Jaki tam New York… „Babyface” to swój chłop z Konarzyc
Inne sporty

Jaki tam New York… „Babyface” to swój chłop z Konarzyc

– Dzieci we wsi cały czas męczą mnie o rękawice, bluzy, czapki. Aż poprosiłem go „Adaś, przyślij mi tych czapek, bo ja się nie mogę odgonić”. Uczniowie z naszej podstawówki mówią mi nawet ostatnio „jak pan nam załatwi czapkę, to my będziemy panu trawę kosić!” – śmieje się Sławomir Mierzejewski, wujek Adama Kownackiego.

Wybraliśmy się na Podlasie, do Konarzyc, żeby zobaczyć na własne oczy, skąd wyfrunął najlepszy dziś polski pięściarz wagi ciężkiej. Facet, który już za chwilę może tłuc się o pas mistrza świata.

***

Panowie, piszę tekst o Adamie Kownackim. Możemy porozmawiać? – zaczepiam dwóch jegomości, których spotykam pod miejscowym sklepem.

A pan redaktor dorzuci się do piwa?

Dorzucę…  

No i dorzucam, chociaż nie spodziewałem się, że pierwsze co mnie spotka po przyjeździe, to wręczenie łapówki.

Tutaj wszyscy są z niego dumni, chociaż wyjechał stąd jeszcze za dzieciaka. Niby mieszka w Stanach, ale o swoich korzeniach pamięta, cały czas ma tu rodzinę, tam dalej znajdziesz dom. Całkiem niedawno znów przyjechał, był szał wśród dzieciaków w szkole. Ekstra sprawa. To dowód na to, że nawet w takich Konarzycach może urodzić się znany sportowiec. Może nawet mistrz świata? Początek ma bardzo dobry, wszystkich leje. Chociaż taki niepozorny – mówi jegomość, potrząsając teatralnie swoim brzuchem.

Cóż, jak widać nie potrzeba sześciopaku, żeby wygrać wszystkie 19 zawodowych walk, w tym 15 przed czasem. Przy ostatnim nieszczęśniku, napakowanym Geraldzie Washingtonie, Kownacki też wyglądał mało okazale, ale i tak zdemolował go w drugiej rundzie. To jego kolejny skalp za oceanem, dlatego od kilku tygodni coraz częściej pojawiają się informacje, że chłopak spod Łomży może wkrótce stanąć przed szansą walki o tytuł.

***

dav

Welcome!

Przystane

No to jedziemy… tylko coś mało połączeń

dav

Chcieliśmy pogadać z jakimś lokalnym strażakiem Samem, ale cóż, remiza zamknięta na głucho

dav

Standardowy widoczek z okna mieszkańców Konarzyc

Konarzyce.

Wieś leżąca niemalże znak w znak z Łomżą. Droga wojewódzka nr 677 to wylotówka w kierunku Ostrowi Mazowieckiej, dlatego ciężarówki walą przez sam środek miejscowości niemalże non stop. Jeden z gospodarzy opowiada mi poirytowany, że jak wyjeżdża ciągnikiem ze swojej posesji „w lewo na główną”, to czasami musi stać ze dwadzieścia minut, zanim włączy się do ruchu. Pewnie trochę przesadza z tymi minutami, ale ogólnie – faktycznie przerąbane. Najzabawniejszy jest jednak widok, kiedy jakaś wysłużona „trzydziestka” pamiętająca jeszcze Gierka wciśnie się między samochody i następnie ślimaczy się, mając za sobą sznur ciężarówek pędzących na Warszawę. Albo na wschód. Kierowcy chcieliby pewnie takiego chłopa rozszarpać.

Kiedy Adam Kownacki na początku lat 90. chodził tutaj do zerówki, wieś tworzyły głównie domy znajdujące się przy głównej trasie. Dziś Konarzyce to jednak już kawał wioski, prawie tysiąc osób. Miejscowość stała się sypialnią Łomży, czego dowodem są nowe osiedla, które wyrosły z dala od trasy, na dawnych polach. Konarzyce są więc teraz miksem wypasionych domów, chałup z czerwonej cegły i starych gospodarstw, także tych od wielu lat opuszczonych.

Na pewno nie jest to więc typowa wieś zabita dechami. Znajdziemy tutaj m.in. prowadzone przez mieszkańców hurtownie, skład węgla, gabinet weterynaryjny i inne drobne biznesy. Ruchliwa droga województwa jest z jednej strony udręką, z drugiej zaś sposobem na zarobek. Na przejezdnych liczą chociażby właściciele zajazdów (za 14 ziko można wsunąć obiad z kartaczami, rejbakiem lub świeżonką) czy komisu samochodowego. Z autami na sprzedaż to w ogóle ciekawa sprawa. Generalne widok samochodów wystawionych na sprzedaż przy drogach nie jest niczym rzadkim, ale spacerując przez Konarzyce dosłownie co chwilę natrafia się na stojący na takiej dzikiej wystawce wóz z karteczką w oknie. Pełna oferta: audi nówka z 1987 r., mazda, lanos, jakaś terenówka, znów audi, opel, jest nawet przyczepa kempingowa. Może ktoś się zatrzyma i wybawi właściciela.

Chociaż już niedługo będzie tutaj znacznie spokojniej. Na wschód od Konarzyc trwa budowa obwodnicy, która w końcu wyprowadzi ruch tranzytowy ze wsi. Mieszkańcy żyjący blisko drogi będą mogli w końcu normalnie otworzyć okna, a rolnicy nie będą musieli czekać dwudziestu minut na wyjazd z własnego podwórka. Tylko zajazd i jeden ze sklepów przy trasie zdechną pewnie śmiercią naturalną, bo taki to urok obwodnic.

***

W Konarzycach cały czas żyje jednak rodzina Adama Kownackiego.

Przyjmuje mnie Sławomir Mierzejewski, wujek pięściarza, który na co dzień pracuje jako konserwator w szkole podstawowej. Mieszka w domu przy ul. Łomżyńskiej z żoną Anastazją, córką Patrycją i dziadkiem boksera, Kazimierzem. Adam wychował się dokładnie na tym podwórku, chociaż w miejscu starego domu państwa Kownackich wyrósł już nowy. Stodoła za domem jednak jak stała, tak stoi. Podobnie część wysłużonych maszyn.

dav

Sławomir Mierzejewski z córką Patrycją

sdr

O, tutaj bawił się mały „Babyface”

Adam to mój chrześniak. Podawałem go do chrztu. Od małego był dosyć ciężki, dlatego było co podawać – opowiada Mierzejewski. – Ale trzeba przyznać, silny też był od początku. Kawał chłopa. Miał dziewięć, a może i zaledwie osiem miesięcy, kiedy zaczął chodzić. Babcie mówiły „nie stawiajcie go tak, bo kości są jeszcze słabe i coś mu się stanie”. Bały się, że będziemy później chować kalekę. Jednak na kalekę nie wyrósł. Mało tego, może jeszcze będzie mistrzem świata.

Ale płaczący był. To pamiętam – dodaje małżonka.

W rodzinie Kownackich przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych może się nie przelewało, ale też nie klepali wielkiej biedy. Prowadzili nieduże gospodarstwo liczące „jakieś siedem hektarów, kilka krówek, trochę świnek”. Mama Jadwiga zajmowała się domem i trzema synami, tata Waldemar dorabiał jeszcze w piekarni. – W takich małych gospodarstwach trudno było się utrzymać, więc należało ciągnąć dwie prace. Ale radzili sobie. Nie było tak, że brakowało bardzo pieniędzy. Nawet co jakiś czas dawali radę samochód zmienić. Adam miał wtedy ledwie kilka lat, więc siłą rzeczy jeszcze nie pomagał za bardzo przy gospodarce. Jak to mały chłopak, kręcił się po podwórku, chlewniach – mówi Sławomir.

dav

Jabłko i Adam Kownacki

mde

Będę grał w grę

Dziś wyjazd do Stanów Zjednoczonych nie jest już takim wielkim marzeniem dla statystycznego Polaka, ale w latach 90. wielu rodaków dałoby się pokroić za zieloną kartę. Wnioski składano na potęgę. Swój wysłali także Kownaccy, chociaż – jak wspomina dziś rodzina – wynikało to chyba trochę z owczego pędu. Rodzice Adama zgłosili się do losowania, chociaż bardziej dla spokoju sumienia, bo sąsiedzi składali. Raczej nie wierzyli w swój american dream. Ale ten zupełnie nieoczekiwanie zaczął się spełniać.

My z żoną akurat nie wylosowaliśmy, a oni dostali. Byli zaskoczeni, z początku nie wiedzieli co robić, chociaż w Stanach Zjednoczonych żyła ciotka Adama, a więc jakieś oparcie już mieli. Nie wiedzieli jak to będzie, bo jednak była już trójka dzieci. W końcu zdecydowali się skorzystać z szansy, chociaż nie było też tak, że wszyscy polecieli od razu. Pierwszy na zwiad wyjechał ojciec. Urządził się tam trochę, zarobił coś, znalazł mieszkanie i rodzina miała już gdzie przyjechać. Po około roku polecieli wszyscy. Adaś poszedł jeszcze w Konarzycach do zerówki i przed pierwszą klasą wyjechał. To był jakoś koniec czerwca. Pewnie nie chciał zostawiać kolegów i koleżanek, ale jak rodzice kupili bilety, to nie było wyjścia. Nie miał nic do powiedzenia – wspomina wujek boksera.

Za wielką wodę poleciał w 1996 r. w wieku siedmiu lat. Razem z rodzicami i dwoma młodszymi braćmi – Pawłem i Łukaszem – zamieszkali na Greenpoincie w Nowym Jorku. Taka mała ojczyzna: mnóstwo Polaków, polskie sklepy i restauracje, małe biznesy Kowalskich. Przy kupnie bułek język angielski nie był potrzebny, ale w szkole – bo wysłano go do publicznej, anglojęzycznej – już tak. Chłopak z Konarzyc musiał jakoś sobie radzić, dlatego pierwsze lekcje obcego języka odbywał oglądając „Power Rangers” w oryginalnej wersji. Z amerykańskimi rówieśnikami nie miał też łatwo z tego względu, że był otyły. Nie brakowało docinków, zaczepek. Któregoś dnia jeden z kuzynów rzucił hasło, żeby pójść na boks. Miał to być sposób na odejście od komputera i zrzucenie kilku kilo. Adam dał się namówić i złapał bakcyla.

Później zaczął też studiować, ale nie skończył. Wiadomo, trzeba było zarabiać pieniążki, a on był najstarszym z synów. Poszedł na budowę, a w weekendy był bramkarzem w dyskotekach na Greenpoincie, bo przecież boksował, więc miał warunki. Miałem zresztą okazję bywać na jego pierwszych walkach w młodzikach, ponieważ przez kilka lat też pracowałem w USA. Później, jak już walczył w wadze ciężkiej, też kilka razy byłem. Pamiętam pojedynek z takim Irlandczykiem. No to ile było tej walki? Śmialiśmy się z niego, że nawet nie dał popatrzeć, bo już w pierwszej rundzie był nokaut – wraca pamięcią Mierzejewski.

Wkrótce musiał pojawić się klasyczny dylemat – postawić na normalną robotę, czy pójść w boks. Po niezłym początku Adam razem z Justyną (dziś żoną), podjęli decyzję, że spróbują drugiej drogi. Debiut na zawodowym ringu zaliczył w październiku 2009 r. Mając 20 lat pokonał przez techniczny nokaut Amerykanina Carossee Auponte. Później przez kolejne lata powoli budował swoją pozycję na tamtejszym rynku, chociaż wszystko działo się trochę na uboczu polskiego boksu. Kownacki w świadomości nadwiślańskiego kibica zagościł tak naprawdę na dobre dopiero nokautując dwa lata temu Artura Szpilkę. „Szpila” próbował wrócić na karuzelę po porażce z Deontayem Wilderem, ale w polsko-polskim starciu pogrążył się jeszcze bardziej.

Szpilka dzień przed walką, podczas ważenia, zaczepiał ojca Adama. Już nie będę używał dokładnie jego słów, ale generalnie mówił: „Z kim ja mam tu walczyć?! Wstyd mi na ring wyjść!”. Był przekonany, że wygra. A Adam cały czas na spokoju. No i wygrał – kręci tak jakby trochę wciąż z niedowierzaniem wuj Sławomir.

I Szpilce było wstyd nie tylko wejść na ring, ale też z niego zejść.

Dalsza historia „Babyface” jest już doskonale znana. Trzy ważne wygrane z Iago Kiladze, byłym czempionem federacji IBF Charlesem Martinem oraz byłym pretendentem do tytułu Geraldem Washingtonem wywindowały go do czołówki królewskiej kategorii. W rankingu serwisu Boxrec Kownacki jest dziś jedenasty. Nic więc dziwnego, że zaczęły się przed nim uchylać drzwi do walki o mistrzowski pas.

***

Idę na wieś popytać, co więc z tym tytułem.

Ryszard Poniechowski, sprzedawca w sklepie spożywczym:

Czytałem ostatnio w gazecie, że jest w piątce-szóstce kandydatów, żeby bić się z Anthonym Joshuą. Bo na dopingu wpadł ten, no… na „M” – nie może sobie przypomnieć.

– Jarrell Miller.

– Dokładnie. Ponoć Kownacki miałby walczyć zamiast niego z Joshuą (Polak ostatecznie nie przystał na datę już 1 czerwca, dlatego tak jak planował powróci na ring w lipcu – red.). To wielki mistrz i wielki chłop, ale zobaczymy. To jak w piłce, gdzie piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Wszystko się może zdarzyć. Oglądałeś wczoraj Ligę Mistrzów? Kto się spodziewał, że Tottenham przejdzie, albo wcześniej Ajax? Myślę, że Kownacki ma szanse na mistrzostwo świata, chociaż być może jeszcze nie teraz. Może za rok lub za dwa?

sdr

Krowa na płocie też zdaje się wypatrywać mistrzowskiego tytułu dla Kownackiego

W Konarzycach robota cały czas wre. Moją uwagę zwraca facet, który dla dobra swojego gospodarstwa naprawdę ryzykuje życie. Biega z taczką na posesję znajdującą się po drugiej stronie ruchliwej szosy. Co chwilę, tam i z powrotem.

Może nie jestem jakimś wielkim znawcą boksu, ale rzucę okiem jak walczy, jak wszyscy pewnie w Konarzycach. Syn pokazuje mi w internecie relacje. Kownacki jest niepozorny, ale walczy efektownie, cały czas atakuje, wyprowadza mnóstwo ciosów. Naprawdę dobrze się to ogląda – mówi.

Wierzy pan, że może być mistrzem świata? Mówi się, że walki z Joshuą lub Wilderem są całkiem realne.

Trudno powiedzieć. Mieliśmy już kilku Polaków walczących o mistrzostwo w tej wadze, ale nie udało się ani Gołocie, ani Adamkowi, Szpilka też przegrał. Nie taka prosta sprawa. Ale wierzymy, że to Kownacki będzie tym pierwszym. Muszę jednak pana przeprosić, bo robota goni – żegna się i znów łapie za swoją taczkę.

W taką wymarzoną walkę wierzy też Kazimierz Malinowski, sołtys Konarzyc: – Tutaj we wsi wszyscy trzymają za niego kciuki. Jesteśmy z niego dumni i wiemy, że mistrzostwo jest realne. Czekamy już na koleją walkę.  

W domu Mierzejewskich każdy pojedynek to święto, chociaż ciotka Anastazja akurat nie może na to patrzeć. Jak mówi, to sport nie dla niej.

Jego matka ma podobnie. Kiedy trwa walka, ma wyłączony telewizor i czeka tylko na telefon, czy Adam skończył. Ale żeby pojechać? A broń panie Boże! Tylko ojciec zawsze jeździ na walki – mówi Sławomir. – Nam zdarza się czasami i seniora rodu budzić, bo walki są przecież w nocy. Mówię „dziadek, Adam zaczyna walkę, wstawaj”. Podnosi się, tylko te walki są krótkie. Człowiek nie zdąży dobrze popatrzeć, a już jest koniec. Chociaż jak ostatnio walczył z Washingtonem, to miałem lekkie obawy. Nie wiedziałem, czy da radę. Pierwsza runda jak na moje patrzenie remisowa. W drugiej już jednak Adam zaczął przeważać. Może ma trochę wolniejsze ruchy, ale jak widać ma silne ciosy. Jak będzie walka o mistrzostwo, to będzie święto. Nie mam pojęcia jak to zorganizujemy, ale na pewno rodzinnie.

I dodaje: – Ludzie czasami pytają mnie, czy Adam będzie walczył w Polsce. Znajomy, który ma we wsi magazyny z paszami i nawozami powiedział, że jakby Adam walczył w kraju, to on jest pierwszy do organizowania autokaru. Konarzyce na pewno byłyby na takiej walce, podobnie jak delegacja z Łomży.

– Adam na pewno będzie mistrzem świata. Na bank – przekonuje Patrycja, kuzynka.

***

Gdzie w Konarzycach nie przystawić ucha, wszyscy mówią – szacunek, że nie zapomniał o  korzeniach.

Tylko w tym roku stawił się w swojej rodzinnej wsi dwa razy. W lutym udało się nawet zorganizować krótkie spotkanie z uczniami szkoły podstawowej. Sławomir Mierzejewski, który konserwatorem jest tam od dwóch lat, wspomniał dyrekcji, że Adam przyjeżdża i jest okazja coś takiego zorganizować.

Poprosiłem, żeby wygospodarował trochę czasu. Zainteresowanie było oczywiście bardzo duże. Jak słyszę teraz na wsi, to wszyscy idą od przedszkolaka na boks. Mam znajomą, która też pracuje w szkole. Ma dwóch chłopaków i mówi, że nie może dać im rady, bo w domu cały czas walczą. Chcą być jak Adam Kownacki. Są też oczywiście różne prośby. Dzieci cały czas męczą mnie o rękawice, bluzy, czapki. Ostatnio aż poprosiłem go „Adaś, przyślij mi tych czapek, bo ja się nie mogę odgonić”. Uczniowie z naszej podstawówki mówią mi nawet „jak pan nam załatwi czapkę, to my będziemy panu trawę kosić wokoło szkoły!” – śmieje się Mierzejewski.

Kownacki w szkole

Młody, trzymaj ręce wysoko, nie baw się w Szpilkę

Kiedy jego 88-letni dziadek Kazimierz miał niedawno bardzo poważne problemy zdrowotne i trafił do szpitala, pięściarz razem z braćmi wskoczył do samolotu i przyleciał go odwiedzić. Będąc ostatnio we wsi, oznajmił też rodzinie, że dziecko którego spodziewają się z Justyną, będzie miało na imię Kazik. Wiadomo po kim.

„Babyface” często wspomina w wywiadach, że kto wie, być może w przyszłości wróci do kraju? Teksty o życiu farmera można traktować pewnie tylko jako żart dla dziennikarzy, ale jak mówią bliscy, ogólnie temat powrotu nie jest ponoć wcale gadaniem pod publiczkę.

Ostatnio zaczął tu często bywać, dlatego wprost zapytaliśmy. Przyznał, że myślą o powrocie, bo przecież nie będzie walczył całe życie. Tym bardziej, że jego żona jest z Zakopanego, góralka. Adam zastanawia się nad otwarciem klubu, gdzie mógłby uczyć młodych boksu. Jest bardzo związany z Polską, chociaż kiedyś wypominano mu, że jaki to Polak, co od małego w Stanach siedzi. Ale proszę zobaczyć, po walkach podają mu do ringu naszą flagę, spodenki też zawsze biało-czerwone, mówi bardzo dobrze po polsku – słyszymy.

***

Dwaj jegomoście spotkani pod sklepem dopijają swoje Tatry i w dalszym ciągu analizują, co to może być z tego Kownackiego.

Zobaczymy co będzie, kiedy dostanie kogoś naprawdę topowego. Fury, Joshua czy Wilder to jednak gwiazdy. No ale jak chce być mistrzem, to będzie musiał pobić największych. Ciężka sprawa, ale… w sumie dlaczego ma się nie udać? Życie nie zawsze jest logiczne. Kiedyś liczyliśmy na Gołotę i Adamka, ale obaj okazali się za krótcy. Może mistrzem świata będzie więc nasz Kownacki, o którym jeszcze kilka lat temu mało ktoś w Polsce słyszał?

A gdyby tak się stało, to jak Konarzyce świętowałyby taki wielki sukces? – dopytuję.

Nie wiem. Może główna ulica, zamiast Łomżyńska, powinna być wtedy Kownacka? Nawet brzmi ładniej, prawda? 

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. archiwum rodzinne, SP w Konarzycach, własne