Nie ma pozwolenia na broń, ale ma licencję na boksowanie
Inne sporty

Nie ma pozwolenia na broń, ale ma licencję na boksowanie

Za dwa miesiące w rodzinnym Providence będzie po raz drugi bronił pasa mistrza świata WBO wagi średniej. Co ważne, Demetrius Andrade już udowadniał, że potrafi bronić swojego na różne, niekoniecznie legalne sposoby. Maciej Sulęcki zapowiada jednak, że Amerykanin może próbować wszystkiego, ale pas wkrótce straci. Nie pierwszy raz zresztą, choć na zawodowym ringu, póki co, jest niepokonany.

O Providence większość polskich kibiców usłyszała po raz pierwszy, kiedy ogłoszono, że to właśnie tam Maciej Sulęcki ma walczyć z Demetriusem Andrade o mistrzostwo świata wagi średniej. Zanim pomyślicie, że to pewnie jakaś zabita dechami dziura pośrodku niczego, uprzedzamy: to jedno z najstarszych miast w całych Stanach Zjednoczonych (założone w 1636 roku), a także dumna stolica Rhode Island. Rzecz w tym, że wspomniany stan jest najmniejszym ze wszystkich w USA, mieszka tam zaledwie nieco ponad milion osób. Stolica – podobnie jak stan – wielkością nie grzeszy. W rodzinnym mieście Andrade mieszka niespełna 180 tysięcy ludzi (czyli mniej więcej tylu, co w Zabrzu czy Olsztynie) i zdecydowanie nie jest to metropolia. Ma to oczywiście swoje dobre i złe strony.

Mistrz z Providence

Na przykład, w takim choćby Nowym Jorku, wśród 9 milionów mieszkańców, mistrzów świata wszelakich dyscyplin jest tylu, że można się zgubić w tłumie. Jeden czempion mniej czy więcej, jedna gwiazda w tę czy w drugą stronę – nikomu nie robi to różnicy. W Providence jest pod tym względem kompletnie inaczej. Miasto może się pochwalić ledwie kilkoma sportowcami z poważnymi światowymi wynikami. W latach pięćdziesiątych tamtejsza tenisistka Beverly Baker Fleitz osiągnęła finał Wimbledonu w singlu i deblu oraz wygrała deblowe Roland Garros. Kilku tamtejszych graczy przebiło się do NFL, NHL i NBA, a Michael Parkhurst od kilkunastu lat gra w MLS, został nawet wybrany objawieniem i najlepszym obrońcą sezonu, dla kadry USA zagrał 25 razy. Był jeszcze Ernie DiGregorio, najlepszy debiutant sezonu NBA 1974. Musicie przyznać, że jak na miasto z prawie czterema stuleciami historii – trochę średnio. Na tym tle Andrade wręcz błyszczy.

Błyszczy, bo jest o nim głośno od ponad dekady. Miał 17 lat, kiedy w 2005 roku zdobył amatorskie mistrzostwo Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy. W prezencie na osiemnastkę dołożył drugie mistrzostwo i tytuł w prestiżowym turnieju Golden Gloves, który zresztą rok później obronił. Na pierwszych w karierze Pucharach Świata (2005 i 2006) – i tej myśli się trzymajmy w kontekście walki z Sulęckim – nie radził sobie z rywalami z Europy Wschodniej. W 2007 roku, w wieku 19 lat, wywalczył najpierw srebro na Igrzyskach Panamerykańskich w Rio de Janeiro (w finale 6-7 z zawodnikiem gospodarzy, Pedro Limą), a potem sięgnął po najcenniejsze amatorskie zwycięstwo. W Chicago nie miał sobie równych w mistrzostwach świata w wadze półśredniej. I pisząc „nie miał sobie równych”, nie mamy na myśli tylko faktu, że zdobył złoty medal. On był tam klasą sam dla siebie, wszystkie walki wygrywał co najmniej przewagą 11 punktów! A trzeba powiedzieć, że konkurencja była naprawdę mocna. Andrade zdemolował między innymi wicemistrza z 2005 roku, Magomeda Nurutdinowa, oraz późniejszego medalistę mistrzostw świata i tymczasowego mistrza świata zawodowców, Jacka Culcaya. W finale z Nonem Boonjumnongiem z Tajlandii prowadził już 11-3, rywal był liczony, a potem poddał się w drugiej rundzie. Z miejsca stał się jednym z głównych kandydatów do olimpijskiego złota w Pekinie. W Chinach wygrał dwie walki, ale w pojedynku o awans do strefy medalowej doznał kontrowersyjnej porażki 9-11 z Koreańczykiem Kim Jung-Joo.

Zadawałem mnóstwo ciosów, ale sędziowie nie przyznawali mi za nie punktów. To trudne dla dzieciaków w kraju, które chcą się zająć boksem na poważnie, bo jeśli pojadą na igrzyska, tylko po to, żeby zostać potraktowanym w ten sposób, to w ogóle nie ma sensu przyjeżdżać – mówił wściekły po zejściu z ringu. W tamtej chwili doskonale już wiedział, że to była pierwsza i ostatnia szansa na olimpijski medal. Demetriusa już wtedy mocno wzywały zawodowe ringi, na których mógł liczyć na większe sukcesy, większe pieniądze i większą przychylność sędziów. Nie zastanawiał się długo, tylko w tym samym roku, zanim ukończył 21 lat i mógł się legalnie napić alkoholu w USA, podpisał zawodowy kontrakt.

250 tysięcy za walkę to kpina

Potem wszystko potoczyło się dość szybko. Cztery pierwsze walki wygrał przed czasem, do końca trzeciego roku zawodowej kariery miał na koncie komplet 11 zwycięstw. Dwa lata i osiem wygranych później doczekał się swojej wielkiej szansy. W pojedynku o wakujący pas mistrza świata WBO wagi super półśredniej zmierzył się z niepokonanym w 34 pojedynkach Vanesem Martirosyanem. Andrade marzył o tym starciu od długiego czasu, ale kiedy wreszcie stanął z rywalem z Armenii oko w oko, już w pierwszej rundzie znalazł się na deskach po potężnym lewym sierpowym. Niewiele brakowało, a marzenie błyskawicznie zamieniłoby się w koszmar. Na szczęście dla Amerykanina, w dalszej części walki zdołał unikać bomb Martirosyana i skutecznie go punktował. Po 12 rundach na kartach punktowych dwóch sędziów okazał się nieznacznie lepszy, dzięki czemu wygrał niejednogłośną decyzją i zdobył swój pierwszy pas. Zaczęła się wielka popularność i przyszły większe pieniądze. Dla niego samego jednak – zdecydowanie za małe.

Za pierwszą obronę tytułu z Brianem Rose (25-1) amerykański mistrz zgarnął 200 tysięcy dolarów. Robota była lekka, łatwa i przyjemna, Brytyjczyk nie stanowił większego zagrożenia, trzy razy lądował na deskach, walka została przerwana w siódmej rundzie. W kolejnej Andrade miał się mierzyć z niepokonanym Jermellem Charlo (24-0), wszystko było już przygotowane, termin ustalony. Ostatecznie do walki jednak nie doszło, na przeszkodzie miały stanąć pieniądze. – Oni chcieli zrobić tę walkę bez rozmawiania z nami. Nie mam nic przeciwko temu pojedynkowi, przeszkadza mi tylko to, że nie chcieli nam nic zapłacić przed walką. Mam na myśli to, że 250 tysięcy dolarów za walkę z Charlo to jakieś kpiny. Tyle nam zaoferowali. Czekaliśmy na lepszą ofertę, ale się nie doczekaliśmy – komentował wzburzony Paul Andrade, ojciec i trener mistrza.

Czempion bez pasa

Walka została odwołana, a ojciec i syn Andrade doczekali się czegoś zupełnie innego. Po ponad roku bez walki, federacja WBO zdecydowała się pozbawić Demetriusa tytułu. Kiedy wreszcie wrócił na ring, boksował o znacznie mniej istotny pas – WBA International. Zdobył go, nokautując Dario Puchetę. Po kolejnym nokaucie (Willie Nelson) znów otrzymał wielką szansę i prawo walki w Niemczech z tymczasowym mistrzem świata WBA, starym znajomym z amatorskich mistrzostw świata, Jackiem Culcayem (22-1). Po 12 bardzo wyrównanych i zaciętych rundach było mniej więcej tak, jak w pierwszym podejściu Andrade do pasa czempiona – wygrał stosunkiem głosów dwa do jednego.

Wydaje mi się, że zrobiłem wszystko, co trzeba. Przyleciałem do Niemiec i zabrałem tytuł. Culcay przyszedł tu jako mistrz, ale to ja byłem lepszy w ringu. Oszukałem go w nim i wygrałem – komentował na gorąco.

Z tytułu był dumny, ale nigdy nie wyszedł go bronić. Zdecydował się przejść do wyższej kategorii wagowej – średniej. Wypunktował Alanteza Foxa, a potem stanął do walki z Walterem Kautondokwą (17-0) o wakujący pas WBO. Tym razem większych wątpliwości nie było – Andrade wygrał wszystkie rundy, w żadnej z nich bokser z Namibii nie zadał więcej niż ośmiu ciosów. W obronie tytułu było równie łatwo. Artur Akawow dostał szansę, bo jego pogromca, Billy Joe Saunders, wpadł na dopingu. Rosjanin w styczniowej walce z Andrade trafił 41 razy przez 12 rund, aż w ostatnim starciu padł na deski.

Wszystko, co mogę robić, to nadal niszczyć top 15 rankingu. Kiedy będę ich dalej niszczył, nie zostanie już nikt poza GGG, Canelo i Danym Jacobsem. O to właśnie walczymy, o wielkie walki. O to chodzi, kochanie. I niech wygra najlepszy – mówił.

Kolejnym w kolejce ze wspomnianego top 15 będzie Maciej Sulęcki. Czy jednak przypadkiem się nie przeliczy?

Striczu nie chce przesadzić

To silny gość, mańkut, do tego bardzo niewygodny. Mam do niego duży szacunek, chociaż muszę przyznać, że jeszcze nie wiem o nim zbyt wiele. Najważniejsze to to, że był mistrzem świata amatorów, a potem mistrzem w junior średniej, wygrał z Jackiem Culcayem – opowiada nam Maciej Sulęcki. – Prawdę mówiąc, już się trochę na niego szykowałem jesienią, wtedy do walki nie doszło. Teraz będziemy musieli z trenerem Wilczewskim powtórzyć te przygotowania, plus dodać znacznie więcej. Kluczowe będą dobre sparingi z odpowiednimi sparingpartnerami. Potrzebuję bardzo wiele rund z kozakami, na dużej intensywności. Jestem gotowy do najcięższej pracy w karierze, do wylewania wiader potu i krwi. Jestem bardzo zmotywowany, wręcz muszę pracować nad tym, żeby nie przesadzić.

Sulęcki także ma na koncie walkę z Culcayem. Po świetnym 10-rundowym pojedynku w Prudential Center Polak wygrał jednogłośnie na punkty (u sędziów wygrał odpowiednio osiem, siedem i sześć rund). Potem bokser z Warszawy zrobił skok na głęboką wodę i przyjął zaproszenie od Daniela Jacobsa. Przegrał, ale zrobił rewelacyjne wrażenie. W listopadzie w Gliwicach odprawił przed czasem Jeana Michela Hamilcaro, a w marcu pokonał na punkty Gabriela Rosado. Co ciekawe, ten pojedynek był rozgrywany w Filadelfii, rodzinnym mieście Rosado. Teraz Sulęcki znów szykuje się do walki na terenie rywala.

UIC PAVILION CHICAGO ILLINOIS USA 18.06.2016 WAGA SREDNIA WALKA MACIEJ SULECKI I HUGO CENTENO W UIC PAVILION W CHICAGO. SULECKI WYGRAL PRZEZ TECHNICZNY NOKAUT W DZIESIATEJ RUNDZIE. N Z MACIEJ SULECKI I HUGO CENTENO KAMIL KRZACZYNSKI / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, kiedy słyszę, że kibice wspierają mojego przeciwnika, jeszcze mnie to nakręca. W Filadelfii daliśmy niezły show, było naprawdę gorąco, bo w końcówce przedostatniej rundy dałem się zaskoczyć Rosado – przypomina „Striczu”. – Teraz mocno pracuję nad tym, żeby wyeliminować błędy i nigdy nie gubić koncentracji. Na Andrade muszę być skoncentrowany na 120 procent od pierwszego gongu do ostatniego.

A więc – wojna!

Ze swoim podopiecznym zgadza się Piotr Wilczewski. Walka z Rosado była jego debiutem w roli pierwszego trenera Sulęckiego. Udanym w 85 procentach. Bo właśnie w końcówce 9. rundy „Striczu”, który kontrolował walkę i miał rywala kilka razy na deskach, dał się zaskoczyć i był na skraju nokautu. Cudem dotrwał do gongu, a całą ostatnią rundę walczył tylko o przetrwanie.

Oczywiście, że były błędy. Błędów nie robi tylko ten, kto nie rusza tyłka z domu. Dokładnie wiemy, co można było zrobić lepiej i co musimy wyeliminować. Pracujemy naprawdę ciężko – opowiada trener Wilczewski. – Maciek jest niesamowicie zdeterminowany. Praca z takim zawodnikiem to czysta przyjemność, w ogóle nie trzeba go motywować i zachęcać do treningów. On po prostu wyraźnie widzi swój cel, jakim jest pas mistrza świata, i idzie po to. Co ważne, ten chłopak bardzo szybko się uczy i potrafi wyciągać wnioski, to taka inteligentna bestia. No i ma czym gruchnąć, jak na tę wagę ma piekielnie mocny cios. Zdecydowanie stać go na pokonanie Andrade, chociaż, oczywiście, nie będzie to łatwe zadanie. Amerykanin jest bardzo niewygodnym mańkutem, świetnie się porusza i ma bardzo groźne cepy. Ma czym uderzyć, jest bardzo silny. Wszyscy wiecie, jak boksuje Maciek. Co tu dużo gadać, to będzie wojna! Ale my będziemy do niej gotowi, będziemy mieli odpowiednią amunicję na Andrade.

Właśnie, skoro mowa o amunicji, musimy wrócić do początku i do statusu gwiazdy, jaki ma w rodzinnym Providence czerwcowy rywal Sulęckiego. Kilka miesięcy temu boleśnie na własnej skórze się przekonał, że rozpoznawalna twarz nie zawsze ma pozytywne skutki. A było tak: policjant zobaczył znanego boksera, który zatrzymał swojego mercedesa, żeby pogadać z kolegą, siedzącym w innym aucie. Rzecz w tym, że Andrade zablokował w ten sposób ruch uliczny. Oficer podszedł więc do auta boksera, żeby zwrócić mu uwagę. Wtedy zauważył, że mistrz świata nerwowo zerka na leżący obok plecak. Jak się okazało, w środku była torebka Louis Vuitton, a w niej – pistolet Glock 19 i magazynek z 10 kulami. Broń palna w USA na nikim nie robi wrażenia, problem w tym, że Andrade nie miał na nią pozwolenia. Bokser tłumaczył, że potrzebuje jej ze względu na swoją „popularność i bogactwo”.

Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla posiadania broni bez zezwolenia. Kiedy przewozisz duże sumy pieniędzy, albo twoje życie jest zagrożone, możesz zdobyć legalne pozwolenie na broń. Ale nie możesz poruszać się z pistoletem w Providence bez odpowiednich papierów – skomentował major David Lapatin z lokalnej policji, cytowany przez media z Providence, które przez pewien czas żyły sprawą zatrzymania boksera. Sama sprawa rozeszła się po kościach, Andrade został zwolniony za kaucją. Teraz lokalna społeczność coraz bardziej żyje już walką swojego bohatera z Maciejem Sulęckim. To ma być pierwszy występ Andrade w rodzinnym mieście i prawdziwe święto dla Providence. Cóż, nie mamy nic przeciwko temu, żeby „Striczu” trochę im to święto zepsuł…

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (1)