Dave Allen – chłopak z sąsiedztwa, który zamierza pobić Joshuę
Inne sporty

Dave Allen – chłopak z sąsiedztwa, który zamierza pobić Joshuę

Jeszcze do niedawna brał walki z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem, a do ringu najczęściej wychodził z objawami zaawansowanej ciąży spożywczej. Nikt nie traktował go poważnie, bo nie było ku temu specjalnych podstaw. Ostatnie miesiące przyniosły jednak nieoczekiwany przełom. Dave Allen (17-4-2, 14 KO) właśnie zadebiutował jako bohater walki wieczoru w hali O2 w Londynie, gdzie po raz pierwszy w karierze pokonał byłego mistrza świata. I wszystko wskazuje na to, że dopiero się rozkręca.

Eddie Hearn nie owija w bawełnę: już tylko dwa zwycięstwa dzielą Allena od walki o mistrzostwo świata. Nawet jeśli nigdy nie powalczy o pas, to w pewnych kręgach już jest kimś więcej niż tylko sportowcem. Długo mogło się wydawać, że samozwańczy „Biały Nosorożec” pozostanie tylko barwną internetową ciekawostką. W mediach społecznościowych od samego początku wyróżniał się bezpośredniością i sprawiał wrażenie kogoś, kto jest dostępny na wyciągnięcie ręki.

Na Twitterze odpowiadał nawet na pozornie najgłupsze pytania i często dzielił się niebanalnymi spostrzeżeniami. Jedna z takich sytuacji pozwoliła mu spełnić jedno z największych marzeń z dzieciństwa. Ktoś zapytał Dave’a o opinię na temat Babestation – brytyjskiego seks-telefonu na wizji, który działa od 2002 roku. Allen przyznał bez ogródek, że jest wielkim fanem. Kilka dni później… dostał zaproszenie do programu na żywo. Reakcja mogła być tylko jedna:

„Idę do Babestation i jestem cholernie szczęśliwy. Marzyłem o tym dniu odkąd skończyłem 12 lat. Dziękuję moim rodzicom za posiadanie dekodera Sky TV i za to, że wcześnie chodzili spać, co pozwoliło mi w ogóle mieć to marzenie” – napisał w swoim stylu na Twitterze. Cała przygoda miała miejsce przed rokiem i z pewnością przyczyniła się do tego, że Allen stał się jeszcze bardziej znany.

Teraz przed każdą walką do boju zagrzewają go nie tylko dziewczyny pracujące w tej stacji. Orędownikiem talentu „Białego Nosorożca” jest także jedna z większych gwiazd muzyki pop na Wyspach. „Właśnie wylądowałem i na szczęście zdążyłem obejrzeć walkę Dave’a Allena. Co za wojownik, ileż on pokazał siły fizycznej i mentalnej. Szacunek dla ciebie kolego, zasłużyłeś na to wszystko” – napisał Louis Tomlinson, jedna czwarta grupy One Direction. Możecie go nie znać, ale to posiadacz ponad 33 milionów obserwujących na Twitterze. Co by nie mówić, dobrze jest mieć kogoś takiego po swojej stronie.

W tym przypadku historia jest prosta – obaj pochodzą z Doncaster. Allen nie wypiera się korzeni i często nawiązuje do tego w zabawny sposób. Długo przedstawiał się jako „De La Hoya z Doncaster”, chociaż z dawnym rywalem Floyda Mayweathera nie ma zbyt wiele wspólnego. Jego przydomek też ma dość niebanalną historię. „Mój pierwszy menadżer podczas naszego pierwszego spotkania zauważył, że mam wielki łeb i długi nos – zupełnie jak nosorożec. Jak widać przyjęło się!” – zdradził pięściarz.

Może i trudno uznać Allena za intelektualistę, ale kibice za nim przepadają. Kanał iFL TV na YouTubie dostarcza kibicom ekskluzywne wywiady z najlepszymi pięściarzami świata, ale najpopularniejszym filmem w ich dorobku pozostaje ceremonia ważenia z udziałem Dave’a, który urozmaicił ją… pakując sobie skarpetkę do majtek. Proste? Pewnie nawet prostackie, ale skuteczne. O przeciętnym pięściarzu pisały wtedy największe portale – w tym amerykański TMZ.

Z kanapy do ringu

Do niedawna jego kariera była jednak słodko-gorzką jazdą bez trzymanki. Na zawodowstwo przeszedł w 2012 roku, ale nigdy nie był postrzegany jako nadzieja brytyjskiej wagi ciężkiej. Częściej słyszał, że zwyczajnie o siebie nie dba i że gdyby zrzucił nadbagaż, to mógłby się z powodzeniem odnaleźć w którejś z niższych kategorii. Nie mógł liczyć na wsparcie wielkich promotorów, a jego losami długo kierował przypadek.

Wszystko zmieniło się w połowie 2016 roku. Do tej pory z 10 zawodowych pojedynków Allen wygrał 9, a jeden zremisował. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jak dobry jest w rzeczywistości. Właśnie wtedy wdał się w medialny konflikt z Dillianem Whytem (17-1), który odbudowywał karierę po porażce z Anthonym Joshuą. Obaj długo znajdowali się na kolizyjnej ścieżce, ale nic wskazywało na to, że spotkają się w ringu. Allen jednak nieoczekiwanie przyjął propozycję – i to z zaledwie trzytygodniowym wyprzedzeniem.

„Zawsze mówiłem – dajcie mi datę i dobrą motywację, a wyjdę do każdego. Trzy tygodnie do walki? Mam to gdzieś. To będzie bombardowanie – wygra ten, który utrzyma się na nogach. Może nie będę gotowy na 100 procent, ale dam z siebie tyle ile tylko mogę” – zapowiadał w swoim stylu zawodnik z Doncaster. W ringu był jednak tylko tłem dla Whyte’a, który wygrał każdą rundę i ani przez moment nie był zagrożony.

Typowy 24-letni pięściarz po pierwszej zawodowej porażce pewnie przynajmniej rok poświęciłby na odbudowanie kariery. To standardowa praktyka u większości zawodników, ale nie u Dave’a Allena. On postanowił pójść na całość i w kolejnym występie wyszedł do jeszcze większego kozaka. Luis Ortiz (26-0) był w tamtym momencie postrachem całej wagi ciężkiej. Nikt nie palił się do walki ze znakomicie wyszkolonym technicznie mańkutem z Kuby, bo na takim pojedynku zdecydowanie więcej można było stracić niż zyskać.

Tymczasem Allen zgodził się na takie wyzwanie z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem. Znów przekonywał, że widzi w takim zestawieniu swoje atuty i że ten pojedynek katapultuje go do jeszcze większych wyzwań. W ringu po raz kolejny skończyło się bolesną weryfikacją – Ortiz wygrał przed czasem w siódmej rundzie. Dave był poobijany i przegryzł sobie nawet język, ale nie tracił rezonu. Gdy cały bokserski świat powątpiewał w prawdziwy wiek Kubańczyka, Allen przyznał, że rywal rzeczywiście „śmierdział jak 70-latek”.

Żarty żartami, jednak wiele miesięcy później Allen zdradził prawdziwe tło walk z Whytem i Ortizem. Podejmował te wyzwania, bo zmuszały go do tego hazardowe długi. Zaczął grać gdy miał 8 lat – za sprawą ojca, który często zabierał go na wyścigi konne. Do dziś pamięta zresztą imiona swoich dawnych faworytów. Razem z ojcem wypełniali wtedy cały kupon i grali za grosze. Dla Dave’a to był początek drogi, która zaprowadziła go na skraj samobójstwa. „Krok po kroku doszedłem do świata internetowych zakładów. Doprowadziło mnie to do sytuacji, w której któregoś dnia obudziłem nie mając na koncie ani funta” – tłumaczył kilka lat później.

W 2016 roku był w trakcie swojej najgorszej serii. W dniu walki z Dillianem Whytem przegrał kilkanaście tysięcy funtów. Do ringu wchodził ze świadomością, że zdecydowaną większość wypłaty stracił jeszcze przed pierwszym gongiem. Z Ortizem było podobnie – podjął wyzwanie tylko dlatego, że desperacko potrzebował pieniędzy na spłatę kolejnych długów.

Allen miał jednak szczęście, bo w obu porażkach trudne do zdefiniowania „coś” dostrzegł w nim Eddie Hearn. Dlaczego promotor największych gwiazd brytyjskiego boksu zwrócił uwagę na przeciętniaka z Doncaster? Być może chciał po prostu zapunktować w mediach społecznościowych. Sam zainteresowany przekonuje, że po prostu ma do Dave’a słabość. Hearn nagłośnił w mediach plan „Operacji Biały Nosorożec”, która miała poprowadzić pięściarza w kierunku bardziej realnych wyzwań.

Po dwóch zwycięstwach z niżej notowanymi przeciwnikami Allen dostał walkę o Pas Wspólnoty. Nie jest to może najbardziej prestiżowe trofeum, jednak w przeszłości dzierżyli je między innymi Lennox Lewis, Tyson Fury i Anthony Joshua. Rywalem Brytyjczyka został mało błyskotliwy Lenroy Thomas (20-4), który wydawał się być jak najbardziej w zasięgu. I rzeczywiście był, jednak „De La Hoya z Doncaster” przeszedł obok walki. Nie podjął ryzyka i po dwunastu przeciętnych rundach przegrał niejednogłośnie na punkty.

„Chciałem zdobyć ten tytuł dla mojego taty, który również boksował. Nie mogę mieć pretensji do nikogo, na pewno nie do sędziów punktowych. Czy zostanę mistrzem świata? Pewnie nie, ale będę walczył dalej i na pewno będę dostarczał emocji” – przyznał po wszystkim Allen. Po raz pierwszy w karierze powszechnie lubiany pięściarz musiał wtedy zmierzyć się ze zmasowanym hejtem.

Jak feniks z popiołów

Hearn obiecał podopiecznemu rewanż, jednak musiał przepłacić Thomasa i poczekać aż ten łaskawie zgodzi się na walkę. Niespełna rok później wreszcie spotkali się po raz drugi. Dave tym razem poważnie podszedł do sprawy i przygotował formę życia, ale na niewiele się to zdało. Jeszcze w pierwszej rundzie obaj przypadkowo zderzyli się głowami. Rana Brytyjczyka była na tyle głęboka, że nie mógł kontynuować pojedynku. Sędziowie orzekli techniczny remis, a Allen znowu musiał obejść się smakiem.

Tym razem lądowanie było wyjątkowo twarde. „Biały Nosorożec” wyszedł na ring dwa miesiące później, ale już o 16 kilogramów cięższy. Wygrał, ale kilka tygodni później znów podjął decyzję wbrew wszelkiej logice. Z kilkudniowym wyprzedzeniem wziął w Paryżu walkę z Tonym Yoką (5-0) – złotym medalistą olimpijskim z Rio i wschodzącą gwiazdą francuskiego boksu.

Gospodarz to kolejne sportowe „złote dziecko”, któremu płazem uchodzi nawet omijanie kontroli dopingowych. Spasiony Allen na jego tle wyglądał nieco groteskowo i w ringu służył za żywy worek treningowy. W ostatniej rundzie sędzia zlitował się nad przyjmującym coraz więcej ciosów Brytyjczykiem i przerwał jednostronną bijatykę.

I znów – w normalnym świecie zawodnik po kolejnej takiej porażce zrobiłby sobie dłuższą przerwę i spróbować stworzyć się na nowo. Allen jednak nie przejmuje się konwenansami i będąc blisko dna znowu zademonstrował podejście rasowego hazardzisty. Niecały miesiąc po porażce z Yoką Eddie Hearn akurat szukał rywala dla perspektywicznego i mocno bijącego Nicka Webba (12-0) na dużą galę, która miała być w Anglii pokazywana w Pay-Per-View.

Dave wszedł w ten projekt „all in” i wydawało się, że skończy się tak jak zawsze w takich sytuacjach. Przez pierwsze trzy rundy Webb spuszczał mu regularnie lanie, jednak w czwartym starciu pojedyncza bomba z prawej ręki zmieniła wszystko. Faworyzowany przeciwnik padł z hukiem, a Allen odniósł najważniejsze zwycięstwo w swojej karierze i nagle złapał wiatr w żagle.

W kolejnych dwóch pojedynkach dostał mało wymagających rywali, jednak trudniejszą walkę stoczył sam ze sobą z dala od ringu. Sprowadzony z Argentyny na ścięcie Ariel Bracamonte (8-1) dał mu mimo wszystko nadspodziewanie ciężką przeprawę, której szczęśliwe zakończenie Allen przypieczętował… wręczając rywalowi jeszcze w ringu piwo. Potem brutalnie rozliczył się ze sobą przed kamerami telewizji Sky.

„To było okropne! Bardzo wszystkich przepraszam za to, co musieli oglądać. Rywal był twardy i bił naprawdę mocno. To kolejna pobudka… Ilu jeszcze potrzebuję? Nie mam żadnych wymówek. Nie byłem wystarczająco przygotowany. Zawiodła kondycja, wszystko zawiodło!” – tłumaczył Allen.

Hearn dał mu kilka miesięcy wolnego. Pięściarz w tym czasie nawiązał współpracę z Darrenem Barkerem. Były mistrz świata kategorii średniej został jego mentorem i poprowadził podopiecznego do spektakularnego zwycięstwa nad Lucasem Brownem (28-1). W sobotę 20 kwietnia skromny chłopak z Doncaster spełnił kolejne marzenie – jako gwiazda wieczoru znokautował byłego mistrza świata ciosem na wątrobę już w trzeciej rundzie.

„To dopiero pierwszy punkt ‚Operacji Normalne Życie Po Boksie’. Gdy będę kończył karierę, to chcę być przede wszystkim zdrowy i szczęśliwy. Muszę być też w komfortowej sytuacji finansowej, by mieć w życiu stabilność” – tłumaczył jeszcze przed walką. Po niej obudził się jako 22. pięściarz świata kategorii ciężkiej w rankingu statystycznego portalu Boxrec.

„Jeśli David pokona teraz solidnego krajowego pięściarza – powiedzmy Davida Price’a albo Derecka Chisorę – a potem poradzi sobie z takim Aleksandrem Powietkinem, to stanie się naturalnym kandydatem do walki o tytuł mistrza świata. Wiem jak to brzmi, ale naprawdę tak to widzę. Wierzcie mi, on naprawdę jest dwa zwycięstwa od walki o pas” – przyznawał bez ogródek Eddie Hearn i wygląda na to, że może mieć rację.

Sam Allen zgłaszał się do mistrzowskiej walki już 1 czerwca, jednak Anthony Joshua po serii dopingowych wpadek Jarrella Millera (23-0-1, 20 KO) szuka kogoś o większym nazwisku. I najlepiej Amerykanina, bo jednak pojedynek dwóch Brytyjczyków w Madison Square Garden nie jest tym, czym podbija się nowy rynek. „Biały Nosorożec” nauczył się jednak cierpliwości. Podkreśla, że na dobre wrócił na właściwą drogę i pod żadnym pozorem nie zamierza jej opuszczać.

Choć znając jego dotychczasowy życiorys ciężko w to uwierzyć, to Dave Allen ponad wszystko pokochał… rutynę. Przestrzeganie codziennego planu pozwala mu wreszcie nie myśleć o hazardzie. Gdy już zdarzy mu się wolna chwila, to ostatnio najczęściej realizuje się jako trener początkujących pięściarzy. Zdecydowanie zszedł na ziemię, ale wciąż żyje marzeniem o wielkiej walce z Joshuą. Doskonale zna go z setek przesparowanych rund i jest przekonany, że mógłby wstrząsnąć światem jeszcze bardziej niż Buster Douglas pokonując Mike’a Tysona.

Po zakończeniu kariery pięściarz zamierza osiąść w Doncaster i skupić się na pomaganiu innym. „Cały czas piszą do mnie ludzie, którzy nie czują się akceptowani w swoim środowisku. Bardzo chciałbym im pomóc i w jakiś sposób spłacić zaciągnięty u wszystkich dług. Zajmowałem się trudną młodzieżą i wiem jedno – może im być ciężko, ale jeśli strzelą gola w ostatniej minucie albo wyjdzie im jakaś fajna kombinacja ciosów na tarczy, to z miejsca się rozpromieniają” – przyznaje Allen. Zanim jednak powie sobie dość, chce się przede wszystkim sprawdzić.

„Mogę żyć ze świadomością, że nie byłem wystarczająco dobry, by dokonać w boksie czegoś wielkiego. Nie mógłbym za to żyć z niewiedzą. Chcę w wieku 50 lat móc usiąść i powiedzieć: wiecie co, osiągnąłem wszystko to, co chciałem. A jeśli to mi się nie uda, to będę mógł powiedzieć, że to wszystko moja wina” – tłumaczy Dave Allen. W ringu zamierza walczyć jeszcze przed 3 lata, bo chce odejść na emeryturę będąc w pełni zdrowia. Bądźmy szczerzy – mistrzem świata pewnie nie zostanie, ale czy dla brytyjskich kibiców będzie miało to jakiekolwiek znaczenie?

KACPER BARTOSIAK

 Fot. YouTube

KOMENTARZE (1)