Czasem się zastanawiam: czy dałbym radę w dzisiejszym Lechu?
Weszło

Czasem się zastanawiam: czy dałbym radę w dzisiejszym Lechu?

Wychowanek. Poznaniak. Trafiając do Lecha realizował marzenie swoje, ale też ojca. Zaczynał w szatni z Piotrami Reissem i Świerczewskim, później przechodził Feyenoord i Austrię Wiedeń, wygrywał z Manchesterem City, zdobywał mistrzostwo Polski dla Kolejorza.

Jakubowi Wilkowi w pewnym momencie podziękowano przy Bułgarskiej i dziś, w wieku 34 lat, znajduje się na marginesie poważnej piłki, kopiąc w trzecioligowej Polonii Środa Wielkopolska. Ale dla całej rzeszy kibiców Lecha kojarzy się ze złotymi czasami, kiedy Lech był zespołem – bez cienia przesady – europejskiej marki.

***

Kiedy pierwszy raz poszedłeś na Lecha?

W 1993 roku. Mecz z Pogonią Szczecin. Wielkie przeżycie. Lecha oglądałem już wcześniej w telewizji kiedy się tylko dało, ale pójść na stadion? Coś pięknego. Mój tata, choć był wielkim kibicem Lecha, nie pozwalał mi chodzić na mecze. Za dużo wtedy było zamieszek na stadionach, w wiadomościach co chwila pokazywano wyrywanie ławek i latające krzesełka. Wtedy akurat przymknął oko, bo byłem pod zaufaną kuratelą – szedłem z kolegą i jego tatą, a ten tata akurat działał przy Lechu. Co prawda i wtedy doszło do rozróby, ale w dobrym momencie wyszliśmy i nic nam się nie stało.

Gdy trochę podrosłem chodziłem częściej, jakoś szczególnie chętnie na mecze z Pogonią. Mają atmosferkę. Ale też pamiętajmy, że miałem swoje rozgrywki, swoje mecze, więc na każdym spotkaniu nie bywałem. Dopiero jak przeszedłem z „trzynastki” do Lecha miałem większe możliwości, można było chodzić w opór.

Najbardziej pamiętny mecz, jaki widziałeś z trybun?

2001 rok, drugoligowy wtedy Lech zagrał w Pucharze Polski – bo z kim by innym – z Pogonią, która liderowała Grupie B Ekstraklasy, wtedy był ten słynny podział na grupy. Portowcy byli faworytem, ale po dziewięćdziesięciu minutach 0:0, potem dogrywka i w karnych 12:11 – potrzeba było piętnastu serii, bohaterem został Norbert Tyrajski, który mało, że obronił kluczową jedenastkę, to jeszcze jedną strzelił. Na trybunach było wtedy ponad dwadzieścia tysięcy kibiców, nadkomplet. My z kolegami siedzieliśmy już na schodach.

Pierwszy idol w barwach Lecha?

Piotrek Reiss, jak dla większości moich kolegów, może dla całego pokolenia. Strzelał mnóstwo bramek, sporo pięknych. Jeszcze jak za dzieciaka przechodziliśmy przez budynek klubowy albo szliśmy na trening, a zdarzyło się go minąć w korytarzu, to było to przeżycie, o którym opowiadałeś później wszystkim wokół. Ba: chwaliłeś się.

Przeżycie to dopiero miałeś, jak usiadłeś obok niego w szatni pierwszej drużyny Kolejorza.

Mega sprawa. Zawsze chciałem grać w Lechu, tak jak każdy z nas, poznaniaków. Jak trafiłem do pierwszej drużyny, a tam Piotr Reiss, Bartosz Bosacki, Krzysztof Kotorowski, Mariusz Mowlik, Piotr Świerczewski Łukasz Madej, Krzysiu Gajtkowski… ja, gówniarz, nie wiedziałem jak się zachować.

W tamtych czasach nie było takiego parcia, żeby stawiać na młodzież. Dzisiaj, wiadomo – młody się pokaże, zaraz jest wart wielkie pieniądze, więc się opłaca. Wtedy było bardziej spokojnie, a młody miał się w szatni nie odzywać, bo był od razu równany z ziemią. Ja akurat ze starszymi kolegami z drużyny żyłem dobrze, jakoś się dostosowywałem. Polubili mnie i nie miałem problemów. Ale jak zaczynała się na treningu walka o skład i coś źle zrobiłem, to wiadomo, że wysłuchałem niejedną wiązankę. Odpowiedzieć nie miałem prawa – głowa w dół i dziękuję. W ten sposób starszyzna uczyła pokory i szacunku.

Ale też pokazywała drugą twarz. Piotrek Reiss jest świetnym przykładem. Dawał mi mnóstwo porad – jak zachować się na boisku, jak wykonać dane ćwiczenie, jak uderzać piłkę. Ale jak się zdenerwował, to mnie objechał tak, że nie wiedziałem gdzie jestem. Jak ktoś zauważył, że coś gwiazdorzę, zaraz sprowadzał mnie na ziemię.

Miałeś od kogo uczyć się piłki, Piotrek Świerczewski to i owo w piłce widział.

Piotrek zawsze dbał o to, żeby była w szatni atmosfera. Urządzał mnóstwo zakładów – zakładaliśmy się o to, kto częściej trafi w poprzeczkę, kto wygra w siatkonogę… wszystko mogło się nadać. Najdziwniejszy zakład zawarł z Marcinem Wachowiczem. Wachu był szybkościowcem, ale Świrek uznał, że na pewno wygrałby wyścig do końca boiska, jeśli dostałby fory w postaci szesnastu metrów. Marcin przyjął zakład, a wtedy Piotrek zaczyna się rozbierać. Zdjął wszystko poza gaciami i butami, mówiąc, że w ten sposób będzie szybszy. Ostatecznie wygrał i tak Marcin, ale nie wiem czy Piotrkowi naprawdę chodziło o wygraną, czy tylko o to, żeby znowu coś się w szatni działo na wesoło, co ma moim zdaniem i przełożenie na boisko.

W tamtej szatni Lecha ryzykowałeś codziennym bólem brzucha ze śmiechu. Każdy poszedłby za sobą w ogień. Starszyzna, choć pensje były z dużym opóźnieniem, miała gest: jak zapraszała na kolację, to wszystkich, i na obiad, i na piwko. Nie robiliśmy tak codziennie, ale dużo czasu spędzaliśmy ze sobą po treningach.

A jak wspominasz Krzysztofa Gajtkowskiego?

Miałem z nim dobry kontakt, siedzieliśmy obok siebie w szatni. Numery z Gajtkiem zawsze były. Krzysiu wynajmował mieszkanie w Poznaniu, ja jeszcze mieszkałem z rodzicami. Mieliśmy rano wylot na zgrupowanie, nie opłacało mi się jechać do domu, powiedział:

– Dobra, przekimaj się u mnie, rano ruszymy razem.

To był sensowny plan. Przychodzę, siadam na kanapie. Gajtek:

– Słuchaj, ja muszę coś ogarnąć, a tutaj, żebyś się nie nudził, włączam ci swoje bramki jakie strzeliłem w karierze.

Puścił to video, sam robił coś do jedzenia w kuchni. Te jego gole trwały chyba godzinę.

Zawsze wierzyłeś, że zostaniesz zawodowym piłkarzem?

Myślę, że tak. Jak trafiłem do „trzynastki” zacząłem się przyzwyczajać do piłkarskiego życia, bo to ciągłe obozy, mecze, rywalizacja. Wspierał mnie też tata. Nie ukrywam, szkole poświęcałem tyle uwagi, żeby nie mieć problemów z przejściem do następnej klasy, poza tym liczyła się piłka. Mama goniła do nauki, ale tata był bardziej wyrozumiały – od niego największą burę dostałbym, gdybym nie poszedł na trening. Chodził na wszystkie moje domowe mecze. Marzył, żebym zagrał dla Lecha. Mówił często, że jeśli mi się uda, to żeby iść tylko do Kolejorza. Pamiętam, kończyłem ósmą klasę podstawówki, zadzwoniła Amica Wronki. Pytali się  o mnie, chcieli do siebie. Ale nie zgodziłem się, bo wiedziałem, że razem z tatą jesteśmy nastawieni na Lecha. Tak się złożyło, że po kilku miesiącach odezwał się już Kolejorz.

Żałuję, że świętej pamięci tata nigdy nie widział mnie w barwach Lecha. Zanim zdążyłem zadebiutować, zmarł. Wiele razy odnosząc sukcesy w Poznaniu, czy to grając w pucharach, czy zdobywając majstra, czy nawet debiutując, pierwsze myśli kierowałem ku tacie. Spełniłem marzenie swoje, ale też jego.

Jaką najlepszą poradę otrzymałeś od taty?

Obojętnie jak zagrałem, czy strzeliłem trzy bramki, czy byłem najlepszy na boisku, nie mogłem się tym zadowalać. Zawsze miałem poszukać czegoś, co jeszcze da się poprawić. Wiadomo, że mnie pochwalił, ale nie było tak, że mówił:

– Dobra, jesteś najlepszy, petarda.

To było ważne. Niejeden junior jest wymiataczem, ale zaczyna brakować mu tego ognia, by zrobić kolejny krok, by dalej się rozwijać. Wszyscy chwalą, robię wyniki – czego chcieć więcej? Tata dbał o to, bym nie popadł w samozachwyt, tylko wiedział, że trzeba pracować. Oczywiście to wszystko rozumiem teraz, wtedy się denerwowałem. Czasem dochodziło między nami do ostrych wymian, był nawet taki mecz, że wracaliśmy z niego osobno.

Wróćmy do poznańskiej szatni. Szansę dał ci trener Michniewicz.

Był otwarty na młodzież, co nie było takie oczywiste w tamtych czasach. Miał do nas indywidualne podejście. Został po treningu, porozmawiał, poświęcił swój czas, zainteresował się. Potrafił spokojnie wytłumaczyć czego od ciebie oczekuje, a czego ci brakuje. Jak się zachowywać, a jak się nie zachowywać. To wszystko miało taki efekt, że gdy wchodziłem u trenera Michniewicza na boisko, nie czułem obaw. Wiedziałem, że nie muszę się martwić, że się nie spalę, że nie wyląduję nagle w rezerwach. Przed wejściem jeszcze o tym przypominał:

– Kuba, graj swoje. Jak na treningu. Wszystko będzie dobrze.

Miałeś podejście do trenerów, bo Smuda, który słynął z niezbyt chętnego stawiania na młodych, ciebie uczynił prawie swoim synkiem.

To była masakra. Doszło wtedy do fuzji Amiki z Lechem. Złączenie dwóch drużyn, z których zostać miała jedna: wiadomo, że przesiew zawodników kosmiczny. Ja się tylko zastanawiałem: ciekawe w którym momencie odpadnę? Chciałem przede wszystkim grać, najchętniej w Lechu, ale nie wiedziałem jak to będzie, nie wiedziałem co zrobi klub.

Najpierw zrobiono selekcję na papierze, niektórym dając wolną rękę w poszukiwaniu klubu. Zostałem w trzydziestce, która jechała na obóz do Austrii. Systematycznie odpadały kolejne osoby, to po sparingu, to po paru dniach treningu, sztab cały czas weryfikował przydatność zawodników. Ja spokojnie trenowałem, a w meczach wchodziłem na około pół godziny.

Już wtedy chłopaki, którzy trochę lepiej znali trenera, dziwili się temu, jakie Smuda miał do mnie podejście. O co tu chodzi? Trener z tobą rozmawia? On nim mówiono, że nie ufał młodym na boisku, wolał mieć wokół siebie doświadczonych, ukształtowanych graczy. A tu Kuba to, Kuba tamto. Przetrwałem selekcję na obozie, zostałem w pierwszym zespole, zaczęła się runda. Z Wisłą Płock dałem super zmianę, zrobiłem dwie asysty. Trener przyszedł i powiedział:

– Kuba, szykuj się, bo będziemy ze sobą pracować. Na stałe. A ty będziesz grał dużo.

I naprawdę ci ojcował?

Tak, trzymał nade mną rękę. Pytał co u mnie, jak się miewam, czy w domu wszystko w porządku, co tam u rodziców. Pilnował jak się rozwijam, czy przykładowo dobrze wykonuję ćwiczenia na siłowni. Żartował też. Przez pewien czas nie miałem auta, chyba jako jedyny piłkarz Lecha. Przywoziła mnie dziewczyna, a dzisiejsza żona. Smuda cały czas cisnął o to auto, żebym wreszcie sobie kupił, bo jak to. Uważam ogółem, że to otwarty na ludzi człowiek. Nie wiem jakie mają wspomnienia piłkarze innych klubów, ale u nas było super. Nie stwarzał sztucznych murów. Jak mieliśmy zakończenie sezonu, gdzie zapraszane były też rodziny, to nigdy z boku nie siedział, tylko łapał kontakt, gadał ze wszystkimi na równi.

Jakie auto w końcu kupiłeś?

Mercedesa.

Teraz była afera jak Patryk Klimala zaczął od Mercedesa.

Mój był używany. Kupiłem go, choć nie miałem jeszcze prawka. Stał w garażu i działał jako bodziec, żebym wreszcie to prawko zrobił. Zadziałało, zmobilizowałem się, zdałem za pierwszym razem.

Szatnia nie śmiała się, że od razu Mercedesa kupiłeś?

Śmiali się żebym nie zwariował, ale nie było docinek. Trener też pogratulował. Najbardziej cieszył się Krzysiek Kotorowski, który często mnie zabierał wcześniej.

– No, młody, brawo, wreszcie trochę spokoju, nie będę musiał przez centrum przejeżdżać.

Miałeś moment sody? Byłeś nastoletnim poznaniakiem grającym w Lechu Poznań, to musiało robić olbrzymie wrażenie na rówieśnikach.

Robiło, nie powiem, że nie. Cały Poznań jest za Lechem, każdy młody piłkarz z Wielkopolski marzy, by tu zagrać. Przecież dla mnie sam trening z pierwszą drużyną był takim wydarzeniem, jakbym już złapał pana Boga za nogi. Ale nie sądzę, żebym miał sodę. Trzymałem się zawsze z tymi kolegami, z którymi trzymałem się od dzieciaka. Spotykaliśmy się normalnie, nie mówiłem: o, nie mam czasu, o, bo coś tam. Do dzisiaj mamy dobry kontakt i choć ich wypadałoby spytać, tak chyba przyznaliby, że nie odleciałem.

Może pomogło, że trafiłeś do zespołu z szeregiem postaci o uznanych już markach.

Na pewno. Tak zostałem wychowany, żeby szanować starszych i jak mnie objechali, nie denerwowałem się, nie pyskowałem, tylko słuchałem. Młodemu często trudno zrozumieć, że mocne słowa nie padają z niechęci, tylko z troski.

Zdarzało ci się wydać większe pieniądze na coś, czego nie potrzebowałeś?

Lubiłem się dobrze ubrać, lubiłem kupić dobre buty, ale nic mi na strychu nie zostawało, po prostu w tym chodziłem. Lubiłem może gadżety, takie jak choćby zegarek. Ale to też nie na tej zasadzie, że wjeżdżałem do sklepu, dobra, biorę go i mam gdzieś stan swojego konta. Dwa lata minęły, odkąd zobaczyłem zegarek w Monachium, a go kupiłem. Zawsze latem podczas wylotu na obóz mieliśmy międzylądowanie w Monachium, tam był sklep z zegarkami fajnymi, upatrzyłem sobie jeden. Pomyślałem kurde, może go sobie kupię? Drogi, tyle siana, nie ma sensu. Ale przyszedł następny rok, odłożyłem przez ten czas więcej, nie był aż tak wielkim obciążeniem dla budżetu, więc zrobiłem sobie prezent. Służy do dziś.

Wspomniałeś o fuzji. Zrobiła się naprawdę mocna ekipa, doszli choćby Marcin Wasilewski czy Rafał Murawski.

Wasyl już kilka godzin przed meczem chodził nabuzowany, już gadal, podkręcał, robił atmosferkę. Nie przytoczę jakimi słowami, nie nadaje się do druku, ale ważne, że działa. Jak grałem na jego stronie podczas treningu, tylko się modliłem, żeby mnie nie sprzątnął. Mega szacunek do niego – wszyscy pamiętamy jakiej kontuzji doznał w Anderlechcie, mówiono, że już nigdy nie zagra. A tu proszę, po dziś dzień mocno trzyma się w Ekstraklasie.

Rafał z kolei to moim zdaniem idealny defensywny pomocnik i idealny kapitan. Mega kozak na boisku, ale też świetny, uczciwy człowiek. Jak szedł na trudne rozmowy do zarządu, zawsze w pierwszej chwili myślał o drużynie, nigdy nie zrobił nic pod siebie. Zawsze mówił to, co myślał, nikogo w konia nie robił. Nawet w Lechii pomógł mi z mieszkaniem, wynajmując je po koleżeńsku w bardzo dobrej cenie. Na weselu też się u mnie bawił.

Ten późniejszy Lech był już inny niż Kolejorz, w którym zaczynałeś. Dużą rolę, po raz pierwszy w historii klubu, zaczęli odgrywać obcokrajowcy.

Nie wiem czy takie były czasy, czy tak się akurat udało, ale każdy z tych obcokrajowców coś wnosił, był autentycznie od razu mocną stroną drużyny. Wiadomo, że później zdarzali się tacy, którzy wiele nie dali, ale w większości to byłys trzały w dzięsiątkę. Chłopaki z Bałkanów, Arboleda, Peruwiańczycy – nikomu nie można było odmówić ani umiejętności, ani serca do walki i poświęcania się na placu.

Wiadomo, że pojawiały się zgrzyty, czasem się o coś nawet na boisku pokłóciliśmy, ale to wynikało z tego, że wszyscy chcieliśmy tego samego: sukcesu. Każdy stawiał sobie wysoko poprzeczkę, wymagał od siebie i innych. Nikt nie zostawiał pola do wymówki, jedziemy i wygrywamy. Poza tym cokolwiek sobie powiedzieliśmy, to było wyjaśniane potem. A czasem i lepiej powiedzieć kilka mocnych słów niż dusić je w sobie. Ja osobiście miałem świetny kontakt z Semirem, z Dimą Injacem, Djuką, Jasnime Buriciem. Skoro było ich tylu z Bałkanów to wiadomo, że czasem funkcjonowali w grupce. Ale nie tylko, dlatego zawsze się można było spotkać, nie było ogólnego podziału na grupę polską i grupę obcokrajowców.

Piłkarze z Bałkanów dość łatwo odnajdują się u nas, podobne charaktery. A jak w szatni funkcjonował Arboleda?

Ciężko powiedzieć. Był indywidualistą, choć w dobrym tego słowa znaczeniu. Dbał o siebie, dużo czasu spędzał na siłowni – wiedział, że ma robotę do wykonania i na tym się skupiał. Mega solidny, bardzo profesjonalny. Jak miał coś do powiedzenia, nie gryzł się w język.

Jak wspominasz trenera Zielińskiego?

Przyszedł do Lecha i zmienił treningi, ustawienie, dał impuls. To fajny, sprawiedliwy facet. Jak mieliśmy jakieś zapalne sytuacje, to zawsze się wyjaśniały. Robi też treningi, które piłkarze bardzo lubią, ja u niego czułem, ze się rozwijam.

To pod nim zanotowaliście swój słynny mistrzowski finisz.

Przegrywaliśmy dużo meczów, tabela się spłaszczyła. Ostatecznie wszystko miało się rozegrać między nami, a Wisłą Kraków. Graliśmy z Ruchem, obawialiśmy się tego meczu, bo zawsze z nimi toczyliśmy ciężkie boje. I tym razem było tak samo. Przegrywaliśmy, wyrównaliśmy, ostatecznie wygraną dał Siergiej Kriwiec. W tym czasie Mariusz Jop strzelił swoją najsłynniejszą bramkę, niestety dla wiślaków, a stety dla nas – samobója. Szczerze mówiąc, nie sądziliśmy, że Wisła zgubi tam punkty. Nie straciliśmy już potem koncentracji, nie wypuściliśmy majstra z rąk. Po tytule niezapomniana feta. Wręczanie pucharu na stadionie. Kibice wbiegający na murawę. Impreza na starówce. Impreza z drużyną, żonami, dziewczynami. Zdobyliśmy tytuł po wielu latach, to było wydarzenie dla całej Wielkopolski.

Masz bogate doświadczenia pucharowe, począwszy od meczu w Intertoto z Lens.

Debiut w pucharach za trenera Michniewicza, niezłe zderzenie z poważnym, europejskiej klasy futbolem. Ja, przyznam szczerze, nie wiedziałem co się dzieje. Inny poziom. Zobaczyłem wtedy ile mi brakuje, choćby taktycznie. Jedna wielka lekcja. Czasami grało się sparingi z fajnymi markami, ale tutaj była konkretna stawka o przejście dalej, a Lens miało spinkę, żeby przez Intertoto wejść do Pucharu UEFA. I udało im się wtedy, a my nie byliśmy tacy ostatni – stoczyliśmy dwa wyrównane mecze, gdzie Francuzi potem potrafili ogolić Wolfsburg 4:0 i grać w pucharach do wiosny.

Takim kamieniem węgielnym udanych bojów pucharowych Lecha było spotkanie z Austrią Wiedeń. Mieliście słaby ranking UEFA, a ostatnia wygrana nad renomowanym przeciwnikiem to sezon 90/91, gdzie Lech ograł Panathinaikos.

Wiem, że Austria to wielkie emocje, to gol w ostatnich sekundach, ale szczerze? Byłem dziwnie przekonany, że wygramy ten mecz. Jakoś spokojnie nastawiony, że będzie dobrze. Może sprawiło to zwycięstwo 6:0 nad Grasshopperem, może jeszcze coś innego – tak czy siak czuliśmy się bardzo mocni. Oczywiście nie znaczy to, że taki sukces potrafiłem przyjąć na chłodno – tak samo dołączyłem do zbiorowego szału, zwariowaliśmy wtedy z radości. Pokazaliśmy mnóstwo determinacji i charakteru, dociągając triumf do końca, walcząc do ostatnich sekund. Mieliśmy fazę grupową, czuliśmy się, jakbyśmy zdobyli mistrzostwo świata.

Który mecz w fazie grupowej tamtej edycji Pucharu UEFA najbardziej zapadł ci w pamięć?

Nie wspominam dobrze Nancy, Francuzi grali nudny futbol, w zasadzie chcieli go zabić, a przy tym zdobyć punkty. Widowisko mierne. Najlepiej wspominam paradoksalnie jedyną porażkę, czyli mecz w Moskwie z CSKA, gdzie graliśmy na sztucznej murawie przy minusowej temperaturze. Wspaniałe było też ograć Feyenoord na wyjeździe i wyjść dalej.

Wierzyłeś, że awans do fazy grupowej to nie jest wasz koniec?

Nie powiem, że nie wierzyłem, ale spójrzmy na rywali: Nancy, Deportivo, CSKA, Feyenoord. To bardzo mocna grupa, a Lech od dawna nie grał na takim poziomie i z takimi przeciwnikami. Mega sprawdzian, ale podeszliśmy do niego z ciekawością. Ja wiedziałem, że jesteśmy w formie, mieliśmy Rafała, który gral fantastycznie, a z każdym meczem rośliśmy. Nabieraliśmy przekonania, że nie musimy czuć kompleksów, tylko walczyć jak równy z równym, choć zderzamy się z poważnymi europejskimi markami. Wszystko się skupiło w Rotterdamie i dało ostateczny sukces.

Udinese było do przejścia?

Moim zdaniem było, gdybyśmy lepiej zagrali u siebie i wygrali mecz. Nie mówię, że powinniśmy wygrać 5:0, ale graliśmy dobry futbol. Udinese miało świetnych zawodników, nazwiska mówią same za siebie: Samir Handanovic, Christian Zapata, Mauricio Isla, Gokhan Inler, Kwadro Asamoah, Fabio Quagliarella, Alexis Sanchez. Byli wyrachowani taktycznie, bardzo poukładani, ale uważam, że mogliśmy ich u siebie mieć. Problem polskich drużyn, które przebiją się już do wiosennego grania, zawsze pozostaje taki sam: jesteś po długiej przerwie. Nie grałeś o stawkę od miesięcy. Nie masz rytmu meczowego, bo sparingi może zmęczeniowo będą podobne, ale nigdy mentalnie. Tego brakło również z Bragą.

Co mówiliście Marcinowi Kikutowi po rewanżu?

Nic, spokój był, zero pretensji do Marcina. To jest piłka nożna. Każdy popełnia błędy. Pocieszać nie trzeba było, on przeżywał wewnętrznie, ale rozumiał o co chodzi i nie potrzebował, aby ktoś się nad nim rozczulał.

Juventus czy Manchester City – która marka robiła większe wrażenie?

Aż ciężko powiedzieć. Na Manchester City wyszedłem w pierwszym składzie. Nie zagrałem super meczu, trzeba powiedzieć otwarcie, ale stałem w tunelu czekając na mecz, a obok Yaya Toure, Adebayor, Patrick Vieira, Nigel de Jong, David Silva, Joe Hart, Pablo Zabaleta. Światowy top, miałem świadomość, że dzieje się coś niesamowitego. Ja, chłopak z trzynastki, wychodzę na takich graczy. A jeszcze zdołaliśmy ich pokonać u siebie. Co mi zaimponowało, to że zachowali wtedy wielką klasę. Byli źli na siebie, to było widoczne, ale podeszli do nas z szacunkiem, życząc powodzenia w następnych meczach. Ja rywalizowałem z Kolarowem, po meczu podaliśmy sobie rękę, przybliśmy piątkę. Podziękował za grę i pogratulował zwycięstwa. Pamiętam też, że cały sektor kibiców z Manchesteru City bił nam brawo. Fajna sprawa, inna mentalność.

Z drugiej strony Juventus. Jako dzieciak biegałem po podwórku w koszulce Alexa Del Piero. Pamiętam tamtą Starą Damę z końca lat dziewięćdziesiątych, w której Zidane rozdawał karty. A tutaj przebitka, przepychanka, odbieram Del Piero piłkę i z nią uciekam po skrzydle.

Mecz z Juve u siebie obejrzałeś z ławki, ale to były ekstremalne warunki.

Nie powiem, że cieszę się, że nie wszedłem, bo to zawsze Juve, ale jakbym miał wejść byłoby ciężko. Jak tu się rozgrzać? Jeszcze bym sobie coś zrobił. Zarówno oni jak i my byliśmy przekonani, że ten mecz się nie odbędzie. No gdzie, jak? Ale jednak wyszliśmy. To był już taki moment grania, że mieliśmy wielką pewność siebie. Nikt z nas się nie bał przeciwnika. Ktokolwiek by tam wyszedł, zagralibyśmy na niego z szacunkiem, ale wiarą.

Jakim trenerem był Bakero? Dziś już dał sobie spokój z seniorami, trochę mu nie poszło.

Dla mnie bardzo dobrym. Strasznie podobały mi się jego treningi i podejście do zawodników. Rozmawiał z tobą otwarcie, pytał czego potrzebujesz, jak się czujesz. Potem mówił jasno czego oczekuje. Pamiętam, że przyszedł kilka dni przed Manchesterem City. Wybrał osiemnastkę i każdego wołał na rozmowę. Spytał mnie jak siebie widzę, gdzie lubię grać. Powiedziałem, że lewa strona, obrona lub pomoc. A on mi na to, że u niego będę na prawej stronie. Powiedziałem, że będzie ciężko, ale szanuję decyzję i zacząłem tak grać.

Powiedz, w dzisiejszym Lechu wciąż jest Jasmin Buric, twój kolega z boiska. Ty masz dopiero 34 lata. Myślisz, że te drogi mogły się tak potoczyć, żebyś ty także do dziś był w Kolejorzu?

Czy mogły. Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Do dziś nie wiem jak to konkretnie było ze mną i moim kontraktem. Czy przyszła decyzja z góry, żeby zrobić miejsce innym, czy trener mnie nie chciał. Odchodziłem będąc w najlepszym piłkarsko wieku.

Nawet na wypożyczeniu w Lechii grałeś bardzo dobrze, stanowiąc ligową czołówkę i pomagając Lechowi swoją grą w tym, żeby do końca bił się o tytuł.

Ale wróciłem i trener Rumak powiedział, że nie będzie mi dawał tyle szans i żebym szukał sobie klubu, w którym będę mógł występować systematycznie. Zabolało mnie to, bo byłem w gazie i nie byłem jakimś starszym zawodnikiem. W niczym nie czułem się gorszy od tych, co zostali, a nawet jak wchodziłem, to uważam, że dawałem wartość, dorzucałem też z ławki asysty. Ale jeśli trener mnie nie widzi, to nie będę robił z siebie debila. Aczkolwiek mówię: nie wiem czy to była wyłącznie decyzja trenera Rumaka.

Dlaczego twoja kariera po Lechu tak wyhamowała?

Złe decyzje jakie podjąłem. W życiu piłkarza jest tak, że można jedną decyzją nadać swojej karierze tempo, ale można też podciąć jej skrzydła. Czasem te decyzje sprawiają, że nie liczy się nawet to, jak po ich podjęciu grasz. Wtedy myślałem, ze wyjazd na Litwę będzie najlepszy, że wszystko się ułoży. Nie do końca tak się stało. Ale nie patrzę do tyłu. Takie jest życie.

Ty na Litwie wykręcałeś jakieś nierealne statystyki, potrafiłeś mieć cztery asysty i bramkę, takiego piłkarza jak ty nie było tam od wielu lat.

Dobrze mi się grało, spokój miałem. Nie był to poziom ekstraklasowy, ale wciąż okej. Mogłem polegać na trenerze Zubie, dawał mi odpocząć gdy tego potrzebowałem, a taktykę opierał na mnie. Wykonywałem wszystkie wolne, kornery, czasem nawet grałem jako rozgrywający. Dobrze się gra z takim zaufaniem.

Screen Shot 04-15-19 at 01.46 PM

źródło:transfermarkt.pl

Potem miałeś zawirowania w Vaslui, gdzie nie płacili i mało udane przygody w Polsce. teraz, choć twoi rówieśnicy wciąż grają w Ekstraklasie, jesteś w III lidze, w Polonii Środa Wielkopolska.

Nie chciałem się prosić, wpychać, po znajomości iść na testy. Dzisiaj mocno patrzy się na wiek. Mój syn szedł do szkoły, ja mam z żoną biznes w Poznaniu. Powiedziałem: OK, może starczy. Zostańmy tutaj. Ale wiadomo, że ciągnie wilka do lasu, zgłosiła się Polonia. Jest tutaj duże parcie na profesjonalizm, organizacyjnie wszystko na fajnym poziomie. Codzienne treningi, też ciekawe, nie jakieś: a, rzucam wam piłkę i sobie grajcie. To dobre miejsce do gry w piłkę. Ja co mogę przekazać, to przekazuję, boiskowy dreszczyk wciąż jest. Traktuję grę tutaj na pewno nie jako hobby po godzinach, tylko poważnie.

Zakładam, że Lecha oglądasz.

Jak mam czas, owszem.

No to wezmę cię pod włos: dałbyś radę w dzisiejszym Lechu?

(Śmiech). Oj… nie wiem. Nie wiem! Kurde. W Ekstraklasie dawno nie grałem. Ale przyznam, że czasem sam się nad tym zastanawiam, patrzę na mecz i myślę: co by było gdyby? (dłuższa cisza). No dobrze, jakbym normalnie przygotował się z drużyną, czemu nie. Do teraz wszystko jest ze mną okej, kondycja cały czas dobra, myślę, że dałbym sobie radę. A na pewno podjął rękawicę. Ale wątpię, żebym na własnej skórze miał się o tym przekonać.

Powiedziałeś, że masz biznesy.

Tak, zaraz będę miał 34 lat, nie wiem do kiedy będę mógł pograć, choć fizycznie czuję się dobrze i nie czuję potrzeby zejścia z boiska. Jak zdrowie pozwoli, będę grał. Mamy z żoną firmę zajmującą się eventami. Chcesz zorganizować wesele, przyjęcie, komunię, cokolwiek okolicznościowego – dzwonisz i wszystko masz z głowy, jest zorganizowane za ciebie. Mamy też kwiaciarnię, którą prowadzi żona, a teraz rozkręcam temat domków nad morzem.

Jak pomagasz przy weselach mnie ciekawi, bo na akordeonie cię nie widzę.

Żona bardziej siedzi w szczegółach, ale jak trzeba pomóc nigdy się nie migam, zawsze coś dowiozę czy pomogę przy dekoracjach. Jest w co ręce włożyć, wychowanie syna to też odpowiedzialne zajęcie, także mam się czym zająć.

Rozmawiał Leszek Milewski

Fot.NewsPix