Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Miałem na studiach prawdziwego kozaka. Gość był mistrzem w swoim fachu jeszcze zanim otrzymał oficjalne glejty. Aktywny sportowiec, koszykarz, ale bez zamykania się na inne gry. Kawał chłopa, jak to koszykarz, ale w testach sprawnościowych ogarniał właściwie wszystkie dziedziny. Kapitalny w piłkę ręczną, nie do zajechania na gimnastyce, porządny w piłkę nożną. Ze wszystkich praktycznych przedmiotów najwyższe oceny, ale i na teoretycznych zdarzało mu się poprawiać wykładowców. Był na bieżąco ze wszystkimi trendami w wychowaniu fizycznym, miał niesamowity kontakt z dzieciakami, oczytany, wygadany, nawet na psychologii, filozofii czy innej anatomii wymiatał równo z prymusami z innych kierunków.

Pamiętam jego święte oburzenie, gdy jeden z wykładowców przechrzcił Heliodora Muszyńskiego na Hieronima. Tak oburzonego nie widziałem go nigdy.

Wiele razy myślałem, że gdy mój syn pójdzie do szkoły, to byłoby naprawdę fajnie, gdyby WF-u uczył go Adaś, nasz prymus. Niestety, tak jak większość najzdolniejszych ludzi na moim kierunku, nie pracuje już w zawodzie. Odbił się od szkoły, jak zdecydowana większość idealistów, którym marzyło się wychowywanie innych dzieci.

Odbił się od szkoły, bo na ten moment odbija się od niej każdy w miarę rozsądny absolwent uczelni, który nie ma w planach zżerania gruzu.

W ostatnich dniach przeczytałem mnóstwo bzdur o szkole, nauczycielach, uczniach, wymaganiach i zarobkach. Scenariusz jest ten sam, co przy wszystkich poprzednich protestach społecznych, niezależnie od aktualnej władzy. Politycy i publicyści momentalnie obracają łączący osoby o naprawdę różnych poglądach protest w czarno-biały podział. Nie wiem, kto jest temu winny i kto zaczął – doskonale pamiętam, jak wielu moim kolegom z trybun, którzy prędzej wyemigrowaliby do Azji niż zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość przypisano rolę „betonowego elektoratu” tej partii. Teraz jest tak samo – choć osobiście znam nauczycieli, którzy nie potrafili wysłuchać ani jednego przemówienia Joanny Kluzik-Rostkowskiej bez rzucenia pod nosem paru niewybrednych komentarzy na temat jej wykształcenia i sposobu działania w roli ministra edukacji, dziś robi się z nich wiernych żołnierzy Platformy Obywatelskiej.

To bardzo szkodzi jakości debaty – bo szybko zamiast wymiany argumentów mamy wyzywanie się od kodowców i zwolenników reżimu. Mam wrażenie, że polityczni publicyści pochowali się w swoich stałych okopach już pierwszego dnia protestów w wykonaniu nauczycieli i stamtąd strzelają do siebie swoją stałą amunicją. „A gdzie byliście, gdy PO”. „A ile zarabiają wasi ministrowie”. „A dlaczego macie zdjęcia z Komorowskim”. I tak dalej. Te same zgrane karty, niezależnie czy na tapecie jest temat dzików, korników, lekarzy-rezydentów czy nauczycieli.

Co gorsza – obie strony dość szybko przestają się skupiać na argumentach dotyczących samego sporu, a zaczynają wędrować w jakichś niezbadanych kierunkach. Niezrozumiałe są dla mnie np. wypowiedzi strony środowiska pedagogicznego o dotacjach na krowy (z funduszy unijnych), czy szukanie w ZNP elementu postkomunistycznego (niektórzy publicyści sympatyzujący z rządem).

Absolutnie zrozumiałe powinno być za to meritum, główny postulat i prawdziwa przyczyna strajku. Nauczyciele zarabiają stanowczo za mało, muszą zarabiać więcej.

I cyk, zamiast topić się w debatach na temat słownictwa szefa ZNP (z mojej wiedzy wynika, że nie ma wśród nauczycieli wielu fanów) czy doboru argumentów profesor Krystyny Pawłowicz (tu fanbase jest jeszcze skromniejszy) skupmy się na odpowiedzi na pytania: dlaczego powinni zarabiać więcej i jakie konsekwencje będą miały podwyżki?

Dlaczego ograniczać dyskusję jedynie do zarobków? Być może my w środowisku piłkarskim, mamy nieco trzeźwiejsze spojrzenie z racji licznych transferów do klubów, w których „moja noga nigdy nie postanie”. Widzieliśmy już zbyt wiele razy jak słowa, rzekoma miłość do klubu i inne pierdoły dla naiwnych przegrywały z wizją wysokiej podwyżki czy po prostu lepszych perspektyw sportowych. W każdym razie: piłka nożna nauczyła nas, że jeśli rozmawiamy o pracy, to w pierwszej kolejności należy poruszać temat wynagrodzenia.

Jak sytuacja wygląda obecnie? Posłużę się swoim przykładem. Gdy rozpoczynałem studia, wiedziałem, że ich ukończenie daje mi szereg atrakcyjnych możliwości. Praca w roli trenera personalnego, pływalnie, zajęcia piłkarskie czy ogólnorozwojowe z dzieciakami w klubach, w ostateczności Decathlon, Go-Sport czy inna sieć ze sprzętem sportowym, gdzie będę mógł wykorzystać swoje doświadczenie z zajęć siatkówki, koszykówki i tańca. W każdym z tych miejsc, po ułożeniu sobie odpowiedniego grafiku, mógłbym porządnie zarabiać, wykonując pracę, która daje pewną satysfakcję. W najczarniejszym scenariuszu, gdyby zawiodło wszystko inne, mógłbym pójść do szkoły, uczyć WF-u.

Myślę że to dość dobrze pokazuje miejsce zawodu nauczyciela we współczesnej Polsce. Wypisując miejsca potencjalnej pracy, szkołę wskazałbym na najniższych pozycjach, nie jako Plan B, ale załącznik trzeci do Planu J. Tak jest z każdym przedmiotem. Utalentowany biolog znajdzie pracę w pięćdziesięciu lepszych zawodach niż prowadzenie biologii w liceum. Błyskotliwy magister studiów matematycznych zanim zacznie uczyć matmy w szkole zwiedzi sto bardziej atrakcyjnych miejsc i dopiero gdy wysypią mu się wszystkie inne możliwości, niechętnie spojrzy w kierunku szkoły. O chemikach czy informatykach nie wspominam, bo przy obecnym rozwoju tych dziedzin do szkoły muszą iść prawdziwi masochiści.

To jest do bólu logiczne – jeśli jesteś kozakiem jak wspominany na wstępie Adaś, to bez trudu znajdujesz sobie pracę mniej stresującą, mniej obciążającą i dwa razy lepiej płatną niż nauczyciel stażysta. Co gorsza – nawet rozpoczynają karierę w gastronomii (np. zmywając talerze) stoi przed tobą bardziej interesująca ścieżka awansu niż w zawodzie nauczyciela, gdzie zostajesz nauczycielem dyplomowanym i tu rozwój postaci (oraz zarobków) się kończy.

Często dzisiejsi przeciwnicy protestów nauczycielskich podnoszą argument: miałem w życiu trzydziestu nauczycieli, spośród których może ze trzech mnie czegoś naprawdę nauczyło.

Tylko czy to na pewno jest argument przeciw protestom? Dlaczego, pisząc brutalnie, trafiłeś na jełopów z kredą w ręką? Czy nie dlatego, że ich zdolniejsi koledzy zauważyli w porę, że w szkole czeka na nich wyłącznie krew, pot i łzy za dwa koła na rękę? Ktoś następny krzyczy: przecież jak nauczyciel za dwa koła na rękę jest jełopem, to za trzy tysiące na rękę będzie po prostu jełopem z dobrymi zarobkami. Owszem. Na tym jednak polega cała sztuczka, by jełopa za trzy tysiące za rok zmienił mój kolega Adaś, kozak i prymus, który mógłby wówczas rozważyć karierę nauczyciela.

Co ciekawe, wolny rynek nawet w tych ekstremalnych warunkach w miarę nieźle radzi sobie z tematem – najzdolniejsi nauczyciele nadrabiają to, co spieprzą ci gorsi, poprzez korepetycje. Interes się kręci, mądrzy nauczyciele zarabiają więcej, do tych głupich nikt na korki nie chodzi. Pokrzywdzeni w tym układzie są jedynie uczniowie, którzy zamiast uczyć się w szkole, są zmuszeni do działania poza nią, za dodatkową opłatą, teoretycznie w swoim wolnym czasie.

Byłoby łatwiej, gdyby społeczeństwo dostrzegało, jak ważny to zawód. W końcu przez szkołę przejdą wszystkie nasze dzieciaki. Każde z nich będzie musiał odsiedzieć swoje w szkolnej ławce, wysłuchując mądrości spod tablicy. Społeczeństwo, które sprawdza 15 razy, czy na pewno logopeda, do którego idziemy z naszym Alanem ma dobre opinie w necie, w pełni akceptuje, że tego samego Alana będą uczyć najsłabsi absolwenci studiów matematycznych, najsłabsi absolwenci biologii, chemii i polonistyki oraz najsłabsi germaniści i angliści. A oczywiście potem, za dodatkową opłatą, w wolnym czasie, Alan pojedzie do tych lepszych anglistów i matematyków.

Reformy szkoły w ostatnich latach to trochę jak w polskiej piłce. Zmniejszamy liczbę rozegranych meczów (i tworzymy gimnazja), potem zwiększamy (i likwidujemy gimnazja), w międzyczasie zmieniamy pięć razy program nauczania, z którym i tak nauczyciele się nie wyrabiają. Nie zmieniają się za to specjalnie aktorzy widowiska, ale też jak mają się zmieniać, skoro w żaden sposób nie dbamy o to, by do gry dołączali dobrze wyszkoleni młodzi zawodnicy.

Cała reszta debaty – czy nauczyciele mają za długie wakacje, czy nie; czy w szkole jest duży hałas, czy też nie – to pobocza. Oczywiście, że programy są wadliwe, o czym najgłośniej krzyczą nauczyciele, oczywiście, że autorytet tego zawodu, poważanie ze strony rodziców (a w ślad za nim i posłuch wśród uczniów) spada. Nie mam jednak wątpliwości, że naprawdę dobry nauczyciel poradzi sobie i z programem, i z rodzicami, i z samymi uczniami. Najpierw jednak szkoły muszą mieć pieniądze, by zatrudnić dobrego nauczyciela.

Najprościej zrobić to podwyżkami, najtrudniej – podkręceniem tempa częściowej prywatyzacji szkoły czy chociaż stworzenia systemu premiowania. Na razie jednak zamiast nad rozwiązaniami, zastanawiamy się nad tym, czy to fair, że nauczyciel część pracy wykonuje po godzinach, zamiast siedzieć w szkole od 8 do 16.

KOMENTARZE (32)