Ryzyko rozwija. Zagłębie zaryzykowało i zyskało kozaka
Weszło

Ryzyko rozwija. Zagłębie zaryzykowało i zyskało kozaka

Nie raz i nie dwa widzieliśmy, jak można wozić się na nazwisku. Miałeś kilka przebłysków w okolicach transformacji systemowej w Polsce, albo – jeszcze lepiej – pograłeś co nieco za granicą? Dawaj do nas, przydasz się.

Mamy wrażenie, że w pewnym momencie niebezpiecznie blisko granicy „jego nazwisko znajduje się w Ekstraklasie od lat, więc chyba musi coś grać” znalazł się Bartłomiej Pawłowski, który w tym sezonie przeszedł jednak sporą metamorfozę.

Pamiętamy, co działo się z nim, gdy wrócił z Hiszpanii. W telegraficznym skrócie:

– nie poradził sobie w Lechii (12 meczów, 0 goli, 0 asyst)

– nie pomógł utrzymać Zawiszy, zaliczając bezbarwną rundę (15 meczów, 0 goli, 1 asysta)

– niezły sezon, choć bez wielkiego szału, rozegrał w Koronie (27 meczów, 5 goli, 1 asysta)

– wrócił do Lechii i przez kontuzję stracił rok, wsławiając się wyłącznie żalami o to, że musi wstawać o siódmej i trenować dwa razy dziennie (6 meczów, 0 goli, 0 asyst)

Gdy pomocną dłoń wyciągnęło do niego Zagłębie Lubin, mieliśmy sporo wątpliwości. Ostatni gol Pawłowskiego? Maj 2016. Ostatnia asysta? Kwiecień 2016, czyli nieco ponad rok wcześniej. No, typowa sytuacja make or break. Jeżeli nie odbudowałby się w Lubinie, coraz trudniej byłoby metodą na „Malagę w CV” znaleźć kolejnego naiwnego w naszej lidze. A już na pewno w zespole ze sporymi ambicjami.

Wątpliwości wzmagał fakt, że Pawłowski nawet w Zagłębiu długo nie przekonywał. Poprzedni sezon? Trzy gole, cztery asysty, runda wiosenna w roli mało efektywnego zmiennika. Miedziowi przeszli na system 3-5-2, z dwoma wahadłowymi, czyli Dziwnielem i Czerwińskim. Na początku to był problem zarówno Pawłowskiego, jak i pozostałych skrzydłowych: Woźniaka, Janoszki, Janusa i Mazka. Żaden z nich długo nie grał regularnie, później Pawłowski występował obok Świerczoka, ale nie przekonywał nawet wtedy, kiedy Mariusz Lewandowski wrócił do gry z czwórką obrońców i typowymi skrzydłowymi.

Zagłębie pójdzie za ciosem i ogra Pogoń? Totolotek kusi kursem 2,30

Wejście w obecny sezon? Z jednej strony pierwszy skład, z drugiej – przeciętne liczby, bardziej uciekanie od odpowiedzialności niż ciągnięcie drużyny w stylu Filipa Starzyńskiego. Dziś nie mamy jednak wątpliwości, że Pawłowski przeszedł sporą metamorfozę, w której ogromną rolę odegrał Ben van Dael.

Liczby Pawłowskiego przed przyjściem holenderskiego szkoleniowca? Dwa gole, dwie asysty.

Statystyki po zmianie trenera? Sześć bramek, trzy ostatnie podania.

Do tego dwa kluczowe zagrania i widoczna gołym okiem lekkość. Przebojowość, drybling, spory luz.

Cóż, w ostatecznym rozrachunku trzeba oddać Zagłębiu to, co cesarskie. W klubie zaryzykowali, ale jednocześnie mieli nosa. I do Pawłowskiego, i do Świerczoka, który przecież przychodził w tym samym okienku i tak samo wydawał się transferem nieoczywistym. Gościem do odbudowy. Tymczasem na drugiego po pół roku skusił się Łudogorec Razgrad, na pierwszego – jak poinformował na Twitterze Krzysztof Stanowski – zakusy mają Legia i Lech. Bliżej transferu wydają się warszawianie, klauzula wykupu wynosi 800 tysięcy euro.

I tak jak w przypadku Świerczoka gra dogoniła ego, tak wydaje się, że i Pawłowski zauważył, iż droga, którą wcześniej obrał nie była do końca słuszna. W Maladze nie poradził sobie piłkarsko, wiadomo, ale wydaje się, że zabrakło mu wtedy też trochę pokory. Wystarczy przypomnieć odcinek Ligi+Extra, gdzie chwilę po powrocie rozmyślał, nie czy, ale kiedy wróci za granicę. Ambicja ambicją, ale takie podejście mu najwyraźniej nie pomagało.

Dziś wydaje się zawodnikiem zupełnie innym. I co najważniejsze – nawiązującym do czasów dobrej formy, a może i będącym w najlepszej dyspozycji w swojej dotychczasowej karierze.

***

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (7)