Jari Litmanen, czyli „Król” ze szkła
Weszło Extra

Jari Litmanen, czyli „Król” ze szkła

„Jari” to typowe, nordyckie imię. Szczególnie popularne w Finlandii, trochę rzadziej spotykane w Szwecji, Norwegii czy Danii. Oznacza – wedle różnych wariantów tłumaczenia: „Bóg się uwolni”, albo „Bóg powstanie”. W połowie lat dziewięćdziesiątych narodził się jednak zdumiewający fenomen. Holenderscy rodzice zaczęli na potęgę chrzcić swoich synów właśnie tym imieniem, bynajmniej nie z żadnych mistycznych pobudek. Nie zadecydowała o tym również gwałtowna fala migrantów z Finlandii, zasiedlająca tłumnie niderlandzkie depresje. Nic z tych rzeczy. Tymczasem oddziały położnicze szpitali z Amsterdamu i okolic wręcz zaroiły się od maleńkich Jarich. Bo każdy z dumnych tatusiów rozpływał się w swym marzeniu, że to właśnie z jego nowo narodzonego syna wyrośnie kolejna, wielka gwiazda europejskiego futbolu.

Kolejny Jari Litmanen.

Szał na punkcie Fina naprawdę sięgał w tamtych latach zenitu i to nie tylko w samym Amsterdamie, choć oczywiście w stolicy kraju uwielbienie dla niezwykłych talentów Litmanena było zdecydowanie najbardziej zauważalne. Według statystyk przytaczanych przez holenderskie media, imię „Jari” nie funkcjonowało w Holandii w ogóle aż do 1992 roku, a już cztery lata później stało się drugim co do popularności wśród imion nadawanych noworodkom. Postawa gwiazdora Ajaksu – połączona z niebagatelnymi sukcesami Joden na arenie krajowej i międzynarodowej – rozbudzała wyobraźnię.

Prosta przyśpiewka: „Litmanen, oooo”, intonowana regularnie przez kibiców – na melodię kultowego przeboju „Volare” – nie milkła właściwie nigdy, choćby i Jari przebywał poza boiskiem. Śpiewano ją nawet wtedy, gdy Fin przyjeżdżał już do Holandii w barwach innego klubu. Nawet gdy był zdewastowany kolejnymi kontuzjami, człapał w okolicy koła środkowego, a kasety wideo z jego największymi wyczynami dawno pokrył kurz.

„Litmanen, oooo” niezmiennie niosło się wśród trybun.

DZISIAJ WIELKI MECZ, PÓŁFINAŁ CHAMPIONS LEAGUE. ETOTO PRZYGOTOWAŁO NA TĘ OKAZJĘ ZNAKOMITE KURSY
STAWIACIE NA TOTTENHAM? ETOTO PŁACI AŻ 2.40 ZA ZWYCIĘSTWO GOSPODARZY!

– Wystarczyło spojrzeć mu w oczy. Kilka sekund i już wiedziałeś, że ten facet jest urodzonym zwycięzcą. Że przybył do Amsterdamu, żeby podbić z Ajaksem świat. Pokazać się – wspominał David Endt, przed laty członek struktur Ajaksu, a poza tym pisarz i publicysta sportowy. – Kiedy grał na swoim najwyższym poziomie… To było jak najpiękniej zaimprowizowany jazz. Pamiętam, gdy przyjechał do nas, nie będąc już piłkarzem Ajaksu. Pojawił się na murawie i wstali wszyscy kibice. Cały stadion. Dostał owację na stojąco. Ale nie byle jaką, nie kilkanaście sekund braw. Nie minutę. Trzy minuty ciągłego aplauzu. Był dla nas jak syn, który powrócił wreszcie do domu. Nawet biorąc pod uwagę, że wrócił jako rywal. Zapracował sobie na tak wielki szacunek.

– Już na powitalnej konferencji prasowej wyczułem, że jest w nim coś niezwykłego. Te oczy… Nie wstydził się, nie miał w sobie fałszywej skromności. Ale miał pokorę. Nie był nigdy człowiekiem, który podniesie głos, albo walnie pięścią w stół. Futbolowy dyplomata. Nigdy nie rościł sobie praw do bycia liderem, po prostu samoistnie się nim stawał. Nazwaliśmy go „Profesorem”. Chcecie wiedzieć, dlaczego? Bo w futbolu interesowało go wszystko. Nawet najdrobniejszy aspekt gry. Można go było zapytać o cokolwiek, zawsze znał odpowiedź – dodał Endt.

Kilka lat temu długofalowe skutki tamtego boomu z lat dziewięćdziesiątych odnotowano w grupach młodzieżowych klubów holenderskich i belgijskich. Jari tu, Jari tam. Na dziesiątce, na skrzydle, na bramce. Jeden w Feyenoordzie, kolejny w Twente, następny w Gent. Całe pokolenie chłopców, którzy piłkarzami stali się zaraz po odcięciu pępowiny.

jari-xi1

fot. joe.co.uk

Jednak imię – nawet najbardziej odpowiednie – nie zastąpi nigdy talentu. A tego nie mogło Litmanenowi w jakimkolwiek stopniu brakować, skoro Simon Kuper w swojej książce „The Football Men: Up close with the giants of the modern game” zdecydował się napisać tak: – W 1995 roku Jari Litmanen był prawdopodobnie najlepszym ofensywnym pomocnikiem na świecie. Jego geniusz został nieco zapomniany. Rzadko dryblował, nie błyszczał w odbiorze, nieczęsto zdobywał fenomenalne bramki po strzałach z 30 metrów. Zazwyczaj posyłał po prostu precyzyjne podanie na skrzydło, a potem sam pojawiał się w polu karnym i z chirurgiczną precyzją kończył zapoczątkowaną przez siebie akcję. Podanie, gol. Podanie, gol. Gdyby nie był Finem, w 1995 roku otrzymałby Złotą Piłkę.

Frank Rijkaard posunął się w pochwalnych peanach jeszcze o krok dalej: – Dennis Bergkamp był wspaniałym zawodnikiem, ale najlepszą dziesiątką w historii Ajaksu jest Jari.

*

– Kiedy trafiłem do Ajaksu, nie miałem szans na przebicie się do wyjściowej jedenastki. Na mojej pozycji grał jakiś facet… Zdaje się, że nazywał się Bergkamp – mówił, rzecz jasna żartobliwie, Litmanen w jednym z wywiadów udzielonych angielskiej prasie.

Rzeczywiście – jego początki w Amsterdamie nie należały do sielankowych. Fin swoją karierę zaplanował bardzo pieczołowicie – gdy doszedł do wniosku, że rodzima liga jest dla niego za ciasna, zaczął poszukiwania klubu w mocniejszych rozgrywkach. Wspomniany Kuper porównał to nawet z budową swojej pozycji przez młodego działacza partii politycznej. Ale podróż Jariego po kontynencie i testy w kolejnych klubach nie wypadały najlepiej. Na zatrudnienie 21-letniego Fina nie zdecydowało się Dinamo Bukareszt, chłopaka odtrącili też członkowie sztabu szkoleniowego w Leeds United i PSV Eindhoven. Wzruszyli też ramionami działacze słynnej Barcelony, choć – o dziwo – akurat tam chłopak zrobił na kimś wrażenie.

Johan Cruyff dostrzegł w Litmanenie coś, co umknęło reszcie obserwatorów.

Oczywiście z miejsca orzekł, że dla chłopaka jest zdecydowanie za wcześnie na klub takiego kalibru jak Barcelona. Za duża konkurencja, zbyt wielka presja, za mało cierpliwości do piłkarzy, przed którymi jeszcze długa droga do wielkości. Uruchomił jednak swoje kontakty i szast-prast, Litmanen wylądował w Ajaksie. Nie będąc tam zresztą zawodnikiem całkiem anonimowym – amsterdamscy skauci mieli go na oku od wielu miesięcy. Nie mogli przecież pozostać głusi na wieści, że na błotnistych kartofliskach rozlokowanych pośród tysiąca fińskich jezior jest pewien niepozorny chłopaczek, który umiejętnościami przerasta rodaków o pięć długości.

Litmanen w swoim pierwszym profesjonalnym klubie, Reipas Lahti, zadebiutował już w 1987 roku. Jako szesnastolatek. Smykałę do futbolu przejął w genach od rodziców. Choć jego rodzinne Lahti kojarzy się raczej ze sportami zimowymi – zwłaszcza w Polsce – to zarówno mama, jak i ojciec Litmanena swoje życie związali z futbolem.

Syn ostatecznie poszedł w ich ślady, nie mając w sumie innego wyjścia. Szalenie pasjonował się też hokejem na lodzie, lecz piłka nożna niejako w sposób naturalny jawiła mu się jako sposób na życie. Zwłaszcza, że na boisku od małego olśniewał naturalną błyskotliwością. Gdyby talentu zabrakło, pewnie sprawy potoczyłyby się innym torem. – Jestem przekonany, że gdyby nie powiodło mi się w piłce, zostałbym hokeistą – przyznał kiedyś Fin. – Całkowite porzucenie hokeja na rzecz piłki było dla mnie bardzo trudnym przeżyciem. Pogoda, tradycje, historia – to wszystko ciągnęło mnie w stronę lodowiska, a nie boiska. Ale jednak w sercu najgłębiej miałem zakorzenioną piłkę.

W innym wywiadzie z kolei stwierdził: – Staram się nie nakierowywać swoich dzieci wyłącznie na futbol. Stoję z boku. Wolę, żeby moje dzieci same decydowały o swoich pasjach. Wymowne słowa, zapewne nawiązujące właśnie do dzieciństwa Jariego, które było na wskroś przesiąknięte piłką za sprawą rodziców. Być może tęsknota za karierą hokeisty wciąż się w nim tli.

Litmanen, choć wyraźnie przerastał swoich rówieśników, nigdy na boisku nie gwiazdorzył. Jeszcze jako dzieciak napisał rozprawkę o swoich boiskowych podbojach i konkluzją tekstu było jego zamiłowanie do gry zespołowej. Prawdziwą radość z futbolu czerpał dopiero wtedy, kiedy jego partnerzy byli równie zaangażowani w grę co on. Dryblowanie wzdłuż i wszerz boiska, efektowne gole z dystansu? Pewnie, mógł takie cuda wyczyniać. Tylko po co, skoro jego koledzy staliby w tym czasie z założonymi rękami i nie mieli żadnej frajdy z pokonania przeciwnika?

To szlachetne podejście i tak nie pozwoliło mu jednak umknąć pseudonimowi „Diego”, jaki przylgnął do niego jeszcze w Lahti. Bujne, czarne włosy, zniewalająca technika i mentalność lidera. W połowie lat osiemdziesiątych skojarzenia nasuwały się same.

*

Wbrew pozorom, wschodząca gwiazda reprezentacji Suomi nie uświetniła początków swojej kariery wieloma tytułami. Przeprowadzka do stolicy Finlandii i występy w HJK nie do końca się Litmanenowi powiodły. Ofensywny pomocnik opuścił Lahti w 1990 roku, ale w Helsinkach spędził tylko jeden sezon. Nie udało się go spuentować mistrzostwem kraju, choć ekipa HJK triumfowało w rozgrywkach i sezon przed przybyciem Jariego i zaraz po jego odejściu. Młodzieniec spędził w nowym klubie zaledwie rok. W tym czasie opuszczone przez niego Reipas Lahti spadło z hukiem z fińskiej ekstraklasy, choć jeszcze sezon wcześniej biło się w play-offach o mistrzostwo kraju.

Taką różnicę robił na boisku Litmanen. Rozgrywał, dyrygował, królował na murawie (o ile można tak nazywać klepiska, na jakich grywano w Finlandii przed trzydziestoma laty). No i strzelał od cholery bramek. Zwłaszcza jak na gościa, który nigdy nie czuł się najlepiej na szpicy, wolał atakować z głębi pola.

Fin swoją bramkostrzelność uzasadniał tak: – Nawet grając jako playmaker musisz strzelać gole. To czasami trochę niedoceniana umiejętność, taki paradoks futbolu. Zidane rozgrywa wspaniale, potrafi się też dobrze ustawić w defensywie. Ale za mało strzela. Albo Juan Sebastian Veron. Cudowny rozgrywający, podaje z genialnym wręcz wyczuciem. Ale on też strzela za mało.

Po krótkiej – choć również upstrzonej kanonadą goli – przygodzie z HJK, Litmanen wylądował w fińskim MyPa. Sięgnął z tym klubem po Puchar Finlandii, swoje pierwsze tak istotne trofeum. Fantastyczny występ w finale rozgrywek Jari spuentował golem, poprawił to wszystko zwariowaną cieszynką i właśnie wtedy wpadł w oko skautowi Ajaksu. Ton Pronk zakochał się w Litmanenie od pierwszego wejrzenia, ale jego gorące apele, żeby wyłożyć sto tysięcy dolarów za 21-latka początkowo nie znajdowały specjalnego posłuchu. Dopiero rekomendacja Cruyffa zmieniła sytuację.

– Od początku byłem przekonany, że to zawodnik przez wielkie „Z” – opowiadał z przejęciem Pronk.

jari-litmanen-ajax-best-ever-series_ej797dzjp00f1cbgrmugfkv1q

Louis van Gaal, który w tamtym czasie rządził klubem z Amsterdamu wcale takiego przekonania nie podzielał.

W swoim pierwszym sezonie w Amsterdamie, młody Fin rozegrał jedynie czternaście meczów w pierwszym zespole, zdobywając ledwie jednego gola. Jego rola w drużynie sprowadzała się w zasadzie do noszenia torby za Dennisem Bergkampem, który w tamtym czasie miał w ekipie van Gaala status absolutnej super-gwiazdy. Szkoleniowiec nie był zadowolony z nonszalancji Litmanena, który przy każdym kontakcie z piłką starał się zrobić coś specjalnego, stawiając wszystko na jedną kartę i ryzykując. To często owocowało prostymi stratami. Van Gaal natomiast reagował na głupie straty mniej więcej tak samo alergicznie jak Tomasz Wołek reaguje… No, na van Gaala.

Jak dowodził Maarten Meijer w swojej książce: – Van Gaal niezwykle serdecznie obchodził się ze swoimi zawodnikami na stopie prywatnej. Media nie miały o tym pojęcia, znając tylko tę twarz, którą trener Ajaksu pokazywał podczas meczów czy konferencji prasowych. Louis był natomiast stuprocentowo nieubłagany i stanowczy na innej płaszczyźnie. Nigdy nie opuszczał piłkarzowi, który nie wykorzystywał pełni swojego potencjału. Każdy jego podopieczny musiał swoje boiskowe zadania spełniać najlepiej jak się tylko dało. Nie chodziło o to, czy ktoś akurat ma gorszy dzień. Van Gaal doskonale rozróżniał chwilowy spadek formy od negatywnych tendencji.

– Grając niechlujnie, szybko tracimy piłkę i musimy gonić przeciwnika – pieklił się sam manager Ajaksu. – To niezwykle wyczerpujące fizycznie. Kiedy widzę, że ktoś traci na boisku koncentrację, natychmiast wybucham gniewem. Piłkarze o tym doskonale wiedzą i nie mają do mnie żalu. Lubię taki sposób prowadzenia drużyny. Jeżeli piłkarz przychodzi na trening z nastawieniem, by sobie pokopać trochę piłeczkę w koszulce Ajaksu, to niech zmieni drużynę. Czasem się wygłupiamy, ale dla nas futbol to zawód. To nasza praca.

Zasady były brutalne. Spóźnienie na trening? W przeliczeniu na złotówki, sześć stów kary. Koszulka wystająca ze spodni? Trzy stówy lżej w portfelu. W przypadku recydywy – podwójna stawka. Trochę guldenów kosztowało Litmanena przekonanie się, że z van Gaalem nie ma żartów.

Fin nie ukrywał też, że miał spore kłopoty z aklimatyzacją w nowym kraju. – Starałem się śledzić każdy ruch Bergkampa, po klubowych obiektach poruszałem się za nim jak duch. Ale poza klubem nie było mi łatwo się odnaleźć w nowym środowisku. Trafiłem do drużyny, w której zawodnicy często ze sobą dorastali, doskonale się znali, mieli wspólny język. Ja musiałem to dopiero wypracować. Amsterdam początkowo mnie przytłoczył.

– Musiał się zaadaptować – komentował z perspektywy czasu van Gaal. – Ale obawiałem się, że nie da sobie rady. Nie każdy zawodnik jest stworzony do danego klubu, danej kultury.

Ostatecznie członkowie sztabu szkoleniowego przekonali swojego lidera, żeby ten nie odsyłał Litmanena z powrotem do Finlandii, a trzeba pamiętać, że van Gaal chciał to zrobić już po pierwszym roku Fina w Holandii. Właściwie to po paru dniach obserwowania Jariego, „Żelazny Tulipan” uznał, że należy się go pozbyć, bo z tej północnej mąki nie będzie chleba. Ale przecież nie po to Louis czynił z Pronka szefa siatki skautów, żeby potem podważać jego kategoryczne osądy. Dał się przekonać. Ostatecznie stanęło więc na tym, że Jari w Ajaksie został. A potem sprawy nabrały tempa. Do Mediolanu odszedł Bergkamp, kontuzji nabawił się jego zmiennik.

Ni stąd, ni zowąd Jari Litmanen stał się podstawowym ofensywnym pomocnikiem Ajaksu i przez długie lata nikt go już z raz zajętej grzędy nie strącił.

*

Sezon 1993/94, pierwszy dla Fina w podstawowym składzie Joden. 36 bramek w 39 meczach, tytuł króla strzelców Eredivisie (26 trafień), mistrzostwo kraju, nagroda dla piłkarza roku w Holandii, wszelkie możliwe laury w ojczyźnie, ósme miejsce w plebiscycie France Football. Coś tu trzeba jeszcze dodawać?

Louis van Gaal długo nie był do Litmanena przekonany, aż tu nagle uczynił z niego kluczowy element swojej układanki. I ktoś powie, że Holender nie był szkoleniowcem elastycznym?

– Pozbyłem się z Ajaksu wszystkich piłkarzy starej daty. Nawet w defensywie postawiłem na takich, którzy w dowolnym momencie meczu potrafią wziąć piłkę i przejąć inicjatywę. Każdy zawodnik w mojej drużynie musiał być elastyczny. Ale przede wszystkim chodziło o to, żebyśmy byli dla siebie uprzejmi, szanowali wykonywaną pracę i nigdy się nie spóźniali. Kiedy zacząłem prace z zespołem, opracowałem ćwiczenie, w ramach którego wszyscy piłkarze trzymali się za ręce i odbijali piłkę głową. Dziennikarze mnie wyśmiewali, tymczasem to wzmacniało jedność zespołu. Wszyscy postępowaliśmy według zasad, ale to nie oznacza, że brakowało miejsca na kreatywność i indywidualność. Jednak to żelazna dyscyplina jest podstawą kreatywności – wykładał van Gaal swoją filozofię w książce „Liczy się zespół”.

– Piłkarze Ajaxu wychowywani zostają w kulturze gry zespołowej – dodał trener. – Wystarczy spojrzeć na Dennisa Bergkampa. W Interze spotkał się z zupełnie inną myślą piłkarską, został zmuszony do walki o miejsce w składzie. Włosi chcą tylko wygrywać, a my chcemy wygrywać, bawić się piłką i stwarzać szanse.

Czyż to nie pięknie koresponduje ze szkolnym wypracowaniem Jariego? – Uczyliśmy zawodników czytania gry – opowiadał dalej szkoleniowiec amsterdamskiego klubu. – Chcieliśmy, żeby każdy z nich myślał jak trener. Kiedy ludzie mnie pytają o moje dokonania z Ajaksem, zawsze wskazuję właśnie na aspekt kultury wewnątrz klubu. Trenerzy i zawodnicy zaczęli się ze sobą komunikować. Dyskutować, nawet sprzeczać. Analizowaliśmy w ten sposób każde spotkanie i codziennie pracowaliśmy nad poprawą swoich niedociągnięć. Dlatego nawet gdy trener drużyny przeciwnej znalazł na nas sposób przed meczem, potrafiliśmy w trakcie gry znaleźć inne rozwiązanie. Zawodnicy odkrywali je sami.

tum260029

Taki styl gry idealnie pasował właśnie do Litmanena, który na boisku błyszczał przede wszystkim piłkarską mądrością, niesamowitą inteligencją w przemieszczaniu się po murawie. Wynikało to nie tylko z jego instynktu, ale też wielkiej pracy nad swoim futbolowym warsztatem. Jari studiował futbol, złapał tego bakcyla, którym tak bardzo starał się swoich podopiecznych zarazić van Gaal. Ksywka „Profesor” nie wzięła się przecież z przypadku.

W pewnym momencie stało się ewidentne, że Litmanen porusza się już po murawie jak grający trener. Widzi wszystko, wszystko przewiduje. I raz po raz zaskakuje rywali nieszablonowym pomysłem.

REMIS W STARCIU TOTTENHAMU Z AJAKSEM? W ETOTO DOSTANIECIE ZA TAKI REZULTAT NAPRAWDĘ ELEGANCKU KURS!
3.40 ZA „X” TO NAPRAWDĘ SOLIDNA OKAZJA

Fin nie był ani piorunująco szybki, ani zabójczo mocny fizycznie. A jednak dla obrońców pozostawał nieuchwytny. – Siła i muskulatura mają w futbolu zawsze znaczenie drugorzędne – objaśniał fenomen Litmanena jego trener. – O mnie zawsze się mówiło, że jestem dyktatorem. To bzdura. W ramach twardych zasad, które rzeczywiście wprowadzałem, każdy zawodnik mógł w pełni uruchomić swoją indywidualność. Jari to doskonały przykład na skuteczność tego systemu. Starałem się ciągle rozmawiać z zawodnikami i skłaniać ich, by bardziej analizowali swoje występy. Tym sposobem stawali się bardziej świadomi siebie.

*

Puchar Mistrzów, cztery tytuły mistrzowskie w Holandii i szereg innych trofeów, które długo można wyliczać – pierwsza przygoda Litmanena z Ajaksem była naprawdę ze wszech miar udana. No, może za wyjątkiem finału Champions League z Juventusem, gdy Joden mogli obronić tytuł, a jednak dali się na ostatniej prostej zaskoczyć. Jari na wysokości zadania stanął – zdobył gola w decydującym starciu, zresztą dziewiątego w rozgrywkach, co czyniło go królem strzelców Ligi Mistrzów 1995/96. Szerzej o tym finale pisaliśmy zresztą TUTAJ.

Trafienie Fina nie wystarczyło jednak Holendrom do triumfu.

Powtórnego triumfu, bo w 1995 roku Ajax stanął na europejskim szczycie, zresztą w aurze sporej sensacji. Litmanen co prawda w finale z Milanem akurat pierwszoplanowej roli nie odegrał, został kompletnie stłamszony przez Marcela Desailly’ego, lecz nie można zaprzeczyć, że stanowił fundament tamtej – wybitnej przecież – ekipy. – Zwycięstwo w Lidze Mistrzów to dla mnie jedno z najwspanialszych wspomnień – komentował po latach. – Nigdy tego nie zapomnę. To coś niezwykłego, być częścią drużyny, która jest nazywana najlepszą na świecie.

Ówczesny Ajax nazywano „piłkarską utopią”. Litmanen do dziś zresztą twierdzi, że tamta drużyna należała do najwybitniejszych w dziejach futbolu, a van Gaal dokonał był większym trenerskim magiem niż Guardiola i Mourinho razem wzięci. – Oni też są wspaniali. Jednak każdy, kto pamięta lata dziewięćdziesiąte przyzna mi rację. Van Gaal był najlepszy.

Jednak dynamiczne zmiany zachodzące na rynku transferowym spowodowały, że z pietyzmem konstruowany przez wspomnianego managera Ajax rozleciał się na kawałki, a te z kolei rozprysnęły się po wszystkich najpotężniejszych klubach Starego Kontynentu.

W 1999 roku pożegnano też w Amsterdamie samego Litmanena. Nie jak zdrajcę, nie jak uciekiniera. I tak został w Holandii dłużej niż wielu jego kolegów. Po porażce z Juventusem w półfinale Ligi Mistrzów (1997) dostał nawet propozycję transferu do Włoch. Odmówił. Powiedział: – Pieniądze we Włoszech są mniej istotne niż atmosfera w Holandii. Ajaksowi zawdzięczam wszystko i pomogę mu powrócić na szczyt.

Prędko się okazało, że przywrócenie Ajaksu na szczyt w nowych realiach graniczy z cudem, który zresztą właśnie teraz odgrywa się na naszych oczach. Więc Finowi po prostu mu podziękowano. Za wszystko. I zaśpiewano raz jeszcze: „Litmanen, oooo”.

*

28-letni zawodnik trafił z powrotem pod skrzydła Louisa van Gaala. Do Barcelony. Teraz był już przecież gotowy na podój Katalonii. Przynajmniej z pozoru, bo w praktyce okazało się, że najlepsze lata Fin miał już niestety za sobą. Kontuzje nie dawały mu spokoju. W brytyjskiej prasie porównano go… do papieża Jana Pawła II. – Litmanen coraz radziej się pojawia publicznie, a jeśli już, to z każdym występem wygląda coraz gorzej – napisał dziennikarz, odnosząc się do pogłosek o tym, że Ojciec Święty mocno podupadł na zdrowiu.

Van Gaal potraktował swojego wieloletniego podopiecznego bez żadnych sentymentów. Widząc jego ciągłe kłopoty z dojściem do właściwej dyspozycji, odsunął go od pierwszej drużyny. – Piłkarze się nie liczą, najważniejszy jest zespół. Przywiązuję większą wagę do charakteru piłkarza niż jego umiejętności. Musi dawać z siebie wszystko. Są gracze niesłychanie utalentowani, którzy nie mają odpowiedniego charakteru, by wytrzymać moje metody. Litmanen długo sobie z tym radził, ale w Barcelonie był już innym zawodnikiem niż ten, którego pamiętałem z Ajaksu.

Wkrótce potem holenderskiego managera szurnięto z posady, a wraz z nim uleciały resztki nadziei, że targany zdrowotnymi kłopotami Litmanen znajdzie w stolicy Katalonii bezpieczną przystań. Na Camp Nou postawiono z całą stanowczością na Rivaldo i nie było w zespole miejsca dla drugiego lidera ofensywy.

Odebrano Jariemu koszulkę z numerem dziesięć i wyraźnie zasugerowano, że może sobie szukać nowego miejsca pracy.

– Kiedy miałem osiem lat, Reipas grało z HSV w Pucharze Zdobywców Pucharów. Zwykle na stadion przychodziło dwa tysiące widzów, na tamtym spotkaniu było ich kilka razy tyle. Przyjechał do nas przecież sam Kevin Keegan. Wtedy zakochałem się w angielskim futbolu. Zobaczyć takiego zawodnika w mojej małej miejscowości, najlepszego piłkarza Europy… To było nieprawdopodobne – opowiadał Litmanen.

Swoje serce Fin oddał przede wszystkim Liverpoolowi. Kiedy ekipa z Anfield Road postanowiła skorzystać z okazji i za darmo wyciągnąć go z Barcelony, Litmanen wcale nie rzucał głodnych kawałków na wiat twierdząc, że jest kibicem The Reds. Rzeczywiście był zagorzałym fanem tego zespołu. Koniecznie chciał dostać koszulkę z numerem siedem, tak jak jego największy idol z dzieciństwa – Kenny Dalglish. Jednak grający z siódemką Vladimir Smicer zamienił serce w twardy głaz i nie oddał swojego numeru, więc nowy nabytek Liverpoolu musiał się zadowolić koszulką z numerem 37.

Coraz bardziej dramatyczny stan zdrowia Litmanena kazał podawać pod wątpliwość posunięcie ówczesnego bossa Liverpoolu, Gerarda Houlliera. Jednak Francuz dowodził, że wie co robi. – Przychodzi do nas zawodnik o wielkiej reputacji. Nie potrzeba go reklamować – zachwycał się Houllier. – Jari wie o Liverpoolu wszystko. Przekonałem się, że naprawdę jest kibicem tego klubu i strasznie chce dla nas grać. Jest uniwersalny, może pozwolić nam na balansowanie między różnymi stylami gry. Gwarantuje coś więcej niż pozostali z naszych napastników. Doskonale odnajduje się w polu karnym. To niezwykły piłkarz.

Liverpools Jari Litmanen celebrates his goal during the UEFA Champions League game between Liverpool and Dynamo Kiev at Anfield, Liverpool. THIS PICTURE CAN ONLY BE USED WITHIN THE CONTEXT OF AN EDITORIAL FEATURE. NO WEBSITE/INTERNET USE OF PREMIERSHIP MATERIAL UNLESS SITE IS REGISTERED WITH FOOTBALL ASSOCIATION PREMIER LEAGUE

Sam Litmanen też sobie wiele po przenosinach do Liverpoolu obiecywał.

– Wielkie mecze w europejskich pucharach, najwięksi możliwi rywale w kraju, kibice pełni pasji. To jest dla mnie Liverpool – zapewniał świeżo po transferze. W rozmowach z dziennikarzami ochoczo bawił się we wspominki wielkich meczów Liverpoolu, z pamięci wyliczał legendarnych zawodników The Reds, swoich idoli. Tymczasem już po dwóch sezonach nie było go na Anfield. Brytyjskie dzienniki donosiły, że zdewastowane kostki nie pozwalały mu na spędzenie na boisku nawet 90 minut w tygodniu. Litmanen był sfrustrowany swoim stanem zdrowia, a jednocześnie czuł, że zasługuje na więcej zaufania.

Jednak Houllier nie mógł stawiać na zawodnika, który po boisku porusza się wyłącznie bystrymi, wszystkowidzącymi oczami. W Premier League trzeba było po prostu ostro zasuwać. Sam spryt na dłuższą metę nie wystarczał.

W sezonie 2000/2001 Litmanenowi przeszły koło nosa wszystkie finały z udziałem The Reds.

– Pamiętam debiut Litmanena na Villa Park – opowiadał Dan Thomas, dziennikarz związany z Liverpoolem. – Zaczął w środku pomocy. Oglądanie go w akcji to była czysta rozkosz. Jego wyczucie przestrzeni było niezwykłe, grał na klasycznej dziesiątce. Czysta perfekcja. Defensywa przeciwnika nie miała odpowiedzi na szybkość jego myślenia, na jego ruchy, na jego przerzuty. Z Markusem Babbelem współpracował tak, jak gdyby znali się z boiska od dekady.

– Trener zdjął go w 71 minucie. Nie był nawet spocony, a sprawił, że rozmawialiśmy o jego występie cały wieczór. Siedziałem z fanami Aston Villi i nawet oni nagrodzili ten popis oklaskami. Nie pamiętam drugiego tak imponującego debiutu – dodał Thomas. – Niestety, wkrótce potem wypadł z powodu kontuzji i przegapił najważniejszą część sezonu. Miewał jeszcze przebłyski geniuszu, ale na dłuższą metę już nigdy nie zachwycił. Houllier grał duetem napastników i w takim systemie nie było miejsca dla tak klasycznie grającego playmakera jak Litmanen. Cały jego geniusz polegał na poruszaniu się między strefami. Przepływał między obroną i atakiem. W systemie 4-4-2 nie dało się tego wykorzystać. Miał swoje wielkie mecze w Liverpoolu, strzelił kilka niezapomnianych, bardzo istotnych goli. Mógł dostać trochę więcej szans. Jednak na regularne występy nie starczyło mu już zdrowia.

*

Nieudany epizod w Liverpoolu był tak naprawdę końcem wielkiej kariery Litmanena.

Fin – jak na zawodnika tak zniszczonego przez kontuzję – biegał jednak po europejskich murawach zaskakująco długo. Jeszcze jako czterdziestolatek człapał po boiskach fińskiej ekstraklasy, zdobywając tam zresztą od czasu do czasu naprawdę spektakularne gole. W reprezentacji nastukał summa summarum aż 137 występów, okraszonych 32 bramkami. Może i bez wielkich sukcesów na koncie, ale i tak Finowie nazywają go „Kuningas”, czyli „Król”.  Wyniesiono go na pomniki. I ta ksywa chyba lepiej oddaje klasę oraz dorobek Litmanena niż przykry nieco pseudonim „Człowiek ze szkła”. Choć niestety również i to drugie określenie jest boleśnie prawdziwe. Prime time Litmanena mógłby przecież potrwać znacznie dłużej.

AJAX ZNÓW NAS WSZYSTKICH OCZARUJE I WYGRA W LONDYNIE?
KURS 3.35 W ETOTO WYGLĄDA KUSZĄCO!

Spuścizna pozostawiona przez Jariego objawia się też w tym, co sądzi o nim kolejne pokolenie wielkich napastników.

Wayne Rooney: – Godzinami oglądałem w akcji Litmanena. Starałem się zrozumieć, w jaki sposób wyszukiwał sobie przestrzeń na boisku. Jeżeli na niego spojrzysz, to nigdy nie masz wrażenia, ze gdzieś mu się spieszy. Potrafił doskonale korzystać z dostępnego czasu, nawet jeżeli miał tylko parę sekund na zagranie piłki. Czynił przemyślane ruchy. Kiedy widział przed sobą bramkarz, nie panikował. Analizował i odnajdywał najprostszą drogę do siatki.

Zlatan Ibrahimović: – Litmanen był moim wybawicielem. Uratował moją karierę. Był tak dobry, tak poświęcony futbolowi, tak doświadczony. Jari na boisku prowadził cię za rękę. Cały czas do ciebie mówił, radził, po prostu czynił cię lepszym na boisku. Był jak trener, którego cały czas masz u swojego boku. On pozwalał innym zawodnikom na lepszą grę.

Dziennikarz FourFourTwo, Paul Simpson napisał natomiast w swoim felietonie, że Litmanen zrobił mniejszą karierę, niż wskazywał na to początkowo jego talent. To powszechna opinia. Fina porównuje się do Thomasa Muellera, przedstawiając go – być może nieco deprecjonująco? – jako doskonałego piłkarza systemowego, ale nie gościa, który jest w stanie robić różnicę w każdych warunkach. Może i jest w tym trochę racji? Z drugiej strony – najwybitniejszy lider to taki, który nie przesądza o losach meczu w pojedynkę, ale czyni wszystkich swoich partnerów lepszymi i pozwala im wyprowadzać decydujące ciosy. I w tym względzie Jari Litmanen u szczytu formy nie miał sobie równych. Swoją obecnością na placu gry dawał kolego 20% bonusowych umiejętności.

Być może wielkości Litmanena nie odzwierciedlają do końca statystyki, indywidualne nagrody i liczba trofeów. Lecz świadectwa jego byłych kolegów są w tym przypadku znacznie bardziej miarodajne.

Michał Kołkowski

fot. newspix.pl

***

ETOTO już na start możecie skorzystać z oferty powitalnej, pozwalającej zgarnąć łącznie 1040 złotych! Rejestracja konta to freebet 20 zł za darmo. Pierwsza wpłata to bonus 200% aż do 100 zł, druga – kolejny bonus, tym razem 100% aż do 900 zł. Dodatkowo za dokonanie drugiego depozytu o wartości co najmniej 40 zł, ETOTO przyznaje kolejny freebet 20 zł.

W TYM MIEJSCU ZNAJDZIESZ OFERTĘ POWITALNĄ (20 ZŁOTYCH FREEBETU)