Tego się już chyba nie da spieprzyć. ŁKS o pół kroku od Ekstraklasy!
Weszło

Tego się już chyba nie da spieprzyć. ŁKS o pół kroku od Ekstraklasy!

Łódzki Klub Sportowy potrzebuje do awansu korzystnego wyniku w jednym z siedmiu spotkań. Wystarczy jedna porażka Stali Mielec w którymś z ich czterech meczów, wystarczy jedno zwycięstwo ŁKS-u w trzech pozostałych spotkaniach i łodzianom już nic nie odbierze upragnionego powrotu do Ekstraklasy. Jesteśmy realistami – taka sytuacja oznacza, że ŁKS może już kupować szampany, może je chłodzić, może nawet naszykować kieliszki. Po siedmiu długich latach, Rycerze Wiosny wracają na swoje miejsce. Dzisiaj udowodnili, że nie będą tam przypadkowym gościem, ogrywając na swoim terenie świeżo upieczonego beniaminka, Raków Częstochowa. 

Na początku tradycyjne statystyki. ŁKS wiosną do tej pory wygrał 8 z 10 spotkań, zdobył 19 bramek, stracił tylko 2. Osiem razy wygrywał do zera, a tak naprawdę lepszym zespołem – prowadzącym grę i tworzącym sobie więcej sytuacji od rywala – był właściwie w każdym wiosennym meczu. Dziś pokazał dokładnie to, co przez całą rundę – konsekwentną grę piłką, szalony, wręcz samobójczo wysoki pressing oraz wysokie umiejętności indywidualne kilku najważniejszych zawodników. ŁKS zagrał po prostu swoje. Ramirez kiwał, Bryła szarpał po kostkach stoperów, Sobociński rozdzielał piłki z pozycji stopera, a Klimczak i Grzesik zasuwali po całej długości boiska.

Tyle pochwał dla ŁKS-u. Fakty są bowiem takie, że akurat dzisiaj łodzianie mieli rywala ze statusem WEAK, albo nawet VERY WEAK. We środę częstochowianie przyklepali awans do Ekstraklasy, nie mamy wątpliwości, że nawet jeśli stuprocentowy profesjonalizm przeszkodził w oblewaniu tego sukcesu, to mentalnie pewne wajchy zostały przestawione. Z zawodników, sztabu szkoleniowego oraz władz klubu spadł ogromny ciężar i nawet jeśli awans Rakowa był właściwie oczywisty od samego początku rundy, to i tak we środę ta drużyna mocno się zmieniła. To było widać w Łodzi, gdzie Raków popełniał niewymuszone błędy, brakowało mu płynności, finezji, w pewnym momencie może nawet pomysłu na grę. Nie trzeba było nawet wielu roszad w składzie, nie trzeba było oszczędzania połowy pierwszej jedenastki – wystarczył terminarz.

Nie da się w sobotę wyjść w pełni sił, jeśli we środę realizujesz cel na sezon, a przez następne dwa dni odbierasz gratulacje. Zresztą – sam przebieg meczu potwierdzał, że częstochowianie potrzebowali czasu na dojście do siebie. Ich najlepszy fragment gry to druga połowa do momentu otrzymania czerwonej kartki. To wtedy goście stworzyli dwie świetne sytuacje, przy których mocno gimnastykował się Kołba. Wydaje się również, że zasłużyli na rzut karny w 81. minucie – gdy zamiast jedenastki sędzia Marciniak pokazał czerwo Petraskowi. Na końcówkę więc Rakowowi został w środku 19-letni Noiszewski i dziś dość chwiejny Kasperkiewicz – nie dziwi zupełnie, że częstochowianie w końcówce wyglądali trochę jak Japonia w pamiętnym meczu z Polską.

Jeśli za coś jeszcze wyróżnić ŁKS, to za bezwzględność. Łodzianie bez litości, bez żadnych skrupułów wykorzystali pierwszą połowę, gdy Raków jeszcze łapał pion po świętowaniu. Gdyby odrobinę skuteczniejszy i zrywniejszy był Sekulski, gdyby nie zabrakło kilku centymetrów przy dograniach z bocznych sektorów boiska – ŁKS mógł to definitywnie skończyć jeszcze przed przerwą. Wypada zresztą pochwalić Gliwę, który dwukrotnie ratował Raków przed utratą gola.

No i co? ŁKS chyba dołącza do Rakowa, dzisiaj zresztą gratulacje łodzianom złożył prezes Wojciech Cygan, wcześniej odbierając pamiątkową tacę od władz łódzkiego klubu. My jeszcze się wstrzymamy, pamiętając choćby awans Górnika Zabrze, ale nie da się zaprzeczyć – tak blisko Ekstraklasy ŁKS nie był od siedmiu lat, gdy z niej widowiskowo zleciał. Łodzian urządzają nawet trzy remisy, co brzmi jak chichot losu, biorąc pod uwagę wyniki ich sąsiadów. Naszym zdaniem jednak – z taką grą ŁKS powinien wygrać nie jeden, a wszystkie trzy pozostałe mecze.

Kiedy najwcześniej łodzianie mogą świętować? Jutro, jeśli Stal Mielec przegra z Chrobrym Głogów. Następna okazja 4 maja o 18.00, gdy Stal zagra w Katowicach, jeszcze kolejna o 20.45 tego samego dnia, gdy ełkaesiacy wybiegną na murawę GKS-u Jastrzębie.

Miarą sukcesu ŁKS-u jest fakt, ze nawet jeśli nie uda się w żadnym z tych trzech przypadków, podopieczni Kazimierza Moskala będą mieli jeszcze kolejne cztery szanse w dwóch ostatnich kolejkach…

fot. NewsPix

KOMENTARZE (9)