Tylko koni żal. Ale komu? Stanowski vs reszta świata
Blogi i felietony

Tylko koni żal. Ale komu? Stanowski vs reszta świata

Obrońcy zwierząt chcieli uratować ponad 100-letniego homara, który wiódł niespieszne życie w akwarium w jednej z tysiąca restauracji na Florydzie. Homar Larry przeżył obie Wojny Światowe, zapewne nawet o nich nie wiedząc, ale interwencji obrońców zwierząt już przeżyć nie zdołał. Umarł podczas nieudolnego transportu, zorganizowanego przez swoich „adwokatów”.

Przypomina mi się tak historia, gdy natykam się na osoby, które nie tyle szanują i kochają zwierzęta (piękne), ale które na punkcie ich ochrony mają fioła (mniej piękne).

Kilka dni temu wrzuciłem na Twittera zdjęcie, na którym widać, jak podjeżdżam w górę wozem ciągniętym przez dwa konie. Zamieściłem tę fotkę z pełną premedytacją, dokładnie wiedząc, jakie będą reakcje ludzi i co będą mi zarzucać. Nawet nie da się tego nazwać twitterowym eksperymentem, ponieważ zrobiłem to drugi raz i drugi raz odzew był identyczny. Oczywiście nie wsiadłem do wozu tylko po to, by zrobić gównoburzowe zdjęcie, aż tak popieprzony nie jestem: rzeczywiście uznałem, że biorąc pod uwagę okoliczności (brukowana droga, dwójka dzieci, w tym jedno śpiące, taka sobie pogoda) wolę po prostu wjechać, zamiast włazić i jednocześnie zaświtało mi w głowie, że jest to temat, na który chętnie bym podyskutował. Na pytanie, po co w ogóle pchałem się na górę, skoro nie chciało mi się iść, odpowiedź też jest prosta: odbywała się tam impreza masowa, podczas której umówiłem się ze znajomymi. Co ciekawe – albo raczej wstrząsające! – owi znajomi w części (mniejszej) też wjechali na górę, a potem w innej części (większej) bezwstydnie zjechali.

Czy mam jakiekolwiek wyrzuty sumienia?

Otóż nie mam najmniejszych, a żeby jeszcze bardziej zobrazować, jakim jestem bydlakiem to dodam, że w ostatnich latach bywałem w ZOO, delfinarium, oceanarium, na pokazie, podczas którego foka rzucała piłkę do kosza, na wyścigach konnych, wyścigach psów, w cyrku (no dobra, w cyrku nie byłem, a szkoda), a także trzymałem na rękach małego krokodyla z zawiązaną paszczą. Co gorsza, jeśli pojadę do Tajlandii – a chciałbym – to na pewno przejadę się na słoniu, a jak będę w Egipcie – to na wielbłądzie. Dopiero co miło spędziłem czas w papugarni i co gorsza podobało się też mojej wrednej rodzinie. Mam nadzieję, że wiedzą państwo czym jest papugarnia: to dość małe, drewniane więzienie dla papug, które kiblują w środku ku uciesze łapiących je, niekoniecznie delikatnych dzieciaków. O tym, jak szkolona jest foka, by trafiać do kosza nawet nie będę wspominał…

Ale przecież to dopiero początek listy hańby. Regularnie na moje zlecenie mordowane są przeróżne zwierzęta. Nie każę wprost zabijać konkretnych osobników, po prostu rynek nauczył się szacować moje i innych zapotrzebowanie i zabija dla mnie kurczaki, świnie, ryby, jelenie, barany (szczególnie te małe), kaczki, ośmiornice itd. Nie wiem, czy wiecie, ale ośmiornice należą do najinteligentniejszych bezkręgowców, są też bardzo wrażliwe, ale to chyba nie ma przełożenia na smak, gdy się mięso dobrze przyrządzi. Czy mógłbym żyć bez mięsa? Chyba bym mógł, z łatwością to sobie wyobrażam. Ale mi się nie chcę rezygnować z rzeczy, które mi smakują.

Jestem więc ZŁY. Jak wszyscy, ale inni nie chcą się do tego przed sobą przyznać.

Moje straszne podejście wobec zwierząt polega także na tym, że w ogrodzie wyłożyłem siatkę przeciw kretom i nie mają się biedne jak wystawić łba. Stosuję lepy na muchy, a psu założyłem antykleszczową obrożę. Albo zabijam zwierzęta, bo lubię je jeść, albo zabijam, bo mnie denerwują (komary, kleszcze), albo trzymam w przeróżnych więzieniach, bo je podziwiam (słonie, lwy, żyrafy). Najbliższe więzienia dla zwierząt na warszawskiej Pradze. Można oglądać uwięzione gatunki i zjeść watę cukrową. Fajnie.

Dziwią mnie osoby, które swoją miłość do zwierząt uważają za bezkresną i które każdego konika by przytuliły, a które jednocześnie świnkę codziennie by zjadły. Widocznie miłość zależna jest od smaku i aktualnych promocji w Auchan.

*

Pisze do mnie jedna pani na Instagramie, że mój podjazd to rzecz straszna. Wszedłem na jej konto: mnóstwo zdjęć na koniu. Nie wiem, dlaczego pomyślała, że konie lubią być trzymane w ciasnej stajni, potem siodłane i że szczytem ich marzeń jest hasanie z obcą osobą na grzbiecie. Być może pani nawet skacze przez przeszkody i może jej się wydaje, że to szczyt marzeń tego konia. Mnie się wydaje, że niekoniecznie. Niech sama sobie założy siodło i wozi dziecko, niech nawet poskacze przez przeszkody, żeby nudno nie było. Dziecku dajmy bat, tak na wszelki wypadek.

Miała też pani zdjęcia z pieskiem, ciekawe, czy piesek zastanawia się, dlaczego porwano go od mamy, taty i rodzeństwa. Porywamy zwierzęta, żeby zrobić sobie dobrze, a że umiemy im wyprać mózgi to potem zwierzęta traktują nas jak faktyczną rodzinę. Nie jest tak? Sam to niedawno zrobiłem. Było z dziesięć piesków i wyrwałem jednego od rodziny.

Cały nasz świat wygląda tak, że myśmy – ludzie – zwierzęta sobie podporządkowali i de facto jesteśmy ich największymi wrogami. Tylko w Polsce rocznie w celach konsumpcyjnych zabija się blisko 900 milionów zwierząt (co daje 2,5 miliona dziennie). Jako że Polska nie jest krajem specjalnie wielkim, skala zwierzęco holokaustu jest wręcz niewyobrażalna. Budujemy specjalne farmy, zbiorniki wodne, hodowle, zwierzęta tuczymy, potem zabijamy, a jak nas ruszy sumienie (rzadko) to mówimy, że można było zabić szybciej i bezboleśnie i na tym się nasze poświęcenie kończy (oj, jaka biedna krówka, po co uderzyłeś ją młotkiem zamiast siekierą?). Czy zastanawiamy się co jemy? Nie chcemy sobie zaprzątać tym głowy, bo tak wygodniej. Nie interesują nas zwierzaki, które przez całe swoje życie nawet dnia nie spędzają w naturalnym środowisku, ponieważ całe ich środowisko to nasz garnek.

Dla naszej wygody przestaliśmy mówić, jakie zwierzę musiało zostać zabite, by smak potrawy nam pasował. Dlatego mówimy o wołowinie, wieprzowinie, dziczyźnie, drobiu… Nie musimy sobie wyobrażać smutnej, patrzącej nam prosto w oczy świnki albo radośnie kicającym zajączku (bynajmniej nie czekoladowym).

Jak to świetnie ujął jeden z użytkowników Twittera, z postrzeganiem koni jest pewien problem. Dla części ludzi są to zwykłe zwierzęta wykorzystywane w gospodarstwie do pracy (koń jako poprzedni model traktora), w sumie niewiele różniące się od trzymanych na łańcuchu krów albo taplających się w błocie świń. Dla innych konie to zwierzęta domowe, tylko trochę za duże, by trzymać je w domu. Przyjaciele. Jak koty czy psy. To postrzeganie koni na dwa sposoby generuje konflikty. Jednocześnie duża część z nas to naiwniacy. Szczytem naiwności są internetowe zbiórki, które mają na celu wykup konia idącego do rzeźni. Realia są bowiem takie, że do rzeźni w Polsce trafia rocznie około 50 000 koni, czyli jak wy przez tydzień robicie zbiórkę na uratowanie jednego konia, to w tym samym czasie zabijanych jest 960 innych. Te wesołe, hasające koniki, na których dzieci uczą się jeździć też są uśmiercane. Na stronie nto.pl trafiam na artykuł o koniach. Fragment:

– Są rzeźnie wyspecjalizowane w zabijaniu koni. Na mięso sprzedaje się nawet rasowe konie ze znanych hodowli, po to, aby za dużo zwierząt nie trafiło do innych hodowli, bo to obniży w przyszłości ich cenę. Prawdziwy pogrom koni dokonuje się jesienią. Wiosną szkółki jeździeckie chętnie kupują młode konie, które po przyuczeniu pracują przy nauce jazdy. Jesienią, kiedy sezon się kończy, takie konie trafiają na rzeź, by przez zimę nie opłacać wysokich kosztów ich utrzymania. Wielu hodowców nie chce ich trzymać, skoro na wiosnę można kupić nowe – mówi Scarlett Szołgalis z fundacji Tara, zajmującej się opieką nad tymi zwierzętami.

Z tego samego artykułu dowiaduję się, że rynek koniny jest warty 175 milionów złotych rocznie. Konie eksportowane są przede wszystkim do Włoch.

I teraz dochodzimy do bardzo ciekawego pytania, na które każdy może odpowiedzieć sobie sam.

Jeśli nie skorzystałbym z koni i nie podjechał pod górę i jeśli nie zrobiłby tego nikt inny przez tydzień, dwa, trzy, albo przez pół roku? Co wówczas by się stało? Przypominam: 50 000 koni rocznie jest zabijanych, zabijane są nawet młode konie, byle tylko nie utrzymywać ich przez zimę, gdy nie mogą na siebie zarabiać (a wydawałoby się, że właściciele szkółek jeździeckich naprawdę mogą kochać swoje zwierzaki). Co więc by się stało z tymi końmi pociągowymi, które wciągają wozy pod górę? Wersja dla naiwniaków jest taka, że wesoło biegałyby po łąkach, a baca co wieczór gwizdem przywoływałby je do siebie, by je nakarmić i napoić. Ale wersja dla racjonalistów jest trochę inna: baca policzyłby, że kilogram konia sprzeda za trzy złote, przemnożyłby sobie to i uznał, że utrzymywanie konia nie ma najmniejszego sensu i lepiej jeździć taksówką.

Mówiąc krótko – te konie żyją tylko do momentu, kiedy mogą na siebie zapracować. W dniu, w którym przestaną zarabiać, przestaną też żyć. Zostaną zabite i baca przestanie ponosić koszty, a za konia dostanie 1000-1500 złotych. To jest właśnie problem osób, którym tak bardzo zależy na dobru tych zwierząt. Z miłości są w stanie je zabić. Jedna dziewczyna nawet mi napisała, że rzeź jest dla nich lepsza niż taka praca, ale nie mam pewności, czy to również zdanie koni. Podobnie jak nie mam pewności, czy z taką samą pewnością siebie owa niewiasta wypaliłaby, że nie ma co pytać rykszarzy z Piotrkowskiej, tylko należy ich wszystkich zabić, bo zapracowują się ponad miarę. Nie wspominam już o Szerpach w Himalajach.

Bronić interesu zwierząt trzeba z głową, analizując, jakie konsekwencje wywołają ruchy nieprzemyślane. Zamiast zabrać im pracę i życie, trzeba raczej dbać o to, by konie nie ciągnęły zbyt dużego obciążenia (ktoś mądry powinien to policzyć) i by odpoczywały tyle, ile potrzebują, by były dobrze odżywione. Może kiedyś uda się zainstalować jakiegoś rodzaju silniczki elektryczne, które pomogą koniowi wepchać wóz, dzięki czemu koń stanie się raczej ozdobą zaprzęgu, a nie siłą napędową (silniki elektryczne przy dorożkach widziałem w Dreźnie, ale ktoś mi wtedy powiedział, że póki co w górach nie zdają egzaminu). Przy czym nie mam wrażenia, by tam, gdzie tymi końmi jechałem – a wjeżdżałem na Kalatówki – jakoś specjalnie się one zmęczyły.

*

Jeśli ktoś uważa, że popełniłem straszną zbrodnię, to odpowiem, że przedawkował XXI wiek. Konie od zawsze pracują dla człowieka, tak jak od wieków kury dla człowieka składają jaja. A każde zwierzę pracujące dla człowieka ma lepiej niż zwierzę przez człowieka zabijane. Jeśli nie dogadamy się w tym temacie, to nie dogadamy się w żadnym, bo będę musiał was uznać za hipokrytów. Może bym wjechał czym innym, ale niczym innym nie można. A alternatywą dla pracującego konia jest martwy koń. Reszta to słodkie pierdzenie.

Nam, ludziom, sporo przez te tysiąclecia się udało, dzięki czemu nasze życie jest wygodniejsze. I przepraszam, ale nie jestem jednym z tych, który jest przeciw ścięciu jednego drzewa, blokującego wielką inwestycję, ponieważ zaczął się okres lęgowy ptaków (sytuacja z Warszawy), nie blokuję budowy autostrad, chociaż tylko debil mógłby uznać, że są one dla mieszkających tam zwierząt naturalne. I wolę pokazać dziecku lwa w ZOO niż na zdjęciu, mimo że ów lew pewnie wolałby nigdy do ZOO nie trafić. Tak, jestem wygodny. I pragmatyczny.

Jeśli chcecie zamordować konie w Tatrach, to sprawcie by nikt nie wjeżdżał wozami pod górę. Wtedy będziecie mogli z dumą sobie powiedzieć, że już się dzięki wam nie męczą. Że rozwiązaliście problem ostatecznie. Dziwi mnie tylko, że koń idący do rzezi wygląda na bardziej niespokojnego niż na górskim szlaku… Ale skąd on miałby wiedzieć, co jest dla niego lepsze?

*

Na koniec ciekawostka ze strony otwarteklatki.pl. O zwierzętach, które zjadacie, futrach, które nosicie, skórze, z której macie buty, paski czy tapicerki w samochodach raczej wszystko wiecie. A o wełnie?

Wełna to produkt odzwierzęcy, który jest powszechnie konsumowany i niestety bardzo rzadko kwestionowany. Jego produkcja wiąże się z ogromnym cierpieniem owiec, jakie niesie za sobą ich hodowla i wykorzystywanie. Włókna wełny zawierają w sobie długie i elastyczne białka, zwane keratyną. Zanim zaczęliśmy wykorzystywać owce, produkowały one wystarczająco dużo wełny stanowiącej doskonałą izolację ich ciał przed chłodem. Dziko żyjąca owca nie wymagała strzyżenia. Natomiast owce hodowane dzisiaj rozmnażane są selektywnie, aby skrzyżować gatunki produkujące więcej wełny niż naturalnie. Proceder selektywnego rozmnażania w rezultacie powoduje szereg chorób związanych z nadmierną ilością owłosienia, takich jak śmierć z przegrzania czy muszyca, która spowodowana jest zagnieżdżaniem się larw much w skórze, uszach, nosie czy w okolicy narządów płciowych i odbytu zwierzęcia. Strzyżenie owiec powoduje u nich niesamowity ból oraz liczne obrażenia. Pracownicy na siłę krępują owcę podczas strzyżenia, aby ściąć każde, najmniejsze nawet włókno z jej ciała, nie zwracając przy tym uwagi na stres czy rany, jakie jej zadają. W naszym przekonaniu, nikt nie powinien zmuszać tych zwierząt do produkowania szalików, swetrów, rękawiczek i płaszczy.

Kiedy ostatnio oburzaliście się na widok owieczki w Tatrach? He?

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE (95)