Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Przyjrzyjmy się najbrzydszemu, co ma do zaoferowania futbol. Przyjrzyjmy się Jordiemu Albie.

A raczej konkretnemu wycinkowi działalności zupełnie przyzwoitego zawodnika, który gdyby był Polakiem, na pięćdziesiąt lat zabetonowałby pozycję lewej obrony w wyjściowym składzie reprezentacji Polski, nawet po siedemdziesiątce godząc terminy zgrupowań z wizytami klubie seniora i pieleniem grządek na działce we wsi pod Tarragoną.

Ale może to i lepiej, że jednak tej kadry nie zabetonuje, bo nawet jeśli mielibyśmy wygrywać z Albą, ale pajacującym jak wczoraj z Manchester United, to wolę całe życie przegrywać z Senegalem, Ekwadorem i Koreą.

Przegapiliście najlepszy aktorski wyczyn od czasu występu Kirka Douglasa w „Spartakusie”? Łapcie, ale ostrzegam: tylko dla osób o mocnych nerwach.

Spróbujmy dociec co się tutaj zdarzyło. Alba podnosi się z boiska, potem, z subtelnością lawirującego Stara, zdziela Younga głową w brzuch. Być może zrobił to celowo, co uznaję za prawdopodobne, a być może tylko nie zauważył, że obok niego stoi człowiek. Nie jest to jednak tak istotne, bo najgorsze co Alba zrobił, wydarzyło się po zderzeniu, kiedy rzucił się murawę jak trafiony laserem z Contry.

Co sobie w tym czasie myślał Hiszpan? Oczywiście takie zachowanie sugeruje, że może być nieskalanym myślą, ale zaryzykujmy teorię, według której w jego głowie nie hula tylko wiatr.

Na co konkretnie chciał nabrać Alba arbitrów? Na to, że Young celowo zaatakował go brzuchem? Czy ktokolwiek widział kiedyś taki atak? Czy gdziekolwiek słyszano o zdradzieckim ciosie pępkiem? Czy w stronach Alby brzuchem stanowi groźną broń, przy której użyciu można – powiedzmy – obrabować bank?

W jego rodzinnych stronach nie byłem, więc nie wiem. Mi kojarzy się tylko przejazd autobusem Randy’ego z „Chłopców z baraków”, ale zauważmy, że nawet tutaj ofiara nie upadła na ziemię jak ścięte drzewo.

Mamy czasy VAR. Co prawda wczoraj ten VAR raz działał, a raz nie, generalnie arbitrzy chyba zasiedli do niego pierwszy raz, ale nie zmienia to faktu, że Alba powinien liczyć się z konsekwencjami takiej próby kantu. To, że mimo wszystko jej spróbował, też wystawia mu rewelacyjną ocenę. A przecież nawet i bez VAR-u: sędzia stał dokładnie krok obok. Wszystko widział.

Takie zagrania to krecia robota dla całej dyscypliny. Już piłka nożna w krajach, w których nie jestem sportem numer jeden, czyli choćby w USA, utożsamiana jest z wywracaniem się przy najmniejszym kontakcie. To, co zrobił Alba, to woda na młyn wszystkich wyśmiewających piłkę nożną za wszechobecne, przerysowane cwaniactwo, na które mam nadzieję VAR będzie skuteczniejszym panaceum niż wczoraj.

Zresztą, sama Barcelona też zachwycona być nie może. Używając marketingowego języka, próbuje sprzedawać siebie jako drużynę grającą najpiękniej na świecie. No i dobrze, mają swój rozpoznawalny styl, ale takie zagrania jak wczoraj to wkładanie własnej łapy we wnyki, PR-owy samobój, bo tu piękna tyle co w rzeźni.

Ja sam nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak mając tyle talentu, mając wszystko, by po prostu boiskowo okazać wyższość, trzeba uciekać się do tak niskich zagrywek, które później będą krążyć po sieci i narażać głównego antybohatera na śmieszność i szyderę. W przypadku zawodników na tym poziomie, opinia o nich ma bezpośrednie przełożenie finansowe, bo każdy z nich ma szansę na własny kontrakt reklamowy z konkretną marką – ja, choćbym zobaczył czereśnie zachwalane przez Albę, wybrałbym kwaśne wiśnie.

Mówcie co chcecie, może wam jego zachowanie nie przeszkadza, może uważacie, że przesadzam, może doszło do jakiegoś nieporozumienia, a może zawodnik United po koszulką trzymał maczetę. Dla mnie jednak wczorajsza sytuacja to koronny dowód, że inteligencja boiskowa nie musi mieć nic wspólnego z inteligencją jako taką.

Leszek Milewski

PS: Sprawę Messi-Smalling niech kto inny zaciągnie na wokandę, ja, wbrew pozorom, nie muszę zajmować się wszystkim.