoś, kto naoglądał się Avengersów, powiedziałby, że są przeznaczeniem.

Leszek Milewski

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (20)