Świątek w trybie ekspresowym. Do finału weszła w niecałą godzinę
Inne sporty

Świątek w trybie ekspresowym. Do finału weszła w niecałą godzinę

Słuchajcie, tak naprawdę ten mecz moglibyśmy streścić jednym słowem: deklasacja. Iga Świątek oddała rywalce jednego gema, rozstrzygając spotkanie na swoją korzyść w niecałą godzinę. Wyobrażaliśmy sobie na ten mecz naprawdę różne scenariusze, ale takiego byśmy nie wymyślili. Możemy tylko bić brawo.

Wczoraj pisaliśmy, że „regularnie zadziwia nas ta dziewczyna”. Dziś po prostu otworzyliśmy słownik synonimów i wyszło, że poza tym również „wprawia w zdumienie, zaskakuje, fascynuje, oczarowuje i olśniewa swoją grą, a przede wszystkim: imponuje i zachwyca”. Jeśli wygra też jutrzejszy finał, prawdopodobnie zabraknie nam określeń, ale trudno. Po takim spotkaniu, jakie zagrała dziś, wszystkie te słowa są jak najbardziej adekwatne.

Bo starszej i znacznie bardziej doświadczonej Kristýnie Plíškovej ani przez chwilę nie dała cienia nadziei, że ten mecz może rozstrzygnąć się na korzyść Czeszki. Jasne, Iga broniła kilku break pointów, kilka razy popełniła też błędy, ale generalnie kontrolowała to spotkanie od pierwszej do ostatniej piłki. Jedynego gema przegrała dopiero w połowie drugiego seta. A potem znów dominowała, zwyciężając 6:0 6:1.

Żeby opisać wam, co dziś w grze Igi funkcjonowało najlepiej, musielibyśmy wymienić… dosłownie wszystko. Ale chcielibyśmy szczególnie wyróżnić jej skróty. Grała je z najtrudniejszych, najbardziej fantazyjnych pozycji. I zaskakiwała rywalkę, która – łagodnie ujmując – nie jest mistrzynią w poruszaniu się po korcie. Fajnie widzieć takie zagrania w wykonaniu Igi, bo to najlepszy dowód na to, że nie tylko siłą, ale i techniką potrafi posłużyć się nasza młoda zawodniczka. A to mieszanka idealna.

Co oznacza to zwycięstwo? Po pierwsze, historyczny awans do finału rangi WTA. W nim zmierzy się z Poloną Hercog. Słowenka jest o ponad dekadę starsza od Polki, wygrała do tej pory dwa turnieje International Series (to ta sama ranga co ten w Lugano), a do finału dochodziła siedmiokrotnie, licząc razem z trwającą imprezą – zawsze na mączce, bo to tę nawierzchnię najbardziej lubi. Najwyżej w rankingu była na 35. miejscu, aktualnie zajmuje 89. pozycję, ale już wiadomo, że o sporo miejsc się podniesie.

Po drugie, Iga też zanotuje znaczny awans. Dziś możemy dzięki temu napisać już z całkowitą pewnością: będzie w najlepszej setce na świecie, będzie też w głównej drabince French Open i… będzie najlepszą rakietą Polski. Co najmniej o trzy punkty (i jedno miejsce) wyprzedzi bowiem Magdę Linette. W najgorszym wypadku zajmie 88. lokatę (swoją drogą mając tyle samo punktów co… Kristýna Plíšková). W najlepszym – czyli jeśli jutro zdobędzie trofeum – wespnie się w okolice 72. miejsca. A rok zaczynała o ponad sto pozycji niżej.

Pozostaje nam tylko pogratulować. Niezależnie od tego, co stanie się w jutrzejszym finale. Bo już teraz Iga osiągnęła znacznie więcej, niż się po niej spodziewaliśmy na tym etapie sezonu. Jest w znakomitej formie, ogrywa kolejne wyżej notowane rywalki i trzymamy kciuki, by jutro zrobiła to po raz kolejny.

Fot. Newspix