Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Ostatnie decyzje Lecha Poznań w kwestii budowania drużyny to jedno wielkie pasmo pomyłek. Najbardziej dobitnie widać to na przykładzie zatrudniania i zwalniania trenerów, zwłaszcza w kontekście zadań, które są stawiane przed kolejnymi szkoleniowcami. Również przejrzenie ruchów na rynku transferowym grozi depresją u każdego poznaniaka. Dziś okazuje się, że ludzie, którzy popełnili szereg błędów przy wyborze trenera i dwa szeregi przy budowie drużyny, mają wybrać nowego trenera i zbudować nową drużynę. 

Słowo „rewolucja” towarzyszy Lechowi mniej więcej od zwolnienia Macieja Skorży. To wtedy uznano, że pewien pomysł się wypalił i nadszedł czas na poszukiwanie nowych rozwiązań. Ciekawostka: to sezon, w którym regularnie grali m.in. Burić, Trałka, Gajos i Jevtić. Od tej pory rewolucja… trwa. Pełza.

Zatrudniono Nenada Bjelicę, by rozbudził w zespole mentalność zwycięzców, ściągając do tego ludzi z mentalnością zwycięzców. Oczywiście zwycięstw jakichś większych nie było, a w Lechu na dłużej nie zakotwiczył ani Bjelica, ani ściągnięci przez niego ludzie z mentalnością zwycięzców (Dilaver!). Zatrudniono Ivana Djurdjevicia, by zaczął od nowa, na wartościach i fundamentach, które sprawiły, że Lech jest jednym z dwóch największych klubów w Polsce. Miał przejrzeć kadry, odstrzelić tych bez charakteru wojownika, po czym zbudować nowy skład, gotowy do walki, nie tylko spacerów po parku. Niestety, zanim przejrzał kadry, przestał pracować w klubie. Wtedy postanowiono, że za rewolucję powinien odpowiadać Adam Nawałka, perfekcjonista z okiem do piłkarzy. Zanim jednak Nawałka zdążył kogokolwiek tym okiem wypatrzyć, rozstał się z Poznaniem.

Nie odważę się bronić ani coraz mocniej odlatującego w ostatnich miesiącach pracy dla Lecha Bjelicy, ani Djurdjevicia czy Nawałki. Każdy z nich miał szereg wad, każdy z nich popełnił błędy. Problem polega na tym, że postawiono przed nimi zadania, a następnie nawet nie pozwolono przystąpić do ich realizacji. Problem polega na tym, że większość z zagrożeń związanych z wyborem tych nazwisk (brak doświadczenia Ivana, specyficzny styl pracy Nawałki) była jasna od początku. Ktoś (ktoś!) podjął decyzję, że godzimy się z zagrożeniami, licząc, że dobrze wypełnią zadania. Po czym dosłownie kilkanaście tygodni później stwierdził (ten ktoś), że w sumie kij z zadaniami, wady są nie do przyjęcia.

Od zwolnienia Skorży zaraz miną cztery lata. Mam wrażenie, że przez cały ten okres w Lechu trwa poszukiwanie człowieka odpowiedniego do przeprowadzenia rewolucji. Co chwila okazuje się, że ten wymarzony kandydat do budowy nowego Kolejorza za rzadko myje zęby, więc szukamy następnego. I jeszcze następnego. I jeszcze następnego.

W międzyczasie kolejne okienka transferowe umykają. Nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za transfer Dioniego, kto chciał Chobłenkę, kto Barkrotha. Kto brał Vujadinovicia, kto Goutasa, kto Raduta. Ten słynny skauting, który wprowadził do polskiej ligi Hamalainena, Lovrencsicsa, Tetteha, Kadara czy Arajuuriego, teraz notuje wtopę za wtopą. I o ile niektóre transfery wyglądały na rozsądne (sam chwaliłem Lecha za… Wołkowa), o tyle przy niektórych aż prosiło się o pytanie: czy wy o nim nie przeczytaliście ani jednego artykułu?

Gdybym był kibicem Lecha, najstraszniejsze byłyby dla mnie dwa momenty. Gdy wybierany jest nowy trener i gdy ogłaszany jest nowy transfer. Ostatnie lata pokazały, że gdy Piotr Rutkowski zwołuje konferencję, na której pokazywane są nowe twarze, już wkrótce te twarze dołączą do długiej listy poznańskich rozczarowań. Tylko Piotr Rutkowski pozostanie na stanowisku i zwoła kolejną konferencję, na której zaprezentuje jeszcze nowszych pracowników.

Zapadła decyzja o wielkim czyszczeniu, ze składu odpada 10 nazwisk, a razem z transferami – może nawet koło 13-14. Do tego nowy trener. O tym kim będzie nowy trener, jaki będzie miał wpływ na decyzję oraz kto ostatecznie zastąpi tych skreślonych lechitów, zadecyduje w dużej mierze ten sam człowiek, który decydował o wszystkim od czasu zwolnienia Skorży.

Poznajecie tego kota?

Znalezione obrazy dla zapytania andrzej to jebnie

***

Od dłuższego czasu przekonuję tę garstkę, która chce mnie słuchać, że łączenie wyników gry reprezentacji z kondycją piłki w danym państwie jest kompletnie bez sensu. Składają się na to trzy zasadnicze kwestie.

Po pierwsze: rozwój piłki klubowej. Dzięki rosnącym przychodom nie tylko wśród ścisłej elity europejskiego futbolu, ale także wśród klubów ze środka Serie A czy Ligue 1, coraz łatwiej o transfer nastoletniego chłopaka. Najbardziej charakterystyczne przykłady w naszej reprezentacji to pewnie Grzegorz Krychowiak oraz Wojciech Szczęsny, ale pamiętajmy, że zagraniczny epizod w juniorskich czasach mieli też choćby Kamil Glik czy Piotr Zieliński. Piłkarze wyjeżdżają coraz wcześniej i coraz wcześniej wkręcani są w zagraniczny młyn szkoleniowy. To oczywiście osłabia naszą piłkę klubową, bo Legia, Lech czy Pogoń tracą już nie ukształtowanych piłkarzy, ale nawet co bardziej obiecujących juniorów. W zamian jednak dostajemy zawodników gotowych do gry na wysokim poziomie już do reprezentacji. Trzeba pochylić czoło przed Arką Gdynia, że wypatrzyła nastoletniego Krychowiaka, ale piłkarza zrobiły z niego kluby z Francji (i tak naprawdę to reklamą ich szkolenia jest dziś Krychowiak).

Po drugie: zbyt mała próba, by mówić o trendach. By dana reprezentacja osiągnęła świetny wynik, wystarczy jakichś czterech kozackich piłkarzy i ośmiu niezłych wyrobników. Do tego w miarę korzystne losowanie, porządny trener i cyk, nawet Rosja jest w stanie znaleźć się pośród ośmiu najlepszych drużyn świata. Czy to oznacza, że rosyjska piłka jest w lepszej kondycji niż niemiecka czy hiszpańska? Moim zdaniem jeśli już chcielibyśmy mierzyć potencjał poprzez reprezentację, najlepiej uczynić to poprzez porównanie jedenastki nieobecnych. Widzieliście nazwiska w jedenastce nieobecnych reprezentacji Francji? Martial, Lacazette, Rabiot, Coman – goście, którzy okazali się za słabi, by mieć miejsce w 23-osobowej kadrze turniejowej. Niemcy przed mundialem zostawili w domu Sane, Hiszpanie Moratę, Fabregasa, Alonso czy Javiego Martineza. Czy szkolenie w Gabonie mamy oceniać przez pryzmat Aubameyanga? System szkolenia w Egipcie ma reklamować Salah? No nie. Moim zdaniem więcej powie nam sprawdzenie potencjału dwudziestego zawodnika z kadry. U Niemców to może być Brandt czy Sule, u nas Teodorczyk czy Peszko.

Po trzecie: zwiększona losowość rozgrywek. Widać to nawet na naszym przykładzie – czy ze zdrowym Glikiem mecz z Senegalem wyglądałby tak samo żałośnie? Cztery lata przygotowań mogą zostać zmarnowane w jeden wieczór, przy kompletnie przypadkowej przyczynie. W lidze zawsze masz miejsce do nadrobienia strat, zawsze możesz odkuć się po chwilowym kryzysie. W piłce reprezentacyjnej często 90 minut decyduje o postrzeganiu zespołu przez całe lata. Już nie wspominając o rzutach karnych. Dlatego tak kochamy mundiale, na których kopciuszek może utrzeć nosa wszystkim faworytom i dlatego tak często pomstujemy na defensywną grę poszczególnych reprezentacji. Co z tego, że Iran przeciw Hiszpanom zagrał totalny antyfutbol, pełen wybijania na oślep i symulowania urazów. Świat przecież opisał ich jako tych, którzy nieomal nie urwali punktów wielkim faworytom.

Moja teoria jest taka: można mieć naprawdę średnią kadrę, a jednocześnie mocno rozwinięty futbol (Holandia), a jednocześnie w miarę dobrą kadrę i bardzo kiepski futbol (Polska).

Dlatego zmartwił mnie wywiad Łukasza Olkowicza z prezesem Zbigniewem Bońkiem. Szef Polskiego Związku Piłki Nożnej i najważniejsza osoba w naszej piłce długimi fragmentami rozmowy sprowadza poziom gry w Polsce do wyników poszczególnych reprezentacji, a nawet gry poszczególnych piłkarzy.

Skoro praca z młodzieżą w Niemczech wygląda tak dobrze, są tak fantastyczni, to pytam, jaki wynik osiągnęli w mistrzostwach świata?

I tym mamy się pocieszać? Że odpadliśmy w grupie tak samo jak Niemcy?

Zbigniew Boniek: Przegraliśmy z Senegalem, ale jak byśmy wyszli jednym napastnikiem i dwoma defensywnymi pomocnikami, to nie wiem, jak by się to skończyło.

(…)

Proszę pana, to nie jest tak, że ktoś studiuje pięć lat w Portugalii i staje się lepszym trenerem. Niedawno nasza reprezentacja U-21 ograła Portugalię. Na jej terenie. Widzi pan…

Jak mamy się tak licytować, to ich pierwsza reprezentacja z nami wygrała, podobnie jak U-20.

Zbigniew Boniek: Ale z kim?

Na przykład w Lidze Narodów w Chorzowie.

Zbigniew Boniek: Ale u siebie ledwo zremisowała, w ostatnich dziesięciu minutach miała gorąco… A nam remis też dawał losowanie z pierwszego koszyka. No, piłka taka jest. Mówi pan o profesjonalnym futbolu. Już mieliśmy jednego portugalskiego trenera w Legii. Od rana do wieczora się z niego nabijaliście.

(…)

Z czego to wynika, że nasi piłkarze odstają wyszkoleniem technicznym?

Zbigniew Boniek: Zieliński nie odstaje.

(…)

Dlaczego nie szkolimy tak, jak w Hiszpanii, Belgii czy Chorwacji?

Zbigniew Boniek: A kto panu tak powiedział?

Widać po wynikach.

Zbigniew Boniek: Jakich? 

Reprezentacji, klubów. Gdzie była Chorwacja w ostatnich mistrzostwach świata?

Zbigniew Boniek: A gdzie była w ostatnim EURO? W piłce czasami się wygrywa, a czasami przegrywa. My w tym turnieju przegraliśmy z Portugalią po karnych. Gdybyśmy ją pokonali, to jestem przekonany, że zagralibyśmy w finale. Absolutnie pana nie rozumiem. O czym my mówimy? Czy pan uważa, że wynik reprezentacji na najwyższym szczeblu ma jakiekolwiek uzasadnienie w szkoleniu, mówimy o dzieciach 6–12 lat? Jeżeli pan tak mówi, to czekajmy lata.

Dowodami na wyższość/równość polskiego i portugalskiego futbolu mają być Ricardo Sa Pinto (nie Jose Mourinho, nie Carlos Queiroz, nie Andre Villas-Boas, nie Marco Silva, nie Fernando Santos, nie Leonardo Jardim) oraz zwycięstwo Polski U-21 nad Portugalią U-21? Zielińskiemu piłka nie odskakuje, więc pozostały tysiąc polskich piłkarzy odstających technicznie od rówieśników z zagranicy jest usprawiedliwiony? Gdybyśmy zameldowali się w finale Euro, to nie byłyby potrzebne rozmowy o systemowych rozwiązaniach na samym dole?

Prezes Boniek dość trafnie krytykuje polskie kluby za zarządzanie, ale już nie za szkolenie. Wymienia dokonania PZPN-u (wcale nie takie małe, CLJ to naprawdę przełomowa zmiana, Pro Junior System to też bardzo sympatyczna wędka, certyfikacja może być kolejnym takim krokiem), ale jednocześnie wymienia usprawiedliwienia: pogodę, media społecznościowe, brak umiejętności zrobienia przewrotu. Zgadzam się z prezesem, że za dzieciaki  odpowiadają przede wszystkim kluby, zresztą nie trzeba tutaj jakiegoś wielkiego filozofa futbolu – wystarczy spojrzeć co zrobił przez ostatnie lata Lech Poznań i jakie uzyskał z tego profity.

Czego więc oczekiwałbym od prezesa? Ano przymuszenia klubów do tego, by w kwestiach akademii szły drogą Lecha Poznań. Nie chcę się powtarzać z tymi samymi argumentami co zawsze, ale skoro organizatorzy rozgrywek i organy licencyjne mogą regulować co do jednego luksa natężenie oświetlenia w jupiterach na stadionie, to dlaczego nie mogą podostrzyć w kwestii budżetów akademii? Infrastruktury młodzieżowej? Skoro mogą regulować poziom uprawnień szkoleniowców w pierwszym zespole, to czemu nie w drużynach młodzieżowych? I tak dalej, i tak dalej. Zamiast tego mamy dość duży fragment o tym, że 37 kolejek to za dużo.

Dlatego przy rozmowach o szkoleniu pragnąłbym dwóch rzeczy: nie powoływania się przy nich na wyniki reprezentacji i pamiętania, że lepsze zarządzanie na klubach można dość łatwo wymusić. Skoro nie działa marchewka – kwoty za Bednarka czy Kownackiego – może zadziała kij Komisji ds. Licencji.