Wulkan emocji, który chce przygasnąć
Weszło Extra

Wulkan emocji, który chce przygasnąć

Kiedyś Wojtek Kowalczyk, który swoją drogą załapał się na sam początek Aleksandara Vukovicia w Legii, powiedział o Aco, że odesłałby go do kierowania ruchem na skrzyżowaniu, ponieważ tak biegły jest Vuković w machaniu rękami. Rzeczywiście, pamiętamy Vuko, gdy jako asystent – ale i trener tymczasowy – skupiał się w dużej mierze na odganianiu much. Nie było przecież z tego wyników, Legia pod jego wodzą potrafiła przegrać nawet z Dudelange u siebie, nie dostawała od trenera nowego impulsu.

Jednak teraz widać, że do kolejnej próby Vuković podszedł inaczej. Ten wulkan emocji nieco wygasł, włożył garnitur i cóż, może to przypadek, ale w końcu dał Legii kopa, którego przy wcześniejszych jego podejściach brakowało.

– Nie wiem, czy wcześniej widziałem Vuko w garniturze. Aż się zdziwiłem. Jest spokojniejszy. Utkwiło mi w głowie, że gdy Legia grała z Cracovią i strzeliła gola w ostatniej minucie, to Vuko się nie cieszył, tylko tłumaczył coś Cafu. To nie jest chyba tak, że on się zmienił, ale być może zmienił coś w sobie w podejściu do bycia trenerem. Nie chce być szkoleniowcem aż tak impulsywnym – mówi Marcin Smoliński.

– Kiedy wkładam garnitur, nie zachowuję się nadpobudliwie. Dlatego nie dziwi mnie przemiana Vuko. Musiał zmienić swoje podejście, choć cały czas zachowuje charakter, jakim się cechował – jeżeli prawdą jest, że w trakcie meczu z Lechem opierdzielał Cafu, to mamy najlepszy tego dowód. Lubię trenerów-wariatów, Vuko takim trenerem-wariatem jest, ale wiedział, że musi przyhamować. To, co uchodziło płazem asystentowi Vukoviciowi, nie upiecze się trenerowi Vukoviciowi – twierdzi Bogusław Łobacz, były wieloletni kierownik Legii Warszawa.

– Jak zobaczyłem go w garniturze, to mówię: „Ooo, pan trener”. Jakby dojrzał do tego, że pora wyjść z cienia. Stać się pierwszym szkoleniowcem, takim pełnoprawnym. Wziąć odpowiedzialność i pokazać swoje umiejętności. Można powiedzieć: wreszcie. Przez tyle lat podglądał trenerów, zbierał szlify, że w końcu musiał dostać szansę. Pamiętam, jak zaczynał w Koronie. Rozmawiałem z nim na obozie, jak czuje się w roli asystenta. Mówił, że nie spodziewał się, iż trenowanie niesie za sobą tyle obowiązków. Jak jesteś piłkarzem, to tylko odbębniasz trening i koniec. Ot, dbasz jeszcze o dietę. A będąc trenerem, planujesz, podsumowujesz treningi. Inny świat – mówi Michał Siejak z Korona TV.

– Byłem tak zdziwiony, oglądając Vuko proszącego sędziego głównego i technicznego, by nie wyrzucać go na trybuny w meczu z Lechem, że aż mi się trochę zrobiło go żal – dodaje Wojciech Hadaj. Bo też rzeczywiście: piszemy, że Vuković się uspokoił, mówią to nasi rozmówcy, a tu psikus. Przy pierwszej porażce trener ląduje na trybunach. No, ale właśnie, mamy wątpliwości, czy taka decyzja była jednak potrzebna, ponieważ widzieliśmy w tym sezonie wielu trenerów reagujących mocniej, którzy swojego stanowiska nie opuszczali. Vuković wyleciał natomiast za kopnięcie bandy. Tak komentował tę decyzję: – Uspokajałem wszystkich jako pierwszy, a w nagrodę zostałem odesłany na trybuny. Nie wiedziałem, że może się to stać po krytyce własnego zawodnika. To nowe doświadczenie. Będę musiał się chyba jeszcze bardziej dostosować i zrozumieć, że niektórzy mają z wyczuciem tyle wspólnego, co ja z baletem albo operą. Muszę uważać na bandy reklamowe, bo może być tak, że ktoś uzna to za atak.

Trenera broni też Hadaj: – Sa Pinto co mecz kopał te bandy, a jakoś nie lądował na trybunach. Moim zdaniem Vuković się uspokoił, natomiast tylko on sam wie, ile to wszystko go kosztuje, na ile musi walczyć z samym sobą.

Z kolei Czereszewski, grający z Vukoviciem w sezonie 01/02, tej większej powagi i większego spokoju od szkoleniowca Legii, kimkolwiek by był, po prostu oczekuje. – Nie powinien kopać tej bandy. Jego zachowanie zmierza w dobrym kierunku, ale trenerów poznaje się nie wtedy, gdy idzie, ale wtedy, gdy nie idzie. Trenerzy prowadzący Legię czy Lecha są na świeczniku i nie mogą sobie pozwolić na żadne kopanie band czy innych bidonów. Tacy ludzie pokazują, że nie wytrzymują ciśnienia, szkoleniowiec powinien trzymać fason. Tym bardziej że to są osoby publiczne, dzieci je oglądają, nie ma co robić wiochy.

Walka z samym sobą Vukovicia więc trwa, a przecież wszyscy doskonale sobie zdajemy sprawę, że przeciwnik nie jest łatwy. Serb to człowiek z mocnym charakterem, a przy tym z bardzo wybuchową osobowością. – Miałem i chyba mam dobry kontakt z Vukoviciem, no, poza jedną sytuacją. On był asystentem Magiery, trwały przygotowania do rundy, z tych przygotowań wynikało, że Legia będzie grała w finale Ligi Mistrzów, a oczywiście pierwszy mecz przyniósł wpierdol 1:3 od Górnika. Ja Vukovicia spotkałem w jednym z pokojów klubowych i powiedziałem mu, że gra była fatalna, jak tak można? On się wtedy zdenerwował, doszło do kłótni, był tak wściekły, że będąc w nie swoim pokoju, w moim też nie, po prostu czyimś, kazał mi z tego pokoju wyjść, bo go drażnię, wkurwiam i mam się nie odzywać, skoro się nie znam. W jego oczach widziałem chęć morderstwa. Nic by się wielkiego nie stało, ale ja, nie chcąc eskalacji tej jego złości, wyszedłem. Minęło kilka dni i spotkaliśmy się. On z taką niepewnością do mnie przyszedł i mówi: – No co ty, nie przywitasz się? Poniosło mnie, wiesz, nerwowy jestem. Odpowiedziałem mu, że go rozumiem, że mi też zależy na Legii i przybyliśmy piątkę. Nie czuliśmy do siebie żadnej złości – dopowiada Hadaj.

– Pewnego razu graliśmy z Wisłą Kraków. Ważny mecz dla Vukovicia, bo zbierał do kupy przeżycia i z Legii, i z Korony, przez co wychodził na te spotkania bardzo napompowany i wyjątkowo zmotywowany. Paweł Sobolewski siedział w szatni i mył zęby. Vuko przeszedł, spojrzał i wypalił: „Sobol, my mamy się z nimi napierdalać, a nie całować” – mówi Paweł Grabowski, niegdyś kierownik pierwszej drużyny Korony Kielce. – Jeżeli były okopane drzwi, jeżeli były zniszczenia, jeżeli latały krzesła czy szafki, to generalnie najczęściej było zasługą Vuka. Nie znosił porażek – dodaje Łukasz Tomczyk, obecny kierownik Korony.

4

– Pewnie, że Vuko był nerwowy. Nie lubił przegrywać. Złapałem to od niego, że nawet w gierkach treningowych jak przegrał, to był mega zdenerwowany. Jego zdanie było takie, że jak chcesz być zwycięstwo, to musisz wygrywać wszystko. Czy gierka treningowa, czy mecz towarzyski. Dla niego zwycięstwo jest najważniejsze w piłce – dodaje Smoliński.

– Mam wrażenie, że – patrząc na jego impulsywność – dostawał mało żółtych czy czerwonych kartek. Choć pamiętam mecz z Wisłą Kraków – wiadomo, napięta atmosfera – jak skoczyli sobie do gardła z Radkiem Sobolewskim. Dwa bardzo mocne charaktery, które nie dają sobie w kaszę dmuchać. Ale no, jest impulsywny. Bałkańska mentalność. Patrzę na jego zachowania na ławce i wydaje mi się, że wie, iż musi nad tym jeszcze sporo pracować, żeby zbyt często nie wylatywać – twierdzi Siejak.

I jeszcze Hadaj: – Ja rozumiem Vuko, bo sam też jestem impulsywny i – teraz już rzadziej – ale zdarzało mi się czasem coś szybciej zrobić, niż pomyśleć. Poza tym trzeba pamiętać, że ludzie z tamtej części Europy są strasznie nerwowi i impulsywni. Dopiero po chwili myślą, że może to jest niepotrzebne. I tak samo było właśnie ze mną: najpierw chciał mnie zamordować, a dopiero po dwóch-trzech dniach poczuł się z tym głupio.

Czyli wulkan emocji, czasem furiat, nastawiony jednoznacznie na zwycięstwo. To fakt. Natomiast też nie ma co robić z Vukovicia idioty, który krzykiem i złością chce osiągać sukcesy. Nie, nasi rozmówcy charakteryzują go jako człowieka inteligentnego i charakternego, ale teraz już w pozytywnym kontekście. – To jeden z najbardziej inteligentnych osób, z jakich miałem okazję współpracować. Umiał się odezwać, umiał powalczyć o dobro zespołu w gabinetach prezesów. Teraz takich ludzi z charyzmą i inteligencją brakuje w Koronie, ale też w wielu klubach. Poza tym był profesjonalistą w każdym calu – mówi Tomczyk.

– Graliśmy w Kielcach z Zagłębiem Lubin. Przegraliśmy, wówczas strasznie wykartkował nas sędzia Paweł Pskit. Dostaliśmy cztery czerwone kartki, między innymi Vuko – niby za niesportowe zachowanie. Że burknął do sędziego, coś takiego. Mnie również wyrzucono na trybuny, więc kilka dni później wspólnie jechaliśmy na posiedzenie Komisji Ligi. Odpowiadaliśmy, Vuko bronił nas w taki sposób, że panowie z komisji stwierdzili, iż nie daliby nam tej kary. Bo tłumaczył się tak zgrabnie, tak inteligentnie. Plus świetnie znał język polski. Ale dostaliśmy dwa mecze pauzy, gdyż klub w ciągu 48 godzin nie złożył odwołania – dodaje Grabowski.

– Vuko wniósł do Korony olbrzymie wyrachowanie. Wprowadził spokój i rozwagę w szatni. Wiadomo było, że jest rozsądnym człowiek i ciągnie za sobą bagaż dużego doświadczenia. Był kapitanem Legii, cały czas walczył z presją. U nas nie musiał dużo mówić, nie wychylał się, ale swoim zachowaniem wprowadzał pewność siebie do szatni. Trudno wskazać konkretne momenty, ale znamienne było to, że byliśmy młodsi i zaczynaliśmy budować szatnię. Vuko miał ważny głos, kiedy trzeba było, to nas hamował. Rozmawiał. Trafił na fajny moment, połączyły się ciekawe charaktery. Wpasował się – opowiada Kamil Kuzera, jedna z twarzy słynnej bandy świrów.

Tomczyk: – Dla mnie wejście do pierwszej drużyny było ogromnym przeżyciem, bo robiłem wywiady, prowadziłem stronę internetową i nagle zostałem kierownikiem zespołu. Byłem wtedy stosunkowo młodym gościem, miałem 25-26 lat i między innymi Vuko widział ten mój stres, sprytnie to wykorzystując. Najlepiej pamiętam wyjazd na obóz do Rybnika, stałem pod autokarem, który jeszcze nie zgasił silnika, a Vuko już stał na balkonie i darł się, że mu odpadł herb z koszulki. „Kierowniku, jak to jest w ogóle możliwe?!”. Następnie, jak poszedłem do niego do pokoju, stwierdził, że ma łóżko ze zbyt miękkim materacem i coś z tym trzeba zrobić, bo nie będzie na takim spał. Ale potem dało się odczuć, że wspiera mnie. Widział moje zaangażowanie.

Hadaj: – Pierwsze wrażenie jakie na mnie zrobił to takie samo, jakie robią inni piłkarze przychodzący do Legii z tamtych rejonów Europy. Przyszedł tutaj, bo żaden lepszy klub go nie chciał, w jego ukochanym Partizanie uznali, że jest za słaby. Pojawił się i pomyślałem, że liczy na kasę. Natomiast Vuković bardzo szybko zmienił to moje myślenie o nim, bo w różnych rozmowach pokazał, że kasa kasą, ale naprawdę poważnie traktuje ten klub i zależy mu na dobrych wynikach przy jego udziale. Bardzo ważna rzecz, podkreślana często przy rozmowach o obcokrajowcach. Bardzo szybko nauczył się języka polskiego. Dzisiaj Vuko mówi przepięknie po polsku. Oczywiście ma słowa, które wymawia troszkę inaczej, niż się wymawia normalnie, ale zaimponował mi, jak sprawnie opanował język polski. Nauczył się go w zaledwie rok. Nie spotkałem się z sytuacją, by ktoś zrobił to szybciej.

Grabowski: – Dla Vuko było ważne, żeby piłkarze, którzy przyjeżdżają do Polski, szybko uczyli się naszego języka. Pamiętam, jak przyjechał do nas Vlastimir Jovanović, czyli gość z Bośni i Hercegowiny. Był też Nikola Mijailović. Jovanović przyjechał, okazało się, że jest bardzo cichy. Mieliśmy informację, że nie zdołał zaaklimatyzować się w Turcji, nie złapał kontaktu z kolegami i wrócił do Serbii. Dlatego Vuko, wraz z Mijajloviciem, wzięli go pod opiekę. Były święta, lany poniedziałek. Nagle dzwoni Vuković. „Wszystkie restauracje w Kielcach są pozamykane, chciałem iść z Jovą na obiad, a nie mam gdzie” – mówił. Pamiętam, że skończyło się tak, iż jedliśmy u mnie. Generalnie troszczył się o niego. Zadbał, żeby Jovanović miał prywatnego nauczyciela języka polskiego, którego szybko wynająłem na koszt klubu. Jova machał głową, że nie chce nauczyciela, ale tak naprawdę nie miał za wiele do powiedzenia. Decydowali koledzy – Vuko i Mijajlović. „Masz uczyć się polskiego i już”. Po trzech czy czterech miesiącach patrzę, a Vuković mówi do niego w szatni po polsku. Jeszcze nie znał naszego języka, ale – jak widać – musiał się szybko nauczyć.

Były kierownik Korony kontynuuje: – Z Vukovicia aż kipiało charyzmą. Przekonywał swoim zachowaniem. Bardzo ważna postać szatni. Nie był mistrzem pierwszego planu, nie wychylał się. Inteligentny i mądry chłopak, który wolał pozostać w cieniu, ale nic nie odbywało się bez jego udziału. Rozważny człowiek, prawdziwy lider. To, co powiedział w szatni Vuko, stanowiło bardzo ważne zdanie. Sporo wnoszące do dyskusji. Dość powiedzieć, że – według mnie – gdyby nie Vuković, nie byłoby bandy świrów. Kojarzymy ją bardziej z Korzymem, Kuzerą czy Lisowskim, ale wszystko spajał Serb. Był taki, że potrafił skrytykować każdego, nawet mnie. Kręciłem nosem, ale z czasem zdałem sobie sprawę, że jak Vuko krytykuje, to ma powód. To coś jest nie tak, jak być powinno. Rozmawiał w cztery oczy, zazwyczaj miał rację. A czy potrafił ostro skrytykować? Powiem inaczej – dosadnie. Kiedy Vuković podnosił głos i denerwował się, wniosek był jasny – jest źle, naprawdę bardzo źle. Nie pamiętam konkretnych sytuacji, ale po meczach zdarzało się, że miał pretensje do obrońców, gdy przegrywaliśmy wysoko, czy wkurzał się na napastników.

– Jeżeli była potrzeba wstrząsnąć zespołem, to umiał krzyknąć, dać wskazówki i z tylnego siedzenia poprowadzić drużynę. Jak przemawiał trener – okej, ale jak mówił Vuković to też w dosadnych słowach i większość zespołu go słuchała. Nie wiem, jakie zdanie mieli o nim inni zawodnicy, ale ja, jako młody chłopak go słuchałem. Natomiast on nie wytykał błędów na zasadzie Smoliński to, Korzym to. Bardziej: weźmy się wszyscy w garść, bo gramy piach, a trzeba wygrać – mówi Smoliński.

– Vuko nie był osobą, która miała w Koronie opaskę kapitańską. Nie zabiegał o nią, wolał pozostawać w cieniu. Ale w momencie kryzysu potrafił się odnaleźć. Gdy krzyknął, wszyscy słuchali, co miał do powiedzenia. A później trafił na bandę świrów… Z perspektywy czasu sądzę, że każdy, kto do niej należał w tym momencie, w obecnej Koronie, byłby kapitanem – opowiada Siejak, a ówczesny kierownik drużyny, Paweł Grabowski, przytacza sytuację, która definiuje i charakter, i, przede wszystkim, pozytywne nastawianie Vuko do walki na boisku. – Pamiętam, jak zaczęliśmy sezon 2011/12. Dziennikarze pisali, że jesteśmy do spadku. Bez szans na utrzymanie. Pojawiła się bardzo, bardzo mocna nagonka. Ktoś odszedł, nie dokonaliśmy transferów. Przyszedł Leszek Ojrzyński, wówczas niedoświadczony trener z niższej ligi. Generalnie jedna wielka niewiadoma, przez co w klubie – zarówno wśród zawodników, jak i pracowników – czuło się, że kto wie, być może zmierzamy w złą stronę. Skoro nie mamy znanego szkoleniowca, skład jest osłabiony, a wszyscy dziennikarze jak mantrę powtarzali: „Korona do spadku, Korona do spadku”. Więcej – na pierwszy mecz z Cracovią, jako kierownik drużyny, dostałem przykaz od dyrektora sportowego, że mamy jechać w dniu meczu, bo szkoda pieniędzy. A graliśmy bardzo wcześnie, chyba o 13:30. Wyjechaliśmy z samego rana, musieliśmy zatrzymać się na stacji benzynowej, żeby nie wjechać za wcześnie na stadion. Dojechaliśmy w nieciekawym nastroju, potem straciliśmy bramkę. Ale Vuko wyrównał z karnego, wygraliśmy 2:1. Potem zszedł z boiska, cały napompowany, poklepał mnie po plecach i powiedział: „Nie martw się, kiero, tak łatwo nas z tej ligi nie wypierdolą” – mówi.

Siejak: – Był taki mecz, gdzie wygrywaliśmy 3:0. 90 minuta, a „Vuko” – mimo wszystko – atakował rywali, stosował pressing. Przykład dla młodych, że nie wolno odpuszczać. Bez względu na wiek, nawet przy takim wyniku.

Tomczyk: – Vuković nie lubi dziadostwa. Chce widzieć w swoim otoczeniu profesjonalizm.

ALEKSANDAR VUKOVIC, LUKASZ SURMA WISLA PLOCK - LEGIA WARSZAWA PILKA NOZNA 18.10.2003. PLOCK FOT.: GRZEGORZ MICHALOWSKI --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Gdy mowa o Vukoviciu, wybuchowość i charyzma przeplata się z inteligencją, ale – prędzej czy później – temat schodzi na gadkę o lojalności.

– O wiele dłużej niż piłkarzem czy trenerem jestem kibicem. Jeździłem na wyjazdy za Partizanem Belgrad, mogę o sobie powiedzieć, że jestem fanatykiem. Fanatykiem, który nigdy nie był chuliganem. Doskonale rozumiem wszystkie możliwe uczucia każdego fanatycznego kibica dowolnej drużyny, więc jako piłkarz nie wyobrażałem sobie grania w koszulce danego klubu bez emocjonalnego przywiązania się do barw. Jako trener dziś chciałbym, by zawodnicy, którzy grają dla klubu, doskonale wiedzieli i pamiętali, że to coś więcej niż miejsce pracy. Humor bardzo dużej grupy osób zależy od tego, jak wiedzie się ich klubowi. Doskonale znam te uczucia i wiem, że większość kibiców woli usłyszeć prawdę. Gdy w Kielcach powiedziałem od razu, że Legia jest dla mnie najważniejszym klubem w życiu i nigdy nie zmienię swojego podejścia, wielu myślało: „Co on opowiada?! Jakim prawem?!”. Każdy kibic po przemyśleniu to jednak uszanuje, bo wie, że tu nie ma żadnej próby przypodobania się w najłatwiejszy możliwy sposób. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że Legia jest taka czy taka. Nie tędy droga. Pierwszego dnia nie mogłem powiedzieć, że Korona jest dla mnie ważnym klubem, ale teraz mogę – cieszę się, gdy wygrywa, zawsze będę czuł do niej sentyment i szanował – tłumaczył sam Vuković dwa lata temu w wywiadzie z nami.

Siejak: – Kiedy Vuko był w Koronie, nie ukrywał, że Legia jest jego klubem. Po jednym z meczów kibice świętowali z piłkarzami, a Vuković nie śpiewał. Fani mieli do niego pretensje, na filmach również widzieli, że rzadko nie tyle intonował przyśpiewki, co w ogóle brał udział w cieszynkach. Pozostawał w cieniu. W rozmowie z kibicami powiedział wprost: „Słuchajcie, nie chcę całować herbu na pokaz. Mówię wam wprost, że jestem związany emocjonalnie z Legią, ale w Koronie daję z siebie sto procent. Jednak nie chcę być nie fair wobec kibiców z Warszawy”. Co najlepsze, fani wszystko zrozumieli i nie mieli do niego żadnych pretensji. Zyskał dużo więcej szacunku prostym postawieniem sprawy niż tym, gdyby zaczął nagle całować herb.

Grabowski: – Na początku, jako pracownicy, kręciliśmy nosem. Jak przyszedł, nie ukrywał szacunku do Legii. „No jak, siedzi w szatni, gra w Koronie, a jest tak przywiązany do innego kubu?” – myślałem. Jako kierownikowi drużyny nie było mi na rękę, że w taki, a nie inny sposób wyraża szacunek do swojego dawnego zespołu. Jasne, nie wchodził do szatni i nie malował „elek”, ale wypowiadał się w jednoznaczny sposób. Jednak przekonał i nas, i kibiców, że jest po prostu szczery w tym, co mówi. Wiedzieliśmy, że robił wszystko, by Korona wygrywała. Nie kalkulował. Szacunek do Legii był wartością, młodzi zawodnicy zobaczyli, że takie podejście jest ważne i zaczęli jeszcze mocniej szanować Koronę. Powoli powstawała banda świrów i przeświadczenie, że klub to nie jest zwykła praca, lecz coś więcej. A kibice? Po pewnym czasie uznali, że fajnie, gdyby Korona miała piłkarzy, który szanowaliby ją tak, jak Vuković swój poprzedni klub.

Tomczyk: – Nie przypominam sobie żadnego przypadku, by miał jakikolwiek problem z kibicami Korony Kielce. Myślę, że wiele dała mu szczerość i inteligencja. On nie ukrywał swojej miłości do Legii. Potrafił powiedzieć o niej wprost. Ludzie to uszanowali, bo ludzie wolą szczerość, niż przechodzenie z klubu do klubu i całowanie wszystkich herbów. To jest zakłamanie. Vuković zyskał tym szacunek, ale też swoją grą. Jak był zdrowy, to zawsze pomagał na boisku. Pamiętam też, że gdy była ciężka sytuacja z kibicami, którzy mieli jakieś problemy z policją, to Vuko wstawił się za nimi.

Chodzi o czas, gdy policja – krótko mówiąc – zawracała mandolinę i karała fanów na przykład za wulgaryzmy. Vuković powiedział wówczas: – Jeżeli to jest tylko powód, że karze się za słowa na k.., na ch…, czy za brzydkie śpiewy na PZPN, to nie jest w porządku. Ja pierwszy nie powinienem dostać możliwości wychodzenia na boisko, bo używam takich słów, gdy są emocje. To nie jest teatr, to jest stadion.

Siejak: – Po porażce z Widzewem, gdy byliśmy pewni, że nie zagramy już ani o mistrzostwo, ani o europejskie puchary, Vuković wziął udział w konferencji prasowej przed meczem z Legią. Powiedział fajne słowa. Że nie spodziewał się tego, iż spotka go tak piękny moment. Że będzie grał w takiej drużynie jak Korona Ojrzyńskiego. Że będzie czuł radość z gry w piłkę. Podziękował wszystkim za przeżycia, których doznał. Każdy wówczas poczuł, że Korona nie jest jego największą miłością, jasne, ale zajęła spory kawałek serca. Te słowa były fajne, szczere.

Kuzera: – Wszyscy wiedzieliśmy, że utożsamia się z Legią, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że w każdej sytuacji możemy na niego liczyć. W każdej, naprawdę. Oczywiście, ludzie, którzy nie mieli pojęcia o tym, jaki jest, próbowali wyciągać różne rzeczy. Że mu nie zależy, że przyszedł dla pieniędzy. Ale to bzdury, w szatni nie było o tym mowy. Kurczę, przecież „Vuko” nawet zrezygnował z kontraktu, choć miał jeszcze ważną umowę!

Właśnie, mówiąc w skrócie – Vuković w Koronie Kielce zrezygnował z roku kontraktu gwarantującego wygodne życie, uznając, że to nie fair, by pobierać taką wypłatę i nie być w stanie przez kontuzję dać z siebie stu procent. – Dosłownie wykupiłem sobie prawo, by mówić o honorze – przyznawał po czasie.

Siejak: – W drugim sezonie Ojrzyńskiego Vuko zmagał się z kontuzją biodra, stracił sporą część rozgrywek. W kwietniu wrócił, zagrał z GKS-em Bełchatów, ale po meczu nadal odczuwał ból i wiedział, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Miał roczny kontrakt, chyba dosyć dobrze opłacany, ale postawił sprawę jasno – nie chciał nikogo oszukiwać i zrzekła się umowy. Zakończył karierę. Chciał być uczciwy wobec klubu. Człowiek z zasadami. Myślę, że życie go za tę decyzję nagrodziło, w końcu karierę trenerską zaczął u nas w Kielcach, za Pachety.

Inna sprawa, że koniec końców pożegnał się z Koroną w nieciekawych okolicznościach. Jakby zupełnie niedoceniony. – Wielu ludzi w Kielcach w ogóle o tym nie wie, a zrobiłem coś, czego 99,99% zawodników by nie zrobiło. Zresztą koledzy mówili mi, że jestem nienormalny. Nie poczułem ze strony pewnych osób w Koronie zwykłej wdzięczności. Jako trener asystent pracowałem za niecałe 10% swoich zarobków piłkarza, podpisałem kontrakt na rok. Po pół roku udanej pracy i utrzymaniu się w lidze przyszedł trener Tarasiewicz. Zupełnie to rozumiem, że nie widział mnie w swoim sztabie, normalna rzecz. Prezes Paprocki wezwał mnie do siebie na rozmowę i powiedział: „Słuchaj, Vuko. Pół roku kontraktu jeszcze ci zostało. Jestem teraz w takiej trudnej sytuacji… Trochę niewdzięcznej… Czy jest szansa, żebyśmy ten kontrakt rozwiązali?”. Ja naprawdę się w sobie uśmiechnąłem, bo to aż brzmi śmiesznie. Na kontrakcie, którego się zrzekłem, mogłem w tym samym czasie zarobić tę kwotę w pół miesiąca. „Jak pan myśli, będę z panem walczył?” – odpowiedziałem. Nie było z ich strony inicjatywy, by wymyślić dla tego człowieka inne zajęcie w klubie, by mógł zarobić te 5% starego kontraktu, które chwilę temu dobrowolnie zostawił w kasie – opowiadał.

To w ogóle ciekawe, że „Vuko”, tak angażujący się i oddający serce klubom, w których występował, nie zawsze żegnał się z nimi w przyjemnych okolicznościach. Przecież tak samo było w Legii, gdzie odszedł przez pieniądze. Chodziło o 20 tysięcy euro w skali roku. Samemu Vukoviciowi zależało bardziej na zasadach i poczuciu, że jest doceniany niż na samej kasie. – „Vuko” nie mógł się dogadać w sprawie nowego kontraktu. Dowiedział się, że jacyś śmieszni piłkarze dostają większe pieniądze i honorowo się ujął, odszedł grać dla jakiegoś śmiesznego klubu w Grecji. Potem wrócił, znów się nie mógł dogadać i poszedł do Korony Kielce. Ale zawsze pokazywał Żylecie, że jest legionistą, bił im brawo, Żyleta biła mu. Wśród kibiców Legii, nawet jak grał w Koronie, miał wielkie uznanie – opowiada Hadaj. I dodaje: – Vuko w Legii był często traktowany tak jak większość ludzi, którym zależy. Czyli jak śmieć. Nie mógł się dogadać w sprawach kontraktu – chciał podwyżkę, Legia się ociągała, rozeszło się, że przyszedł jakiś gamoń i dostał kosmiczne pieniądze. Dlatego Vuko stwierdził, że odchodzi do Korony.

– Vuko pasował do legijnego towarzystwa, mimo że nie zawsze miał łatwo. Przecież była taka sytuacja, że jako zawodnik chciał w Legii zostać, ale koniec końców wkurzył się i odszedł. Był kochany, doceniany, ale pieniądze przecież musiał zarabiać. Kibice pewnie pamiętają – „Vuko pinokio” i te sprawy. Ale wtedy zadziałało zupełnie coś innego, niż kwestie związane z przywiązaniem do klubu. Ktoś go olał, ktoś go zdenerwował. Jak kogoś się nie chce, to się robi wszystko, żeby zniechęcić go do pozostania w klubie. Nie miał po drodze z władzami Legii, a kibice zawsze przyjmują jedną stronę. Stąd konflikty. Kibic nie zawsze zna prawdę. Też z Legii wyleciałem i przez pół roku miałem straszny żal, ale zdałem sobie sprawę, że pewni ludzie prędzej czy później odejdą, a ja zostanę. Chociaż na trybunach. I tak się stało, właśnie tak samo było z Vuko, z tym, że on wrócił na ławkę trenerską – opowiada Łobacz.

Po czasie sytuacja uległa poprawie. Dość powiedzieć, że Legii był tak wdzięczny za daną mu szansę, iż był w stanie w pierwszych miesiącach w roli trenera-obserwatora dopłacać.

Hadaj: – To jest największy legionista spośród wszystkich piłkarzy z zagranicy, jakich pamiętam. Absolutnie. Numer jeden. Bezdyskusyjnie.

Łobacz: – Dziś o sile klubu decydują wykresy, słupki, tabele, excele i trele morele. A przecież zawodowa piłka jest niewymierna, nieobliczalna. Wymagająca wielu poświęceń. Trzeba mieć w sobie coś więcej niż zwykłe, korporacyjne podejście. Wiem, że zmieniły się czasy. Że piłkarze nie dożywają w klubach do emerytur. W porządku, ale mam swoje lata i pamiętam, jak było kiedyś. Cały czas powtarzam, że ktoś, kto spędził w klubie kilkanaście lat, będzie patrzał na wszystko inaczej niż gość, którzy przyjechał tutaj tylko na chwilę. Zawodowy piłkarz nie musi całować herbu, pokazywać „elki” i nie wiadomo co. Ale są tacy ludzie, którzy – tak jak kibice – przychodzą raz i zostają. Dla mnie kimś takim jest Vuko. Pamiętamy, jakim był asystentem – robił atmosferę. Był szczery, zero zakłamania. Lubie mogą szydzić, ale ktoś, kto pracował w korporacji, nigdy czegoś takiego nie zrozumie. Mam takie powiedzenie: „Więcej Legii w Legii”. Im więcej chłopaków z Warszawy, czy związanych z klubem, tym lepiej. Dlatego dobrze, że w Legii jest Vuko, dzięki niemu drużyna odzyskała trochę charakteru. Jak masz wymagającego szefa, musisz dać z siebie więcej. Myślę, że Vuko jest i wymagający, i sprawiedliwy. Dlatego piłkarze go szanują. Przecież przyszedł do rozpieprzonej szatni i poukładał wszystkie klocki. Legia wskoczyła na chwilę na pozycję lidera, co jeszcze kilka tygodni temu wydawało się mało prawdopodobne.

Znowu Łobacz: – Jak byłem kierownikiem Legii, widziałem wiele odpraw. Nierzadko trener wchodził, trochę pokrzyczał, powiedział, że oczekuje zwycięstwa i koniec. I to była cała odprawa. Jasne, czasami takie podejście jest potrzebna, uważam, że Vuko byłby w stanie coś takiego zrobić, ale nie można przesadzać. Na szczęście Serb posiada nie tylko charyzmę, ale i odpowiedni warsztat.

Tomczyk: – Początki Vuko w trenerce, jako asystent Pachety, polegały na przyglądaniu się treningom i kwestiach technicznych: rozstawianiu sprzętu, nagrywania treningów, jeżdżenia na jakieś mecze. Wiadomo, chciał mieć od początku większy wpływ na prowadzenie treningów, ale cokolwiek Pacheta mu nie wymyślił, nie widziałem, by Vuko mu się sprzeciwił czy okazał jakieś niezadowolenie. Wręcz przeciwnie – wiedział, że wchodzi na nową drogę i że ona musi zacząć się od podstaw. Teraz to procentuje.

JOSE ROJO MARTIN PACHETA (L) ALEKSANDAR VUKOVIC (P) GORNIK ZABRZE (BIALE / WHITE) - KORONA KIELCE (CZARNE / BLACK) PILKA NOZNA, T-MOBILE EKSTRAKLASA, FOOTBALL, 01.03.2014, ZABRZE FOT. DARIUSZ HERMIERSZ / SPORT-FOTO.PL / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

No dobra, w takim razie jaki wyłania się z tego wszystkiego obraz trenera Legii? Mówimy o gościu, który – wydaje się – przechodzi sporą przemianę. Która cały czas trwa, jasne, ale impulsywność i wybuchowość Vukovicia została w pewnym stopniu przyhamowana. Zdarza się, że wulkan eksploduje, ale zmniejszył i regularności, i intensywność erupcji. Serb – tak samo charyzmatyczny, jak inteligentny i świadomy – zdał sobie sprawę, że potrzebuje zmiany. Proces trwa, czy skończy się sukcesem – nie wiadomo. Na pewno wymaga ciężkiej pracy, czyli takiej, jaka charakteryzowała Vukovicia podczas kariery piłkarskiej. Takiej, która koniec końców zaprowadziła go na stanowisko pierwszego trenera Legii.

Czy tę posadę utrzyma?

Łobacz: – Prosta sprawa. Jeżeli nie masz za wiele, to cię nie stać na rozrzutność i wydawanie pieniędzy. Uważam, że Legia nie jest klubem na tyle bogatym, żeby pozwolić sobie na zatrudnienie kolejnego trenera, którego poznamy dopiero, gdy tutaj przyjdzie. Jaramy się szkoleniowcami i zawodnikami zagranicznymi, a potem okazuje się, że wielu z nich posiada ogrom mankamentów. Dlatego jeżeli ktoś mnie pyta, czy „Vuko” – bez względu na końcowe rozstrzygnięcia – powinien zostać, to jestem zdania, że tak. Że jest odpowiednią osobą, by trenować Legię.

Osobą, która wyznaje proste zasady. Zamiast pieniędzy – przywiązanie do barw. Zamiast łatwych dróg – uczciwe podejście do zawodu.

Można Serba nie lubić, ale warto doceniać.

PAWEŁ PACZUL

NORBERT SKÓRZEWSKI

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (5)