Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Święto polskiej piłki? Nie żartujmy ze zdrowego rozsądku. Ten mecz był takim świętem polskiej piłki, jakim wrocławska libacja na skwerku świętem polskiej kultury.

Podsumujmy fakty, jakich wesoły pochód mieliśmy okazję dzisiaj podziwiać przy okazji finału Totolotek Pucharu Polski. Pierwszym tąpnięciem były zdjęcia spod stadionu, na których wąż kibiców ciągnął się jak kolejka po papier toaletowy w PRL-u.

Wszystko dziesięć minut przed meczem.

Na pierwszy gwizdek nie zdążyłby Flash.

D5kPA_HXoAcGSylFot: Twitter

Dobrze, że w ogóle chociaż widać stąd stadion, dzięki czemu można napawać się pucharową atmosferą, aż się serce raduje. Po to człowiek jedzie pół Polski, żeby wygodnie i kulturalnie stać na chodniku.

PZPN szybko i gromko odpowiedział oficjalnym oświadczeniem. Kibice Lechii chcieli wnieść pirotechnikę, więc potrzebne były wzmożone środki bezpieczeństwa. OK, należało się spodziewać większych kontroli po dwóch ostatnich finałach, podczas których race latały na boisko, także w piłkarzy, a stadion z zewnątrz przypominał narodowy grill. Niemniej, po pierwsze:

Tłumaczenie, że stadion był otwarty od 9:30? Ta wycieczka nie jechała z Sochaczewa. To zajmuje odrobinę czasu przetransportować się do Warszawy z Gdańska. Sorry, taki mamy klimat. Nie wymagajmy wycieczki startującej w środku nocy, bo to gruba przesada przez pryzmat tego, na jakie widowisko jechała.

Po drugie, nie tylko Lechia miała problemy z wejściem na stadion, ale poważne opóźnienia zdarzyły się także na sektorze neutralnym. Niektórzy weszli na pięć minut przed końcem pierwszej połowy. Naszym zdaniem mają pełne prawo domagać się refundacji, najlepiej z nawiązką.

Oto ta niebezpieczna grupa. Znajomy – zresztą były Weszlak, Paweł Grabowski – pisał na Twitterze, że  chciał zabrać na mecz swojego ośmioletniego chrześniaka. Zamiast tego stali pod bramką.

D5kXAs0WwAQdMGZ

Ale OK, jeśli nawet tego w jakiś karkołomny sposób bronić, to linia obrony przebiegała na skuteczności działań. Mogli powiedzieć: wstrzymaliśmy ludzi, to prawda, ale nie było pirotechniki! Udało się! Sukces! Następnym razem poprawimy płynność i wszystko będzie.

No więc jakby to powiedzieć. Pirotechnikę i tak wniosła zarówno Jagiellonia jak i Lechia. A w swoim komunikacie PZPN triumfalnie obwieścił, że Jaga chętnie oddała się drobiazgowym kontrolom, stawiając ją za wzór.

Nie wiem, jakiego komika czy stand-upera najbardziej cenicie, ale nawet on by tego nie wymyślił. To swoją drogą najszybciej autokompromitujące się oświadczenie w historii polskiej piłki, a trochę ich ostatnio – pozdrawiam Niecieczę i Kraków – mieliśmy.

D5kn_2FWwAYOdEz

D5kpAO4XkAQEebO

Ja wiem, że spiker ma obowiązek wygłaszać w takim momencie formułki, ale jednak zapętlone „Wzywam uczestników do zaniechania odpalania materiałów pirotechnicznych” jest wyłącznie przejawem bezradności. Nie mam pretensji za to ani do niego, ani do nikogo, ale to kolejna przyprawa w tej futbolowej mamałydze.

Nie mówmy też, że kibice nie dorzucili swoich trzech groszy, bo ja wiem, że stadion to nie opera, ale jednak dzisiaj Narodowy gościł choćby zwycięzców Pucharu Tymbarku. Dzieciaków było naprawdę sporo. A jednak nasłuchały się „k..w”, „j…ń”, „ch..w” i innych kwiatów polskich. Sędziowie? Moim zdaniem Arsenić powinien wylecieć z czerwoną kartką, a jednak biegał do końca.

Jakby tego wszystkiego było mało, do całej otoczki dostosowali się piłkarze, którzy zaprezentowali najwyższej próby boiskowy zakalec. Nie dało się tego oglądać. Oglądam sporo meczów Ekstraklasy i wiem, że takie mecze się zdarzają, ale jednak: zdarzają się rzadko. To był najniższy sort dostępny w polskiej lidze. Kardynalne błędy w przyjęciu piłki, kardynalne błędy techniczne, podania w poprzek i do nikogo, nieustająca bojaźń i drżenie. Groźnie w pierwszej połowie było w zasadzie tylko wtedy, gdy na grzyby poszli bramkarze – raz Kelemen bez sensu wybijał głową na trzydziestym metrze, potem równie bez sensu wyszedł Alomerović, ale Klimali brakło siły do porządnego podania.

W zasadzie jedyny pomysł na grę po obu stronach: wrzutka. Laga na bałagan. Centra gdziekolwiek, bez podniesienia głowy. Nasze staropolskie – upieram się przy tym zapisie – „dosirodkowanie”. Sorry, ale moim zdaniem tak w piłkę się już nie gra. Jeśli to jest cały ofensywny sztafaż naszych eksportowych drużyn, to za chwilę jak nic znowu wyłapiemy w zęby, bo to jest archaiczny, siermiężny futbol, który nie oferuje zupełnie nic.

W końcówce, gdy wchodziliśmy w ósmą godzinę meczu (a przynajmniej tak się zdawało), Lechia strzeliła bramkę, którą VAR wycofał. Chwilę potem sędzia doliczył siedem minut, które ciągnęło się jak trzy kwadranse. Spodziewałem się tym momencie wszystkiego najgorszego: 0:0 w regulaminowym czasie gry, 0:0 w dogrywce, nawet odporne na nudę karne daliby dziś radę zepsuć. Szczęśliwie jednak Sobiech jest w formie, a Kelemen zapomniał pobronić.

1:0.

Gdańszczanom niczego nie odbieram. Jest tytuł w gablocie? Jest. Świętować mają prawo, to zawsze trofeum i gratulacje. Nie za poziom gry, bo prawie nie istniał, ale Totolotek Puchar Polski to dla Lechii rzecz duża.

Niemniej sumując całe to popołudnie, zacząłem się zastanawiać:

A może trzeba było zostać z finałem w Bełchatowie czy Wodzisławiu zamiast się tak afiszować?

Leszek Milewski

Źródło: Gazeta Wrocławska

KOMENTARZE (39)