Bobby Fischer – złote dziecko szachów w odmętach szaleństwa
Inne sporty

Bobby Fischer – złote dziecko szachów w odmętach szaleństwa

Dla szachów był kimś takim jak Muhammad Ali dla boksu. Bobby Fischer miał 15 lat, gdy w 1957 roku zostawał najmłodszym arcymistrzem w historii. Wiele lat później – w samym środku „zimnej wojny” – stoczył pamiętną batalię z Borisem Spasskim, której ranga wykroczyła dalece poza sam sport. Mimo wielkich sukcesów i niepodważalnego dziedzictwa, ostatnie lata życia spędził jako banita, za którego wszyscy się wstydzili. Jakim cudem jeden z najtęższych umysłów w dziejach szachów został antysemitą i piewcą absurdalnych teorii spiskowych?

Lata siedemdziesiąte to czas wielkich wydarzeń. Szczęśliwy powrót na ziemię Apollo 13, koniec Beatlesów, wybuch punkowej rewolucji, historyczna wizyta prezydenta USA w Chinach… Dużo działo się praktycznie na każdym froncie – także w sporcie. W 1971 roku Joe Frazier (26-0, 23 KO) i Muhammad Ali (31-0, 25 KO) dali światu bokserską „Walkę Stulecia”. Porywający spektakl zapewnił wszystkim zainteresowanym miliony dolarów i sprawił, że boks ugruntował swoją pozycję w głównym nurcie najważniejszych wydarzeń amerykańskiej kultury.

Rok później doszło do pojedynku, który globalnie budził być może jeszcze większe emocje niż ringowa bitwa dwóch amerykańskich mistrzów. Choć nie był to okres największych napięć w „zimnej wojnie” między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, to stawka szachowego pojedynku Fischera ze Spasskim była olbrzymia. Bezprecedensowa dominacja Sowietów w tej dyscyplinie trwała od ponad dwóch dekad. Nigdzie na świecie ta gra nie cieszyła się takim prestiżem jak tam, ale też nigdzie indziej nie była tak chętnie wykorzystywana przez propagandę. To było starcie przeciwieństw – opanowany Spasski był produktem sprawnie funkcjonującej radzieckiej maszyny, która regularnie dostarczała wybitne talenty. Wybuchowy Fischer był z kolei przedstawiany jako samorodny geniusz, który objawił się wbrew wszelkiej logice.

Poniekąd rzeczywiście tak było. Bobby pierwszy kontakt z szachami zaliczył w wieku sześciu lat. Nie da się ukryć: idealnie pasowały do jego charakteru. Był cichym dzieckiem, które według relacji rodziny i znajomych po prostu miało swój świat (dziś zostałby być może zdiagnozowany z zespołem Aspergera). Losy jego rodziny były skomplikowane i naznaczone wojennym piętnem. Jego matka pochodziła z żydowskiej rodziny i w 1939 z kilkuletnią córką uciekła do USA. Jej mąż – Hans Gerhardt Fischer – był niemieckim biofizykiem.

Wojna rozdzieliła rodzinę. Bobby urodził się w 1943 roku, a w akcie urodzenia jako ojciec wpisany był właśnie Fischer. Według danych FBI mężczyzna nigdy podczas wojny nie zawitał do Ameryki. Dlaczego tym tematem w ogóle interesowały się służby? Regina Fischer – matka szachisty – była niezwykle złożoną postacią. Urodziła się w Szwajcarii, ale miała amerykańskie obywatelstwo. Przed wojną mieszkała w Niemczech, a potem studiowała w Moskwie. Do USA wracała jako zadeklarowana komunistka, co nie umknęło uwadze władz.

Regina mówiła w kilku językach i pracowała w różnych zawodach. Była pielęgniarką, nauczycielką, ale studiowała także biologię i chemię. W 1937 roku – jeszcze będąc w związku z Fischerem – urodziła córkę Joan. W 1942 roku uczyła się na uniwersytecie w Denver, gdzie jednym z wykładowców był Paul Nemenyi, węgierski fizyk i matematyk. Według FBI Bobby był owocem ich krótkiego romansu. Patrząc na fizyczne podobieństwo obu mężczyzn i geniusz, który prezentowali, wydaje się to rzeczywiście bardzo prawdopodobne.

Nemenyi według niektórych informacji pracował przy Projekcie Manhattan, gdzie miał zajmować się mechanizmem uruchamiającym bombę atomową. Regina samotnie wychowywała dwójkę dzieci, ale Paul miał regularnie przekazywać pieniądze na chłopaka i interesował się jego rozwojem. W 1952 roku naukowiec nagle zmarł na atak serca. Zostawił po sobie listy, które trafiły potem do FBI. Regularnie korespondował z Reginą, która po jego śmierci żaliła się na trudną sytuację życiową jego synowi. Peter Nemenyi nigdy nie wypierał się, że Bobby jest przyrodnim bratem.

„Od kilku miesięcy chłopak nie miał w domu pełnego posiłku. Przez ostatnie dni choruje, a ja nie mam pieniędzy na lekarstwa. Paul nie chciałby zostawić Bobby’ego w tym stanie. Daj znać tak szybko jak tylko możesz, czy Paul zostawił coś dla niego. Bobby cały czas na niego czeka” – pisała Regina, która w tamtym momencie była bez pracy i znalazła się u progu bezdomności.

Do listów i innych materiałów FBI – które w sumie obejmowały ponad 900 stron – dotarli w 2002 roku Peter Nicholas i Clea Benson z „The Philadelphia Inquirer”. Wszystkie informacje, do których udało im się dotrzeć, składały się na jednoznaczny obraz, ale oficjalnie sprawa mogła zostać wyjaśniona tylko testami DNA, do czego jednak nigdy nie doszło.

„Szachy? Można mieć gorszą obsesję”

Dzieciństwo Bobby’ego zmieniło się niemal z dnia na dzień. Wcześniej siostra pokazywała mu bierki i różne inne gry, ale przełomem okazały się właśnie szachy. Chłopak od razu przepadł. Przestał wychodzić z domu, a szachownica towarzyszyła mu nawet podczas obiadów. Pasjami pochłaniał książki przybliżające tajniki królewskiej gry. Z siostrą zaczął wygrywać już po kilku próbach i błyskawicznie przestało być to dla niego wyzwaniem. Skoro jesteśmy przy kobietach: w 1964 roku w jednym z wywiadów 21-letni wówczas Bobby wygłosił jeden z pierwszych dość radykalnych poglądów na rzeczywistość.

„Kobiety nie są zbyt dobre w szachy. Każdej mógłbym oddać gońca na starcie partii, a i tak bym to potem wygrał. To chyba dlatego, że nie są wystarczająco bystre… Nie sądzę, że powinny brać się za tego typu intelektualne wyzwania. Ich aktywność powinna ograniczać się do zadań domowych” – powiedział w telewizyjnym wywiadzie. Te słowa konsternowały już wtedy, ale Fischer był znany z bycia ekscentrykiem i dziwakiem, który chadzał własnymi ścieżkami.

Bobby już jako nastolatek otwarcie mówił, że nie ogląda telewizji, bo boi się szkodliwego dla zdrowia promieniowania. Jeśli już czytał coś, co nie dotyczyło szachów, to intrygowały go najrozmaitsze teorie spiskowe z podrzędnej prasy. Łączyło je jedno: gdzieś poza oficjalnym strukturami państwa istniała grupa osób trzymających władze, które chciały krzywdzić zwykłych ludzi.

Fischer od najmłodszych lat rósł na odludka, co oczywiście martwiło jego matkę. Wysłała go nawet do psychiatry, ale ten zbagatelizował sprawę. „Można mieć obsesję na punkcie gorszych rzeczy niż szachy” – usłyszała od lekarza, który sam był zapalonym szachistą. W obliczu takiej diagnozy postanowiła wspierać syna w rozwoju jego pasji. Bobby miał siedem lat, gdy po raz pierwszy zagrał z mistrzem. Max Pavey równolegle mierzył się z kilkunastoma osobami i to właśnie z chłopakiem miał największe problemy. Potyczka trwała kwadrans i zdążyła zainteresować tłum widzów, jednak Fischer ostatecznie przegrał.

Jedną z osób, które przyglądały się wtedy grze, był Carmine Nigro. Szef Brooklyn Chess Club nigdy nie został mistrzem, ale uwielbiał tę grę i z miejsca dostrzegł przed sobą wielki talent. Został trenerem Fischera, który pod jego skrzydłami pokonywał kolejne poziomy. W 1956 roku Bobby został mistrzem USA juniorów – nikomu wcześniej ta sztuka nie udała się w wieku zaledwie trzynastu lat.

Sensacyjne postępy pozwoliły młokosowi nawiązać rywalizację z elitą. W tym samym roku Fischer został zaproszony na turniej dla 12 najlepszych zawodników w USA. Choć według rankingów nie zaliczał się do tego grona, to jego wyniki w tak młodym wieku robiły wrażenie na wszystkich. Trzynastolatek finiszował ex-aequo na pozycji 8-9, ale po drodze pokonał w kapitalnym stylu Donalda Byrne’a. Ekspertów zdumiał poświęcając królową, by za chwilę odebrać rywalowi dwóch gońców, wieżę i piona. Hans Kmoch w „Chess Review” nazwał tę partię „Meczem Stulecia”, ale naprawdę głośne wydarzenia z udziałem Fischera miały dopiero nadejść.

Szachowy rozwój pozwalał chłopakowi stopniowo uniezależniać się od rodziny. Matka w końcu wyjechała do Europy, a Bobby został sam. Lata leciały, a on dalej nie znał życia poza szachownicą. Nie miał innych zainteresowań. Nikt nie sprawował nad nim kontroli – był pozostawiony sam sobie. Wolnego czasu nie spędzał z rówieśnikami, bo go nie miał – do tego stopnia pochłaniały go szachy.

Z każdą rozegraną partią i przeczytaną książką Bobby Fischer stawał się coraz lepszy. W 1958 roku rozbił w pył krajowych arcymistrzów i został mistrzem USA seniorów. Potem wygrał siedem z ośmiu kolejnych edycji. Nie triumfował tylko w 1962 roku, bo… nie wystartował. Po drodze bił rekord za rekordem. W 1964 roku zakończył zawody z bilansem 11-0 – jedynym nieskazitelnym w długiej historii imprezy.

Wyjątkowa była zwłaszcza jego kapitalna partia z Robertem Byrnem. Fischer grał czarnymi i rozbroił rywala w zaledwie 21 posunięciach. W tamtym momencie był już arcymistrzem i powszechnie szanowaną postacią na światowej scenie. Szachowe życie toczyło się jednak głównie w Związku Radzieckim. Tam istniał cały system edukacji młodych zawodników, którzy niemal taśmowo stawali się potem arcymistrzami.

Bobby na ich tle sprawdził się po raz pierwszy już w 1958 roku. Gdy tylko wylądował w Moskwie z siostrą, to natychmiast kazał się zawieźć do Centralnego Klubu Szachowego. Tam pokonał kilku młodych mistrzów i zaczął domagać się starcia z urzędującym mistrzem świata – Michaiłem Botwinnikiem. Na taki pojedynek nie było szans – podobnie jak na spotkania z innymi czołowymi radzieckimi zawodnikami. Fischer wpadł w szał i zaczął wyzywać organizatorów od „ruskich świń”. Była to tylko zapowiedź jego zatargów z Sowietami, której kulminacją miał być pojedynek o mistrzostwo świata ze Spasskim trzynaście lat później.

Więcej niż szachy

Amerykanin miejsce przy stole wywalczył w najlepszym możliwym stylu. Na krajowym podwórku od lat grał w swojej lidze, a w oficjalnym turnieju pretendentów rozbił Marka Tajmanowa i Benta Larsena. Wybitnych arcymistrzów odprawił z wynikiem 6:0 – coś takiego wydarzyło się po raz pierwszy w historii. Przystępując do finału Fischer był również liderem rankingu szachowego Elo. Rangę jego osiągnięcia najlepiej oddaje to, że po raz pierwszy od ponad dwóch dekad finałowa rozgrywka przestała być wewnętrzną sprawą Sowietów.

„W rozgrywce Spasskiego i Fischera nie chodziło o same szachy. Analizując wszystko związane z tym wydarzeniem trzeba pamiętać o aspekcie politycznym. W ZSSR szachy były traktowane przez władze jako ważne narzędzie ideologiczne, które miał demonstrować intelektualną wyższość komunistycznego reżimu nad dekadenckim Zachodem. Dlatego właśnie porażka Spasskiego była traktowana przez ludzi po obu stronach Atlantyku jako miażdżący moment w samym środku zimnej wojny” – tłumaczył wiele lat później Garri Kasparow.

Doprowadzenie do spotkania dwóch najlepszych szachistów świata przy jednym stole nie było jednak łatwym zadaniem. Licytację nieoczekiwanie wygrała… Islandia. Fischer nie był jednak zadowolony z warunków finansowych. Zwycięzca miał otrzymać nieco ponad 60% z puli wynoszącej 125 tysięcy dolarów. Miał również zagwarantowany udział w zyskach związanych z dystrybucją praw telewizyjnych. Amerykanin chciał więcej, ale nie był w tych żądaniach spójny. Można było odnieść wrażenie, że mnoży problemy, bo z jakichś względów wcale nie chce zmierzyć się ze Spasskim.

Ceremonię otwarcia meczu zaplanowano na 1 lipca. Ostatnie dni czerwca Fischer spędził jednak w domu kolegi i nie wykazywał żadnego zainteresowania zbliżającym się meczem życia. Na ostatniej prostej finansową pulę podwoił Jim Slater – brytyjski biznesmen, a prywatnie wielki entuzjasta szachów. Bobby wciąż nie był jednak przekonany. Ponaglał go sam Henry Kissinger – ówczesny doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego i prawa ręka prezydenta Richarda Nixona.

Spasski pojawił się na Islandii prawie dwa tygodnie przed meczem i wszystko miał zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. U Fischera rządził chaos, jednak wielu dopatrywało się w jego posunięciach zimnej kalkulacji. Jego działania miały być obliczone na wyprowadzenie obrońcy tytułu z równowagi. Fakty wydawały się wszystkim oczywiste – nieoczekiwanie to pretendent dyktował warunki i robił na co tylko miał ochotę.

Dlaczego to wszystko było takie istotne? Finałowa rozgrywka składała się potencjalnie z aż 24 oddzielnych partii. Mogła potrwać ponad dwa miesiące, więc dużą rolę odgrywały także inne czynniki. Fischer doskonale zdawał sobie z tego sprawę i pół roku przed wylotem na Islandię rozpoczął intensywne przygotowania. Trenował w Catskill, jak czołowi amerykańscy pięściarze. Program rozpisał mu Harry Sneider – mistrz świata w wyciskaniu ciężarów na ławce. Bobby interesował się każdym aspektem zajęć, ale największy nacisk kładł na… uścisk dłoni. „Chcę żeby ten Rusek naprawdę odczuł nasze przywitanie” – mówił Sneiderowi.

Takie komentarze były u Fischera na porządku dziennym. Już w 1962 roku w publicystycznym tekście zarzucał Sowietom, że ich dominacja w szachach to jedno wielkie oszustwo. Bobby uważał, że radzieccy zawodnicy w meczach między sobą decydują się na remisy w zbyt błahych okolicznościach, co w pewnym sensie ustawia przebieg najważniejszych turniejów i cementuje potem ich wyższość nad resztą. Jego artykuł wzbudził spore kontrowersje i odbił się szerokim echem – został opublikowany przez „Sports Illustrated” i „Der Spiegel”.

Na początku lat siedemdziesiątych Fischer wszędzie dopatrywał się spisków. Finałowa rozgrywka ze Spasskim ostatecznie opóźniła się o kilka dni, a gdy krnąbrny pretendent w końcu łaskawie zameldował się na Islandii, to okazało się, że to wcale nie koniec kłopotów. Pierwszy mecz rozpoczął się bez niego – Amerykanin twierdził, że utkwił w korku. Gdy dotarł do stołu, to oczywiście podjął walkę, ale długo zanosiło się na remis. W samej końcówce Bobby popełnił jednak niewytłumaczalny błąd i przegrał otwarcie, co wyraźnie go rozjuszyło.

Na drugą partię… w ogóle nie dotarł. Zrezygnował z niej w ramach protestu – twierdził, że rozprasza go głośna praca kamer telewizyjnych. Losy rywalizacji znów wisiały na włosku, jednak rozochocony obiecującym początkiem Spasski był przekonany o tym, że wygra i godził się na wszystkie ustępstwa.

Bobby miał swoje wskazania nawet co do zestawu figur i samej szachownicy – wszystko trzeba było robić na specjalne zamówienie. Kiedy drugą partię zapisano na korzyść Spasskiego walkowerem, Amerykanin wpadł w szał. Chciał wrócić pierwszym samolotem do USA, ale po długich namowach powstrzymał go jego sekundant – William Lombardy. Kiedy wrócił do hotelu, czekała go kolejna telefoniczna rozmowa z Kissingerem. Ostatnim czego potrzebowała amerykańska racja stanu było poddanie tak medialnej rywalizacji w tym stylu.

Pretendent ostatecznie postawił na swoim i trzecią partię rozegrano w małej salce – bez widzów i wielkich kamer. Jeśli coś w tej sytuacji zaskakuje to fakt, że obrońca tytułu zgodził się na coś takiego. Wiadomo, że od razu tego żałował – już po meczu nazwie tę decyzję swoim największym błędem. U Fischera wreszcie wszystko zagrało – 16 lipca odniósł pierwsze zwycięstwo w historii starć ze Spasskim. Z kolejnych siedmiu odsłon wygrał aż cztery (przy trzech remisach) i wyszedł na prowadzenie.

Kluczowa dla losów mistrzowskiego tytułu okazała się trzynasta partia. Nie brakowało w niej zwrotów akcji, jednak długo zanosiło się na kolejny remis. Partię przerwano po 42 posunięciach. Analitycy z sowieckiej ekipy całą noc analizowali sytuację i przekonywali Spasskiego, że przy takim układzie remis jest właściwie gwarantowany. Mistrz popełnił jednak drobny błąd i Fischer w kapitalnym stylu sięgnął po zwycięstwo mając do dyspozycji same piony i „uwięzioną” w rogu wieżę.

Spasski jeszcze wiele minut po zakończeniu rozgrywki tępo wpatrywał się w szachownicę. Michaił Botwinnik – były mistrz świata – nie ukrywał uznania dla odważnego Amerykanina. Decydujące posunięcia określił mianem „najwyższego twórczego osiągnięcia Fischera”. Nikt wcześniej na tym poziomie nie wygrał przy takiej sytuacji na planszy.

Pretendent po trzynastu partiach miał aż 3 punkty przewagi. Kolejnych siedem odsłon zakończyło się bez rozstrzygnięcia. W dwudziestej pierwszej było po wszystkim. Rozgrywka znów nie znalazła finału pierwszego dnia, jednak nazajutrz Spasski telefonicznie poinformował o swojej rezygnacji. Stało się – Bobby Fischer przerwał dominację Sowietów i został pierwszym urodzonym w USA szachistą, który sięgnął po tytuł mistrza świata.

Łatwo sobie wyobrazić, co działo się dalej. Finałowa batalia była szeroko komentowana w ojczyźnie, a niektóre partie można było oglądać nawet na telebimach na Times Square. Nowy mistrz trafił na okładkę „Sports Illustrated” i z miejsca został gwiazdą telewizyjnych programów. W Nowym Jorku na lotnisku powitało go ponad 3 tysiące osób. Na stole pojawiły się kontrakty reklamowe – najwyższe oferty miały mu zapewnić nawet 5 milionów dolarów, jednak Bobby nie był zainteresowany. To nie był jego świat.

Nowy mistrz żąda reform

Sukcesy Fischera przyczyniły się do renesansu zainteresowania szachami w USA. W 1972 roku liczba członków Amerykańskiej Federacji Szachowej podwoiła się w porównaniu z poprzednim rokiem. Ten złoty okres bywa opisywany jako „Fischer boom” i trwał aż do 1974 roku. Sam mistrz świata pisał książki, udzielał wywiadów i… przestał grać w turniejach. Miał 29 lat i właśnie spełnił swoje największe marzenie z dzieciństwa. Czego więcej mógł w ogóle chcieć od życia?

Kolejnym jego celem stało się wykorzystanie swojej dominacji do zmiany zasad w szachach. Amerykanin nienawidził braku rozstrzygnięć i chciał doprowadzić do rewolucji w meczach o mistrzostwo świata. Za remis obaj zawodnicy otrzymywaliby 0 punktów, nie zaś 0,5 jak do tej pory. Tytuł zgarnąłby ten, kto pierwszy zdobyłby 10 punktów. Nie było limitu partii, a remis 9:9 premiował obrońcę trofeum. Delegaci na kongresie Międzynarodowej Federacji Szachowej (FIDE) przegłosowali granie do 10 zwycięstw, ale odrzucili pozostałe propozycje mistrza.

„Jak napisałem w telegramie do delegatów FIDE, warunki przedstawione przeze mnie nie są do negocjacji. (…) Podejmując taką decyzję FIDE opowiada się przeciwko mojemu uczestnictwu w szachowych mistrzostwach świata w 1975 roku. W związku z tym rezygnuję z mojego tytułu” – napisał Fischer.

Na walkę z nim przygotowany był Anatolij Karpow – kolejny genialny produkt radzieckiego systemu, który w świetnym stylu wygrał turniej pretendentów. Amerykanin nigdy do tej rywalizacji nie przystąpił, więc rywal zdobył tytuł walkowerem. Karpow kilkukrotnie spotykał się z Fischerem i próbował nakłonić go do zmiany zdania, ale Bobby pozostał nieugięty. Wiele lat później w autobiografii Rosjanin przyznał, że brak takiej długo oczekiwanej weryfikacji negatywnie odbił się na jego szachowym rozwoju.

Mecz ze Spasskim był ostatnim oficjalnym występem Fischera przez ponad dwie dekady. W międzyczasie zdarzyło mu się zagrać i wygrać z komputerem, jednak w światowych szachach nastała era Karpowa i Kasparowa. Na początku lat osiemdziesiątych Amerykanin przez kilka miesięcy mieszkał w domu Petera Biyiasasa i podobno wciąż prezentował wielką formę. Gospodarz był przez niego regularnie ogrywany. „Bobby był po prostu za dobry. Granie z nim nie miało sensu. Przegrywałem partię za partią i nie bardzo wiedziałem dlaczego tak się dzieje. Nie popełniałem błędów – on po prostu był poza zasięgiem. Nikt nie jest godny tego, by zostać jego rywalem” – przekonywał kanadyjski arcymistrz.

Szachy wciąż były obsesją Fischera. Choć sam nie grał, to regularnie krytykował innych arcymistrzów. Głośno opowiadał, że przebieg rywalizacji Karpowa z Kasparowem miał zostać… ustawiony. Amerykanin twierdził, że obaj znali swoje ruchy, a losy poszczególnych partii zostały napisane na długo przed rozpoczęciem gry. Przekonywał, że na poparcie tej tezy miał stertę dowodów i notatek, które miały zaginąć w tajemniczych okolicznościach. Odpowiedzialny był za to oczywiście światowy spisek.

Kobiety w życiu Bobby’ego pojawiały się rzadko. W 1961 roku podczas turnieju w Argentynie zaliczył romantyczną przygodę, która wpłynęła na jego późniejsze poglądy. Wtedy zrozumiał, że szachy i kobiety to nie jest dobre połączenie. Przegrywał wtedy mecz za meczem i postanowił już nigdy nie podążać tą drogą. Po zakończeniu aktywnej kariery sytuacja nieco się zmieniła. Jego partnerką była między innymi szachistka Petra Stadler, ale związek nie przetrwał roku. Parę poznał… Boris Spasski, który regularnie utrzymywał listowy kontakt ze swoim wielkim rywalem.

W 1992 roku doszło nawet do wielkiego rewanżu arcymistrzów sprzed lat. Jeden z jugosłowiańskich biznesmenów wyłożył kosmiczne pieniądze. Pula wynosiła 5 milionów dolarów, a zwycięzca miał zabrać około 3,3 miliona. Do rywalizacji doszło oczywiście na nowych zasadach Fischera. Amerykanin przekonywał, że nikt nigdy nie odebrał mu tytułu przy stole, więc… wciąż jest prawowitym mistrzem świata. Niestety, nikogo poza sobą nie przekonał, ale tradycyjnie nie był tym specjalnie zmartwiony.

Spotkanie dawnych mistrzów dostarczyło jednak sporo rozrywki. Fischer wygrał 10:5, a aż 15 partii zakończyło się remisami. Po wszystkim dominował pewien niedosyt. Yasser Seirawan ocenił, że Amerykanin w tej formie to zawodnik ze światowego TOP 10. Inni arcymistrzowie podkreślali jednak, że warianty stosowane przez niego w początkowych fazach partii zdążyły się już mocno zestarzeć. Seirawan został potem jedną z nielicznych osób, które Fischer wpuścił do swojego świata.

„Po tym, co zobaczyłem, wiem, że cały wizerunek Bobby’ego przedstawiany w mediach to stek bzdur. On jest najbardziej niezrozumianym celebrytą, który chodzi po ziemi” – tłumaczył amerykański arcymistrz. Nie mógł się nachwalić zwłaszcza erudycji Fischera, który poza kamerami miał błyszczeć wiedzą na tak różne tematy jak podatki, muzyka soul i… kino akcji z udziałem Bruce’a Lee.

W świetle reflektorów Bobby’emu wciąż zdarzało się robić rzeczy niewytłumaczalne. Ze względu na sytuację polityczną w Jugosławii, władze USA zapowiedziały, że szachista będzie mógł zostać ukarany jeśli wda się tam w działalność obliczoną na zarabianie pieniędzy. Jak Fischer zareagował na oficjalne pismo z ostrzeżeniem? Na konferencji prasowej… napluł na nie. „To jest moja oficjalna odpowiedź” – szydził.

Z jednej obsesji do drugiej

Mimo wszystko wygrana Amerykanina była szeroko komentowana. Media chętnie zestawiały go z Kasparowem – nowym dominatorem z dawnego ZSRR. „Bobby zagrał w porządku, ale nic ponadto. Nasz mecz nie byłby nawet wyrównany” – prowokował pewny siebie Rosjanin. On – tak jak Karpow – również nigdy nie doczekał się uwagi Fischera, który wolał oskarżać nowych mistrzów o oszustwo niż z nimi grać.

Na rewanżu ze Spasskim zarobił miliony, ale po powrocie do USA groziło mu aresztowanie i proces. Kontrowersyjny arcymistrz wybrał więc Europę, gdzie dużo czasu spędził zwłaszcza w Budapeszcie. Jego serce skradła Zita Rajcsanyi, która w poprzednich latach korespondowała z nim listownie. Samotny Bobby zadurzył się w osiemnastolatce, ale bez wzajemności, co pogłębiło jego i tak już ewidentną frustrację.

Szachy wciąż były jednak istotne. Klasyczne przestały go interesować, dlatego wymyślił autorską odmianę. Gra się na standardowej szachownicy, jednak z losowym ustawieniem figur na pierwszej i ósmej linii. Ta specyficzna odmiana jest dziś znana jako szachy losowe lub szachy Fischera, ale nie została takim hitem, jak marzył autor. Lepiej poszło mu z książkami. „Bobby Fischer uczy szachów” to do dziś najlepiej sprzedająca się pozycja w historii królewskiej gry.

Kolejnym życiowym przystankiem Amerykanina zostały Filipiny. Tam wspierał go Eugenio Torre – miejscowy arcymistrz i inny z jego dobrych znajomych. Bobby odżył – zakochał się w Marylin Young i przez lata myślał, że został ojcem. Torre regularnie załatwiał koledze występy w lokalnych radiostacjach, co Fischer wykorzystywał do urządzania seansów nienawiści. Apogeum przyszło kilka godzin po atakach terrorystycznych z 11 września.

„Mogę tylko pochwalić ten akt. Słuchajcie, nikt nie rozumie, że USA w porozumieniu z Izraelem od lat morduje Palestyńczyków. (…) Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – i to działa nawet w przypadku Stanów Zjednoczonych. (…) Mam nadzieję, że w USA dojdzie do przewrotu wojskowego, a potem zamkną wszystkie synagogi, aresztują wszystkich Żydów i wymordują setki tysięcy ich liderów” – szokował Fischer.

Amerykańskim władzom powoli kończyła się cierpliwość. W 2004 roku szachista został zatrzymany na lotnisku w Tokio. Jego paszport został kilka miesięcy wcześniej unieważniony, choć data jego ważności wcale nie minęła. Fischer spędził kilkanaście dni w areszcie i narzekał na brutalne traktowanie. Jednym z jego najzagorzalszych obrońców został… Boris Spasski. W teorii bowiem wciąż wisiała nad nim sprawa związana z rewanżem rozegranym w Jugosławii.

„Nie chcę bronić ani usprawiedliwiać Bobby’ego – jest jaki jest. Proszę tylko o jedno: o łaskę, o litość. Jeśli to nie jest możliwe, to również powinienem być prześladowany, bo też wziąłem udział w tym meczu. W takim razie też muszę trafić do aresztu. Gdy to się stanie, proszę mnie zamknąć w jednej celi z Fischerem. Mam tylko jedną prośbę – dajcie nam szachy” – apelował Spasski w głośnym liście zaadresowanym do George’a W. Busha.

Nad kontrowersyjnym mistrzem zbierały się jednak czarne chmury. Próbował wszystkiego – chciał nawet zrezygnować z amerykańskiego obywatelstwa i przyjąć niemieckie – po mężczyźnie uznawanym oficjalnie za jego ojca. Deportacja wydawała się jednak kwestią czasu. W ostatecznym akcie desperacji Fischer napisał do władz… Islandii. I wtedy stał się cud – parlament malutkiego państwa postawił się światowym mocarstwom i jednogłośnie przegłosował przyznanie szachiście obywatelstwa. W uzasadnieniu podkreślano rolę względów humanitarnych, ale dodawano również, że meczem ze Spasskim w 1972 roku „Fischer pomógł umieścić Islandię na mapie świata”.

Ostatnie lata życia dawnego wirtuoza nie dostarczyły już tak wielu kontrowersji. On sam wciąż żył i oddychał szachami. Potrafił na przykład zadzwonić do islandzkiej telewizji, która transmitowała jakiś mecz i wskazać posunięcie, które mogło przynieść zwycięstwo zawodnikowi, który właśnie przegrał. Tego ruchu nie dostrzegli ani zawodnicy, ani eksperci. Obsesje Bobby’ego nadal żyły jednak swoim życiem, ale pozostawały w cieniu.

Specjaliści do dziś nie są zgodni, co z Fischerem było nie tak. Doradcy Karpowa sugerowali, że cierpiał na schizofrenię, ale nigdy nie został profesjonalnie zdiagnozowany. Niektóre zachowania Amerykanina pasowały jednak do kryteriów osobowości paranoicznej. Co do jednego eksperci są raczej zgodni – klucz do zrozumienia późniejszych zachowań tkwił we wczesnym dzieciństwie.

„Szachy to gra, która wymusza na tobie obiektywne spojrzenie na wydarzenia. Wymagają chłodnej kalkulacji i rozsądku. Kiedy Bobby odszedł ze świata szachów, to był koniec jego racjonalnej egzystencji. Powstałą pustkę zaczął wypełniać różnymi mniej lub bardziej szalonymi pomysłami” – tłumaczył Lew Alburt, szachowy arcymistrz ukraińskiego pochodzenia.

Tę diagnozę potwierdził w pewnym sensie Magnus Skulason – entuzjasta szachów i szef oddziału psychiatrycznego, który w ostatnich latach nawiązał bliższą relację z Fischerem na Islandii. „Zdecydowanie nie miał schizofrenii. Oczywiście miał problemy – pewnie związane z dzieciństwem – które miały na niego negatywny wpływ. Przede wszystkim był niezrozumiany. Pod wszystkimi fasadami był wrażliwy i opiekuńczy facet” – tłumaczył Islandczyk.

Fischer od najmłodszych lat słyszał, że powinien zasięgnąć rady specjalistów. Michaił Tal jako pierwszy nazwał go „świrem” – Amerykanin miał wtedy zaledwie 15 lat. Robert Byrne niewiele później doradzał mu spotkanie z psychiatrą. „Ktoś taki powinien przyjść do mnie i mi zapłacić za możliwość pracy nad moim mózgiem” – opowiadał w swoim stylu Bobby. Pal Benko prosto w oczy powiedział mu, że jest paranoikiem. „Paranoje bywają słuszne” – usłyszał w odpowiedzi od nastolatka.

Doktor Reuben Fine spotkał się z trzynastoletnim Fischerem. Przyprowadziła go zaniepokojona szachową obsesją syna matka. Zanim panowie zaczęli rozmawiać, oczywiście zagrali kilka partyjek. Fine – światowej klasy arcymistrz – z trudem wygrywał z nastolatkiem. Kiedy próbował zmienić temat i zapytać go o szkołę i relacje z rówieśnikami, Bobby wpadł w furię i zakończył rozmowę. Był jednak pamiętliwy – w kolejnych latach omijał Fine’a i ograniczał się do posyłania mu nienawistnych spojrzeń.

Wiadomo, że Fischer nie radził sobie w szkole i jej nie ukończył. Jednocześnie jako dzieciak miał IQ oceniane na 180. Do tego wszystkiego dochodziły burzliwe relacje z matką. Z jednej strony wspierała jego pasję, ale z drugiej chciała, by rozwijał się na innych polach i często podejmowała działania, z którymi się nie zgadzał. Według dokumentacji FBI sama mogła mieć psychiczne zaburzenia, czego dowodem miała być między innymi próba „podrzucenia” córki do adopcji.

W ostatnich latach życia Bobby’ego Fischera mogła dobić śmierć matki i siostry. Najważniejsze kobiety swojego życia stracił w odstępie kilku miesięcy, w 1997 i 1998 roku. Ze względu na problemy z prawem nie mógł towarzyszyć im w ostatnich chwilach ani pojawić na pogrzebach. Trudno też dociec, w jakich okolicznościach zaraził się antysemityzmem. Niektórzy spekulują, że istotne mogło okazać odrzucenie przez rodziców i okoliczności, w jakich dowiedział się, kto tak naprawdę jest jego ojcem. Inni – jak na przykład Garri Kasparow – przekonują, że miało to związek z sytuacją, którą Amerykanin zastał już w szachowej elicie.

„Jego antysemicka mania rosła przez lata wraz z dominacją Sowietów o żydowskich korzeniach. Jemu wydawało się, że wszyscy jednoczyli się przeciwko niemu w jakimś spisku – tylko po to, by nie mógł zostać mistrzem świata. Pamiętam historię, którą o Bobbym opowiedział mi Samuel Reshevsky  Podczas turniej Interzonal na Majorce spotkał się z Fischerem między meczami. Ten z przenikliwym spojrzeniem poinformował go, że czyta ostatnio bardzo ciekawą książkę. Gdy Samuel zapytał jaką, to w odpowiedzi usłyszał, że to… Mein Kampf” – relacjonował Kasparow.

Zamieszanie wokół Bobby’ego Fischera nie skończyło się wraz z jego śmiercią w 2008 roku. Dwa lata później został ekshumowany. Nie zostawił testamentu, a do szacowanego na 2 miliony dolarów majątku ustawiła się kolejka chętnych – z amerykańskim urzędem podatkowym na czele. Marylin Young twierdziła, że szachista za życia płacił alimenty na córkę. W teorii miała więc mocne podstawy do roszczeń, ale testy DNA wykazały, że Amerykanin nie był ojcem jej dziecka.

W całej historii życia szachowego arcymistrza wciąż jest jednak więcej pytań niż odpowiedzi. Być może najlepiej jego podejście do największej miłości swojego życia zobrazował Boris Spasski. „Tylko jedna rzecz związana z szachami nie sprawia Fischerowi przyjemności: to przegrywanie” – opisywał najstarszy z żyjących mistrzów świata. Bobby Fischer do końca nie lubił przegrywać i do końca pozostał uparty. Zmarł na niewydolność nerek – schorzenie, którego specjalnie nie próbował leczyć w obawie przed lekarskim spiskiem. Miał 64 lata. Dokładnie 64 pola liczy ukochana przez niego szachownica, nad którą spędził większość życia…

KACPER BARTOSIAK