Wystarczyły cztery minuty, by Dembele został kozłem ofiarnym
Hiszpania

Wystarczyły cztery minuty, by Dembele został kozłem ofiarnym

Można odnieść wrażenie, że kibice Barcelony za wczorajszą klęskę najbardziej winią Ousmane’a Dembele. Jakby nie oglądali rewanżowego starcia, w którym barceloński środek pola właściwie nie istniał. Jakby nie widzieli, że Leo Messi już w pierwszych minutach mógł zabić marzenia The Reds. I przede wszystkim jakby nie widzieli kompromitacji niemal całego zespołu przy drugiej bramce Origiego. Winnych jest naprawdę wielu, a tymczasem obrywa głównie gość, który we wczorajszym popisie żenady nawet nie wystąpił. Ba, nie było go nawet w protokole meczowym. 

Cofnijmy się w czasie do poprzedniej środy. Blaugrana nie rozgrywa wielkiego meczu na Camp Nou, ale wbija przyjezdnym trzy bramki. Liverpool stara się odgryźć, strzelić choćby jedną bramkę, która dałaby nadzieję przed rewanżem. Tym samym odsłania się na tyle, że niemal każde przejęcie piłki przez mistrzów Hiszpanii wiąże się z kontrą. Nic więc dziwnego, że Ernesto Valverde postanowił na ostatnie minuty wpuścić wypoczętego napastnika. A że na ławce miał Umititiego, Arthura, Semedo (wszedł w 60 minucie), Alenę (wszedł w 94 minucie), Malcoma i Dembele… Postawił zgodnie z przewidywaniami na tego ostatniego. I po części postawił na dobrego konia, bo mistrz świata z Rosji faktycznie błyskawicznie wyprowadził kontrę, ale jak przyszło do finalizacji stuprocentowej okazji, podał do Alissona.

Chwilę wcześniej napastnik Barcelony także zmarnował całkiem dobrą okazję, ale powiedzmy sobie uczciwie, że akurat w tym przypadku trudno mówić o stuprocentowej okazji. Na pewno zabrakło precyzji, ale także regularnej gry w ostatnim czasie.

Jedynie cztery minuty i dwie okazje – jedna stuprocentowa. Jasne, możemy sobie teraz gdybać, że może ten dwumecz potoczyły się inaczej, jeśli Dembele wykorzystałby podanie Leo Messiego. Być może Liverpool po porażce czterema bramki już by się nie podniósł. Być może Barcelona zaczęłaby wczorajszy mecz z większą pewnością siebie. Być może wygrałaby w dogrywce. Opcji jest całe mnóstwo, ale każda z nich jest wróżeniem z fusów. Tymczasem wiele osób zapomina o faktach. Przede wszystkim 21-latek od początku lutego boryka się z kontuzjami. Kilka dni temu wypadł z gry na dłuższy czas po raz trzeci w ostatnich trzech miesiącach. Dostał jedynie cztery minuty doliczonego czasu gry, gdy wynik był właściwie ustalony. No nie są to komfortowe warunki do przygotowania się do jednego z najważniejszych spotkań w sezonie.

Można odnieść wrażenie, że Francuz zbiera oklep za brak solidnego zmiennika. Od kiedy zaczął się kruszyć pod względem zdrowotnym, zastępuje go daremny Philippe Coutinho. Brazylijczyk w dwumeczu ze swoją byłą drużyną zagrał o 116 minut więcej od Dembele. Owszem, nie zmarnował żadnej setki w tym czasie, gdyż najzwyczajniej w świecie nie miał na to okazji. Można również przypuszczać, że gdyby zagrał 1000 minut z Liverpoolem, to także niczego by nie zmarnował, ponieważ jego występy opierają się głównie na dreptaniu po boisku i od dzwona lepszym podaniu albo strzale z dystansu. Generalnie Coutinho od zdrowego Dembele w tym sezonie dzieli przepaść. I to było widać nie tylko w starciach z Liverpoolem, ale także we wszystkich meczach ligowych i pucharowych, w których występowali ci zawodnicy.

Jeśli winnych można dzielić na większych i mniejszych, to bez wątpienia byłego zawodnika BVB należy umieścić w drugiej grupie. Barcelona w pierwszym meczu, w którym Dembele otrzymał symboliczne cztery minuty, zapewniła sobie niemal awans. Gdyby to był finał Familiady, to Karol Strasburger przed drugą serią pytań powiedziałby do uczestnika, że drugie rozdanie jest nieco trudniejsze, ale w takiej sytuacji kompromitacją będzie nie wygrać. A Barcelona właśnie się skompromitowała, i każdy z piłkarzy, który brał udział w tym pokazie żenady – Dembele nie brał – z automatu jest większym winowajcą od Francuza.

BB

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (22)