Gdy drużyna przegrywała, trener mówił: „zważ Chudego”. Rezerwowego bramkarza!
Weszło Extra

Gdy drużyna przegrywała, trener mówił: „zważ Chudego”. Rezerwowego bramkarza!

Martin Chudy, bramkarz Górnika Zabrze, poza boiskiem już od ponad 10 lat zajmuje się zdrowym żywieniem i dietetyką. Pisze na ten temat książki, daje wykłady czy posiada klientów, z którymi pracuje. W zasadzie mógłby nawet rzucić piłkę i żyć właśnie z tego. Byłaby to jedynie bardzo fajna ciekawostka, gdyby nie fakt, że Chudemu stale zarzuca się, że sam jest… za gruby.

Postanowiliśmy z nim o tym porozmawiać. Głównie o tym. Było to o tyle łatwe, że Chudy już przyzwyczaił się do tego, że ludzie wypominają mu kilogramy. W czeskich klubach był nawet z tego powodu dręczony przez sztab szkoleniowy. Zapraszamy! 

Dlaczego nie ważysz 87 kilogramów? 

Kiedyś ważyłem, ale miałem wtedy chyba 19 lat. Wiesz… Niektórzy zajrzą w jakąś tabelę sprzed 20 lat i stwierdzą, że przy moich 187 centymetrach powinienem ważyć właśnie tyle, ale nie jest to prawdą. 

Nie jest? 

Kilka osób na pewno powie ci, że jest, ale nie zgadza się z tym wielu ekspertów. Zaliczam się do drugiej grupy. Musimy pamiętać o tym, że każdy z nas jest inny. Niedawno zrobiłem sobie kompletne testy genetyczne i na nietolerancje na AWF-ie w Katowicach. Czekam jeszcze na część wyników, ale o większości z nich rozmawiałem już z panią doktor Małgorzatą Michalczyk, która ma duże doświadczenie w zakresie dietetyki. Na jej sprzęcie, który jest trochę inny niż ten w Górniku, wyszło, że mam 8,7% tkanki tłuszczowej. To bardzo dobry wynik zarówno według mnie, jak i według niej. Lepszy od wielu innych zawodników. Gdy opowiedziałem pani doktor o tym, że w Czechach pod groźbą kar wymagano ode mnie wagi na poziomie 87 kilogramów, zapytała, jak to w ogóle było możliwe! 

Ale na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że bardzo dużo mówi się o tym, jak wyglądasz i ile ważysz. 

Oczywiście, ale szczerze mówiąc, przez te wszystkie lata zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Na pewno swoje robi też telewizja, która sprawia, że wyglądam trochę grubiej. Siedzisz teraz metr ode mnie, więc chyba możesz to potwierdzić. 

Zgoda, rzeczywiście coś w tym jest. 

Co mogę zrobić z tymi uwagami? Nic. Koncentruję się na tym, żeby mieć odpowiednio dużo mięśni i tkankę tłuszczową na poziomie poniżej 10%, bo to sprawia, że czuję się dobrze. Zobacz, najwyższą formę w karierze i sukcesy osiągnąłem nie wtedy, gdy waga pokazywała najniższą liczbę kilogramów. Doszło do tego, gdy prezentowałem się dokładnie tak jak dziś! Ja naprawdę jestem w stanie ważyć mniej, ale uwierz mi, że to mija się celem. Gdy grałem w Dukli Praga, ważyłem 90 kilogramów. Wtedy chcieli, żebym schudł jeszcze trzy. Mniej jadłem, przed normalnym treningiem robiłem jeszcze swój własny trening, żeby mieścić się w limicie, ale co z tego, skoro czułem się źle? Byłem chudy jak palec i strasznie słaby. 

Ale trochę bogatszy, bo za nadwagę klub regularnie cię karał. 

No tak! W Czechach miałem z tym ogromne problemy, bo tam patrzyli tylko na wagę i liczbę, którą ona pokazuje. Mieszczenie się w tym ich limicie było dla mnie bardzo trudne i szkodliwe. Prawie przez trzy lata wyglądało to tak, że w poniedziałki wstawałem o szóstej rano. Gdy było ciepło, szedłem na dwór, a gdy zimno, do siłowni – biegałem tam, żeby wypocić wodę i po ważeniu uniknąć kary. To nie miało nic wspólnego z profesjonalizmem i odbijało się na moim organizmie. Po mniej więcej dwóch latach zaczęły się kontuzje – tu barku, tam mięśnia. Niby trudno było wytłumaczyć, z czego wynikały, ale to proste – mój organizm był zmęczony i reagował. 

To był fatalny okres. Ekspert, który miał do czynienia z różnymi somatotypami, na pewno by mnie zrozumiał. Trenerzy również, bo w meczach, w których grałem, broniłem dobrze i widzieli, że jestem dynamiczny oraz szybki na linii, szybszy od wielu szczupłych bramkarzy. Kondycyjnie też wypadałem bardzo dobrze – jeszcze w Nitrze potrafiłem być w czołówce, gdy jako bramkarze biegaliśmy razem ze wszystkich zawodnikami. W czym więc leżał problem? W samych cyfrach, co było kompletnie bez sensu. 

Na Słowację z Czech wróciłeś właśnie przez to, że tam twoja waga była problemem?

Tak, dokładnie. Najgorzej było w Teplicach. Doszło tam nawet do tego, że w klubie ważyli… tylko mnie! W drużynie byli gracze, u których od razu, już na pierwszy rzut oka, było widać, że mają za dużo tłuszczu, ale problemem byłem tylko ja. Rezerwowy bramkarz! Gdy jakoś udawało mi się przygotowywać na poniedziałki, w trakcie których byłem ważony, wymyślono zmianę – że będą mogli mnie zważyć w każdej chwili, kiedy tylko będą chcieli. Był taki tydzień, że robili to w poniedziałek, wtorek, środę… Kara – ustalona tylko dla mnie – wynosiła 10 tysięcy koron, czyli około 400 euro. 

2019.03.29 ZABRZE SPORT PILKA NOZNA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 KOLEJKA 27 GRONIK ZABRZE - CRACOVIA KRAKOW NZ MARTIN CHUDY FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl 2019.03.29 ZABRZE SPORT FOOTBALL LOTTO EKSTRAKLASA SEASON 2018/19 ROUND 27 GRONIK ZABRZE - CRACOVIA KRAKOW FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Z czego wynikało to, że tak cię tam traktowano? 

Zacznę od tego, że miałem pecha. Gdy przeniosłem się z Dukli do Teplic, przez pół roku było dobrze. Po tym czasie mój były trener przygotowania fizycznego… przebył tę samą drogę. Wszystko zaczęło się od nowa, bo tak naprawdę to on stał za tym, co mnie tam spotykało. Pamiętam nasze badania tkanki tłuszczowej, które były przeprowadzana niedaleko Teplic. Aparatura pokazała, że przy 92 kilogramach mam 12%. Innemu bramkarzowi, Tomasowi Grigarowi, zmierzono w tym samym czasie 13,5%, ale to mnie wysłano na dodatkowe badania na Uniwersytet do Pragi! Wspomniany trener wiedział, że jest tam trochę inny sprzęt, który u prawie wszystkich pokazuje wyższe wyniki, bo byliśmy tam też w czasach Dukli. Według tamtego pomiaru miałem 15% tkanki tłuszczowej i wszystko wróciło. To, że inne aparatury pokazywały mniej, nie miało dla niego żadnego znaczenia. 

Wracam do pytania – z czego to wynikało? Musiałeś czymś mu mocno zajść za skórę, skoro tak bardzo cię nie lubił. 

Spotkaliśmy się niedawno na Cyprze, gdzie jego drużyna trenowała obok nas. Możemy normalnie porozmawiać i na pierwszy rzut oka nie widać żadnego problemu, ale byli klubowi koledzy z Teplic potwierdzili mi, że coś do mnie miał i – delikatnie mówiąc – nie przepadał za mną. Oczywiście domyślam się, o co mu chodziło. Skoro poza boiskiem zajmuję się odżywianiem, to od czasu do czasu coś na ten temat głośno mówiłem. To na pewno mu się nie podobało. Chciał pokazać, że jest bossem i że nie ma z nim żadnej dyskusji, stąd moje problemy. To taki typ, dla którego kompletnie nie liczą się opinie innych. Nie był specjalnie lubiany w szatni – słyszałem, że gracze Dukli byli bardzo szczęśliwi, gdy okazało się, że odchodzi. 

Jeśli wszystko, o czym opowiadasz, jest prawdą, to muszę przyznać, że i tak sporo czasu tam wytrzymałeś. 

W końcu stwierdziłem, że mam już 28 lat, a to wszystko, co dzieje się wokół mnie, podpada pod dyskryminację. Gdy jesteś młodym zawodnikiem, pewne rzeczy znosisz łatwiej. Najgorsze zawsze były serie porażek. Choć nie broniłem w tych meczach, w klubie była tak nerwowa atmosfera, że różne rzeczy urastały do rangi problemu. Zazwyczaj wtedy padała komenda: „zważ Chudego”. 

Gdy przyszła oferta z Trnavy, nawet się zbyt długo nie zastanawiałem. Po Teplicach i tym, że cały czas dodatkowo trenowałem, by zmieścić się w limicie, miałem dużą masę mięśniową. W Spartaku spotkałem trenera bramkarzy, który również bardzo dużo od nas wymagał pod względem fizycznym. Z 92 kilogramów błyskawicznie skoczyłem na 95, ale to była naturalna reakcja organizmu. Od tego czasu, już od mniej więcej dwóch lat, trzymam się w tej okolicy. 

I niedawno na dietę wysyłał cię na przykład Hubert Kostka, legenda Górnika i jeden z najlepszych bramkarzy w naszej historii. Co sobie myślisz, gdy słyszysz te wszystkie głosy?

Szczerze mówiąc, nie za bardzo śledzę komentarze w internecie. Eksperci oczywiście mają prawo do swojej opinii, ale najpierw powinni mieć jakieś podstawy, żeby się wypowiadać – w tym wypadku wiedzieć coś o mnie, o właściwym żywieniu i o przygotowaniu fizycznym. To wyróżnia dobrych ekspertów. Ja studiuję to już od ponad 10 lat i znam swoje ciało lepiej niż ktokolwiek inny. 

Czyli – mówiąc wprost – uważasz, że to bzdury?

Na pewno puściłem tutaj jakieś bramki, przy których mogłem i chciałem zachować się lepiej, ale to nie była kwestia wagi. Gdy graliśmy mecz z Lechem, w którym wyglądałem dobrze, ważyłem jeden lub dwa kilo więcej niż na przykład w trakcie spotkania z Piastem Gliwice. Tu nie ma żadnej reguły, a ekspert powinien wiedzieć, że to złożona sprawa. 

Jeśli już ktoś chciałby szukać przyczyn poza boiskiem, to mogę powiedzieć, że w trakcie pierwszych meczów miałem problemy z plecami. Zrobiliśmy badania i one nic nie pokazały, ale pojawiały się pewne kłopoty przy upadkach na lewą stronę i byłem trochę wolniejszy. 

Skoro nie byłeś w pełni zdrowy, to dlaczego broniłeś? 

Testy nie wykazały niczego poważnego. Wykonaliśmy dużo dobrej pracy z naszym fizjoterapeutą i nie był to taki stan, który uniemożliwiał mi granie. Nie jestem gościem, który powie, że trochę go coś boli i nie może grać. To nie jest żadna wymówka, chciałem tylko podkreślić, że doszukiwanie się problemu w mojej wadze jest bez sensu, bo przyczyny mogą być bardzo różne. Ból po raz pierwszy pojawił się na rozgrzewce przed meczem z Wisłą, a mimo to byłem po nim w jedenastce kolejki, więc i tak pomogłem drużynie. 

Miewasz problem z tym, żeby przyznać się do błędu? 

Nie, mówię tylko o wszystkich okolicznościach. 

Po meczu z Piastem Gliwice upierałeś się jednak, że nie zawaliłeś przy golu Kirkeskova. 

Zostałem o to zapytany po meczu i może nieprecyzyjnie się wyraziłem. To była taka sytuacja, że mogłem się zachować lepiej, bo przecież miałem piłkę na ręce, ale trochę dziwi mnie to, że nikt nie zwraca uwagi, iż to był bardzo dobry strzał, blisko samego okienka. Dla mnie gola zawalasz wtedy, kiedy puszczasz między nogami słabe uderzenie z dystansu albo podajesz piłkę napastnikowi, który strzela bramkę, a ten strzał Kirkeskova był po prostu uderzeniem do obronienia. Biorę tę bramkę na siebie, ale nie uważam, że to wielki błąd, po którym powinna pojawić się taka krytyka. Gdyby jeszcze dotyczyła na przykład tego, że źle ułożyłem rękę lub powinienem się inaczej ustawić, to okej, ale tu od razu zaczęto mówić o mojej wadze. 

Ja naprawdę nie jestem idiotą – gdyby na wszystkich maszynach wyszło, że mam na przykład 13-15% tkanki tłuszczowej, to pierwszy powiedziałbym, że muszę coś ze sobą zrobić i bym to zrobił. Wiem jednak, jak wyglądam bez koszulki, ile mam procent tkanki tłuszczowej i – łącząc to z moja wiedzą – jestem przekonany, że to mój optymalny stan. 

Skąd w ogóle wzięło się u ciebie to zainteresowanie zdrowym żywieniem, które później przełożyłeś na pisanie książek, bloga i wykłady? 

Zaczęło się, gdy grałem w reprezentacji Słowacji do lat 18. Wtedy pierwszy raz wyglądałem trochę grubiej niż inni, z czym wcześniej nie miałem problemu. Gdy trener reprezentacji powiedział mi, że powinienem coś z tym zrobić, zacząłem interesować się tematem. Miałem akurat półroczną przerwę spowodowaną kontuzją i sam od zera nauczyłem się angielskiego, by móc czytać książki o dietetyce. Na Słowacji jeszcze wtedy niewiele można było znaleźć materiałów o takiej tematyce. Z czasem coraz mocniej się w to wkręcałem, bo widziałem efekty. Gdy nad sobą popracowałem, zostałem na przykład najlepszym bramkarzem na prestiżowym turnieju U-18 w Rosji. Trener stawiał mnie wtedy za wzór dla innych. 

Jednocześnie poznawałem ludzi, którzy się tym profesjonalnie zajmują i do dzisiaj jesteśmy w kontakcie. Aktualnie nawet piszę książkę z kolegą, który przygotowywał dla mnie pierwszy plan dietetyczny. Później to do mnie zaczęli zgłaszać się ludzie, którzy widzieli, że mam odpowiednią wiedzę i zostawali moimi klientami. Czułem się w tym dobry, co motywowało mnie do dalszej pracy. Chyba zawsze tak to wygląda, że nakręcają nas sukcesy. 

W końcu pojawiało się też myślenie o tym, że nie będę grał wiecznie. Jako bramkarz mogę to robić do czterdziestki, ale trzeba mieć jakąś alternatywę. Wielu piłkarzy myśli, że zostanie trenerami, ale ja uważam, że to ciężka praca, także dla całej twojej rodziny. Czas pokaże, ale wydaje mi się, że tematem zdrowego odżywiania mogę zajmować się też po karierze. 

A jak dzisiaj godzisz swoją pozaboiskową działalność z piłką? Widziałem, że dość mocno się udzielasz. 

Jedno muszę podkreślić – piłka zawsze była u mnie na pierwszym miejscu. Ci, którzy mnie znają i ze mną pracowali, mogą potwierdzić, że w każdym zespole, w którym byłem, należałem do trójki czy piątki graczy, która opuszcza klub na samym końcu. I to nie tak, że zostawałem, by sobie poleżeć na masażu. Ciężko pracuję nad sprawami piłkarskimi i nad moją fizycznością. Mogę stanąć przed lustrem i powiedzieć, że dawałem z siebie więcej niż większość kolegów z zespołu. 

Podkreślasz to, bo ktoś miał wątpliwości? 

Zawsze zastanawiało mnie to, jak to jest, że komuś nie podoba się to, iż poza boiskiem zajmuję się żywieniem, a problemem nie było na przykład to, że inny piłkarz w tym czasie gra na automatach. Albo pije czy chodzi na dyskoteki i siedzi w nich do trzeciej nad ranem. Często oczywiście trenerzy o tym nie wiedzieli, ale czasami wiedzieli i to nie było dla nich problemem, a mój zawód był. Oczywiście nie zawsze, bo znów mówię o pobycie w Teplicach. Tam nawet trener bramkarzy mówił, że lepiej będzie, jeśli odejdę, bo niezależnie od tego, co zrobię, i tak będą jakieś problemy. Był taki okres, że wskoczyłem do bramki za kontuzjowanego kolegę, broniłem bardzo dobrze i on oraz dyrektor sportowy byli za tym, żebym dostał szansę. Weto postawili pierwszy trener i trener fitness. 

Mógłbyś rzucić dziś piłkę i żyć z zajmowania się dietetyką? 

Gdy napisałem z moją dziewczyną książkę, zarobiliśmy na niej całkiem dobre pieniądze. Mówiąc szczerze, większe niż zakładaliśmy. Na początku 2014 roku zacząłem pisać kolejną, o diecie niskowęglowodanowej, ale problemem jest czas. Mam już ponad 500 stron, więc wyjdzie z tego więcej niż jedna książka, ale wraz ze wspomnianym kolegą nie mamy kiedy się zebrać, by to wydać. Z tego samego powodu muszę odmawiać klientom. 

Myślę więc, że tak – mógłbym z tego żyć, gdybym się na tym skupił. Moi koledzy mają z tego dobre pieniądze, bo to coraz lepszy biznes. 

Pomagałeś kiedyś kolegom z drużyny? 

Zdarzyło się, że ktoś się do mnie w tej sprawie odzywał. Przygotowywałem plany, ale głównie były to pytania. Czasami wysokie ego nie pozwalało przyjść po pomoc, być może ktoś wątpił też w moją wiedzę, ale ci, którzy mnie znają, mają świadomość, że jest ona bardzo duża. Bywało, że potrafiłem zagiąć nawet ludzi, którzy pracują jako dietetycy, po czym wszystkim opadały szczęki. Wiem dużo, ale nie jestem przy tym też takim człowiekiem, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Staram się być otwarty na różne nowinki, bo jest to też taka dziedzina, która dynamicznie się rozwija. 

Kojarzysz Petteriego Forsella? 

Z Miedzi Legnica i wiem, do czego zmierzasz. Tak, ma za dużo tkanki tłuszczowej. W innej lidze lub w innym zespole zapewne byłby to problem, ale na tym poziomie, w Miedzi, jest jednym z najlepszych piłkarzy. W takich sytuacjach zawsze trudno wydaje się wyroki. Być może gdyby się za siebie wziął, to grałby w zdecydowanie lepszym miejscu, ale znam też przypadki, w których gracze po zrzuceniu kilogramów wcale nie nie grali lepiej, a wręcz przeciwnie. Czuli się gorzej, a to przekładało się na ich postawę na boisku. 

Podam ci konkretny przykład. Był w Czechach taki piłkarz, Pavel Horvath. Bardzo dobry zawodnik, grał w reprezentacji, Slavii Praga i kilku innych klubach, ale największe sukcesy odnosił na koniec kariery, w Pilznie, gdy był ewidentnie gruby i miał wielki zadek. Grał jak Pirlo! Gdzieś indziej pewnie by tego nie tolerowali, ale tam potrafili z tego skorzystać. 

Przyznaj, że to na swój sposób dość zabawne, że akurat jeden z niewielu dietetyków wśród piłkarzy musi się ciągle tłumaczyć z kilogramów. 

Tak, i w dodatku nazywam się Chudy! Nie mogę zrobić z tym nic poza tym, że koncentruję się na moich treningach i meczach. Robię maksimum, a później czas pokaże, czy będzie dobrze. Sukcesów z Trnavą i gry w Lidze Europy już nikt mi nie zabierze, a sam najlepiej wiem, jak na to pracowałem. Tak samo jak teraz. Ważyłem może nawet trochę więcej, a broniłem bardzo dobrze.

Przeczytałem, że jesteś buntownikiem. 

Tak o sobie napisałem, bo nie jest tak, że jestem taki i owaki, reprezentuję to i owo. Chcę być niezależny i nie kierować się dogmatami. Oczywiście są rzeczy, o których obiektywnie możemy coś powiedzieć – jak na przykład to, że ten kubek jest biały – ale jest mnóstwo takich, przy których nie możemy uznać, że tak jest na pewno. Dotyczy to na przykład zdrowego żywienia. Czasy się zmieniają, czasami z roku na rok, dlatego chcę być na to otwarty. To, że nazywam siebie buntownikiem na pewno nie znaczy, że wojuję z trenerami i tak dalej. Wystarczy, że widzę sens w tym, co robimy. 

WARSZAWA 24.07.2018 PIERWSZY MECZ II RUNDA ELIMINACYJNA LIGA MISTRZOW SEZON 2018/19: LEGIA WARSZAWA - SPARTAK TRNAWA --- UEFA CHAMPIONS LEAGUE FIRST LEG SECOND QUALIFYING ROUND MATCH: LEGIA WARSAW - FC SPARTAK TRNAVA BORIS GODAL MARTIN CHUDY CARLITOS FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Byliście zaskoczeni tym, jak łatwo wyrzuciliście z pucharów Legię? W Polsce uznawaliśmy, że to wstyd dla naszego mistrza. 

Ludziom w Polsce być może nie spodoba się to, co powiem. W ekstraklasie macie więcej pieniędzy z tytułu praw telewizyjnych, świetny marketing i otoczkę – lepszą niż w Czechach, a o Słowacji nawet nie ma co gadać – ale jeśli chodzi o rozgrywki w Europie, to my wypadamy lepiej. Dlaczego? W trakcie naszego dwumeczu z Legią zauważyłem, że jednym z takich powodów może być brak pokory. Nawet w Slavii Praga, która ma bogatego sponsora z Chin i przed chwilą grała z Chelsea w ćwierćfinale Ligi Europy, widać jej więcej. My w Trnavie przed każdym meczem mówiliśmy sobie, że musimy dać z siebie wszystko, żeby wygrać, ale jednocześnie nie możemy zapomnieć o tej pokorze. Myślę, że to nie tylko moje zdanie i kilku graczy ze Słowacji i Czech, którzy byli w Polsce, potwierdziłoby to, że u was wielu klubom jej brak. Szkoda, bo macie wszystko, żeby co roku w pucharach grały co najmniej dwa wasze zespoły. 

Legia trochę próbowała nas stłamsić, rozmawiałem na ten temat z naszym dyrektorem sportowym. Ostatecznie jednak to, że nasz klub tworzyło 7 osób, a Legię ponad 100, na boisku nie miało żadnego znaczenia. 

Szkoda, że po tym sukcesie z Trnavy odeszła większość zawodników i projekt się posypał? 

Przede wszystkim odszedł właściciel, a jeśli jeszcze jest, to szuka nowego sponsora. Może pojawi się taki od lata, przynajmniej tak słyszałem. Sytuacja klubu stała się trudna także ze względów politycznych, chodziło w dużej mierze o przychylność ze strony miasta. Wielka szkoda, szczególnie po ostatnich sukcesach. Przez chwilę pojawiły się nawet ambicje, że ze Spartaka zrobić słowackie Pilzno. Pieniądze zarobione w Lidze Europy można było zainwestować w zatrzymanie graczy i ściągnięcie nowych, żeby oprzeć zespół na dobrych, głównie słowackich zawodnikach i co roku grać w fazie grupowej w pucharach. To oczywiście może się Spartakowi w tym sezonie udać, bo zagra w finale Pucharu Słowacji, ale liga pokazała, że zespół jest słabszy. Źle się stało dla całego naszego futbolu. 

Ale wcześniej na Słowacji zarzucano wam, że kupiliście sobie ten mistrzowski tytuł. 

To było śmieszne. Po sezonie pojawił się artykuł, że jakiś facet przed meczem z nami chciał zapłacić bramkarzowi Rużomberoku. Ten zawodnik powiedział, że od razu odrzucił ofertę, a gość tłumaczył to tak, że spotkał piłkarza na stacji benzynowej i tylko zażartował, że postawił pieniądze na ten mecz. Słowo przeciwko słowo. Wygraliśmy to spotkanie, ale ono nie decydowało o tytule. Przez chwilę była afera, ale władze stwierdziły, że wszystko było czyste. Poza tym Slovanowi, który przegrał z nami tytuł, na pewno na rękę było, że ktoś wbija Trnavie szpilkę i próbuje ją zdyskredytować. 

Jak ci się współpracowało z trenerem Latalem? W Polsce zrobił dobry wynik, ale piłkarze z reguły się na niego skarżyli. 

Każdy trener jest specyficzny i ma swój warsztat. Z nami zrobił sukces, więc nie mogę nic złego powiedzieć. Zawsze możesz być lepszy, ale dotyczy to zarówno trenera, jak i piłkarzy. Dla niego też nie było to łatwe, bo ludzie długo mówili, że to bardziej sukces poprzedniego trenera. Jednak za jego kadencji przyszli nowi zawodnicy, on zmienił taktykę i to przyniosło efekt w europejskich pucharach. Wyniki są najważniejsze.

Zimą przeszło do Polski czterech zawodników z Trnavy, prócz ciebie Kadlec, Toth i Gressak, ale na razie – delikatnie mówiąc – szału nie ma. 

I to jest cała piłka. Nikt nam nie zabierze tego, co zrobiliśmy z Trnavą, bo nasz wynik i siedem punktów w grupie, był czymś historycznym, ale nie jest jednak łatwo pójść do innego zespołu i od razu prezentować to samo. Jest inna taktyka, inny trener, inne otoczenie, inni ludzie i nie wszyscy cię lubią. Na przykład w Sosnowcu, w którym grają Toth i Gressak, piłkarze są pod dużą presją, walczą o życie, bo znajdują się na ostatnim miejscu, w dodatku wymieniono od razu połowę piłkarzy. Kadlec z kolei przyszedł do Polski z kontuzją i dopiero wraca do gry. Trzeba się w tym umieć odnaleźć, a to nie jest proste. 

Ale muszę podkreślić, że ty po zaledwie trzech miesiącach świetnie mówisz do polsku. 

Zacząłem w zasadzie od razu od słownictwa, które przydaje się na boisku. Jestem profesjonalistą zarówno w tej kwestii, jak i w pozostałych.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. NewsPix.pl/FotoPyK/400mm.pl

***

O Górniku Zabrze, jak i o innych śląskich zespołach w cotygodniowej audycji „Gryfny Szpil” rozmawia ze swoimi gośćmi Sebastian Wach. Tutaj można odsłuchać ostatni odcinek:

KOMENTARZE (6)