Na Wielkanoc wybieram największych jajcarzy polskiej piłki
Blogi i felietony

Na Wielkanoc wybieram największych jajcarzy polskiej piłki

Ci, którzy nie interesują się polską piłką, nie wiedzą, że śliczne jaja można mieć co tydzień, a nie tylko na Wielkanoc. Może to i dobrze: gdyby się zainteresowali, nie byłoby już pisanek, bo nikt nie mógłby zajmować się w święta tym, co przypomina tak dosadnie nasz futbol. Naprawdę nie ma nic lepszego do takiego porównania niż jajo. Jajo na tablicy wyników w europejskich pucharach, jaja na boisku, kwadratowe jaja w prowadzeniu klubów, nawet w smudowskim „chuja grają, opierdolimy ich” były, jakkolwiek spojrzeć, dwa jaja.

Dlatego, w tym szczególnym czasie, wybrałem największych jajcarzy polskiej piłki.

Piąte miejsce przypada Szymonowi Marciniakowi, który potrafi odstawić na boisku niezły cyrk, a więc robić sobie jaja. Czasem zignoruje VAR i nie podbiegnie do monitorka, bo to bije w jego majestat. Czasem podbiegnie, ale ogląda chyba prognozę pogody na innym kanale, gdyż decyzja jest inna, niż wszyscy mogliby się spodziewać. Do tego dochodzi to ciągłe sędziowanie w Arabii Saudyjskiej. Tam się nie znają na piłce, więc biorą polskich sędziów, trudno, ich strata finansowa, z mojej kieszeni w końcu nie ciągną. Natomiast traci na tym też nasz futbol, ponieważ o ile się orientuję, z Arabią nie sąsiadujemy i swoje trzeba przelecieć. To męczy, a powtarzane tak często, męczy szczególnie i to widać w boiskowych decyzjach.

Czwarte miejsce od wujka Kowala dostaje Konrad Michalak. Konrad, mamy Wielkanoc. Mówię ci to, bo masz ciągle zamknięte oczy i możesz nie widzieć kalendarza. Krótka rada od starszego gościa: podnieś powieki, to pomaga w graniu w piłkę. Wtedy będziesz mógł celnie dośrodkować, a jeśli bardzo się postarasz i wytężysz każdy mięsień, nawet masz szansę na udany drybling. Tylko, naprawdę, zacznij od podstaw. Już nie dostrzeżesz siebie w gronie przewidzianych do pierwszej reprezentacji, taki zaliczyłeś zjazd, ale przynajmniej zobaczysz piłkę. A w piłkę gra się piłką, więc to ważny element tego sportu.

Cholera, czy on to przeczyta, skoro nie otwiera oczu? Liczę, że ktoś mu moje rady przytoczy.

Trzecie miejsce należy do najlepszego komediowego duetu od czasu Norka i Krawczyka. Mioduski i Rutkowski sprzedają piłkarskie jaja w tempie karabinu maszynowego. Strach wyjść na ulicę, bo za każdym rogiem może czaić się jeden albo drugi z kapitalnymi pomysłami. Trener od kobiet do drużyny męskiej! Transfer Raduta! Siedemnasta rewolucja w ciągu roku! Długi kontrakt dla regularnie zwalnianego trenera! Na Janickim po mistrzostwo! No, kapitalni są to panowie, mam nadzieję, że jak ktoś wpadnie na pomysł komediowego filmu o polskiej piłce, to obaj będą konsultować scenariusz. Szkoda tylko, że tytuł jest już zajęty, gdyż należy do filmu z Jimem Carreyem i tym blondynem, którego nazwiska nie znam. Ale będziecie wiedzieć, o jaki film chodzi.

Drugie miejsce to byłe władze Wisły. Temat odkurzam, skoro pan Damian co najmniej najbliższe trzy miesiące spędzi w niezbyt dużym pomieszczeniu. I nie będzie to pokład awionetki lecącej do ciepłych krajów, tylko cela. Tak pan Damian sobie chciał zrobić jaja ze wszystkich, wmawiając, że doniesienia Jadczaka są nieprawdziwe, że aż się sam ugotował. Na miękko. I bardzo dobrze, miejsce jego i jemu podobnym jest w odosobnieniu, bo też nie zapominajmy, że parunastu, jak nie więcej, bandytów (z innych klubów również) też należy wyłapać.

No a pierwsze miejsce leci do mnie. Po pierwsze – ja też sobie robię jaja z polskiej piłki tak jak wymienieni. Po drugie – zawsze chcę być pierwszy.

Więc jestem.

Wesołych świąt.