W ringu i w kopalni myślę tylko o tym, że mam robotę do wykonania
Inne sporty

W ringu i w kopalni myślę tylko o tym, że mam robotę do wykonania

Nie było w ostatnich tygodniach głośniejszego nazwiska w polskim boksie. Robert Talarek stoczył epicką walkę z Patrykiem Szymańskim na gali w katowickim Spodku. Talarek już w pierwszych dwóch rundach aż czterokrotnie lądował na deskach. Gdyby nie nadludzka odporność na ciosy i niesamowita wola walki, przegrałby przez nokaut. On jednak za każdym razem wstawał, aż wreszcie przełamał rywala, powalając go na matę ringu aż sześć razy. Po zwycięstwie wreszcie mógł odpocząć i nie chodzi nam wcale o regenerację po walce i ciężkich przygotowaniach, ale… odpoczynek od pracy. Bo Talarek na cały etat pracuje w kopalni Bielszowice, gdzie haruje przy wydobyciu węgla.

Strasznie dużo zamieszania narobiłeś swoją walką z Patrykiem Szymańskim. Cały świat się zastanawia, jak to możliwe, żeby tyle razy padać, ale za każdym razem wstawać. 10 nokdaunów w jednym pojedynku, pamiętasz coś takiego w prawdziwym ringu, a nie w filmie o Rockym?

Zdarzają się takie walki. Zawodnicy walczą, padają i mimo że im szumi w głowie, to czują chęć wygranej, wstają i oddają ciosy, aż przeciwnik padnie.

Jasne, ale 10 nokdaunów w 6 rund? Ja piszę o boksie od prawie 20 lat, ale takiej walki nie pamiętam!

Ja też nie liczę tych nokdaunów w innych walkach, ale myślę, że nie jesteśmy rekordzistami świata i takie walki z 10 i więcej nokdaunami już się zdarzały.

Po waszej walce słychać z każdej strony: walka roku, walka dekady, czasem padają nawet mocniejsze słowa. Co ty sobie myślisz, kiedy słuchasz takich komentarzy? Jesteś z siebie dumny? Mówisz: ale zrobiliśmy show?

Kurczę… Co ja sobie myślę? Ale mnie zagiąłeś teraz. Ja po prostu żyję chwilą, nic nie myślę, akceptuję fakt, że takie rzeczy się dzieją. Stało się, fajnie, super, jedziemy dalej. Przede wszystkim, wyciągamy wnioski, żeby tych nokdaunów tyle nie było…

Znaczy: nie w tę stronę.

To się wszystko zgadza. Nokdauny tak, ale to rywal ma padać.

No właśnie, a co się tak naprawdę stało? Ty byłeś faworytem walki z Patrykiem Szymańskim, a tymczasem i w pierwszej i drugiej rundzie po dwa razy lądowałeś na deskach. Co poszło nie tak?

Najgorsze ciosy w boksie zawodowym to są takie których się nie spodziewasz i takie, które dostajesz w trakcie zadawania swojego uderzenia. Ty chcesz trafić rywala i nie wiesz, że sam przyjmujesz. Tak właśnie było. Nadziałem się na jego prawy prosty: on stał prosto na nogach, wyprowadził cios, kiedy ja próbowałem jego trafić. To był pierwszy nokdaun i on spowodował wszystkie późniejsze kłopoty.

Pierwszy był najgorszy? Bo po czwartym wydawało się, że jest już pozamiatane, Grzegorz Proksa, komentujący walkę w Polsacie Sport krzyczał, że po tym już nie wstaniesz…

No, czwarty dopełnił zniszczenia, ale minuta przerwy wystarczyła, żebym doszedł do siebie. Skoncentrowałem się na tym, żeby przełamać przeciwnika.

Miałeś moment zwątpienia po jednym z nokdaunów? Pomyślałeś sobie: „Matko Boska, co tu się dzieje, będzie źle”, czy po prostu wiedziałeś, że masz robotę do zrobienia i zaraz go przełamiesz?

Ja nigdy nie wątpię, cały czas szukam rozwiązania, nawet, gdy idzie nie tak.

To można było zauważyć, kiedy po czwartym nokdaunie sędzia Robert Gortat policzył do ośmiu i spytał cię, czy boksujesz dalej. Odpowiedziałeś na pełnym luzie „taaaaaak”, choć dawno powinieneś być na deskach. Zawsze jesteś taki spokojny?

Zdarza mi się czasem zdenerwować, jestem tylko człowiekiem, a to ludzka cecha. Ale w takich chwilach naprawdę staram się zachować powagę.

Ta druga runda, trzeci i czwarty nokdaun: czy to był najtrudniejszy moment w twojej karierze, czy byłeś kiedyś tak mocno zraniony?

Pamiętam, że bardzo ciężko było we Francji, w walce o pas Interkontynentalny IBO. Tam w siódmej rundzie miałem taki kryzys, że było naprawdę blisko, a bym padł. Nie padłem, ale czułem, że Frank Haroche mnie przełamuje. To była trudna sytuacja.

A tu czułeś, że Szymański cię przełamuje?

Nie, tu padałem, ale wstawałem i nie czułem zagrożenia. On nie przełamał mnie fizycznie, po prostu mnie przechytrzył, był szybszy, umiał mnie oszukać. Na szczęście w porę się obudziłem i zrobiłem to, co do mnie należało.

Widziałeś już ten pojedynek?

Ja jeszcze wrócę do tej walki, na razie widziałem tylko urywki. Na razie cieszę się chwilą, bo to moja filozofia życiowa: cieszyć się dobrymi momentami.

Czy to nie jest tak, że Szymański miał cię na widelcu i może tylko pluć sobie w brodę, że nie skończył roboty, która była w zasadzie zrobiona?

Oczywiście, może pluć sobie w brodę. Ale niech chłopak nie kończy kariery, ja tu widzę bardzo duży potencjał. On jest młody i jeszcze nieodporny na ciosy. Musi się wzmocnić, pracować nad wytrzymałością. Zapraszam go do współpracy, niech przyjedzie do mnie na trening. Zrobimy wytrzymałość, siłę i odporność na ciosy.

Jak to się robi?

Z całej siły uderza się piłką lekarską na schaby. Kilka takich zabiegów i wzmacnia się cały korpus.

Czyli nie powinien kończyć kariery, popracować i celować w rewanż? To dobry pomysł?

Nie myślałem o rewanżu, pierwszy mnie o to pytasz. Ale to temat jak najbardziej do obgadania, na pewno taka walka by się dobrze sprzedała. To fajny pomysł.

Co mógłbyś mu doradzić, oprócz pracy nad odpornością?

Porażka powinna nas wiele uczyć. W drodze do wielkiego sukcesu jesteśmy niestety czasami skazani na upadki. Im więcej będzie tych porażek, tym więcej można wniosków wyciągnąć. Najłatwiej uczyć się na swoich błędach, trzeba szukać trudniejszej drogi.

A co ty wyciągniesz z walki z Szymańskim? Co zrobisz, żeby być lepszym bokserem, bardziej odpornym na ciosy, bardziej uważnym, będącym w stanie więcej wytrzymać i szybciej skończyć?

No, nie jestem pewien, czy będę w stanie więcej wytrzymać. Na pewno wyciągnę wnioski i będę cały czas pracował nad techniką. Szybkość reakcji jest bardzo istotna, nad tym trzeba pracować. Wytrzymałość jest, ale cały czas muszę ją podtrzymywać.

To właśnie wytrzymałość była kluczem do zwycięstwa. Mówiąc wprost: byłeś w stanie przyjąć bombę, padałeś, wstawałeś i mówiłeś: taaaaaak.

Tego nie da się wyćwiczyć, taką wytrzymałość albo mamy, albo nie. Ale jest coś innego: chęć walki mimo takich perypetii. To wynika z pewności siebie, którą buduje doświadczenie i treningi. Jeśli są te wszystkie składniki, można walczyć.

A na ile twoją odporność psychiczną buduje to, co przeszedłeś w życiu? Nie urodziłeś się w bogatej rodzinie, nigdy nie miałeś łatwo, nie mogłeś się skupić tylko na sporcie, a cały czas pracujesz na etacie w kopalni…

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Trudno mi coś o tym powiedzieć.

Dziś pracujesz w kopalni, ale miałeś wiele różnych prac. Wiem, że jeździłeś choćby za granicę, pracować przy zbiorze owoców.

Tak było. Byłem w Niemczech, pół roku zbierałem owoce. Imałem się różnych prac. Budowlanka, ocieplenia budynków, wykończenia wnętrz. Było tego trochę. Pracowałem w fabryce mebli, byłem magazynierem. To było strasznie wyczerpujące, nogi siadały mi na maksa. Kopalnia też daje się we znaki, ale dobrze się tam odnalazłem, fajnie mi się pracuje, już siódmy rok.

A co dokładnie robisz w kopalni?

Pracuję w oddziale wydobywczym, jako elektryk. Od wydobywania węgla jest kombajn, on urabia ścianę węglową, mieli ją w miał, w drobne kawałki. Kombajn jest napędzany elektrycznie. Ja jestem od tego, żeby te wszystkie maszyny, urządzenia, aparatury, działały właściwie.

Jak wygląda twój typowy dzień pracy?

Mam dobrze, bo z domu do kopalni jest tylko 10 minut jazdy samochodem. Wstaję o 5:30, ubieram się, biorę co mam wziąć i wychodzę. O 6 jestem w kopalni, przechodzę przez kołowrotki i czekam, aż kierownik nam przydzieli robotę. Wtedy się przebieram, biorę narzędzia i zjeżdżam na dół, albo na 1000 metrów, albo 840, albo 780. Poziomów jest kilka, rejonów jest mnóstwo. Idziesz na rejon, czasem w grupie, czasem sam.

Miałeś jakieś naprawdę niebezpieczne sytuacje?

Nawet ostatnio zdarzyło się, że było tąpnięcie. W jego wyniku walent, taki słup podtrzymujący półokrągłą konstrukcję, runął tuż koło mnie. Na szczęście mnie nie uderzył, bo mógłby mi pogruchotać kości.

Czy kiedy się zjeżdża na dół, to myśli się o tym, że to jest piekielnie niebezpieczna praca? Czy raczej trzeba to wyłączyć i robić swoje, tak samo, jak w ringu?

Raczej się myśli o tym, żeby wykonać zadaną robotę.

Górnicy wcześnie przechodzą na emeryturę. A jeśli chodzi o boks: ile sobie jeszcze dajesz czasu?

To wszystko zależy od tego, jak będę się czuł w ringu. Jeśli będzie coraz gorzej, będę się zastanawiał nad tym, czy kończyć z ringiem. Na razie nie mam żadnego planu, zdecyduję, kiedy mój organizm da mi sygnał. Mam na uwadze to, że w każdej chwili może być koniec, dlatego prowadzę się w taki sposób, żeby to jak najbardziej przedłużyć.

Na ile w karierze przeszkadza ci fakt, że musisz zarabiać na życie w kopalni, zamiast skupić się tylko na treningach? A może w jakiś sposób ci to pomaga?

Trudno mi to określić, ale myślę, że lepiej by było, gdyby nie było tej pracy. To wpływa na rodzaj treningu, na jego efektywność, na odpoczynek. Nie da się tego ocenić procentowo, ale gdybym nie musiał pracować w kopalni, byłbym lepszym bokserem.

A zdarzają się takie dni, kiedy wracasz z pracy i powinieneś iść na trening bokserski, ale mówisz sobie: nie dam rady, robota była za ciężka, nie mam siły?

Oczywiście, że się zdarzają. I jak najbardziej, robię sobie wtedy przerwę, bo wiem doskonale, że organizm potrzebuje regeneracji. Wykorzystuję te sygnały od organizmu i robię wtedy saunę, czy kąpiele solankowe.

Czy boksując czujesz wsparcie ekipy z kopalni?

Jak najbardziej. Na kopalni mam wielu kibiców. Po walce dostałem urlop z pracy, ale to nie był żaden prezent od szefów, tylko dawno zaplanowane wolne.

Jakie ty sobie stawiasz cele w ringu? Co jeszcze masz do udowodnia?

Chciałbym zostać mistrzem świata jednej z czterech największych federacji.

Jak realne, czy jak nierealne to jest, twoim zdaniem? Masz swoje lata, 13 przegranych walk, wiele trudnych pojedynków. A mistrzostwo świata to piekielnie duże wyzwanie.

Oczywiście, że tak, wiem, jak to wysoko zawieszona poprzeczka. Ważne jest, żeby uświadomić sobie, na jakim jesteś poziomie. Do tego mistrzowskiego jeszcze trochę brakuje, mam nad czym pracować. Ale jeśli będę szedł do celu takim tempem, jak teraz, to jest to jak najbardziej osiągalne, za dwa latka.

Trochę konkretów. Kiedy rusza wyprawa na Mount Everest, to ustalają sobie jeden obóz, potem drugi, trzeci i dopiero atak na szczyt. Jakie ty sobie ustalasz obozy przed walką o tytuł?

Ostatnio na obozie byłem na kadrze narodowej i to było jakieś 15 lat temu. Do tego miejsca w boksie, w którym jestem teraz, nie jeździłem na obozy, nie przygotowuję się w taki sposób, szykuję się według swojego planu.

Zanim wielkie walki, których ci oczywiście życzę, zostańmy jeszcze w Polsce. Boksowałeś u Tomasza Babilońskiego, Marcina Najmana, teraz u Mateusza Borka. Czy na gali Andrzeja Wasilewskiego także wystąpisz?

Takiej propozycji jeszcze nie dostałem. Jeśli dostanę, jak najbardziej ją rozważę, jestem otwarty na wszelkie propozycje współpracy od ludzi, którzy widzą we mnie potencjał.

A co byś powiedział na ofertę walki z Fiodorem Czerkaszynem?

Rozważyłbym, ale na dziś raczej bym takiego pojedynku nie brał. To mocny, młody chłopak, żądny sukcesu. Mi jeszcze trochę brakuje, jeszcze poczekajmy.

W karierze toczyłeś wiele walk za granicami, zjeździłeś pół Europy, walczyłeś we Francji, Finlandii, Szwecji, Belgii, Niemczech, Czechach, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, na Węgrzech, Łotwie, w Hiszpanii, Holandii, wielokrotnie wygrywając z zawodnikami gospodarzy. Co jest fajnego w toczeniu pojedynków wyjazdowych?

Nie wiem, czy jest wielka różnica między walkami u siebie i na wyjeździe. W każdym miejscu ring ma cztery liny, cztery narożniki, wszystko jest takie same. Wiadomo, czasem sędziowie mogą pomóc, ale ja się skupiam na tym, żeby wygrywać walki przed czasem i ostatnio mi się to udaje. Ja raczej patrzę na potencjalnego przeciwnika i jeśli widzę, że jest do przejścia, to biorę taki pojedynek. Bywało tak, że rywal był mocny, ale ja chciałem się sprawdzić.

Ceremonia wazenia przed gala MB Promotions Ostatni Taniec

Ty zawsze brałeś takie walki, w których nie mogłeś być pewny zwycięstwa. To nietypowe, bo polscy promotorzy za wszelką cenę starają się utrzymać zero w rekordzie swoich pięściarzy.

Takie myślenie wywodzi się z gal Andrzeja Wasilewskiego. Jego zawodnicy praktycznie zawsze mają zero po stronie porażek i boksują z rywalami, którzy nie zawsze dotrwają do końca walki. Ja się nie przywiązuję do liczb, do zera w rekordzie. Bilans walk to dla mnie tylko informacja, na jakim jestem poziomie.

Co poszło nie tak na początku twojej kariery: z dziewięciu pierwszych walk wygrałeś trzy, zremisowałeś dwie i przegrałeś cztery. Z punktu widzenia doświadczonego zawodnika: jakie błędy popełniłeś?

Doświadczenie zbierasz całe życie. Jeśli chodzi o doświadczenie ringowe, to wszystko idzie powolutku, przegrane przychodziły dość łatwo. Wtedy jeszcze nie miałem celu, nie myślałem o tym, żeby osiągnąć spektakularny sukces, zdobywać pasy. Wtedy to był po prostu sposób na zarobienie pieniędzy, wykorzystanie tego, że siedzę w tym już dziesięć lat.

Spotkaliśmy się w Katowicach, w klubie Flyspot, w którym jesteś stałym bywalcem. Co jest takiego wciągającego w lataniu?

No, nie stałym, jestem tu najwyżej raz w miesiącu, jak dobrze pójdzie. Latanie jest fantastyczne. To dla mnie fajne, nowe doświadczenie. W boksie trzeba mieć niesamowicie wyćwiczoną świadomość ruchów własnego ciała. Wszystkie akcje muszą być składne, spójne. Tutaj działa to tak samo, tylko zupełnie odwrotnie. Tu nie działa grawitacja, tylko „wiater”. Każdy ruch ręki czy nogi, zmienia położenie naszego ciała. Tutaj niezwykle istotne jest, żeby ta świadomość naszego ciała była perfekcyjnie opanowana.

Czyli jest to element treningu?

Jak najbardziej. To mnie rozwija i traktuję to rozwojowo. Podobnie jak inne sporty, czasem gram w piłkę nożną, dwa razy w tygodniu pływam, regularnie biegam.

W Polsce trwa strajk nauczycieli. Z tego, co pamiętam, górnicy też od czasu do czasu przyjeżdżają do Warszawy spalić trochę opon pod Sejmem. Też miałeś okazję, czy jesteś równie spokojny, jak w ringu?

Nie zdarzyło mi się być na jakiejkolwiek demonstracji, czy manifestacji. Nie będę, nie czuję takiej potrzeby, trzymam się z dala od polityki, to nie moja bajka.

Racja, trzymajmy się boksu. Kto z twoich kolegów po fachu może teraz w najbliższym czasie zrobić trochę zamieszania?

Na pewno duży potencjał ma Maciek Sulęcki, z niego może być mistrz świata. No i oczywiście Krzysztof Głowacki, mój stary, dobry kolega. Ma charakter, determinację. To także bokser z wielkimi możliwościami.

A jak widzisz szanse Adama Kownackiego na to, żeby pomieszać trochę na szycie wagi ciężkiej?

Wierzę w tego chłopaka, widać, że chce osiągnąć sukces, pokazuje to w każdej walce. Wygrywa przed czasem, ma siłę ciosu i co ważne, nie tylko w pierwszej rundzie, ale utrzymuje ją przez cały dystans, a to w boksie jest niezwykle istotne. To będzie pierwszy polski mistrz świata wagi ciężkiej.

Czyli – nadchodzą dobre czasy dla polskich kibiców boksu?

Oczywiście. Mentalność się zmienia, gale będą coraz bardziej emocjonujące, co pokazuje ostatnio Mateusz Borek, który dobiera takie zestawienia, że chce się to oglądać. Kibice chcą takich starć, a nie do jednej bramki.

Uważasz, że do odwrócenia jest tendencja z ostatnich lat, kiedy KSW i ogólnie MMA przejęło dużą część kibiców boksu?

Myślę, że tak. Ludzie lubią nowości, a czymś takim była KSW. Ale ta nowość nie zawsze potrafi utrzymać duże zainteresowanie, z czasem się przejada. Boks to klasyka. Jak będą takie gale, jak w Spodku, to kibice wrócą. Będzie okej.

ROZMAWIAŁ JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl