Fortuna pytała już o transfer, ale Stuttgart nie chce o tym rozmawiać
Niemcy

Fortuna pytała już o transfer, ale Stuttgart nie chce o tym rozmawiać

– Przeszedłem do Fortuny, żeby dostawać minuty, a nie siedzieć na trybunach czy na ławce, w momencie odejścia Pavarda mam wrócić. Tylko że zimą Stuttgart pobił swój rekord transferowy i na stopera ściągnął Ozana Kabaka z Turcji. Nagły ruch w zimie, którego osobiście się nie spodziewałem. Myślałem, że Stuttgart będzie korzystał z czterech obrońców, których ma u siebie i że mam wrócić, by tę czwórkę uzupełnić w momencie odejścia Pavarda. Wraz z agentem dopytywaliśmy – Fortuna, z tego, co wiem, też pytała już o transfer definitywny. Ale w Stuttgarcie nikt nie chce rozmawiać.

Gorzkie pożegnanie z Lechem, sporadyczne występy w reprezentacji, słynne foto z wakacji na Dominikanie, politechnika, sudoku – wszystkie te tematy były już w wywiadach z Marcinem Kamińskim przerobione w każdą możliwą stronę. Dlatego spotykając się z nim w Duesseldorfie, nastawiłem się na rozmowę przede wszystkim o tym, co działo się w jego życiu i karierze od wywiadu, który zrobiliśmy z nim poprzedniej wiosny. A działo się naprawdę sporo. Ominęło go powołanie do reprezentacji na mistrzostwa świata. Urodziła mu się córka. Zmienił klub z mającego duże ambicje Stuttgartu na skromniutką Fortunę Duesseldorf prowadzoną przez „trenerskiego dinozaura”, która dziś w tabeli patrzy na broniące się przed spadkiem VfB z góry.

***

Od kiedy ostatnio rozmawiałeś z Weszło, sporo się u ciebie pozmieniało. Wtedy byliście z Martą w dwójkę w Stuttgarcie, teraz jesteście już razem z córeczką w trójkę w Duesseldorfie.

– Jak przyjeżdżaliśmy tutaj, to już w trójkę, córka urodziła się 9 sierpnia. Chwilę później, zaczęły się tematy odnośnie Fortuny. Zostały one po raz pierwszy poruszone w klubie, bo coś tam pojawiało się w mediach na temat mojego wypożyczenia, ale brakowało konkretów. Jak dostałem informację, że ostatecznie mam przyjść, było trochę zamieszania, bo to jednak przeprowadzka z dwutygodniowym noworodkiem. To nie było łatwe dla mnie, przede wszystkim dla żony, żeby wszystko sobie poukładać.

Wyobrażam sobie, że to nie był perfekcyjny moment na przeprowadzkę.

– Wiesz, jak jest. W Stuttgarcie mieliśmy wszystko mieliśmy poukładane, na miejscu, pod ręką. Wszystko było znane. Język już nie był nam obcy, ale trzeba było sobie ogarnąć wszystkie te sprawy związane przede wszystkim z dzieckiem, znaleźć mieszkanie, bo odnalezienie się w mieście, w drużynie, to dla mnie nie jest nic wielkiego. Ale wszystko złożyło się tak, że trudno nie pomyśleć: to był znak. Córka urodziła się 9 sierpnia, a termin był na dzień, kiedy podpisywałem w Duesseldorfie umowę na wypożyczenie. Może mała czuła będąc jeszcze u mamy w brzuchu, że coś się dzieje i postanowiła, że wyjdzie wcześniej, żeby nie przeszkadzać. Gdyby jednak urodziła się w terminie, to nie wiem, czy zmieniłbym klub, czy przed porodem jeszcze byśmy się na to decydowali.

Narodziny córki w jakiś sposób cię zmieniły?

– Powiem ci coś, co powie każdy, kto wychował przynajmniej jedno dziecko. To pokazuje, jakie rzeczy są w życiu faktycznie ważne i że wcześniej rzeczy, którymi się stresowałem, to były błahostki. Super jest móc wracać do domu i odcinać wszelkie inne myśli. Skupiać się w całości na pierwszych miesiącach, rzeczach które dzieją się w życiu tego małego człowieka. Przede wszystkim zyskałem większy wewnętrzny spokój. Nic innego nie liczy się dla mnie tak jak to, że córka jest zdrowa. Pozostałe zmartwienia odkładam na bok.

Wcześniej za bardzo się przejmowałeś?

– Przede wszystkim, czy jest dziecko, czy nie, trzeba sobie ze stresem radzić, a dziecko, można powiedzieć, bardzo to ułatwia. Rodzina, możliwość powrotu do domu po meczu, uśmiech dziecka, gdy cię widzi. Siłą rzeczy przynosi się gorsze emocje z pracy do domu, ale żona Marta potrafi to wyczuć, szybko zwrócić mi uwagę żebym to zostawił, żebym skupił się na małym szczęściu, które mamy w domu.

Marta jakoś bardziej interesuje się piłką, siedzi w tym jakoś bardziej?

– Kiedyś była praktycznie zawsze, teraz jak urodziła się córka, czasami jest na moich meczach. Chociaż robi się ciepło, więc ostatnio na każdym meczu. Początki w Duesseldorfie były takie, że siedziała w domu, nie zawsze oglądała, za to w Stuttgarcie była na każdym spotkaniu. Mimo wszystko moja pasja przeniosła się na nią. Zdecydowała się być ze mną, zdecydowała się na to życie, więc musi być częścią tego wszystkiego. Będzie oglądać moje spotkania, jak będę chciał odpalić w domu jakiś ciekawy mecz, to też zerknie. Ale raczej jednym okiem, skupia się na czym innym. Ale interesuje się, wie więcej, rozmowa z nią na temat spotkań, swoich przemyśleń, teraz jest bardziej konstruktywna. Wiem już, że jakieś pojęcie ma.

Przeprowadzki – tu w Niemczech, wcześniej z Poznania do Stuttgartu – to normalna rzecz w życiu piłkarza. A dla niej wiązały się z dużym poświęceniem, przeorganizowaniem życia?

– Tym bardziej, że jej trudniej było z pracą. W Polsce mogła coś sobie znaleźć, skończyła filologię polską i prawo. Zrobiła kursy na nauczyciela języka polskiego, kontynuowała coś z prawem. A w Niemczech prawo – zupełnie inne niż w Polsce. Nauka języka polskiego? Nie ma na to szans. Myślę, że po mojej karierze będzie czas dla niej, żeby mogła zacząć się spełniać w tym, co studiowała, co chciałaby robić. Teraz ona poświęca się dla mnie, pomogła mi w tym, że mogę się spełniać. Chcę oddać jej to, gdy przyjdzie na to czas. W tej chwili ona spełnia się jako matka, ale znam jej ambicje i wiem, że nie chce tylko siedzieć w domu.

Mówiąc oględnie: być żoną piłkarza.

– No dokładnie. Wiem, że chce osiągnąć coś zawodowo. Ja też tego chcę – nie po to tyle lat studiowała, żeby teraz wszystko to odstawić. Po przeprowadzce musiała się skupić na tym, że będzie ze mną. Też miała swoje kursy niemieckiego, żeby go jak najszybciej złapać. Mieliśmy zajęcia w klubie, na które chodziliśmy razem, a ona też robiła swój kurs od poniedziałku do piątku po cztery-pięć godzin z ludźmi z całego świata. Musieli mówić wyłącznie po niemiecku, nawet jeśli nie potrafili.

Niemiecki miała w małym palcu dużo szybciej nawet od ciebie?

– Zdecydowanie. Tym bardziej, że ją nauka języków kręci. Przez to, że uczyła się języka polskiego, że się tym pasjonowała, to gramatyka niemiecka po prostu ją interesowała. Bardzo chciała się nauczyć, czuć się swobodnie. Co z tego, że moglibyśmy gdzieś wyjść, że mógłbym coś powiedzieć po niemiecku, dogadać się, skoro ona by tylko siedziała i się uśmiechała. Jej samopoczucie od razu się zmieniło, bo coś robiła. Siedzieć w domu, coś ugotować, to wszystko? To nie jest w jej stylu, dla niej to za mało. Chciała wyjść do ludzi, rozmawiać.

Pilka nozna. Reprezentacja. Mecz towarzyski. Polska - Nigeria. 23.03.2018

W takiej sytuacji rodzinnej jak teraz wyobrażasz sobie, żeby być jeszcze gdzie indziej niż Duesseldorf lub Stuttgart?

– Wyobrażam sobie. Gdziekolwiek jesteśmy, uczymy się tego. Przyjechaliśmy tutaj, wszystko poszło płynnie. W Duesseldorfie jest też, jak się okazało, ogromne zagłębie Polaków. Jak wpisaliśmy w wyszukiwarce lekarzy, to wyskoczyło nam sto nazwisk – stomatolog, ortopeda. Przeprowadzka to zawsze jest wyzwanie, ale warte podjęcia. Wracając do pytania – na ten moment, wracam do Stuttgartu – myślimy pod tym kątem. To znowu będzie układanie wszystkiego na nowo, bo i nasze życie zdążyło się trochę zmienić.

Fortuna Duesseldorf ogra dziś na wyjeździe Freiburg? Kurs na wygraną zespołu trzech Polaków – Kamińskiego, Kownackiego i Bodzka – w ETOTO to 3,10

Pierwszy wynik, jaki sprawdzasz po waszym meczu, to wynik Stuttgartu?

– Nawet nie trzeba sprawdzać, bo po meczu na telebimie wyświetlają się wyniki z pozostałych stadionów. W Moguncji wynik Stuttgartu wyświetlał się nawet na bieżąco, bo piłkarze Mainz wiedzieli, że jeśli VfB przegra, to oni zostają w 1. Bundeslidze. Widziałem: jeden, dwa, trzy po dwudziestu minutach, coś działo się nie tak. Sprawdzam wyniki, tabelę pod kątem Stuttgartu, co się tam dzieje. To mój klub, do którego muszę wrócić, chcę wiedzieć, jaka przyszłość będzie się przed nim rysowała. Jestem tutaj i jasne, robię wszystko dla Fortuny, jestem wdzięczny, że dostałem szansę i gram. Ale spojrzenie na to, co tam się dzieje, stale jest. Tym bardziej, że wiemy już, że się utrzymaliśmy, ten sezon to świetna przygoda, więc powrót do Stuttgartu, który nie daj Boże by spadł… To nie kierunek, który w Stuttgarcie zakładano. Sezon jako beniaminek okazał się fantastyczny, szczególnie po rundzie rewanżowej i wszyscy myśleli, że kolejne rozgrywki pójdą w podobnym kierunku. Zobacz też, ile Stuttgart wydał na transfery ostatniego lata.

35 milionów euro za sześciu zawodników. Dla porównania – Fortuna zapłaciła 6,25 miliona.

– No więc właśnie. Miałem iść do Fortuny, żeby ograć się w walce o utrzymanie i być gotowym do gry, gdy wrócę do klubu bijącego się o puchary. Patrząc na to, co tam się dzieje, drużyna latem może być budowana na nowo, zapowiada się bardzo dużo zmian.

Na pewno obronę czeka ważna zmiana, bo do Bayernu odchodzi Pavard. Poniekąd robi tobie miejsce, czy raczej – ubywa jeden konkurent.

– Ubywa, ale myślę że to było jedno z założeń mojego wypożyczenia. Przeszedłem do Fortuny żeby dostawać minuty, a nie siedzieć na trybunach czy na ławce, w momencie odejścia Pavarda mam wrócić. Tylko że zimą Stuttgart pobił swój rekord transferowy i na stopera ściągnął Ozana Kabaka z Turcji. Nagły ruch w zimie, którego osobiście się nie spodziewałem. Myślałem, że Stuttgart będzie korzystał z czterech obrońców, których ma u siebie i że mam wrócić, by tę czwórkę uzupełnić w momencie odejścia Pavarda. Tylko że na ten moment Stuttgart ma pięciu, czterech bez Pavarda. Wracam – znów jest nas pięciu. Znowu zobaczymy, co się będzie działo. Każdy mnie pyta o przyszłość, a ja nie potrafię jej dziś określić. Na ten moment wracam do Stuttgartu, tego nie przeskoczę. Wraz z agentem dopytywaliśmy – Fortuna, z tego, co wiem, też pytała już o transfer definitywny. Ale w Stuttgarcie nikt nie chce rozmawiać. Nikt nie wie, co się wydarzy – spadek, utrzymanie. Podejrzewam, że pierwsze decyzje zapadną dopiero po 34. kolejce czy nawet po barażach o pozostanie w lidze.

Krótko mówiąc – tkwisz obecnie w stanie zawieszenia.

– Na razie tak. Mam tutaj kilka spotkań do końca, dopiero po ostatnim gwizdku będziemy myśleć, co się dzieje w Stuttgarcie. Przyjdzie nowy trener, nie wiadomo z jakim spojrzeniem na kadrę, kogo będzie potrzebował. Może przyjść i powiedzieć: chcę trzech nowych środkowych obrońców? Może.

Czujesz jakąś ekstra satysfakcję, jak ograliście Stuttgart 3:0? Gdy patrzysz w tabelę i widzisz, o ile niżej jest klub, który oddał cię bez żalu?

– Przychodząc do Fortuny chciałem zrobić wszystko, żeby nie spadła. To był dla mnie cel. Wskazywano nas jako faworyta numer jeden do spadku.

Najniższy budżet, zawodnicy powypożyczani, skromne transfery…

– Wszystko składało się na opinie w mediach. Wiedziałem, że będzie ciężko, było to widać od pierwszego meczu. 9 punktów po 14 kolejkach, nikt się nie spodziewał, że wygramy kolejne trzy mecze, że machina ruszy. Patrząc na to, jakich mieliśmy zawodników w kadrze, na początku nie stanowiących o sile drużyny. Choćby Kevin Stoeger, nasza ósemka, który na początku nie dostał wielu szans. Widziało się na treningach, że on nam wiele w tym sezonie pomoże, wniesie dużo jakości. On nam bardzo poukładał grę w środku, znaleźliśmy system w defensywie, który funkcjonuje, żelazną czwórkę. Czasem przegraliśmy, czasem wygraliśmy, ale gra obronna wyglądała tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Mecz ze Stuttgartem był szczególny, ale nastawienie było takie, że chcę go wygrać. W tym sezonie jestem zawodnikiem Fortuny. Nie myślałem sobie w drugą stronę, że fajnie jakby Stuttgart wygrał, bo to pomoże. My także walczyliśmy o punkty, o utrzymanie. Nie sądziłem, że będzie taki rozstrzał w tabeli między nimi a nami. Patrząc na siłę kadr na początku sezonu, na nazwiska na papierze…

Nikt nie dawał wam szans na walkę o nic więcej niż miejsce 14.-15.

– Wielu twierdziło, że maks to baraż, miejsce 16. To miał być nasz maks. A jednak wygraliśmy z tym. Pokazaliśmy, że można i że nie pieniądze się liczą, a charakter drużyny. I to, że w momencie, gdy mieliśmy serię sześciu porażek z rzędu, trener nie został zwolniony, klub wciąż go trzymał. Zaufanie, że przyjdzie moment, gdy dzięki jego metodom wygramy, się spłaciło.

Więcej punktów zdobyliście w tym sezonie z zespołami z góry tabeli niż z takimi, które chodzą w waszej kategorii wagowej. Pokonany Dortmund, remis z Bayernem, wygrana z Gladbach, remis z Lipskiem. Z czego to wynika?

– Te zespoły grają bardziej otwartą piłkę, więcej atakują, starają się stwarzać dużo sytuacji. W takich meczach bronimy się głównie na własnej połowie – jeśli robimy to dobrze, a przeciwnik nie strzeli nam szybkiego gola, to mamy na tyle szybkich graczy z przodu, by stwarzać sobie sytuacje.

Czuliście, że któryś z dużych rywali was po prostu zlekceważył?

– Myślę, że Bayern w tym pierwszym meczu. W momencie jak prowadzili 2:0, 3:1, nie spodziewali się, że możemy wrócić, że coś jeszcze może się wydarzyć. Liczyli, że raczej nas stłamszą, spokojnie wygrają. Byliśmy po serii przegranych spotkań, nasza gra wyglądała nieco lepiej, ale nadal nie super. Było trochę powodów, by mogli pomyśleć, że trzy punkty mają już przed meczem.

GER, 1. FBL, FC Bayern Muenchen vs Fortuna Duesseldorf

Mecz z Bayernem zakończył się happy endem, o meczach z Frankfurtem nie można tego powiedzieć. Śni ci się to 1:7 po nocach?

– Eintracht nas zdemolował. Nie ma co o tym więcej mówić, strzelili siedem, mogli z dziesięć i nikt nie mógłby się obrażać. Ale wiesz co, ten mecz nam się przydał. To był sygnał, prawdziwy gong, że tak dalej być nie może. Trener i wszyscy otwarcie mówili, że nie będziemy lepsi jakościowo od zespołów z góry tabeli, nawet ze środka. Z każdym mogliśmy jednak rywalizować walką, wybieganiem. To się zaczęło przekładać na wyniki. Jak pracowaliśmy więcej, biegaliśmy więcej – nadeszły efekty. Wszyscy zrozumieli, że to nasza droga. Możemy cierpieć przez 90 minut, mieć 30% posiadania piłki, a równocześnie wygrywać. Nie było to proste, ale drużyna to zrozumiała.

Trener Friedhelm Funkel to – jak mówią niektórzy – ostatni trenerski dinozaur w Bundeslidze. Kojarzę choćby taką jego wypowiedź: „kiedyś piłkarze chodzili do łazienki się załatwić, teraz – żeby poprawić żel na włosach”.

– Jak coś się dzieje w meczu, to lubi opowiedzieć jakąś taką historyjkę, jak to było, kiedy on grał w piłkę. To gawędziarz, mówi nam często, jak to za jego czasów było z kibicami i takie tam. Lubi to. Barwna postać.

„Kamyk” poprowadzi Fortunę do czystego konta w meczu z Freiburgiem? ETOTO płaci za zero z tyłu Fortuny po kursie 4,75

Ty pracowałeś wcześniej raczej ze szkoleniowcami młodszymi. Szansę w Stuttgarcie dał ci Hannes Wolf, przedstawiciel nowej fali, młodszy o prawie trzydzieści lat od Funkela. Da się poczuć, że Funkel to szkoleniowiec z kompletnie innej epoki? Jego metody różnią się jakoś znacząco?

– Trochę poszedł z duchem czasu, bo musiał. Gdyby został w swoich czasach, przy starych przyzwyczajeniach z początków pracy trenerskiej, nie odniósłby sukcesu, dziś by go tu nie było. Ma też swoich dwóch asystentów, którzy są młodsi, grali niedawno w piłkę. Ma analityka, który prowadzi wiele odpraw, robi dużo analiz indywidualnych, zespołowych. Wie, że to jest potrzebne. Ale też wiadomo – zawodnik dla niego musi być wybiegany, musi walczyć, to są podstawowe zasady, jakie wyznaje. To się już nigdy u niego nie zmieni, są też momenty, że zdecydowanie widać u niego starą szkołę. Mamy czasami treningi w hali lekkoatletycznej obok stadionu, na których zakładamy buty do biegania, robimy skoki, sprinty, biegówki. Ileś serii po dwieście metrów. Widać, że są rzeczy, które jemu sprawdziły się wcześniej jako trenerowi i się tego trzyma. Ja dołączyłem do drużyny pod koniec sierpnia, więc przeszedłem tylko zimowy okres przygotowawczy, gdzie trochę pobiegaliśmy. Ale tak naprawdę, z tego co chłopaki mówili, to było nic względem tego, co działo się w lecie. A przecież wcześniej miałem do czynienia z trenerem Wolfem, u którego w okresie przygotowawczym trenowaliśmy tylko z piłkami. Zanim przyszedł Wolf, był trener Luhukay, też ćwiczyliśmy z piłkami. Starszy, ale też odszedł od stylu, gdzie dużo się biega.

Mogłoby się wydawać, że dla trenera Funkela nie jesteś idealnym, oldschoolowym obrońcą. Wielkim, silnym chłopem.

– Nie chodzi o to, żeby ktoś wyglądał jak trzydrzwiowa szafa, był nie wiadomo jak rozbudowany, bardziej o wybieganie. Nie mam z tym problemu, nie spotkałem się z jedną osobą podczas mojego pobytu w Niemczech, która zarzuciłaby mi, że muszę lepiej wyglądać, mieć więcej mięśni. Nikt nigdy do mnie z czymś takim nie przyszedł. Nawet jak rozmawiałem o tym temacie z trenerem Funkelem, w żaden sposób nie próbował mi powiedzieć, że muszę zrobić coś w kierunku lepszego wyglądu fizycznego. Więcej mówił o moich atutach, że w jego zespole są one potrzebne.

Jak patrzysz na siebie z czasów w Lechu i porównujesz tego zawodnika z Marcinem Kamińskim dziś, to w czym najbardziej poprawiłeś się od momentu transferu do Stuttgartu?

– Przede wszystkim dużo szybciej myślę, podejmuję decyzje na boisku. To jest coś, co rzuca się w oczy od razu – że trzeba dużo szybciej działać, że nie ma okazji, by się zastanowić. No i to, o czym się mówi – treningi w Niemczech naprawdę dużo więcej ode mnie wymagają. Nie chcę mówić, że w Polsce jest coś źle, ale tu jak się idzie w trening, to jest ogień. Każdy walczy o swoje. Po treningu z każdym żyjesz jak z bardzo dobrym kolegą, ale podczas zajęć zapominasz o jakichkolwiek przyjaźniach.

Kości trzeszczą.

– A tu jest to o tyle ciekawe, że sami się ubezpieczamy, nie przez klub. Możesz tego nie robić, ale nigdy nie wiesz, czy nie przytrafi ci się coś złego. Jeśli ktoś wpierdzieli ci się na meczu, połamie piszczel, nie masz na to wpływu. Po kilku tygodniach ubezpieczalnia przejmuje twoje wynagrodzenie, klub przestaje ci płacić. To w Niemczech jest… może nie dziwne, ale widać, że to duży biznes. Żeby być ubezpieczonym, musisz jakieś pieniądze na to przeznaczyć, by w razie czego mieć wypłatę. Musisz coś oddać, żeby potem coś dostać. Raczej każdy jest ubezpieczony, musi być przygotowany na taką sytuację.

Zauważyłem, że Funkel lubi pomieszać w składzie, że nie ma u niego raczej świętych krów. I to nie tylko w razie kontuzji.

– Nie jest powiedziane, że jeśli zagrałem kilka meczów z rzędu, to że w kolejny weekend znów mnie nie zabraknie. Z trenerem Funkelem nigdy nic nie wiadomo. On lubi zamieszać, trzymać wszystkich w napięciu. Ma takie podejście, że chce wszystkich mieć w pełnej gotowości. Nawet jak grałem kilka spotkań z rzędu i wiedziałem, że wszystko było okej, po błędzie popełnionym z Mainz nie miałem pojęcia, co będzie i czy nie zostanę zmieniony. Nie ma żelaznej pary stoperów i niezależnie, co się dzieje, gra zawsze ta sama. To samo mówiłem Dawidowi zanim tutaj przyszedł. „Zobaczysz, i nastaw się na to, że nawet jak strzelisz dwa gole i zaliczysz asystę w pierwszym meczu, to w drugim może cię w składzie nie być”.

Jak u trenera Lenczyka – skoro zagrałeś mecz życia, to nie ma prawa się to powtórzyć.

– Trener pod każdy mecz ustawia drużynę pod przeciwnika. Nie patrzy na to, czy ktoś ostatnio zagrał super, tylko czy będzie pasował pod system. Czy potrzebuje na napastniku zawodnika szybszego, czy może takiego, który utrzyma się przy piłce. Z nim każdy może się czuć, że jest potrzebny. To daje dużo drużynie. Każdy musi być przygotowany, że zagra, nawet jeśli jeden rywal do składu strzelił gola, drugi zrobił asystę…

Pilka nozna. Reprezentacja. Mecz towarzyski. Polska - Litwa. 12.06.2018

Którzy napastnicy w Niemczech najbardziej dali ci się póki co we znaki?

– Jest kilku takich, przeciwko którym się ciężko gra. Jednym z gorszych typów jest napastnik, który cały czas gra na spalonym. Czeka za tobą, aż do niego dojdziesz, bo my jako obrońcy musimy się cofnąć. A on nie wychodzi do nas, cały czas wyczekuje na tym spalonym i można go przez to w pewnym momencie zgubić. Skupiasz się w pewnym momencie na piłce na jedną, dwie sekundy i nie wiesz, czy jest dziesięć metrów od ciebie, czy masz go już na plecach. Widzę, że są trenerzy, którzy coraz częściej tego właśnie oczekują od swoich napastników. Że w ostatniej chwili będzie wchodził w linię obrony i szedł na prostopadłą.

W ekstraklasie strzelił osiem goli, w Bundeslidze na debiutanckiego wciąż czeka. Zmieni się to dziś? Gol Kamińskiego w starciu z Freiburgiem to kurs 14,00 w ETOTO

Ktoś wykonuje to szczególnie dobrze, czy raczej: nieznośnie dla ciebie?

– Borussia grała z nami w taki sposób na jesieni. Na dziewiątce grał wtedy Mario Goetze, który poruszał się cały czas za nami. Nie było go w ogóle widać, pojawiał się znienacka przed nami, szedł na prostopadłe piłki. W tym meczu nie było to łatwe. Może było nam troszkę prościej, bo graliśmy głębiej. Ale mimo wszystko trzeba się było mocno skupiać, by pamiętać, że on gdzieś tam jest i trzeba cały czas kontrolować jego ustawienie.

Ktoś jeszcze był dla ciebie wyjątkowo trudnym przeciwnikiem?

– Nie można nie powiedzieć o „Lewym”, wiadomo. Jeszcze w drugiej lidze, jak grał w Norymberdze, poznałem też Guido Burgstallera. Dzisiaj gra w Schalke. Niesamowicie nieprzyjemny. I silny, i dobrze gra głową, i lewa, i prawa noga jeśli chodzi o wykończenie. Grając przeciwko niemu w 2. Bundeslidze, to było największe wyzwanie w sezonie. Jak oglądaliśmy jego wideo, to tak naprawdę z niczego potrafił strzelić.

A z drugiej strony są twoim zdaniem tacy zawodnicy, którzy są trochę przeceniani, których postrzega się jako lepszych niż faktycznie są?

– To normalne, dzieje się tak wszędzie, nie jest tak, że o każdym dobrym zawodniku mówi się, że jest dobry, a o słabym, że jest słaby.

Nawet w takiej lidze jak niemiecka można grać bardziej reputacją niż umiejętnościami?

– Idzie, idzie, to się zdarza wszędzie. Pompowany do miana nie wiadomo jakiej gwiazdy bywa napastnik, któremu jak spojrzysz w statystyki… No nędza.

Przywiązujesz wagę do ocen Kickera? Według nich wśród obrońców jesteś 44. w lidze na 70 zawodników, którzy rozegrali przynajmniej połowę możliwych minut.

– Nie zwracam na to wielkiej uwagi. Czy dostanę 5,0, 6,0 czy 1,0. Na końcu mam trenera, którego ocena jest najważniejsza i który jest moją wyrocznią. On decyduje, czy gram, czy nie. Czy jest ze mnie zadowolony, czy coś zawaliłem. Wiele razy było tak, że ktoś dostał od Kickera najniższą notę w zespole, a trener w analizie pokazał, że ten zawodnik zagrał dużo lepiej niż się mówi. A w drugą stronę – dostanę od Kickera 2,0, a w kolejnym meczu usiądę. Co mi to daje? Ma mi to poprawić samopoczucie?  Jestem też troszeczkę starszy i inaczej na to patrzę. Kiedyś przywiązywałbym więcej uwagi do tego, że ta czy inna gazeta wystawiła mi jakąś ocenę za mecz. To się zmieniło – świadomość, że nie jest ważne, co jest w mediach, co powie trener.

W Lechu sprawdzałeś?

– Nie pod koniec. Wcześniej, jak zaczynałem więcej grać, to zawsze kusiło, żeby wiedzieć, co się o tobie pisze. Sam wiesz jak jest, fajnie się czyta, jak się dobrze pisze.

Pilka nozna. Reprezentacja. Mecz towarzyski. Polska - Czechy. 15.11.2018

Siedem meczów w osiem lat to nie jest jakiś wymarzony wynik. Był taki moment, gdy czułeś, że jesteś w życiowej formie i gdybyś właśnie wtedy dostał poważną szansę w reprezentacji, to wykorzystałbyś to i zerwał z łatką zawodnika, który w reprezentacji bywa?

– Nie trzeba daleko szukać. Jesienią pojawiły się takie myśli, gdy Janek nie grał za dużo w klubie, a ja grałem w Fortunie wszystko, myślałem że dostanę jeszcze jakąś szansę, poza meczem z Irlandią. Później w meczach Ligi Narodów siedziałem na ławce, przyszedł mecz z Czechami, który mi nie wyszedł. Ale patrząc na to, ile minut udało mi się rozegrać w Niemczech, miałem nadzieję na więcej. Kamil grał dużo w Monaco, ja grałem w Fortunie. Michał Pazdan siedział na ławce, Janek siedział, Thiago też grał, ale na początku trener Brzęczek nie widział go w kadrze. Jędza grał, ale czułem, że jeśli ma mi się udać przebić, to teraz.

– Takich chwil było więcej. Jak zadebiutowałem u trenera Nawałki, a później przez trzy lata nie byłem w ogóle powoływany, zdałem sobie sprawę, że to nie było to. Widocznie potrzebowałem zmiany otoczenia, żeby pojawił się nowy bodziec, nowe wyzwanie. Fajnie byłoby być podstawowym obrońcą, ale wiem że teraz nie mam co za wiele oczekiwać – „Glikson” i „Bedi” będą grać ze sobą. Nie mogę powiedzieć, że mam teraz jakikolwiek argument, by powiedzieć: „dlaczego oni grają, a ja nie?”. Muszę to przełknąć i pracować dalej.

Rozliczając 2018 w twoim wykonaniu – bardziej siedzi w tobie Nigeria, gdzie sprokurowałeś karnego i kto wie, czy to nie był moment krytyczny, decydujący o braku powołania na mundial, braku szans w kolejnych meczach? Czy może Czechy, gdzie pojawiła się szansa i gdzie cała drużyna zagrała słabo, w tym ty?

– Nie zastanawiałem się nad tym głębiej, czy mecz z Nigerią rzutował na to, co działo się w czerwcu. To był czas, kiedy nie grałem wiele w klubie, na wiosnę w Stuttgarcie wchodziłem na 10, 15 minut, 3 minuty. Ciułałem je, ale nie było tego za wiele. A potem mecz z Czechami? Może nie wyszedł większej liczbie piłkarzy, nie tylko mnie, ale w każdym razie potem już nie zagrałem. Nie chodzi o to, żeby mieć pretensje, bo przede wszystkim trzeba spojrzeć na siebie. Ja będę walczył z całych sił o kolejne występy, by móc znów występować z orzełkiem na piersi.

Myślisz, że jak za jakiś czas będziesz w stanie powiedzieć sobie, że jesteś spełniony piłkarsko, jeżeli klubowo wszystko będzie się układać jak dotąd, ale mimo to nie dorzucisz zbyt wielu meczów w narodowych barwach?

– To będzie zawsze jakiś niedosyt. Będę szczęśliwy, jeśli zostanę przez ładnych parę lat w Bundeslidze, ale jednocześnie będzie ryska. Jeśli tu było fajnie, to czemu w reprezentacji się nie ułożyło? Ale mam nadzieję, że jeszcze dużo lat przede mną.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. FotoPyK/NewsPix.pl

***

O niemieckiej piłce posłuchacie co tydzień w audycji Adama Kotleszki „Die Qualität”. Ostatni odcinek możecie sprawdzić tutaj:

KOMENTARZE (11)