Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Futbolowi bogowie, gdyby na boskim panteonie nie odpowiadali za piłkę nożną, byliby patronami złośliwości, zgryźliwości i przekory. Co z tego wynika dla finiszu ligi w strefie spadkowej?

Nie wiem kto spadnie z ligi. Nikomu tego nie życzę. Nie znaczy to, że z całą ligową szesnastką odczuwam tak silną emocjonalną więź, że jak ktoś z tego peletonu wjedzie w rów melioracyjny to ja nie będę potrafił się odnaleźć w nowej rzeczywistości, zacznę pić wino „Pierwsza Liga” – swoją drogą, produkowano je dwieście metrów od mojego domu – a potem stoczę zupełnie i przerzucę na siatkówkę. Ktoś spaść musi, często czyjś spadek mnie nie bolał, ale u wszystkich tegorocznych ekstraklasowiczów – tak, wliczając w to Zagłębie Sosnowiec – widzę jakieś walory. Mniej lub bardziej konkretne, ale zawsze jakieś, i wciąż na tyle konkretne, bym nikomu nie życzył spadku.

Uważam jednak, że Zagłębie Sosnowiec – mimo szczerych chęci i Robbena z Uzic występującego pod pseudonimem artystycznym Zarko Udovicic – zleci. Rozgrywka o zaszczytne drugie miejsce od końca będzie zapewne frapująca, wciąż można tutaj spodziewać się fajerwerków godnych spadku Podbeskidzia, ale nie udawajmy, że na ten moment nie wygląda to jak rozgrywka pomiędzy Arką Gdynia a Śląskiem Wrocław.

Śląsk to najbrzydziej grająca drużyna piłkarska odkąd wynaleziono piłkę nożną. 16 kwietnia wyliczyliśmy WKS-owi, że przez poprzednie 13.5 godziny strzelił jednego gola z gry. Od tamtego czasu Śląsk dołożył kolejny mecz bez gola, śrubując co i tak wyśrubowane. Czy tak rewelacyjnie śmieszna forma pod bramką rywali jest logicznym argumentem za tym, że Śląsk spadnie? Oczywiście.

Logicznych argumentów za spadkiem Arki szukać nie trzeba, one przychodzą pod dom, walą w drzwi pięściami, rzucają kamieniami w szyby, a potem zrzucają cegłę w przewód kominowy. Arka nie wygrała od piętnastu meczów, dokładnie od 26 listopada, czyli bez mała pół roku. Znam jeden taki klub, który rok temu również interesował się natarczywie passą bez zwycięstw – pozdrawiam Sandecjo – i nie skończyło się to szczególnie fortunnie.

Ale przekrzykiwanie się pesymistów z Wrocławia z pesymistami z Gdyni zakładałoby, że Ekstraklasą rządzi logika. Tymczasem ona potrafi nawet podczas meczów Ligi Mistrzów czy mundialu mieć urlop na Seszelach, a co dopiero mówić o polskiej lidze – będzie cudem, jeśli w ogóle wie o jej istnieniu. Dlatego, kierując się raczej ku wyrokom futbolowych bogów niż wyroko mrozsądku, warto się zastanowić co by było najzłośliwsze. A w tym kontekście oczywiście oglądanie stadionu Euro 2012, wrocławskiego UFO na pół miliona widzów goszczącego pierwszoligowców podobałoby się futbolowym bogom, zadowoliłoby ich złośliwość. Oczywiście mają prawo chcieć utrzeć nosa nieustającym zmianom koncepcji we Wrocławiu, a także łańcuchowej karuzeli z prezesami. Ale jednak zlot Arki do drugiej ligi zdaje mi się złośliwszy.

Oto 2017 rok, lato, Arka Gdynia zdobywa Puchar Polski, Superpuchar, a potem nieźle pokazuje się w europucharach. Wiadomo, bez awansu, ale godnie, co w naszych realiach trzeba szanować, szczególnie tych ostatnich, gdzie rzadko który dwumecz polskiej drużyny miał wiele wspólnego z godnością. Jasne, Leszek Ojrzyński do pierwszego finału Pucharu Polski nie dotarł, ale jednak – wygrał go. Podobnie z Superpucharem, podobnie z całą kolejną pucharową edycją, podobnie z meczami z Midtjylland, podobnie z finiszem sezonu 16/17 kiedy dał utrzymanie, podobnie z sezonem 17/18, kiedy Arka miała utrzymanie pewne, do końca biła się o czołową ósemkę.

Screen Shot 04-25-19 at 03.24 PM

Źródło: 90minut.pl

Arka w rundzie finałowej przegrała sześć meczów. Nawet gdyby przegrała wszystkie, nie spadłaby z ligi, jeszcze miałaby solidny zapas. Z dzisiejszej perspektywy niesłychany komfort.

Screen Shot 04-25-19 at 03.25 PM

Źródło: 90minut.pl

Pamiętam natomiast zimowy wywiad Dominika Midaka dla „Piłki Nożnej”, kiedy Arka robiła wyniki trzy klasy ponad stan, a nie tylko dwie. I tam poraziło mnie, że Arka ma za cel grać ładniej. Było dla mnie w tamtym momencie oczywiste, że dni Ojrzyńskiego są policzone i czekamy na tzw. Pierwszy Kryzys, który byłby dostatecznym powodem do wręczenia dymisji. Ten Kryzys, moim zdaniem, nigdy nie przyszedł, a nawet jeśli pojawiło się załamanie, to wystarczy spojrzeć z dzisiejszej perspektywy i widać, że tamte kryzysy to w praktyce były małe miki.

Nie wiem ile drużyn w Polsce poza Arką stawiało sobie w ostatnim czasie za cel grę ładną. Kto ogląda Ekstraklasę ten wie, że szczytem wymagań jest gra płynna. Nawet najlepsi, najbogatsi, chcą po prostu łapać punkty, byle jak, ale łapać, to jest cel nadrzędny. A tutaj Arka Gdynia, kojarzona – jak to u Ojrzyńskiego – z walką o każde źdźbło przerytej wślizgami trawy, co przynosiło zadowalające efekty, jako jedyna ekipa Ekstraklasy stawia sobie za cel piękną grę. Ja nie widziałem ani w kadrze Arki takiego potencjału, ani nawet – wybaczcie – w statusie tego klubu, bo aby punktować i grać pięknie trzeba chyba być półkę wyżej niż reszta, Arka natomiast to średniak. Kto ostatnio mógł sobie pozwolić na piękną grę i realizowanie przy tym założonych celów? Wisła Kraków czasów Kasperczaka? Stawianie średniakowi za cel pięknej gry prosiło się o bałagan. Ambicje rzecz święta, trzeba wyznaczać sobie trudne cele, ale moim zdaniem Ojrzyński zbudował w Gdyni coś skutecznego.

Mija ładnych kilka miesięcy, prawie rok. Wiosną Arka ma najgorszą murawę w lidze. Co, uchylmy czapkę futbolowym bogom, pasowałoby IDEALNIE zespołowi Ojrzyńskiego, który na takim kartoflisku pewnie zbudowałby w Gdyni twierdzę i jakoś strzelił zawsze gola dupą, a po swojej stronie obrzydził futbol. Ale dla mającej grać ładnie Arki Smółki to piekło.

Nadchodzi ligowy finisz. Przyznajmy, że Ojrzyński obejmujący Wisłę Płock, dający jej nowego ducha, wygrywający mecz za meczem, a ostatecznie uciekający z nią spod topora, podczas gdy Arka pod ten topór by głowę w jej miejsce położyła, byłoby rozwiązaniem dokładnie takim, jakie złośliwi, zgryźliwi i przekorni futbolowi bogowie uwielbiają najbardziej.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (7)