Wójcik: Pojadę na IO do Tokio, by zdobyć tam medal
Inne sporty

Wójcik: Pojadę na IO do Tokio, by zdobyć tam medal

Elżbieta Wójcik to złota medalistka młodzieżowych igrzysk olimpijskich, która od czterech lat nie schodzi z najwyższego stopnia podium mistrzostw Polski w boksie. Dziś jest główną biało-czerwoną nadzieją na medal olimpijski w Tokio. W międzyczasie na własną rękę wywalczyła sobie wsparcie Polskiej Fundacji Narodowej i stypendium w Team 100. Pochodzi z malutkiego Karlina, które do tej pory było znane głównie z tego, że 40 lat temu nastąpił tam wybuch ropy naftowej. Ela obiecuje, że zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby w przyszłym roku było znane także z medalistki olimpijskiej.

Fajnie być taką etatową mistrzynią Polski?

Super sprawa! W sumie od kiedy zaczęłam boksować w 2011 roku, jestem mistrzynią Polski. Najpierw w juniorkach, kadetkach, teraz od czterech lat w seniorkach.

U ciebie te sukcesy przyszły bardzo szybko. Są sportowcy, którzy potrzebują wielu lat, zanim wejdą na mistrzowski poziom. Ty od razu zaczęłaś z przytupem.

Z przytupem, rzeczywiście. Najpierw wyniki bardzo łatwo mi przychodziły, kiedy byłam juniorką, wygrywałam, jak leci. Jako seniorka boksuję od 2015 roku i na międzynarodowych ringach idzie mi trochę gorzej. Kilka razy przegrałam pierwsze walki na turniejach. Ale teraz znów wkroczyłam na właściwą drogę i idę w dobrą stronę. Celem są igrzyska olimpijskie.

Zanim do nich dojdziemy, chciałem spytać o młodzieżowe igrzyska olimpijskie w 2014 roku, z których przywiozłaś złoty medal, jeden z pięciu dla Polski. Co to jest za impreza, jak bardzo podobna do prawdziwych igrzysk, jak duża, kto startuje?

Myślę, że to jest w stu procentach podobne do seniorskich igrzysk. To doskonałe przygotowanie młodych sportowców do poważnej imprezy, na którą się czeka cztery lata. Młodzieżowe igrzyska dużo wnoszą, można choćby zobaczyć, jak wygląda wioska olimpijska. Od starszych sportowców słyszałam, że wszystko jest dokładnie tak samo, jak na igrzyskach. To świetne przygotowanie psychiczne i mentalne.

Jak mocno obsadzone są młodzieżowe igrzyska olimpijskie? Nie jest tak, jak na małych turniejach, że jedna wygrana walka może dać medal?

O nie, nie, nie. Tam, w przeciwieństwie do zwykłych igrzysk, są nawet walki o 3-4 miejsce, o pozycje 5-8. Ja pojechałam tam, jako jedyna pięściarka z Polski. Żeby zdobyć złoty medal, musiałam wygrać trzy walki. W ostatniej boksowałam z dziewczyną z Tajwanu i wygrałam 2-1. Przed werdyktem trener powiedział do mnie: oj, jednak będziemy mieli srebro. Na szczęście nie miał racji. To zresztą było dobre podsumowanie całego roku 2014, w którym zdobywałam wszystkie złote medale. Na igrzyskach też się udało.

Czy nie było szans, żebyś z rozpędu po młodzieżowych igrzyskach pojechała także do Rio de Janeiro?

Celowałam w to, ale po drodze jakoś nie wyszło.

Czego zabrakło?

W sumie – niczego. Po prostu tam była Lidia Fidura, która w mistrzostwach Polski była w wadze 75 kg i to ona została wysłana na mistrzostwa świata, walczyć o kwalifikację.

Przykre, kiedy nie wszystko zależy od ciebie.

Niby tak. Miałam propozycję, żeby jechać na te mistrzostwa świata w wadze 81 kg, ale się nie zgodziłam, bo mogłabym tylko zdobyć medal, a nie kwalifikację olimpijską. Postanowiłam nie jechać w ogóle, wkurzyłam się i tak jakby… uciekłam z obozu.

81 kg to by było coś nowego. Wcześniej przez długi czas skakałaś między 69 a 75 kg. Która waga jest dla ciebie naturalna, w której się lepiej czujesz?

Bez różnicy, obie są „moje”. Zazwyczaj ważę 73 kilo, więc do niższego limitu niedużo zbijam, do wyższego też mi wiele nie brakuje. W obu się czuję dobrze. Niby w 69 jest, jak to mówią, mniejsza rywalizacja, nie ma takich mocnych rywalek. W 75 kg są większe, silniejsze dziewczyny. Do 69 kilo schodzą te dziewczyny, które nie chcą się mierzyć z najlepszą Nouchką Fontijn. Dla mnie to nie stanowi problemu. W tamtym roku przegrałam z nią 2-3. To postęp, już nie 0-5, już blisko.

2-3 było też na mistrzostwach świata w Indiach. Najpierw wygrałaś dwa razy po 5-0, a potem w walce o medal uległaś Lauren Price.

To nasze kolejne spotkanie. I – podobnie, jak z Fontijn – za pierwszym razem było 0-5, a teraz już tylko 2-3. Tym razem byłam pewna siebie, myślałam, że ta walka będzie moja. Tak to wyglądało, tam było strasznie mało ciosów, na zasadzie: kto pierwszy ten lepszy. Niestety, w oczach sędziów była minimalnie lepsza. Ja skończyłam mistrzostwa świata na piątym miejscu.

Teraz twoim celem są igrzyska olimpijskie. Jak wygląda droga do Tokio? Czy dziś, nieco ponad rok przed igrzyskami, w ogóle wiadomo, jak będą przebiegały kwalifikacje olimpijskie, czy – jak zwykle w boksie – mamy chaos?

Nikt nic nie wie. Możliwe, że będziemy się kwalifikować na podstawie punktów, zdobywanych na międzynarodowych imprezach. Może też być tak, że automatycznie zakwalifikują się najlepsze zawodniczki mistrzostw świata. Wszystko ma się rozstrzygnąć do końca czerwca. Wtedy będziemy decydować, jak walczyć o miejsce w Tokio, w którą wagę celować i tak dalej.

A wiadomo chociaż ile zawodniczek startuje w jednej kategorii na igrzyskach?

To zależy. W wadze 69 kg startuje 14, a w 75 kg – 16. To oznacza, że przy szczęśliwym losowaniu jedna wygrana w 69 kilo może dać medal. W 75 trzeba wygrać co najmniej dwie walki.

Właśnie: losowanie. Uniknięcie kogo, poza wspomnianymi Fontijn i Price oznacza szczęśliwe losowanie? Jednym słowem: kogo się najbardziej obawiasz?

Nie obawiam się nikogo, każdy ma dwie ręce, dwie nogi i tak samo bije, tylko ma inną technikę. Wszystko zależy od głowy. Fontijn jest wysoka i sędziowie inaczej na nią patrzą. Nie to, że ją pchają do sukcesów, ale ona się dobrze prezentuje i ciągle osiąga dobre wyniki w 75 kg. Jeśli chodzi o 69 kilo, to w sumie nikogo nie muszę unikać.

Dobrze to brzmi: jadę na igrzyska, nikogo się nie boję…

Bardzo dobrze. Taka jest prawda.

Jakie w takim razie są szanse na medal?

Ciężkie pytanie, wszystko wyjdzie w praniu. Najpierw to ja muszę zdobyć kwalifikację, a nie gadać na zapas i zajmować sobie głowę. Ale tak, liczę na medal.

A wiesz, że my czekamy na medal w boksie od 27 lat? Ciebie jeszcze na świecie nie było, kiedy Wojciech Bartnik zdobywał brąz w Barcelonie. Nie boisz się, że w Tokio będzie jeszcze większa presja?

Na pewno będzie bardzo duża. Ale wydaje mi się, że mocno mnie do tego przygotowały młodzieżowe igrzyska olimpijskie. Tam było mnóstwo ludzi, mnóstwo chińskich kibiców. Już to przeżyłam, więc myślę, że jeśli pojadę na igrzyska, to nie będzie mi to strasznie przeszkadzało. Zdaję sobie sprawę z tego, co się może dziać.

A jakie to uczucie, kiedy kibice są przeciwko tobie?

To tylko nakręca, żeby im coś udowodnić.

Skoro mowa o wewnętrznej walce o igrzyska, w finale mistrzostw Polski zdecydowanie pokonałaś byłą medalistkę amatorskich imprez i byłą zawodową mistrzynię świata Karolinę Łukasik – Koszewską. Ona wróciła do boksu amatorskiego tylko po to, żeby powalczyć właśnie o igrzyska…

Co ja tu mogę powiedzieć? Rywalizujemy i wygrywa lepsza.

Zastanawiam się, na ile w tej rywalizacji pomaga ci wsparcie Polskiej Fundacji Narodowej i obecność w Teamie 100. W tym roku choćby spędziłaś kilka dni w Londynie, gdzie miałaś okazję trenować i sparować pod okiem Davida Haye’a, byłego mistrza świata dwóch kategorii wagowych.

Na pewno takie spotkanie z tak utytułowanym zawodnikiem może tylko pomóc, nawet jeśli boks zawodowy i olimpijski bardzo się od siebie różnią. U nich jest mało uderzeń, za to kiedy już są, to bardzo precyzyjne. U nas bije się strasznie dużo, obojętnie gdzie, byle zrobić wrażenie na sędziach. Treningi z Davidem na pewno są przydatne. Nawet ostatnio opowiadałam koleżankom co tam robiłyśmy. To świetny człowiek, super praca. Strasznie podobał mi się ten wyjazd, poznałam wielu super ludzi.

1

A Londyn fajny?

No, świetny.

I tyle? Stolica imperium, 15 milionów ludzi, przyjeżdża Ela z Karlina i mówi: no, Londyn spoko! W każdym razie, poleciałaś tam jako stypendystka Polskiej Fundacji Narodowej i Teamu 100. Co to za fundacja, co za team, co ci to daje?

Team 100 otworzył mi drogę do rozwoju. Dostaję od nich stypendium, dzięki czemu mogę się rozwijać, trenować, spełniać marzenia, dobrze się odżywiać i tak dalej. To strasznie pomaga.

Jak się dostać do Teamu? Trzeba się zgłosić, to oni wyszukują sportowców, czy może związki zgłaszają największe talenty?

Ogólnie to zgłasza kadra, kiedyś zgłosili do programu moją koleżankę Paulinę Jakubczyk. Ale ktoś czegoś nie dopilnował w Polskim Związku Bokserskim i przyszła lista, na której nie było nikogo z boksu. Zadzwoniłam więc do Ministerstwa Sportu, dowiedzieć się, o co chodzi. Sama wypełniłam wnioski, zgłosiłam swoje osiągnięcia,a potem dzwoniłam do nich, dopytywałam się. Po jakimś czasie przyznali mi stypendium.

Wywalczyłaś sobie?

Dokładnie. U nas w związku jest z tym ciężko i jeśli człowiek sam sobie nie załatwi, to nikt mu nie załatwi.

Jak dużą pomoc stanowi wsparcie od Teamu 100? Albo inaczej: na ile bez niego byłabyś w stanie się utrzymać z pieniędzy z boksu olimpijskiego?

Ciężko się utrzymać. Team 100 daje mi ogromne wsparcie, dzięki niemu nie muszę się martwić tym, co jutro zjem. Oczywiście dostaję jeszcze pieniążki od miasta i gminy Karlino i z Ministerstwa Sportu, ale to jest tylko na krótszy okres. Team 100 wspiera mnie w całej drodze do igrzysk olimpijskich, czyli bardziej długoterminowo.

A gdzie to twoje Karlino?

Tam, gdzie ropa wybucha (śmiech). Nie, no, przecież to nikogo nie interesuje! Piękne miasteczko, niedaleko morza, kiedyś ropa wybuchła. Co ja mogę powiedzieć?

Słuchaj, mówisz, że dostajesz pieniądze od gminy Karlino, właśnie miałaś niepowtarzalną okazję, żeby trochę podpromować rodzinne strony, a ty mówisz, że ropa wybucha…

Nie no, do Karlina trzeba przyjechać i samemu zobaczyć, jakie jest piękne. Mała miejscowość, 30 kilometrów od morza, mamy dużo sportowców, bokserów, zapaśników. W takim małym mieście są duże możliwości, żeby się odnaleźć, na pewno większe niż w Warszawie.

To z Warszawy skaczemy do jeszcze większego Tokio. Czy ty w ogóle wybiegasz myślami poza igrzyska? Myślisz może o karierze zawodowej? Jak mówią rekruterzy na rozmowach o pracę: gdzie widzisz siebie za kilka lat?

Na razie widzę siebie na igrzyskach w Tokio, dalej nie wybiegam myślami. To mój cel, mam zamiar tam pojechać i zdobyć medal. Nie wiem, co będzie potem, ale nie ciągnie mnie boks zawodowy, nie podoba mi się pomysł walki bez kasków. Przecież tam nic nie chroni głowy. Szkoda by było. Ja jestem kobietą, chcę założyć rodzinę, mieć męża, dzieci, nie chcę się rozbijać jakoś nie wiadomo, jak długo. Plan jest do Tokio, potem się zobaczy.

Załóżmy, że lecisz do Tokio i wracasz ze złotem. Dostajesz elegancką premię i perspektywę emerytury olimpijskiej za 10 lat. I co dalej?

Na pewno bym odpoczęła. Powiedziała bym parę słów tym wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli, że mogą sobie teraz pluć w twarz. Pewnie bym wszystkim pokazywałam ten medal, odwiedzała szkoły, zachęcała dzieci, żeby trenowały sporty walki, lub inne sporty. Pewnie byłabym gdzieś zapraszana, jako VIP. Pewnie bym nie korzystała z tych zaproszeń, bo jak mnie wcześniej olewali, a zaprosili dopiero po igrzyskach, to…

Ale myśmy cię zaprosili wcześniej…

To ja będę pamiętała, nie ma problemu!

Ładna wizja. Chyba już musiałaś o tym myśleć.

Coś tam myślałam.

Na pewno, jak każda zawodniczka sportów walki, słyszałaś już to pytanie: skąd się tu wzięłaś? To nie jest przecież naturalny wybór dla dziewczyn.

Karlino to jest mała miejscowość, mocno nastawiona na sport. Otworzyło się wiele różnych klubów. Ja od dziecka chodziłam na SKS, jeździłam na różne zawody, żeby grać w nogę, pchać kulą, biegać. Aż ktoś otworzył klub bokserski. Poszłam z ciekawości i mi się spodobało. Ale gdybym znów miała podjąć decyzję, czy zostać, to chyba bym się nie zdecydowała.

Dlaczego?

To strasznie męczy głowę, to bardzo ciężki sport. Obciążenia psychiczne są bardzo duże, presja jest ogromna. Inni oczekują od nas zwycięstw: musisz wygrać, ile razy przegrałaś, teraz musisz. Treningi są naprawdę bardzo męczące. Gdybym miała drugi raz przejść przez to samo, uczyć się podstaw, trenować, nabierać kondycji, to chyba bym już nie chciała.

O, to ciekawa rzecz, mało kto tak mówi, kiedy już przejdzie pierwszy etap…

Bo nie mówią prawdy, a myślą tak samo, jak ja. Robię to po to, żeby do czegoś dojść. Ale gdybym miała drugi raz wejść do tej samej rzeki, to chyba bym się nie zdecydowała.

Ale było inaczej: miałaś 15 lat, weszłaś i zostałaś, bo ci się spodobało. Co dokładnie: paru chłopaków, wrzeszczący trener, zapach potu?

Zabrała mnie tam koleżanka, która od roku trenowała i miała już pewne wyniki. To był wielki plus, bo nie byłam jedyną dziewczyną. Świetnie się z nią dogadywałam i dzięki niej się wciągnęłam. Niestety, ona już nie trenuje.

A jak szybko się okazało, że ty masz talent do tej zabawy?

No, właśnie bardzo szybko. W 2011 zaczęłam, po kilku miesiącach pojechałam na olimpiadę młodzieży. Tam zajęłam drugie miejsce, a potem mnie wzięli na mistrzostwa Europy kadetek w Rosji i zdobyłam złoty medal. Szybko poszło. Potem, aż do 2014 wygrywałam właściwie wszystko.

No dobra, ustaliliśmy już, że Karino to wspaniałe i wyjątkowe miejsce, ale zakładam, że jak ktoś ma kilkanaście lat i pochodzi właśnie stamtąd, to jednak standardem będą wyjazdy do Szczecina, czy Gdyni, a nie Chin, Rosji, czy Indii… Czy ty w ogóle podróżowałaś, zanim zaczęłaś boksować?

Nie, nie, nie. Ja pochodzę z biednej rodziny, to boks dał mi możliwości zwiedzania świata. To dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem, czyli na przykład w studio Weszło FM – świetna sprawa. Albo w Warszawie, na turnieju imienia Feliksa Stamma, bo na pewno za własne pieniądze bym tutaj nie przyjechała.

Lucjan Trela opowiadał, że ze Stalowej Woli nosa nie wyściubił, dopóki nie zaczął trenować. Wtedy od razu pojechał na zgrupowanie do Cetniewa, potem na igrzyska…

To super sprawa. Ale trzeba pamiętać, że my nie jeździmy na wakacje, tylko do pracy. Nikt nie myśli: o, przegram pierwszą walkę i mam wolne. My mamy swoje cele, do których dążymy, próbujemy wygrywać. Na wyjazdach raczej nie mamy czasu na zwiedzanie, oglądanie, rozglądanie się. Nie na tym to polega. My jeździmy w świat, żeby reprezentować Polskę. To jest świetna sprawa.

A jak ważne w podróżowaniu po świecie jest dla ciebie poznawanie nowych smaków i próbowanie lokalnych kuchni? Czy nie ma tematu, bo musisz pilnować wagi?

Nie, nie muszę kontrolować wagi. Ale tak naprawdę, to nie lubię innych dań, lubię polską kuchnię. Na przykład nie pasuje mi pikantne jedzenie, przez co miałam problem w Indiach, na mistrzostwach świata. Tam wszystko było strasznie ostre, zbytnio mi to nie smakowało. Ja mam polskie smaki: schabowy, ziemniaczki, buraczki, pierogi ruskie.

Jak wygląda codzienność zawodniczki w boksie olimpijskim?

Wstaję o siódmej rano, biorę psa i idę na rozruch, krótki bieg. Wracam do domu, jem śniadanie, o 11:30 idę na trening bokserski. Wracając robię zakupy do domu, trochę odpoczywam, oglądam jakieś „Trudne Sprawy”, czy coś żeby się pośmiać. O 17 drugi trening, wracam o 19, obejrzę „Kiepskich” i idę spać. Szału nie ma, dupy nie urywa. Ale coś za coś. Dlatego trzeba jak najszybciej osiągnąć cel, żeby potem móc spędzić więcej czasu z innymi ludźmi i mieć czas dla siebie.

Jak to jest być kobietą w typowo męskim sporcie?

Każdy myśli, że to nie jest sport dla dziewczyn. Odradzają nam: nie idź tam, nie trenuj boksu, bo coś ci się stanie. Ale to naprawdę fajna sprawa. Czasem nawet się okazuje, że dziewczyny są lepsze od facetów, co ich w jakiś sposób pewnie ośmiesza. Dziewczyna musi więcej trenować, żeby coś osiągnąć. Chłopak ma wrodzoną siłę, pewne naturalne cechy. Chłopak ma zawsze trochę lepiej. Ma łatwiej.

Miałaś sytuacje w boksie, w których fakt, że jesteś dziewczyną utrudniał ci życie?

U mnie w klubie trenują sami chłopacy, na przykład Mateusz Polski i Radomir Obruśniak. Ja jestem jedyną dziewczyną. Jak mam robić z nimi technikę, czy sparing, to już wiem, że jestem skazana na śmierć. Ciężko jest z nimi rywalizować, ale nie mam wyjścia. U dziewczyn nie jest tak wysoki poziom, więc treningi z nimi dużo mi dają, ciągle mi podnoszą poprzeczkę.

30

Sparujesz z chłopakami?

Dokładnie.

Nie jest im głupio uderzyć dziewczynę?

No, nie! Wręcz przeciwnie. Czasem przed sparingiem mówię do Mateusza: weź, lekko. A on nie. Ale w sumie racja. Co, on będzie mnie lekko bił, a przecież w ringu nikt nie zada mi potem lekkiego ciosu. On od razu wjeżdża na grubo. Nie ma lekko.

Zdarza się, że wychodzisz z treningu z płaczem?

Tak. Bardzo często. To nie jest takie hop, siup. To strasznie złe chłopaki są…

W Teamie 100 są dwie bokserki, ty i Natalia Marczykowska…

Bokserki to są majtki. Bokser to pies. My jesteśmy pięściarkami.

W porządku. W każdym razie ty i Natalia najpierw trenowałyście pod okiem Davida Haye’a, a potem spotkałyście się na mistrzostwach Polski, gdzie wygrałaś 5-0.

Wiadomo, ktoś musi być lepszy i zawsze czułam się lepsza od niej. Ona jeszcze nie dorasta do mojego poziomu i nie stanowi dla mnie zagrożenia.

Nie kochacie się.

Nie przepadam za nią. Nie robimy sobie problemów, ale po prostu Natalia nie jest w mojej paczce. Mam wybrane koleżanki, z którymi się trzymam. Nie potrzebuję mieć takich osób zbyt dużo. Natalia mi nie przypadła do gustu. Trudno o przyjaźń, kiedy się rywalizuje o miejsce w kadrze, na mistrzostwach świata, czy igrzyskach. Trzeba się trochę nie lubić w swoich kategoriach wagowych. Ja mam koleżanki w niższych wagach, do których wiem, że nigdy nie zejdę.

Mówiłaś już, że nie do końca widzisz siebie za kilka lat w boksie zawodowym. Ale czy w ogóle śledzisz to, co się dzieje na zawodowych ringach?

Nie bardzo. Nie widzę tam siebie, to w sumie zupełnie inna dyscyplina. Nie podoba mi się. U dziewczyn poziom w boksie zawodowym też nie jest zbyt wysoki.

Ewa Piątkowska, Ewa Brodnicka?

Nie, te dziewczyny, te kobiety, zbytnio mnie nie interesują. Ich styl boksowania nie jest taki, żeby mi zaimponował.

A masz w ogóle kogoś, kto jest dla ciebie inspiracją?

Inspiracją to mogą być dla mnie moi rodzice, którzy mnie wychowali. Ja kiedyś będę chciała dobrze wychować swoje dzieci. Jeśli chodzi o ludzi, którzy coś trenują, to inspiracją może być Mateusz Polski, trenerka kadry Karolina Michalczuk, Sandra Kruk, która jest waleczna i idzie do przodu, Sandra Drabik, która jest malutka, sprytniutka, dużo myśli i szybko zadaje ciosy. Z tych inspiracji mogłabym coś wyciągnąć.

A siebie jak postrzegasz? Jakie są twoje atuty?

Ja to mam trzy w jednym, jestem szybka, szybko pracuję na nogach, szybko biję i już mnie nie ma. Jestem też mańkutem, co na dzień dobry utrudnia zadanie rywalkom.

Wspomniałaś o rodzicach. Co oni powiedzieli, kiedy im oznajmiłaś, że chcesz boksować?

Nie powiedziałam im. Najpierw chodziłam na SKS-y. Potem po prostu mówiłam, że idę na trening.

A oni nie pytali?

Dopiero potem, kiedy musiałam zrobić paszport. No i tak jakoś poszło. Zauważyli, że to daje mi szczęście i satysfakcję oraz może dać sukcesy i szansę na wybicie się. Mam dwóch braci i siostrę, ale nie uprawiają żadnego sportu. Tylko ja jestem taka utalentowana.

Na tyle, żeby w Tokio stanąć na podium?

Mam nadzieję, że tak będzie i przywiozę olimpijski medal do Karlina.

ROZMAWIAŁ JAN CIOSEK

Fot. Team 100

KOMENTARZE (1)