Śmieszy mnie gdy mówią: – To trener z charyzmą, a ten nie
Weszło Extra

Śmieszy mnie gdy mówią: – To trener z charyzmą, a ten nie

Latem rozważano, czy dać mu dalej pracować w Piaście. Dziś to sternik rewelacji wiosny, trzeciej drużyny w lidze, która wcale nie musi zadowolić się najniższym stopniem podium. Waldemar Fornalik to kolejny przykład na to, że warto dać trenerowi popracować. 

O etosie pracy sprzątaczki, który także składa się na sukces Piasta Gliwice. 

O mieszkaniu przez dziesięć lat w jednym miejscu, co na rynku pracy trenerów jest sytuacją wyjątkową. 

O pracy z bratem, któremu nie można pobłażać w niczym. 

O charyzmie, która jest mylona z krzykiem. 

O pracy w upadającym Ruchu Chorzów, w którym przekonanie piłkarza do wypruwania flaków na boisku wcale nie było trudnym zadaniem. 

Zapraszamy na wywiad z Waldemarem Fornalikiem. 

***

Aż trochę szkoda, że nie dzielimy już punktów, prawda? Piast miałby tyle samo punktów co Lechia i Legia, szansa na mistrzostwo Polski byłaby bardzo realna, choć i teraz nic nie jest jeszcze przesądzone.  

Nie dorabiam teorii i regulaminów do swoich potrzeb i wygód, jestem za jak najsensowniejszymi rozwiązaniami dla ogółu. Dzielenie punktów było wbrew logice – najwięcej tracił ten, który uzbierał ich najwięcej. Dziś najbardziej poszkodowana byłaby Lechia. To nie było rozwiązanie z duchem sportu, duchem rywalizacji. Dlaczego mam tracić to, co uzbierałem? W dalszym ciągu będę uważał, że nienaturalne jest też dzielenie tabeli na pół. Drużyna z miejsca dziewięć-dziesięć ma oczko-dwa mniej niż drużyna z ósmego miejsca, gra mecze, a tak naprawdę ma już po sezonie. Nie jest powiedziane, że drużyna z dziewiątego miejsca w innym układzie nie zdobyłaby tylu punktów, by znaleźć się wyżej i powalczyć o czwarte czy piąte miejsce, o wiele bardziej korzystne dla klubu, także finansowo. Odbiera im się tę szansę. Nie mówiąc już o tym, że są w ósemce drużyny, które przyciągają na stadion więcej kibiców niż te z dolnej ósemki. Tak samo sprawa tytułu – każdy miałby równiejsze szanse, gdyby gromadziło się punkty przez 34 mecze. Osiemnaście zespołów w 40-milionowym kraju to moim zdaniem optymalna liczba. Widzimy, co się dzieje w pierwszej lidze – są tam kluby o potencjale ludzkim i finansowym. 

Można dyskutować, Zagłębie i Miedź w tym sezonie nie wystawiają pierwszej lidze zbyt dobrych recenzji. 

Wie pan, to też pokazuje, że Ekstraklasa nie jest taka łatwa. Jeżeli ktoś szuka punktów odniesienia do swojej gry w pierwszej lidze i liczy na to, że to tylko zmiana nazwy rozgrywek, życie pokazuje mu, że to brutalne zderzenie się z inną rzeczywistością. Słuchaliśmy opinii ludzi choćby z Zagłębia Sosnowiec, którzy twierdzili, że mają wystarczająco dobrą drużynę, a w końcówce sezonu byli przecież rewelacją pierwszej ligi. Wymogi Ekstraklasy są jednak zupełnie inne. 

Co się w głównej mierze przełożyło na sukces Piasta w tym sezonie? Postawię tezę, że w Ekstraklasie dobrze spisują się drużyny, które mają szeroką ławkę, a to czynnik często niedoceniany przez polskich prezesów. W Piaście, Cracovii czy Pogoni trenerzy mają do dyspozycji po dwóch piłkarzy na każdą pozycję, ławki wyglądają bardzo mocno. Uważa pan, że to się przekłada na sukces Piasta? Nawet, jeśli desygnuje pan stałą jedenastkę, musi przekładać się to na dużą rywalizację o miejsce.

To na pewno jeden z elementów, ale sprawa jest bardziej złożona, wielopłaszczyznowa. Przede wszystkim klub stwarza normalne warunki do pracy – mówimy o zapleczu finansowym, bytowym, organizacyjnym. Gdybyśmy popatrzyli na kadry innych klubów, też dopatrzylibyśmy się dobrych zawodników, którzy się nie łapią. U nas na tę chwilę, a mamy za sobą 32 mecze, kontuzje pojawiają się tylko sporadycznie. Odpukać, by tak było dalej. Stąd też tylu, w cudzysłowie, niezadowolonych, którzy nie grają. Budując kadrę zawsze ma się przed oczami planszę i na każdą pozycję chce się dobrać po dwóch zawodników. Jeśli są oni równorzędni – to bardzo dobra sytuacja dla trenera. 

Na pewno wykonaliśmy ciężką pracę, okresy przygotowawcze nie były łatwe. Zawodnicy bardzo sumiennie trenowali. Zebrał się dookoła świetny sztab ludzi – zaczynając od pana prezesa czy dyrektora sportowego, kończąc na paniach, które sprzątają, piorą. To jedna ekipa, która wkłada w to serce. Widzę w Piaście etos pracy. Każdy stara się robić na swoim odcinku wszystko najlepiej, jak potrafi. Ktoś powie, że to normalne, ale w praktyce różnie bywa. Pracując w poprzednim klubie nie było bogato, a udało nam się zrobić coś wyjątkowego – wicemistrzostwo, trzecie miejsce, dwa razy finał Pucharu Polski. To wynikało z pracy, jaką się wykonało, doboru ludzi – piłkarzy, sztabu. Trzeba się otaczać ludźmi kompetentnymi i odpowiedzialnymi, lojalnymi. To tak na skróty powód tego, że Piast jest dzisiaj w tym miejscu. 

Ale przed nami jeszcze kilka meczów, wiele się może wydarzyć. Wiele meczów było w naszym wykonaniu dobrych i musimy to powiedzieć z nieskromną satysfakcją, bo nie możemy zakłamywać rzeczywistości. Jaki będzie wynik na koniec? Mój kolega już kiedyś powiedział, że to Puchar Maja. Wielu trenerów może mówić, że po fazie zasadniczej zająłem to i to miejsce. Nie, nie, miejsca się rozdaje na koniec sezonu i to będzie dla nas klamra. Zdajemy sobie sprawę, że terminarz nie jest łatwy. Wyjazdy w Gdańsku, Warszawie. Dziwna sytuacja, że drużyna, która jest na trzecim miejscu, ma gorszy układ gier niż ta z czwartego miejsca. Nie ma premiowania na zasadzie „im wyżej, tym lepiej”, ale tak było już ustalone przed sezonem. Przede wszystkim trzeba cierpliwie pracować i – uważam – odpowiednio dobierać ludzi. Mieć wizję, czego się chce, czego się oczekuje od drużyny. 

Jak sprawić, by tacy piłkarze jak Jodłowiec, Badia czy Szmatuła, którzy mieliby pewne miejsce w większości drużyn w tej lidze, nie byli niezadowoleni ze swojej pozycji i nie dawali temu niezadowoleniu upustu w grupie?

Nie dzieje się tak, bo to są normalni ludzie. Ktoś, kto normalnie podchodzi do obowiązków i potrafi uczciwie ocenić sytuację, będzie tak właśnie reagował. Wpajam zawodnikom, że dzisiaj mam wybór i niestety mogę postawić tylko na jedenastu zawodników, ale w każdej chwili każdy musi być gotowy na otrzymaną szanse. Najłatwiej zwiesić nos na kwintę i być niezadowolonym. Trener mówi „dziś jest twoja szansa”, a zawodnik nie jest wtedy w stanie się zmobilizować, bo uważa siebie za pokrzywdzonego. Ten, który jest cierpliwy, czeka na swoją szansę i jest pozytywnie nastawiony, może pomóc drużynie. Tomek Jodłowiec czy Gerard Badia niejednokrotnie wchodzili i pomagali. 

Modelowy przykład to Paweł Tomczyk – po prawie całej rundzie poza kadrą dostał pięć minut w meczu z Koroną, strzelił gola i wywalczył karnego. 

Choćby też Paweł, tak. Mógł się czuć, w cudzysłowie, pokrzywdzony. Był naszym wyborem, reprezentant U-21, który ma szansę jechać na mistrzostwa Europy i nie ma go nawet w kadrze meczowej. Dojrzał w treningu, codziennej pracy. Uznaliśmy, że to jest już ten moment i świetnie go wykorzystał. 

COLAKLI 02.02.2019 MECZ TOWARZYSKI: PIAST GLIWICE - ZORIA LUGANSK 2:2 --- FRIENDLY FOOTBALL MATCH: PIAST GLIWICE - ZORYA LUHANSK 2:2 WALDEMAR FORNALIK ADAM FUDALI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

A propos Tomczyka i piłkarzy z rocznika 1998 i młodszych. Jaki pana zdaniem będzie miał wpływ na młodych piłkarzy przepis o młodzieżowcu? 

Na pewno znajdą się kluby, które nie będą miały z tym przepisem problemów, ale myślę, że będzie ich niewiele. Dla większości to kłopot. Nie ma takiej liczby zdolnych piłkarzy w tych rocznikach, którzy mogliby sprostać wymaganiom Ekstraklasy i prezentować poziom podobny do swoich starszych kolegów. Przepis eliminuje siłą rzeczy jednego zawodnika. Spod mojej ręki wyszło wielu młodych, utalentowanych piłkarzy, którzy nie grali przez to, że był przepis, a po prostu prezentowali odpowiedni poziom. Jestem zwolennikiem tego, by to się odbywało w sposób naturalny. Jeśli młodzieżowiec musi być przez 90 minut na boisku, trzeba mieć w kadrze czterech piłkarzy spełniających warunki. Chciałbym mieć takich zawodników. Dzisiaj problem rozwiązałby nam Patryk Dziczek, zobaczymy, co będzie latem. 

Przepis może paradoksalnie zahamować karierę Dziczka? Wyobraża sobie pan sytuację, w której Piast odrzuca za niego oferty, które napłyną latem, by mieć zabezpieczony solidny wariant na przepis o młodzieżowcu? 

Takie przykłady jak Patryk rozwiązują ten problem. Ale widzi pan, to stało się naturalnie. Patryk nie wszedł z powodu przepisu. Grał, bo widzieliśmy, jaka jest jego dyspozycja. To się powinno odbywać w sposób naturalny. Jesteś dobry – grasz. Gdy widzimy, że na treningu dzieje się coś dobrego z Pawłem Tomczykiem, wpuszczamy go na pięć minut. Teraz wypadałoby go wpuścić na dłużej, a później być może od początku. A teraz będziemy z góry zmuszani, że chłopak musi wyjść w pierwszej jedenastce. 

Wracając do Dziczka – Piast myśli o tym, by postawić latem weto? 

Nie, nie będzie tak. Proszę spojrzeć na paradoksy tego przepisu. Z jednej strony chcemy ogrywać młodych, z drugiej strony wrota są tak otwarte, że nie jesteśmy w stanie ich zatrzymać. Ktoś płaci odpowiednie pieniądze – jest transfer. Nie ma siły, by zatrzymać takiego chłopaka, gdy trafi się konkretna oferta. Kiedyś został poruszony w jednej ze stacji temat, dlaczego nie ma wśród najlepszych strzelców napastników. Gdzie oni grają? Wyjeżdżają w młodym wieku. Lewandowski, Milik, Kownacki, Świerczok, Piątek czy Stępiński. Można wymieniać napastników, którzy w Polsce strzelali, ale ich już nie ma. To kto ma strzelać? 

Widzi pan jedną, charakterystyczną cechę Dziczka, która sprawi, że zrobi karierę? 

Silny piłkarz. Wydolny. Jak mówią trenerzy – ma zdrowie do piłki. Do tego dodaje określone umiejętności, które na jego pozycji są dużym atutem. 

Na ile Piast jest gotowy na przepis o młodzieżowcu? 

Pracujemy nad tym. Przygotowujemy się na ewentualność, gdyby nie było Patryka, bo coraz głośniej się o tym mówi. To nie jest tak, że zostaniemy bez pomysłu. Im szybciej zostaną sprowadzeni piłkarze, tym lepiej, by mogli przygotowywać się z nami do sezonu. To trochę dyskryminacja – być może kosztem 27-latków, a to najlepszy wiek do grania, trzeba będzie mieć w kadrze dwójkę młokosów. 

Jest takie powiedzenie, że trener jedną ręka podpisuje kontrakt, w drugiej trzyma walizkę. Pan na rynku trenerów jest trochę ewenementem. Jak to jest w tym zawodzie żyć ponad dekadę bez przeprowadzki? 

Miałem też swoje przygody w Polonii Warszawa, Widzewie, Amice, GKS-ie Bełchatów. 

Wszystkie przed dekadą. 

Nie narzekam. Inaczej człowiek funkcjonuje, gdy wraca do swojego domu, a nie do wynajmowanego mieszkania. 

Taka stabilizacja jest dla pana ważna?

Byłem kilka lat poza swoim domem i potrafiłem dostosować się do sytuacji, ale komfort jest teraz nieporównywalnie większy. W tej chwili mam już dorosłe dzieci, które nie mieszkają już z rodzicami, lecz kiedyś było dla mnie ważne, by rodzina była razem. Trudno było przeprowadzać się razem, gdy chłopcy chodzili do szkoły na Śląsku, a tata pracował we Wronkach.

Przy dobieraniu miejsc pracy to kluczowy argument? Był pan zainteresowany choćby ofertą GKS-u Tychy, a ma pan na ligowym rynku taką reputację, że nie musiałby pan przyjmować oferty z pierwszej ligi.

Czy mógłbym sobie wybierać? Trudno mi ocenić. Na pewno pojawiały się różne oferty, także po reprezentacji, ale staram się zawsze patrzeć na możliwości klubu, miejsca, drużyny i to decyduje. Oczywiście są różne momenty w karierze, ale powiem wprost, że jeszcze nie doświadczyłem sytuacji, w której musiałbym łapać pierwszą lepszą nadarzającą się okazję, by tylko pracować. Oby nigdy tak nie było. Inaczej jest, gdy się dyskutuje z ludźmi, którzy przedstawiają konkretną ofertę, ma się rozeznanie i przekonanie, że to jest właśnie to. 

Jak przy świątecznym stole uniknąć tematu taktyki i mikrocyklu, pracując na codzień we własnym bratem? 

To pytanie przewija się u nas wielokrotnie, ale tym razem nie mogło ono paść, skoro graliśmy w sobotę i we wtorek. Spotkaliśmy się rodzinami tylko w Wielką Niedzielę po południu, bo do południa musieliśmy zrobić trening. Czasu było na tyle mało, że nie poruszaliśmy tego tematu. 

Odczuł pan kiedyś, że powiedzenie „z rodziną wychodzi się dobrze na zdjęciach” niesie za sobą życiową prawdę? Zdarzyły się momenty, gdy przez wspólną pracę cierpiało życie rodzinne?

Nie wiem, skąd to się w Polsce wzięło, mogę się tylko domyślać. Sytuacja, w której bracia pracują razem nie jest zbyt często spotykana. Myślę, że jesteśmy przykładem na to, że można przez wiele lat tak pracować i dobrze funkcjonować. Jestem bardzo zadowolony z tej współpracy. Nie będę mówił o fachowości brata i zaangażowaniu, bo te elementy są na najwyższym poziomie, ale wymagania są zawsze takie same – czy to rodzina, czy nie rodzina. Jeżeli będziemy sobie pobłażać w różnych kwestiach, odbije się to na drużynie. Nie ma więc absolutnie żadnej taryfy ulgowej. 

Zdarza się powiedzieć bratu parę mocnych słów? 

Zawsze rozmawiamy szczerze. Forma może być trochę inna, ale przekaz musi być jasny, konkretny. Bez tego ani rusz. 

Nigdy nie pojawiły się u pańskiego brata ambicje na bycie pierwszym trenerem?

To pytanie należy skierować do brata. Jak mówię – bardzo jestem zadowolony z tej współpracy. 

Czy w dzisiejszej piłce ligowej trener musi kupić piłkarzy? Przekonać ich do siebie? 

To kwestia, o której można mówić i mówić. Ostatnio pojawił się felieton, w którym podważa się fachowość polskich trenerów. Nie będę wymieniał tytułu tej gazety, natomiast wielu z pana kolegów nie wie, że są wśród nas trenerzy, którzy są nie tylko po kursach trenerskich, ale kończyli Akademię Wychowania Fizycznego w cyklu dziennym. Mogę to powiedzieć o sobie. Mam pojęcie nie tylko z zakresu piłki, ale i fizjologii, anatomii, biologii czy biomechaniki. Jeśli chodzi o warsztat, zawodnik musi poczuć po sobie, że praca, którą wykonuje, daje mu zamierzone efekty. Że może grać 90 minut na dobrym poziomie, że jest szybki zarówno na początku meczu, jak i na końcu. Zmieniają się czasy i kwestie funkcjonowania w grupie ludzi. Kiedyś trener to był, może za mocno powiedziane, ktoś na kształt dyktatora. Najważniejszy człowiek bez względu na wszystko, który miał za sobą prezesa w postaci dyrektora huty albo kopalni. Piłkarz nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Dziś relacje są inne, polegają bardziej na dotarciu do świadomości zawodnika, wysłuchaniu jego punktu widzenia, reakcji na pewne kwestie. Nazwałbym to coachingiem, umiejętnością prowadzenia grupy. Śmieszy mnie czasami, gdy ktoś popatrzy na człowieka i mówi: – To jest trener z charyzmą, a ten jest bez charyzmy. 

U nas charyzma oznacza krzyk. 

Tak się chyba utarło. Pojęcie charyzmy jest zupełnie inne. 

Krzyk to ważny aspekt pracy trenera?

Są sytuacje, w których trzeba podnieść głos. Bezwzględnie. Nie wyobrażam sobie, by trener zawsze mówił w jednym tonie. Nawet prowadzenie treningu wymaga zmiany intonacji. Ale to nie może być krzyk, który obraża zawodników, a mobilizuje. Nie wyobrażam sobie, by trener nie podniósł głosu, czy to na ławce, czy treningu. To normalne. 

Co dziś najbardziej motywuje polskiego piłkarza? Dawniej wystarczyło krzyknąć „kiełbasy w górę”. 

Staram się pozytywnie oddziaływać na piłkarza. Uświadamiać ich, że jako drużyna są w stanie pokonać wszystkie trudności, że piłkarz indywidualnie jest w stanie zrobić to, czego nie jest nawet w stanie o sobie pomyśleć. Nie praktykuję użalania się, krytykowania, choć oczywiście błędy też trzeba wskazywać, żeby je poprawiać. 

Który z piłkarzy Piasta ostatnio najbardziej uwierzył w siebie? 

Poczyniliśmy progres jako zespół. 

Martin Konczkowski? Inny piłkarz, też ze względu na zmianę pozycji.

Dokładnie, bardzo dobrze czuje się na tej pozycji. Również Joel Valencia bardzo dobrze funkcjonuje na pozycji numer dziesięć. Przychodzący do nas latem Jorge Felix też strzela bramki, asystuje. Franek Plach, Kuba Czerwiński, który dołączył do nas zimą po przygodzie z Legią i stał się filarem defensywy. Generalnie każdy zawodnik zrobił postęp. 

To najlepszy stoper ligi? 

Na pewno w czołówce. 

A czy najlepszy? 

Dla mnie najlepszy, bo jest u mnie (śmiech). 

Zgodzi się pan, że dzisiejszy trener musi zrozumieć nie tylko piłkę, ale pokolenie, z którym przychodzi mu pracować? 

Zdecydowanie tak. 

Rozumie pan przykładowego Patryka Dziczka? 

Mam syna w pańskim wieku, rocznik 93, więc wiem, co jest w głowach młodych ludzi. Staram się pewne kwestie zrozumieć. Często dyskutujemy o tym, jak ci młodzi ludzie odnaleźliby się w naszych czasach, gdy w telewizji były dwa programy, nie było telefonów komórkowych, mediów społecznościowych. Żartujemy sobie, że nie byłoby im łatwo patrząc na dzisiejsze czasy. Staramy się nadążać, choć oczywiście nigdy nie będę tak zaangażowany w te kwestie jak młodzi ludzie. 

Nie założy pan Instagrama?

Nie, ale akceptuję to i staram się ich zrozumieć. 

Zdarzył się panu kiedyś moment, w którym stracił kontrole nad sobą? Uchodzi pan za niezwykle spokojnego człowieka.

Spokojnego, ale przede wszystkim analizującego. Staram się bardziej pochodzić do tego analitycznie niż emocjonalnie. Ale emocje są nieodzowne. Jeśli nie ma emocji, oznacza to, że z człowiekiem dzieje się coś złego. Były sytuacje, które nie dotarły do mediów. Każdy jest tylko człowiekiem. 

Jak tracić kontrolę, to w szatni. 

Na przykład. 

Zgodzi się pan, że przez kłótnie z sędziami trener traci ogląd na to, co na boisku?

Kłótnie jak kłótnie, ale samo skupienie swojej uwagi na arbitrze, szczególnie tym liniowym, sprawia, że ucieka to, co dzieje się na boisku. Człowiek nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Ale pojedyncze uwagi są naturalne, sędziowie też do nas się odzywają. 

Zdziwiła pana ta scysja z Sa Pinto? Wydawało się, że raczej nie budzi pan negatywnych emocji. 

Z powodu tej sytuacji powstało wiele niedomówień. Bardziej narozrabiał asystent trenera Sa Pinto, który próbował mnie pouczać w niektórych kwestiach. Podszedłem wtedy do trenera Pinto i powiedziałem, że tylko on jest dla mnie partnerem do rozmowy, więc mogę rozmawiać z nim, a nie z jego asystentem. Przyznał mi rację i odeszliśmy. Zostało to odebrane tak, że było ostro. Akurat to nie było takie ostre. 

WARSZAWA 15.12.2018 MECZ 19. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - PIAST GLIWICE RICARDO SA PINTO KONRAD PASNIEWSKI WALDEMAR FORNALIK ALBERT ROZYCKI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Zdarzyło się mieć panu w szatni zgniłe jabłko? 

Pewnie tak, natomiast nie wierzę, by ktoś to robił świadomie. Być może niezadowolenie czy frustracja powodowały, że ten ktoś nie rozsiewał pozytywnej energii. To zawsze jest problem, bo rozsiewa się bardzo szybko i może zainfekować całą drużynę. 

Proszę potwierdzić bądź zaprzeczyć opinii, którą o panu usłyszałem – to prawda, że lubi pan wiązać się z piłkarzami, którzy charakterologicznie są do pana podobni? Pilni, rzetelni, spokojni, nastawieni na codzienną, sumienną pracę. 

Na pewno nie takimi, jak ja. Dla mnie jest bez różnicy, czy ktoś jest cholerykiem czy introwertykiem. Ważne, by był skoncentrowany na pracy. By to, co robi, robił na sto procent. To dla mnie najistotniejsze. 

Byłby pan w stanie zaakceptować piłkarza o wielkim ego? 

Jeżeli robiłby wszystko, czego od niego oczekujemy dla dobra drużyny – dlaczego nie? Ważne, by to ego dało mu normalnie funkcjonować.

Która cecha jeśli chodzi o zarządzanie szatnią jest kluczowa? To, czy trener ma warsztat? Czy jest sprawiedliwy? Czy umie porządnie zmotywować?

Warsztat to jedno, trzeba pociągnąć też drużynę zajęciami. Sprawiedliwość również jest istotna, drużyna musi poczuć, że trener przynajmniej stara się być sprawiedliwy. Ciężko jest dogodzić grupie dwudziestuparu ludzi, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie uważał się za pokrzywdzonego. Od tego nie uciekniemy. Ważne, by margines był jak najmniejszy. Uważam też, że trener powinien starać się być normalnym człowiekiem. Do życia. 

Jak sprawić, by piłkarz Piasta Gliwice czuł głód wygrywania? To specyficzne miasto – nie jest wielkie, wielu mieszkańców jest za Górnikiem, nie czuć ogólnej fascynacji lokalnym klubem. Kibice nie napędzają tak jak chociażby w Chorzowie.

Klub w ostatnich latach odnosił spore sukcesy – wicemistrzostwo, wcześniej były puchary. Najnowsza historia Piasta jest bardzo dobra i dziś drużyna nawiązuje do tego okresu. Trudno się dziwić, że w Chorzowie czy Zabrzu są takie grupy kibicowskie, bo to kluby, które w przeszłości dyktowały warunki w Polsce. Fundament Piasta był wtedy dopiero budowany. Myślę, ze praca, jaką się tu wykonuje na każdej płaszczyźnie sprawi, że kibiców będzie coraz więcej. Rozpoznawalność? Wydaje mi się, że piłkarze nie mają problemu z tym, by byli rozpoznawalni. Uważam, że wręcz przeciwnie. 

Takie zainteresowanie jak w Chorzowie potrafi przytłoczyć piłkarza?

Wszystko zależy od tego, jakie są relacje. Kibic to nieodzowny element piłki. Może mieć naprawdę duży wpływ na piłkarza, w większości pozytywny. Ciśnienie kibica może mobilizować. 

Co się czuje widząc konia na murawie? 

Wraca pan do meczu z Górnikiem? Nic złego nie czułem, ale byłem zszokowany, że nie było dane nam dokończyć tego meczu. Garstka ludzi narozrabiała, ale wszystko się uspokoiło i na poziomie zarządzania zabrakło decyzji, która umożliwiłaby dokończenie meczu. Ja nie widziałem żadnego zagrożenia. 

Mam wrażenie śledząc pańskie wypowiedzi medialne, że ma pan duży żal o tę sytuację. 

Oczywiście. Po tamtym sezonie wszystko sprowadziło się do kiepskiej wiosny Piasta. A do meczu z Górnikiem punktowaliśmy, mieliśmy wygrany mecz z Gdańsku, wygraliśmy na Sandecji. Gdyby nie ten walkower, sytuacja w tabeli byłaby zupełnie inna, nie mówiąc już o morale drużyny. Wszyscy tylko nasłuchiwali, czy będzie walkower, czy nie. To zachwiało naszą pewnością siebie i miało duży wpływ na to, że do końca tak to wyglądało. 

Jak ciężko wyrzucić coś takiego z głów piłkarzy? 

Klub stanął na wysokości zadania, bo po tym meczu władze odpowiednio zmotywowały piłkarzy. Punkty pojechały jednak do Zabrza, a nam były bardzo potrzebne. Na pewno ten temat przewijał się długo. 

Jak władze klubowe zareagowały, gdy pogratulował pan im pozostawienia siebie na stanowisku?

Często podejmuje się gwałtowne decyzje, natomiast ta decyzja była przemyślana i myślę, że to, co się teraz dzieje pokazuje, że ludzie zawiadujący Piastem Gliwice są rozsądnymi ludźmi i wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi. 

Uczula pan teraz władze klubowe na to, że najbliższy sezon prawdopodobnie nie będzie tak dobry? Trener nie może sobie zaszkodzić bardziej niż rozbudzając oczekiwania. 

Na razie nie rozmawiamy na te tematy. W zależności od tego, co się wydarzy i jakie poczynimy ruchy transferowe, będziemy rozmawiać o naszych planach i celach. Okres po dobrym sezonie jest trudny. Przychodzi moment rozluźnienia, wpada się w zadowolenie, myśli, że już zawsze tak będzie. Trzeba pewne rzeczy wyprzedzać, mówię tutaj o ruchach kadrowych. 

Kadra musi być cały czas głodna?

Potrzeba świeżej krwi. W każdym oknie transferowym powinno się wpuszczać dwóch-trzech głodnych zawodników, którzy będą elementem rywalizacji dla pozostałych. 

Liczy się pan z tym, że podkupią panu latem kilku piłkarzy?

Liczymy się z tym, że będzie zainteresowanie. Co, jak, kto – na tę chwilę próbujemy coś przewidzieć, ale od przewidywania do finalizacji jest daleka droga. 

Stawia pan sprawę twardo, by z klubu nie wyjechało, powiedzmy, więcej niż dwóch?

Rozmawiamy na ten temat. Żadnego ultimatum nie stawiałem, ale myślimy podobnie z dyrektorem sportowym i władzami. To musi być kontrolowane. Nie możemy pójść na żywioł i zadowolić się, że wpłynie kilka milionów. Nie tędy droga. 

Opuściłby pan dziś ponownie Ruch Chorzów na siedem meczów przed końcem sezonu? Z jednej strony ciężko tego nie zrozumieć, z drugiej – po pańskim odejściu „Niebiescy” spadli z ligi. 

Nie miałem wyjścia. Chciałem wstrząsnąć tym klubem. Pojawił się nowy inwestor, obietnice były wielkie, ale nic z nich nie udało się na tamtą chwilę zrealizować. Zawodnicy liczyli, że będę miał wpływ na to, by tę sytuację unormować. Chciałem wskazać, że jest problem. Składając rezygnację nie usłyszałem od ludzi rządzących klubem, że musimy to utrzymać, że musimy dograć w tym samym składzie personalnym do końca. Usłyszałem coś zupełnie innego. Tak jakby „dobra, OK, my już mamy kogoś innego”. 

To zadecydowało. Nie chodziło o żadne proszenie, ale jakby ktoś powiedział „stary, nie wygłupiaj się, mamy siedem meczów i musimy to zrobić razem”, w życiu bym nie zrezygnował. Natomiast była taka obojętność wobec mojej decyzji. Ktoś blisko związany z klubem rzucił pomysł, że nie powinienem już jechać nawet na mecz do Poznania. To już historia, ale nie mogłem wtedy inaczej postąpić. A jestem przekonany, że byśmy to utrzymali. 

Chciał pan bardziej wstrząsnąć klubem czy drużyną? 

Wszystkimi po trochu. Drużyna widziała, że coś się wydarzyło, ale też władze w klubie musiały zareagować, ugasić jakiś pożar. Mijały terminy i tak dalej, nic się w tych kwestiach nie działo. 

Jak drużyna odebrała pańskie odejście? Gdy z tonącego okrętu ucieka kapitan, raczej jasne staje się, że okręt pójdzie na dno. 

Poinformowałem drużynę o swojej decyzji. Przyjęła to ze zrozumieniem. 

To, co się dzieje dziś z Ruchem, to pokłosie tamtych wydarzeń. Lawina. To była drużyna młodych piłkarzy, na kadrę Marcina Dorny jeździło pięciu chłopaków. To wręcz niewyobrażalne, by klub, który nie miał możliwości finansowych, miał tylu zdolnych chłopaków. Swój udział miał w tym nieżyjący dr Wielkoszyński, który ukierunkował ten klub i uświadomił, że można funkcjonować tylko poprzez systematyczną pracę. 

CHORZOW 28.08.2016 MECZ 7. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2016/17: RUCH CHORZOW - LEGIA WARSZAWA --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: RUCH CHORZOW - LEGIA WARSAW WALDEMAR FORNALIK FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Jak trener może przekonać piłkarza, by wypruwał z siebie flaki na boisku w takim organizacyjnym bajzlu, w którym nie dostaje pensji?

To się może wydawać trudne, ale w praktyce jest bardzo proste. Piłkarz sam podejmuje decyzję i wie, do jakiego klubu idzie. Zawodnicy dziś ze sobą rozmawiają, to nie jest tak, że nie mają świadomości, co się dzieje w klubach. Taki piłkarz nie może liczyć, że to wszystko nagle się zmieni. Da się funkcjonować w czymś takim, ale obietnice muszą być spełniane. Jeśli się jednak ich nie spełnia, robi się bardzo trudno. Problemy mogą być, ale zasady muszą być zdrowe. 

Jak ważne dla wyniku klubu jest to, by trener miał w nim mocną pozycję? W Ruchu Chorzów władze zaczęły wypytywać piłkarzy, co sądzą o pana pracy, co zachwiało pańską pozycją w klubie. Kluby, w których pozycja trenera jest silna, radzą sobie ostatnio dobrze – Piast, Cracovia, Pogoń, Lechia, Wisła, Korona, Jagiellonia.  

Oczywiście, że to jest ważne. Moim zdaniem musi być coś takiego jak skauting trenerów. Tak jak się dobiera zawodników wiedząc o ich umiejętnościach, kwalifikacjach, charakterze, tak powinno się mieć rozeznanie co do trenera. Jeśli ktoś ma określony charakter, warsztat, model pracy, trudno oczekiwać po jego zatrudnieniu czegoś innego. To jest najistotniejsze. Jeśli bierzemy to wszystko pod uwagę, wierzymy w trenera i pozwalamy mu pracować. Cieszymy się z przykładów, które pan wymienił, można dodać do tego też Górnik. Widać efekty, choć czasami widać też je po dwóch-trzech tygodniach, ale są one na krótką metę.

Co pan poczuł wiedząc, że prezes wypytuje? Jak to wpływa na pozycję trenera?

Człowiek się zastanawia wtedy, co ta osoba robi w klubie na tym stanowisku. Jeśli mam trenera, z którym klub odnosił sukcesy i wiem, jaki jest jego model pracy, podpytywanie jest nie na miejscu. Albo się rozstajemy i mówimy sobie prosto w oczy, co nie odpowiada, albo pracujemy i czekamy na efekty. 

Osoby z klubu powinny być blisko szatni? 

Różne są modele funkcjonowania panów prezesów. Jedni wolą być blisko szatni, inni nie. Ważne, by zawodnicy wiedzieli, że jest osoba, która dobrze zawiaduje klubem i wszystko jest w należytym porządku. Wtedy to nie ma znaczenia, czy prezes jest bliżej czy dalej. 

No to na koniec – jeśli Piast zakończy ligę na trzecim miejscu, będzie czuł pan niedosyt? 

Myślę, że przed sezonem wszyscy ludzie, którzy utożsamiają się z Piastem, przyjęliby taki wynik z entuzjazmem. 

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. FotoPyK

***

Czy Piast ugra coś więcej niż trzecie miejsce? Zapraszamy do świeżego odcinka Ligi Minus!

KOMENTARZE (10)