Jeszcze zagram w reklamie okularów przeciwsłonecznych
Weszło Extra

Jeszcze zagram w reklamie okularów przeciwsłonecznych

Już w najbliższą sobotę o 16 wystartuje na błoniach PGE Narodowego marszobieg na dystansie półtora kilometra. Dlaczego o tym piszemy? Ano dlatego, że sami weźmiemy w marszobiegu udział, bo uważamy to za fajną inicjatywę – poruszać się zawsze warto, a cała kwota zebrana podczas imprezy trafi do ośrodka dla niewidomych dzieci w Laskach. Wpisowe wynosi co najmniej siedem złotych, ale tak naprawdę możecie wpłacić 70, 170 czy 700 – wszystko i tak trafi na wspomniany cel i – co najważniejsze – cała kwota zostanie podwojona przez Fundację ORLEN Dar Serca. Na miejscu będzie też oczywiście nasz redakcyjny kumpel Marcin Ryszka, który pobiegnie wraz z przewodnikiem, Tomaszem Smokowskim. 

SZCZEGÓŁY I ZAPISY TUTAJ. 

Uznaliśmy, że to dobry moment, by porozmawiać z Marcinem Ryszką o bolączkach, z jakimi zmagają się niepełnosprawni sportowcy i o barierach, jakie w życiu codziennym pokonują osoby niewidome. O akceptacji utraty wzroku. O udawaniu, że się widzi. O rozczulaniu się mediów. O nieświadomości społeczeństwa. O tysiącu śmiesznych sytuacji, które wynikają z niepełnosprawności i setce strasznych historii, z którymi ona się wiąże.

Co uważasz za największą bolączkę niepełnosprawnych sportowców? 

Stereotypy i rozczulanie się. 

Odpowiedzmy sobie szczerze jako dziennikarze: jakie pytania przychodzą ci na myśl jako pierwsze, gdy bierzesz na wywiad niepełnosprawnego sportowca? Chcesz zapytać go o to, co się stało, jak nabył niepełnosprawność albo jak sobie radzi. To normalne. Pamiętam, jak byliśmy z ampfutbolistami w „Stanie Futbolu”. Wszyscy się jaramy, że doszli do ćwierćfinału, była dramaturgia, grali wspaniale, ale się nie udało. Nie było nikogo, kto podszedłby na kontrze. „Panowie, miał być medal, a medalu nie ma! Czemu zawaliliście, co poszło nie tak?”. Wszyscy doceniamy ich z urzędu. Mówimy, że są herosami, walczakami, niesamowitymi ludźmi. I to prawda. Ale ja widzę to tak, że kilka minut przed końcem wygrywali z Angolą 3:1, nagle w dwie minuty dali sobie wbić dwie bramki i odpadli w rzutach karnych. Niedosyt powinien być ogromny. Myślę, że jeszcze trochę czasu minie, aż będziemy traktować niepełnosprawnych jak pełnoprawnych sportowców.

Nawet, gdy odpadną w grupie, to nikt nie skrytykuje, bo i tak są kozakami? 

Pamiętam, jak komentowaliśmy z Przemkiem Babiarzem igrzyska paraolimpijskie w Rio. Pływacy ogólnie strasznie dawali ciała na tych mistrzostwach, a my to musieliśmy komentować kolorowo. „A w sumie nic się nie stało, brawa”. 

Jak Canal+ przy Ekstraklasie.

Uciekałem w zwroty w stylu „czasem tak jest, że decyduje forma dnia”. 

Na którym miejscu jesteście w Lidze Centralnej Europy? 

Na drugim. 

Czemu tak słabo?! 

Często mamy problem ze stabilizacją. Wygrywamy z liderem, Brnem, po raz pierwszy w historii i dla mnie po minucie ten wynik powinien być już nieważny. Zapominamy o nim. Co z tego, że ich pokonaliśmy, skoro za chwilę mamy słabą ekipę z Austrii, przegrywamy z nimi 0:1 i musimy gonić wynik? Musimy skupić się nie na tym, że pokonaliśmy lidera, ale na kolejnych krokach. Jeżeli zagramy słabo, niech mówią, że gramy słabo. Gdy Kamil Gapiński był u nas na mistrzostwach Europy drugiej dywizji, po pierwszej połowie powiedział mi, że średnio to wygląda. Nie jestem zwolennikiem tego, że trzeba zawsze po wszystkich jeździć, to nie o to chodzi. Mówmy jak jest. 

Zdarzają się w sporcie niepełnosprawnych trenerzy, którzy boją się mocniej krzyknąć na zawodnika, bo nie wypada? 

Są tacy. Ale ja akurat trafiałem na trenerów z rosyjską szkołą. Nie raz leciały epitety na treningu i jestem do nich przyzwyczajony. Często były to męskie słowa na pograniczu gnojenia. Dziś dzięki temu jak mam z kimś problem, to wolę powiedzieć w trzech zdaniach, co o nim myślę, niż ukrywać. Nie było tak, że dałem dupy i ktoś koloryzował, że wcale nie było tak źle. Jestem świadomy, że dla nas każdego to przełamywanie barier i jak ktoś przyjdzie na blind football po raz pierwszy i spojrzy na to z boku, jest pełen podziwu, że nagle można założyć gogle i kiwać, strzelać. Teraz my musimy zrobić kolejny punkt w rozwoju i dążyć do jak najlepszej gry, a nie jarać się tylko tym, że niewidomy potrafi prowadzić piłkę i trafić do bramki. 

Opieprzasz kolegów w szatni? 

Wiadomo, że tak. Ale to działa też w drugą stronę – są momenty, że zawalam. Albo mam pretensje do kolegi, że mi nie podał, bo mi się wydawało z boku, że ma dobrą sytuację, a dostaję potem komunikat, że był otoczony obrońcami i ledwo panował nad piłką. Moje odczucia na słuch czasami mijają się z rzeczywistością. Łapię się na tym, że w niektórych momentach powinienem się zamknąć. Bardzo mi się podobał wywiad Izy Koprowiak z Robertem Lewandowskim, który opowiadał, jak z milczka w szatni stał się liderem. Przykład, jak można ewoluować. Czasem słyszę, że ktoś w szatni jest odpowiedzialny za atmosferę, czytało się o sposobach motywacyjnych Janusza Wójcika. Ja tego nie kupuję. Sztuczne pompowanie jest złe. Musisz mieć cechy lidera, by natchnąć innych do działania. 

Mam nadzieję, że dojdziemy do momentu, by mówić o takim sporcie niepełnosprawnych, jaki jest naprawdę. Kiedyś nie mówiliśmy o nim wcale. Później zaczęliśmy mówić na zasadzie robienia z nas bohaterów. Konsekwencją będzie kolejny krok – mówienie o sporcie samym w sobie. W pierwszych słowach listu nie będziemy pytać „czemu nie masz nogi?”, a „jakie masz odczucia po tym starcie, co było dobrze, co było źle?”. 

Jednocześnie historie „dlaczego nie widzisz” są ważne. Nie rozumiem niepełnosprawnych sportowców, którzy oburzają się na pytania o niepełnosprawność. Każdy z nas musi sobie uświadomić, że jest dla innych niepełnosprawnych przykładem, inspiracją. Trzeba pokazać, w jakich okolicznościach straciło się nogę, jak radzić sobie po wypadku, bo ta historia może komuś pomóc. Gdzieś na świecie może jest osoba, która ma taką samą dolegliwość jak ty i swoją historią życia możesz go zdopingować i pokazać, jaką drogą podążać. 

Niepełnosprawni sportowcy bywają roszczeniowi? 

I to na maksa. Powinniśmy w sporcie niepełnosprawnych kształcić się pod kątem budowania wizerunku, tak samo jak piłkarzy szkoli się z diety czy korzystania z mediów społecznościowych. Nie może być tak, że niepełnosprawny sportowiec ma swoje pięć minut, wychodzi do mediów i… się żali. Nie zdarzyło mi się przychodzić na rozmowy do potencjalnych sponsorów i mówić „dajcie nam, bo jesteśmy niewidomi”. To musi być relacja. Jeśli ustawiasz się na początku rozmowy jako biedna osoba, to… Ja gdybym był gościem z kapitałem, nigdy bym w coś takiego nie zainwestował. Pokazujesz słabość. Ktoś ma ci dać pieniądze tylko dlatego, że masz gorzej? 

Z roszczeniowością powinno się dużo robić. Kojarzysz jakiegoś niepełnosprawnego sportowca, który dobrze wypada w mediach? 

Wy, amp futbol, więcej nie, ale nie siedzę w temacie. 

Ale jesteś dziennikarzem, przewija ci się masa artykułów, kont na portalach społecznościowych.

Jakby było coś fajnego, pewnie prędzej czy później bym na to wpadł. 

Właśnie. Nie kojarzę dobrego konta twitterowego jakiegoś niepełnosprawnego sportowca. Tylko kilka. Wiemy, kim jest Natalia Partyka, ale ona bierze też udział jako sportowiec pełnosprawny, to co innego. A jeden wyjazd na igrzyska paraolimpijskie to historie na 50 filmów. 

Jak powinna się przedstawiać w mediach osoba niepełnosprawna? Załóżmy, że jesteś tenisistą stołowym bez ręki i co robisz? 

Pokazujesz, jak trenujesz, gdzie jesteś. Nie może być tak, że nagle ci się przypomni, to coś wrzucisz. Musi być zachowana konsekwencja. Musisz dbać o to, by raz na jakiś czas pojawił się z tobą dłuższy wywiad, w których opowiadasz o podstawowych rzeczach. Sportowiec musi sobie uświadomić, że nie od razu musisz się pojawić na „Przeglądzie Sportowym”, ale zaczynasz budować relacje od lokalnych dziennikarzy. Samo się to później nakręca. Tenisista bez ręki? Mógłby wrzucić na przykład filmik z tego, jak zawiązać buta jedną ręką. Potrafisz? Ja nie. Możesz zrobić z tego challange, oznaczyć na Twitterze kilka rozpoznawalnych osób i spytać, czy dadzą radę. Musisz się wyróżniać. Do Lewandowskiego zawsze się będą zgłaszać sponsorzy cokolwiek by nie zrobił, a sport niepełnosprawnych to – trzeba powiedzieć otwarcie – wciąż nisza. Moja żona śmieje się, że jeszcze kiedyś zagram w reklamie okularów przeciwsłonecznych. 

Ważna zasada – wspieranie niepełnosprawnych nie może być jałmużną. 

Dobre słowo, jałmużna. To jest sponsoring, czyli relacja dwóch stron. Czasami ktoś myśli, że zdobędzie medal mistrzostw świata i sponsorzy będą walić drzwiami i oknami. Trzeba zadbać o wszystko – wizerunek, pomysł na siebie, obecność w mediach. A nie działanie na zasadzie: uwaliło mi nogę, a mimo to zdobyłem medal w pchnięciu kulą, więc zaraz na pewno będę miał piętnaście nieodebranych połączeń od sponsorów. Tak to nie działa. 

Popełnialiście też takie błędy? 

Nie, ale pewnie dlatego, że studiowałem kierunki pod tym kątem. Będąc w środku tego sportu widziałem wiele takich przypadków i na wiele rzeczy się nie godziłem. Odmawiałem udziału w programie, bo nie podobało mi się to, że mam pokazywać jak mi źle i się żalić. Bardzo ukształtowali mnie też bracia. Nie zapomnę, jak była reklama pewnej fundacji, w której niewidome dziecko zaczynało recytować wiersz. „Słońce jest już wysoko, na chabrowym niebie…”. No wziąć i się rozpłakać. Koledzy z podwórka strasznie ze mnie cisnęli: 

– Marcin, a co to w ogóle jest to chabrowe niebo? 

Pamiętam jak napisałeś do mnie kiedyś siedząc w McDonald’s, że widzisz grupę niewidomych, którzy siedzą na krzesłach, nie rozmawiają ze sobą i tylko się kiwają. Tak naprawdę masz zaburzony obraz na temat osób niewidomych, bo znasz mnie i chłopaków z drużyny, a niestety większość osób niewidomych sobie nie radzi. Są zagubieni, zaniedbani przez społeczeństwo. Nie mieli kogoś, kto by im powiedział, że tak się nie powinno zachowywać. Są niewidomi, którzy rozmawiając z tobą odwróciliby się plecami. Oni nie wiedzą, że tak się nie robi, bo niby skąd? Nikt im nie powiedział, a osoby, które ich kształtowały, uznawały, że on widocznie tak ma. 

Miałeś osoby, które tłumaczyły ci takie proste zasady życia? 

Wiesz, ile mi zajęło opanowanie gestów? Dalej ich nie potrafię. Dopiero po ślubie Magda mi wytłumaczyła, jak się np. grozi palcem. Myślałem, że na pożegnanie macha się tak. 

(Marcin macha nieskładnie)

Dopiero Magda mi uświadomiła, że to komicznie wygląda, sztywno, nienaturalnie. Śmiejemy się z tego, ale to już jest wyższy level. To samo na boisku – nauczenie osoby niewidomej gry z pierwszej piłki. Długo nie sądziłem, że idąc sam na sam mogę wypuścić piłkę lewą nogą do boku i od razu uderzyć z prawej. Żeby to w ogóle ułożyć sobie w głowie, zajęło mi z dziesięć treningów. Myślałem, że stajesz na wprost i kopiesz. No bo jak ta stopa ma się zmieścić między murawą i piłką? To tak, jakbyś dziecko uczył. Takich rzeczy w życiu osób niepełnosprawnych jest całe mnóstwo. Ktoś cię musi tego po prostu nauczyć. 

Jesteś rodzicem. Stało się, dziecko jest niepełnosprawne. Jak je wychować? 

Wydaje mi się, że w życiu nie ma chyba trudniejszej i bardziej odpowiedzialnego wyzwania. Moim zdaniem rodzic musi uwierzyć w to, że dziecko może żyć normalne. Niepełnosprawność musi zejść na dalszy plan. Trzeba o niej zapomnieć. Musisz przełamać w sobie litość i strach zaczynając od tak codziennych czynności jak ubieranie się czy jedzenie. 

Nie karmisz, nawet jeśli codziennie miałoby się uwalić sosem?

Tak, zawsze ma jeść samo. Na początku, wiadomo, trzeba pokazać. W latach 90., gdy wychowywali mnie rodzice, nie mieliśmy za bardzo książek, poradników. Wszystko robili na czuja. W ostatnim momencie dowiedzieli się, że jest w ogóle coś takiego jak szkoła dla niewidomych w Krakowie. Był taki ciemnogród, że nawet nie wiadomo było, kogo poprosić o pomoc, by taką szkołę znaleźć. Rodzice chcieli, bym wszystkiego spróbował i wszystkiego się nauczył. Głupia sprawa – nalewam właśnie piwo. Mógłbym powiedzieć „Kuba, nalej mi to piwo do kufla” i pewnie byłoby OK, ale zostałem tego nauczony, więc dlaczego mam nie nalać? Są jednak czynności, w których potrzebuję pomocy. Na przykład muszę poprosić kogoś, by wstał wcześnie rano i zapakował mnie do taksówki. Ostatnio w obcym mieście jechałem z Ukraińcem, który nie mówił ani słowa po polsku. Miał mnie odebrać kolega, lecz… po drodze rozładował mi się telefon. Niby prosta sytuacja, ale przez całą drogę nie wiedziałem, czy nie spędzę nocy gdzieś na dworze. Jakoś bym sobie poradził. Musiałbym. 

Jakie błędy najczęściej popełniają rodzice? 

Jeśli rodzic kocha dziecko i ma zbyt dużą chęć pomocy, krzywdzi dziecko. Żeby mogło szybko zjeść, to je nakarmisz. Żeby sprawnie wyjść, ubierzesz. Nie pozwalasz mu wychodzić samemu, prowadzisz za rękę. Chronisz od życia. Chcesz dobrze, ale tak naprawdę krzywdzisz. Bo dziecko powinno się kilka razy wywrócić, sparzyć. 

Inny przykład to panika, gdy rodzic nie ma siły na opiekę nad dzieckiem i woli wysłać je pierwszego września do ośrodka i mieć spokój do świąt. Słyszałem o sytuacjach, gdy dziecko nie mogło wrócić do domu nawet na święta i musiało mieszkać u babci. 

Byłeś rozrabiaką? Mogłeś dużo, czasami za dużo? 

Kto czegoś nie nawojował? Zdarzyło się nawet naganne zachowanie, więc różne rzeczy się robiło. Ale palma mi nie odbijała. Od szesnastego roku życia jeździłem na zgrupowania, więc musiałem bardzo szybko dorosnąć. Ja generalnie obijałem się w starszym towarzystwie. Jeździłem na zawody jako 10-latek, a drugi najmłodszy miał 15 lat. Byłem zawsze ten młody, gówniarz, nikt ze mną nie chciał mieszkać w pokoju, musiałem miałczeć w ramach chrztu. Im byłem starszy i miałem lepsze wyniki, tym bardziej zaczynali mnie szanować. Potem byłem w kadrze narodowej w pływaniu i przez sześć tygodni mieszkałem sam w Warszawie w akademiku. Nagle zobaczyłem życie studenckie. Nowe miasto, pokus jest mnóstwo. Poszedłeś raz na imprezę, wróciłeś o 3, wstałeś o 5:40 i byłeś nieprzytomny na treningu. Nic nie wyciągnąłeś. Lepiej byłoby, żebyś już się wyspał. Odpowiedziałem sobie wtedy na pytanie: coś albo coś. Ogarnąłem się, bo zawsze miałem swój cel. Byłem w szoku, gdy poszedłem na pierwszy rok studiów. Ludzie od razu po liceum, którzy wyjechali 300 kilometrów od domu zachowywali się tak jakby dopiero co zerwali się z łańcucha. Okłamywali rodziców, że studiują, a tak naprawdę od połowy semestru nie którzy nie chodzili na zajęcia. Byłem tym trochę przerażony. Woleli przesuwać zajęcia na 19:30 niż chodzić na 8 rano. Dla mnie było to… Jak? Ósma rano byłem zawsze po dwugodzinnym treningu w wodzie. Uważałem to za niedorosłe. Śmiałem się, że przez sport mam więcej szkody niż pożytku, bo ludzie mówili, że jestem dziwny.

Kujon! 

Lubię wychodzić z ludźmi. Miałem kolegów w grupie, którzy nie skończyli roku, bo im się nie chciało chodzić na ćwiczenia. W głowie mi się nie mieściło, że można zawalić sprawę przez to, że nie chce się wstać. Nie chodziłem też na każde zajęcia, ale człowiek umiał tak przykombinować, by wszystko pogodzić. Czasem się śmiałem, że to efekt uboczny sportu, bo bardzo nie lubię nawalać. 

Dlaczego twoim zdaniem każde niepełnosprawne dziecko powinno uprawiać sport? Nie mówię o medalach i igrzyskach, a o zwykłej rekreacji. Czego uczy?

Samodyscypliny, integracji z drugim człowiekiem. W dzisiejszych czasach przez smartfony i social media przestaliśmy umieć ze sobą rozmawiać. Jak mamy do kogoś sprawę, wolimy napisać niż zadzwonić. Nie każdy musi być mistrzem świata. To nie tak, że zacznę pływać, bo będę sławny. Tak się nie da. Na początku musisz się w ogóle nauczyć pływać. Ktoś ci musi pokazać ten ruch, ty musisz go naśladować. Pobudzasz wyobraźnię. A później stawiasz sobie cel, by nauczyć się chodzić z białą laską. A później chodzić do sklepu. A później wracać samemu do domu. Idziesz na studia i głównie od ciebie zależy to, czy się odnajdziesz. Często musiałem uświadamiać prowadzących zajęcia, bo nie wiedzieli, jak mogą mnie przepytać. Proponowałem, że mogę napisać odpowiedzi na laptopie. 

– A pan naprawdę jest w stanie pisać na laptopie?! 

– No tak.

– Niesamowite! 

To normalna rzecz, a takie zdziwienie jest bardzo częste. Innym razem prowadzący nie chciał zaliczyć mi egzaminu, bo nie mogłem narysować krzywej Gantta. Miałem egzamin komisyjny, który oczywiście zdałem. Po wszystkim dziekan powiedział: 

– Panie Marcinie, przepraszam bardzo za tę sytuację. Oczywiście ocena bardzo dobry. Niestety nawet na uczelniach pracują ludzie i osły. 

Kiedyś na rozmowie kwalifikacyjnej o pracę, gość nie wierzył, że samemu rano się ubrałem. Wypytywał mnie, jak robię najprostsze czynności. Atmosfera była lekko żenująca i już wiedziałem, że nic z tego nie będzie. W końcu zapytał proforma, co uważam za swoją najlepszą cechę. 

– Spostrzegawczość! 

Tłumaczyłem to kiedyś mojej Magdzie. Moje życie polega na – nie chcę też robić z siebie bohatera – przezwyciężaniu swoich barier. Rano będę wstawał i jechał do pracy. Ubieram się, muszę wiedzieć, że nie jestem gdzieś uwalony, bo idę wśród ludzi. A i tak się zdarza. Najgorzej jest na siłowni, raz poszedłem w dwóch różnych butach. Na siłowni to w ogóle są jaja, atmosfera jest świetna. Gość ostatnio wychodzi z szatni i mówi, że zgasi mi światło, bo ja i tak nie potrzebuję. Magda mi kiedyś spakowała koszulkę M i miałem nią po pępek, wszyscy cisnęli ze mnie, że przytyłem po świętach. Wracając – stoję już na tych pasach. Muszę słuchać, czy mnie coś przejedzie, czy nie. Szukam przystanku. Czekam, użeram się z babami, które mnie łapią i wypytują, jaki autobus jedzie. Ile razy miałem tak, że pytam: 

– To autobus 173? 

– Tak! 

Wsiadam, a tu wywiozło mnie na drugi koniec Krakowa, bo się okazało, że jednak 139. Nigdy się już nie pytam czy to autobus taki i taki, a jaki to numer, bo ludzie odpowiadają na odczepnego. Na zewnątrz nigdy nie mam strefy komfortu. Stefą komfortu jest dla mnie siedzenie w domu. Słucham książek i mam wywalone. Ale bym się zanudził, więc wychodzę z domu. To nie tak jednak, żę jestem super herosem i latam nad ziemią. Każde wyjście kosztuje mnie jakąś uwagę. Nie ma czegoś takiego, że osoba niewidoma może iść na spacer nad Wisłę i czerpać z tego przyjemność. Gówno miałbym z tego spaceru! Ciągłe uważanie, czy mnie rower nie przejedzie, czy nie stoczę się z krawężnika do rzeki. Magda chce, byśmy chodzili na spacery, ale dla mnie najlepszym odpoczynkiem jest siedzenie w domu. Bo tylko wtedy nie muszę się koncentrować. 

Co w sporcie z prozaicznych rzeczy było dla ciebie najtrudniejszą barierą do pokonania? Nawroty przy pływaniu, przy których można walnąć głową w ścianę? 

Nie raz lądowałem na SOR-ze z rozwalonym łukiem brwiowym. Trener mówił mi zawsze, że pływam siła razy gwałt. Technicznie nigdy nie byłem mocny.

– Czym ty płynąłeś?

– Delfinem.

– Chyba paradelfinem.

Gdy mi pokazał, potrafiłem to zapamiętać, ale było po mnie widać, że nigdy wcześniej tego nie widziałem. Wszystko było takie mechaniczne. Dla mnie to wciąż abstrakcja, nie potrafię sobie tego wyobrazić. Zmyliła mnie zresztą nazwa. Dlaczego delfin? Pamiętam, gdy oglądałem „Uwolnić orkę” jeszcze jak widziałem i… zupełnie nie przypomina mi to delfina. Miałem z trenerem metodę, że przy nawrocie uderza mnie z góry i daje mi tym samym sygnał, że kończy się basen. Zdarzało się, że byłem tak zmęczony, że czułem urojone tknięcie i robiłem przewrót na środku basenu. Innym razem podczas zawodów wypadła mi do okularów proteza oka. Wyczułem to, więc płynąłem delikatnie i powoli, bo byłoby zamieszanie, gdyby do wody wypadło mi oko. Po wyścigu trener mnie zaczyna opieprzać, że tak powoli…

– Trenerze! Oko mi wypadło! 

Jakie inne bolączki mają niepełnosprawni sportowcy? 

Większość infrastruktury nie jest dostosowana do osób niepełnosprawnych. Poprawia się to na lepsze, ale to wciąż pewien problem. Wiele osób myśli, że szatnia dla niepełnosprawnych to wymysł. Byliśmy kiedyś na basenie, który spełniał wszystkie normy i miał podjazd dla wózków, ale co z tego, skoro dojście do tego podjazdu prowadziło  przez pięć stromych schodków. Albo wejście na basen przez kołowrotek. Jak osoba na wózku ma to zrobić? Wszystko jest fajne, ale są banalne rozwiązania, o których nikt nie pomyślał. Raz wszedłem do dużego wieżowca. Kobieta mówiła, że oni mieli przeszkolenie, jak ułatwiać poruszanie się niewidomym. Wszystko fajnie, wsiadam do windy, a tam… dotykowe przyciski. Kiedyś w Gdyni były opisy statków Braillem. Podchodzę, a to… w ogóle nawet nie był Braille. 

Zrobili jakieś kropki dla picu? 

Tak. Sprawdziłem też dla pewności od prawej do lewej, czy nie jest napisane po arabsku! 

Bolączką też jest to, że sport niepełnosprawnych jest mało rozpoznawalny. Zbyt mało go na co dzień w mediach. Nie chodzi o to, by pokazać raz na cztery lata igrzyska paraolimpijskie. Wyobraź sobie, że nie pokazujesz w ogóle skoków i nagle wyjeżdżasz z mistrzostwami świata. Ciężko ogarnąć ludziom zmiany belek, zasady wiatru i tak dalej. Jeśli sport niepełnosprawnych nie jest regularnie pokazywany, ciężko wytłumaczyć ludziom, dlaczego w biegu na sto metrów masz trzynaście różnych kategorii, w jednej ruchową, w drugiej wzrokową, w trzeciej umysłową. W naszej świadomości wciąż są duże rezerwy. Kiedyś zabroniono mi przychodzić na siłownię, bo – mimo że trenuję samodzielnie od lat – menedżer stwierdził, że zrobię sobie krzywdę. Z restauracji też mnie wyproszą, bo mogę odciąć sobie nożem palec? Wchodząc na Stadion Narodowy z białą laską, ochroniarz mnie zatrzymał: 

– A co to, kurwa, ma być?

– No biała laska, jestem niewidomy. 

Nie wpuścił mnie. Co więcej, nie chciał ze mną rozmawiać, żądał by przyszedł tu mój opiekun. Nie spytał nawet mnie, a moich kolegów „gdzie jest jego opiekun?”. A ja mam 28 lat. Nie dość, że nie mogę wejść, to nie mogę z nim nawet rozmawiać, bo pewnie myśli, że się ślinię albo coś.

Dochodzimy do fajnej konkluzji – ludzie nie wiedzą jak się obchodzić z niepełnosprawnymi, bo nikt im o tym nie powiedział. Sport to najlepsza droga, by w atrakcyjny sposób uświadomić społeczeństwo. 

W Stanach Zjednoczonych występują w kreskówkach postacie na wózkach inwalidzkich. Widziałeś taką bajkę w polskiej telewizji? Kompletnie nie. A gdy jeździsz po Warszawie komunikacją miejską, często widzisz osoby niepełnosprawne. W mediach mówi się o nich wtedy, gdy się to sprzedaje. Misja mediów publicznych powinna być edukacyjna. Sam po sobie czuję, że mam misję edukacyjną. Ludzie dzwonią do mnie w hyde parku i pytają, jak ogarniam Twittera. Cierpliwie odpowiadam. Po występie w „Turbokozaku” podszedł do mnie na przystanku człowiek, który mnie rozpoznał i powiedział, że poczeka ze mną. Pyta, jak się zachować w takich sytuacjach, jak prowadzić osobę niewidomą. Dzięki temu odcinkowi czegoś się nauczył. Nie chodzi o to, żeby osoby niepełnosprawne żebrały o czas antenowy. Ale teraz na przykład w „Tańcu z gwiazdami” jest osoba niewidoma i daje programowi ciekawe możliwości. Moim zdaniem, mówiąc brutalnym językiem, pokazywanie niepełnosprawnych się po prostu opłaca.

Wyobrażasz sobie sport niepełnosprawnych bez szydery? 

Dopóki byłem w zamkniętym klimacie internatu, nie miałem dystansu do siebie. Zdarzało się, że na osiedlu nazywali mnie ślepcem. Bracia się za mnie tłukli, a mnie było strasznie przykro i płakałem. Czułem się inny. Starałem się ukrywać przed światem niepełnosprawność. Gdy szedłem z braćmi, nie trzymałem ich za ramię, a szedłem obok delikatnie się o nich od czasu do czasu opierając łokciem. Myślałem, że nikt nie zauważy, że nie widzę. 

Musiało to komicznie wyglądać.

Musiałem zaakceptować to, że niepełnosprawność to nie jest powód do wstydu, a coś normalnego, czego nie zmienię. To kluczowe. Nie mogę zgrywać kozaka i chodzić bez laski, udawać kogoś, kim nie jestem. Albo że będę poznawał nowych ludzi i nie mówił im, że jestem niewidomy. Tak, musiało komicznie wyglądać. Ciężko mi było to wszystko ułożyć sobie w głowie. 

Zacząłem jeździć na zgrupowania kadry i poznawać mnóstwo innych niepełnosprawnych. Inne osoby niewidome pytały mnie, gdzie mam białą laskę. Dla nich nie było żadnym problemem, że są niepełnosprawni. Zrozumiałem, że nie można tego ukrywać, a zaakceptować. Obśmiewanie to jeden z mechanizmów obronnych. Uczyłem się go. Kiedyś jadąc do kościoła czekałem na przystanku z dziewczyną, która nie miała rąk i chłopakiem na wózku. Nagle tekst:

– Andrzej, po co ty jedziesz do kościoła, jak nawet nie uklękniesz? 

Andrzej szybko odpowiada: – A ty po co, skoro się nawet nie przeżegnasz? 

Inspiracją byli zwłaszcza niewidomi, którzy pokazali mi, jak wygląda dorosłe życie niewidomych. Przestałem wstydzić się prosić o pomoc. Nie poznałbym ich gdyby nie sport. 

Wydawało mi się, że każdy będzie się ze mnie śmiał albo traktował gorzej niż resztę. Kolejny etap to uświadomienie sobie, że jeśli sam ze sobą się nie oswoisz, będziesz miał problem z pokonywaniem barier. Teraz nie mam żadnego problemu z tym, że podjeżdża pociąg i zaczepiam kogoś, by mi pokazał, gdzie jest wagon numer cztery. Kiedyś wszedłbym do byle którego wagonu i dopiero w środku robił zamieszanie szukając mojego miejsca. Całe moje życie będzie się opierało na tym, że będę odpowiadał na pytania ludzi, którzy są ciekawi. Tak jak z piłkarzami ludzie sobie robią zdjęcia, tak mnie nieustannie pytają o to samo np. jak obsługuję telefon. Muszę być cierpliwy i odpowiadać, a nie być zbuntowanym gburem, że setny raz muszę odpowiadać na to samo. Wszystko ma swoją misję. 

Obśmiewanie to już najwyższy poziom akceptacji? 

Obśmiewanie to dobre słowo. Czasami się zastanawiam, czy nie było kilku momentów w moim życiu, że zacząłem trochę przesadzać. Czasem chcę się nad czymś pochylić na poważnie, a ludzie piszą mi „to nie widziałeś? hahaha”. Są momenty, gdzie możemy sobie pożartować, ale czasami zaczyna mnie to już drażnić. Trzeba pamiętać, że granica dobrego smaku jest bardzo cienka i nie można śmiać się z niepełnosprawności, mimo że mam wielki dystans do siebie. Nie chcę stać się klaunem, dostarczać taniej rozrywki. 

Choć oczywiście bywa śmiesznie i śmiać się trzeba. Wiesz, czemu niewidomi kochają bułki z makiem? 

Czemu? 

Bo każda bułka to inna bajka. 

(śmiech)

Osoba niewidoma ma co chwilę historie z życia. Kiedyś byłem z kumplem na piwku, złapało nas gastro, czekaliśmy pod kebabem. Słyszymy, jak gość mówi do swojej dziewczyny: 

– Patrz, chodzą z tymi kijami nordic walking, a teraz kebaby wpieprzają.  

Zawsze bawi mnie, jak taksówkarz do mnie zagaduje coś w stylu „no i widzi pan, jak te barany jeżdżą?”. Nigdy nie wiem, co mam odpowiedzieć! Kiedyś poszedłem z kumplami do klubu. Tańczymy w kółku i jakaś laska zaczęła się przede mną wyginać. Ja jej oczywiście nie widziałem, odwróciłem się niczego nieświadomy na pięcie i wróciłem do stolika. A ona za mną! Siedzę, a ona na mnie krzyczy:

– Kim ty, kurwa, jesteś? Myślisz że możesz mnie tak olewać? 

Kumpel jej powiedział, że jestem niewidomy, to spaliła buraka i wyszła z klubu. Jak się wprowadzałem do nowego mieszkania, po czasie sąsiedzi mówili, że w bloku było poruszenie, że się niewidomy wprowadza. Jedna koleżanka przyznała mi się, że kiedyś doszło do takiego dialogu:

– Ty, on jednak chyba widzi! 

– Dlaczego?

– Telewizor niesie z kolegami! 

Po ślubie cała rodzina kręciła ze mnie bekę, że teraz wreszcie wiem co to płacić rachunki za światło, bo wcześniej nie potrzebowałem zapalać.

Prawdziwa bolączka niepełnosprawnych polega na tym, że są ciągle zdani innych. Mnie przeraża na przykład jeżdżenie na wózku. To, że się nie możesz umyć bez czyjejś pomocy, to coś strasznego. Ale ci ludzie potrafią być szczęśliwi. Jesteśmy mistrzami w tym, by nie doceniać tego, co mamy. Kolega jeżdżący na wózku poruszał się po mieście samochodem. Pod blokiem zawsze mu pomagał wejść do auta ochroniarz, ale na miejscu docelowym też musiał kogoś mieć. Opowiadał, że raz przesiedział w samochodzie pół nocy, bo na horyzoncie przez kilka godzin nie pojawił się żaden człowiek, który pomógłby mu wyjąć wózek z bagażnika. Kasia Rogowiec, mistrzyni paraolimpijska w biegach narciarskich, która nie ma dwóch rąk, mówi wprost, że jest niewolnikiem w swoim domu. W zimie nie jest w stanie ubrać dzieci w czapki i rękawiczki i pójść z nimi na spacer. Słuchasz takich historii i łapie cię za gardło, ale zaraz przychodzi kolejna, gdy Kasia szła gdzieś nocą i rzucił się na nią rottweiler z pianą na pysku. Właściciel się zagapił i dopiero po chwili zaczął powstrzymywać psa, a ona wyciągnęła swoje kikuty, by się bronić. Gdy właściciel zobaczył, że Kasia nie ma rąk… Przeraził się. Był przekonany, że to pies je odgryzł! Mało na zawał serca nie zszedł. W wieku 40 lat straciła górną dwójkę, bo ten ząb od zawsze służył jej do zasuwania kurtki.  

Każda rozmowa do mojej audycji „W ciemno” to inspiracja. Piotr Pogon cztery razy umierał i za każdym razem wracał na ten świat, nie ma jednego płuca, a zdobył Koronę Ziemi, Kilimandżaro i najwyższe szczyty Alaski. Krzysiek Wrona z amp futbolu był pełnosprawnym chłopakiem, miał normalne życie, wracał ze znajomymi poboczem z wiejskiego festynu i uderzył w niego pijany gość motorem. Stracił nogę, ale narzeczona została przy nim, mimo że życie zmieniło się o 180 stopni, a jego kumple wyremontowali mu dom, gdy był w szpitalu. Paweł Parus miał zwykły wypadek samochodowy, po którym dobrze się czuł. Za parę dni wbiega do wody i nagle zrywa rdzeń, bo miał pęknięty krąg. Leży w wodzie bez czucia i czeka na śmierć, cudem go ktoś wyciąga. Inny to niewidomy alpinista. Żeby zdobyć szczyt, musi czołgać się na tyłku granią nad przepaścią. Kiedyś w górach musiał wyjść za potrzebą, ale nikomu z namiotu nie chciało się wyjsć z nim pokazać, gdzie może to zrobić. Wyszedł sam i… obsikał rozbity niżej namiot rosyjskich wspinaczy. Po takim czymś ciężko im było wytłumaczyć, że brak wzroku to nie głupia wymówka. Nie mówię tego na potrzeby wywiadu, ale po każdej tego typu rozmowie rozmowie jestem spełniony. 

Ludzie są czasami zawiedzeni, że niepełnosprawność nie oznacza wielkiego dramatu. Koleżanka nie ma ręki. Gdy opowiada, że taka się urodziła, ludzie są zawiedzeni. Czasami dla beki opowiada, że jak była mała to się nie słuchała rodziców i chciała nakarmić lwa, który jej tę rękę odgryzł – wtedy robi show. 

Wszyscy wtedy przytakują: – Faktycznie, kojarzę taką sytuację! 

Bo to prawda, że wśród niepełnosprawnych nie brakuje ludzi, którzy przeżyli hardkorowe historie. Poznałem gościa z RPA, któremu rekin odgryzł obie nogi i kawałek tyłka. Nie jest w stanie nawet jeździć na wózku, porusza się leżąc brzuchem na takiej jakby desce. 

Już w sobotę weźmiesz udział w marszobiegu, z którego dochód przeznaczony będzie na ośrodek dla niewidomych w Laskach. Twoim przewodnikiem będzie Tomasz Smokowski. Jaką rolę pełni przewodnik? 

Bardzo ważną. Musisz mieć do niego zaufanie, że na nic nie wpadniecie. Dużo zależy też od niego, jak poprowadzi taktycznie bieg. Na sto metrów lecisz na fulla, ale przewodnik może np. spóźnić start. Musi być na równi z tobą, nie może być tak że cię ciągnie, bo to niedozwolone. No i musi to być osoba dużo szybsza niż ty, by nawet w ogromnym momencie zmęczenia panować za dwie osoby. Ma też rolę dopingującą. Raz podczas zawodów na 1500 metrów, kolega zgubił buta, bo nadepnął na niego przeciwnik. Przewodnik cały czas mówił mu, że ma biegnąć. Dobiegł do mety na trzecim miejscu, a gdy wbiegał, zostawiał na tartanie krew. Nie mógł chodzić przez trzy tygodnie, ale medal zdobył. 

Ciebie taki finał raczej nie czeka. 

Bardzo lubię akcje, w których można pomóc. Jeśli można zrobić coś dobrego dla środowiska, w którym żyję na co dzień, muszę pomóc. Fajnie, że potrzeby osób niewidomych są rozumiane. Pobiegnę w parze z Tomkiem Smokowskim. Zwykły Kowalski idąc na marszobieg pozna osoby niepełnosprawne i relacja pomiędzy światem pełnosprawnych i niepełnosprawnych znów będzie się pogłębiać. Zwycięstwem będzie, jeśli uda się zebrać fajną kwotę. 

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

*

Organizowany przez Orlen marszobieg w kategorii open na dystansie półtora kilometra wystartuje o 16 w sobotę 13 kwietnia z błoń PGE Narodowego. 

Konkrety W TYM MIEJSCU!

KOMENTARZE (2)