Dla Jagiellonii ten sezon wciąż może być bajką
Weszło Extra

Dla Jagiellonii ten sezon wciąż może być bajką

Ivan Runje, gdy jeszcze nie był obrażony na media, mówił plus minus dwa tygodnie temu w rozmowie ze mną: – Nie myślę o mistrzostwie. To jest ekstraklasa, wszystko może się zdarzyć, ale będzie bardzo ciężko. Skupiamy się na pozostaniu w ósemce i Pucharze Polski. To trofeum może nam uratować sezon. Natomiast spiker wczorajszego spotkania szczypał się w tańcu jeszcze mniej i ogłosił nieco ponad 18-tysięcznej publiczności chwilkę przed pierwszym gwizdkiem, że właśnie to spotkanie z Miedzią będzie najważniejsze w tym roku, przynajmniej jeśli chodzi o starcia przy Słonecznej.

Szybko. Dziewiątego kwietnia? W zeszłym sezonie nie do pomyślenia, wówczas można było pisać przy przymrozkach ważne akapity ładnej historii, ale nie kluczowe. Tymczasem wczoraj Jaga miała rzeczywiście nóż na gardle i grała o życie.

13 punktów straty do Legii, 16 do Lechii. To są liczby nie do odrobienia. Z jednej strony trudno powiedzieć, że liga jest dla Jagi skończona, bo gra jeszcze o ósemkę, a przy awansie może myśleć o brązowym medalu, jednak gdy wcześniej dwa lata z rzędu biłeś się o majstra, inne miejsca smakują jak wczorajsza pizza. Niby fajnie, że jest, ale to już nie to samo. Ponadto białostoczanie wskoczyli na inny poziom. Już nie mówimy o niej jak o drużynie, dla której mistrzostwo jest fatamorganą, ale o zespole, dla którego triumf nabierał realnych kształtów.

Inaczej mówiąc, Jagiellonia znajduje się w takim momencie swojej historii, w którym może zapełniać swoją gablotę czymś innym niż kurzem. Dlatego Totolotek Puchar Polski jest dla niej teraz ważny. Bo ileż razy trzeba być moralnym zwycięzcą, żeby być zwycięzcą faktycznym?

Ewentualna porażka w meczu z Miedzią byłaby ogromnym ciosem, może nawet takim, którego nie ustałby trener Ireneusz Mamrot.

To mnie też ciekawiło. Czy białostoczanie stoją dalej murem za szkoleniowcem, czy też apetyt tak im urósł w trakcie jedzenia, że trudno byłoby im wybaczyć sezon na miejscach cztery – dziesięć, bez nawet finału na Narodowym? Na razie wygląda jednak na to, że w rankingu popularności trener trzyma się bardzo dobrze. – Oczywiście, że jestem z Mamrotem. W zespole doszło do sporych zmian i jeśli nawet przytrafił się przez to kryzys, trzeba pozwolić trenerowi z niego wyjść – mówił idący na stadion dwudziestoparoletni chłopak. Usłyszałem też głos seniorki, bo po drodze spotkałem też starszą parę w barwach Jagi i to akurat – strzelam – żona była rozmowniejsza. – Wierzę w trenera i trzymam za niego kciuki. Natomiast pewnie, jestem rozczarowana tym sezonem, ponieważ człowiek przyzwyczaja się do dobrego. Poprzednio było tak, że graliśmy kilka meczów porządnych, przychodził jeden słaby, ale zaraz się podnosiliśmy i znów następowała dobra seria. Teraz takiego momentu nie możemy złapać. I jest wstyd przed Józiem.

– Przed Józiem?

– A, tak się u mnie mówi. Jak w tym kawale, że mąż podejrzewał żonę o zdradę i się schował w szafie. I rzeczywiście ona przychodzi z sąsiadem Józiem, ten się rozbiera i mąż podziwia go za muskuły. Natomiast gdy rozbiera się żona, nie jest z nią za dobrze, więc mąż myśli: “wstyd przed Józiem”. Także nam jest w ten sposób trochę wstyd przed resztą, że było dobrze, a już nie jest.

57076168_1227044740793029_6732752881662820352_n

Kolejni kibice też w Mamrocie winnego nie widzą. Prędzej w piłkarzach. – Ten Novikovas… Gwiazda się z niego zrobiła, większa niż powinna. To samo Runje. Niech pan mi powie, dlaczego on często narzeka na poziom naszej ligi? Że jest niski i tak dalej. To jak to świadczy o nim samym? Myśli, że ekstraklasę przerasta, a jakoś wyjechać z niej nie umie – tłumaczył mężczyzna popijający herbatkę. I, co ciekawe, zwrócił uwagę na problemy w sztabie szkoleniowym, ale nie tyczące się samego Mamrota. – Przez wiele lat z pierwszą drużyną pracował Darek Jurczak, zajmujący się choćby przygotowaniem fizycznym i wówczas mieliśmy wyniki. Zmienił go Grzyb i wyników nagle nie ma. Według mnie to nie jest przypadek. I niech o tym pan napisze, niech pan tutaj szuka jednego z problemów. Nie w Mamrocie.

Rzeczywiście – Jurczak został zimą pożegnany. Mamrot tak tłumaczył ten ruch w Przeglądzie Sportowym: – To była moja decyzja. Dołączył do nas Rafał Grzeb, a gdyby się nie zgodził, to szukałbym kogoś innego. Darek był długo w Jagiellonii, ale z Realu też odchodzili Raul czy Casillas. Mamrota też kiedyś w Białymstoku nie będzie. To normalne, że każdy potrzebuje wyzwań w życiu, zmian. Przyjął to po męsku. Pewnie go to zaskoczyło, ja to w pełni rozumiem. Darek jest trenerem, prezes Kulesza z tego co wiem powiedział mu, żeby odpoczął, a później nie wyklucza dla niego propozycji pracy w akademii. Nie musi odchodzić z klubu. Za dwa miesiące może wrócić do akademii, to już będzie zależało od niego. Chciałem powiedzieć jasno, żeby nie było niedomówień: nie było między nami żadnego konfliktu, nie pokłóciliśmy się.

Pewnie wyciąganie wniosków tak szybko byłoby pochopne, ale jeśli dodać do tego wolniejszą Jagę niż rok temu według różnych statystyk (na przykład mniejsza liczba sprintów), jest to sprawa co najmniej do dalszej obserwacji.

Ale, wracając do samego Mamrota, ten poparcie trybun jak widać ma. Może opinia paru osób to nie jest cholernie duża wykładnia, natomiast gdy spiker wykrzyczał imię trenera i oczekiwał na odzew trybun, nie zapadała głucha cisza. Ba, wydawało się, że wówczas stadion odpowiedział głośniej niż przy imionach większości piłkarzy.

Też trzeba powiedzieć, że kibice wczorajszego popołudnia dopisali. Wtorek, godzina osiemnasta, to nie jest pora najwspanialsza do ściągania tłumów na stadion, rywal, Miedź, to nie jest przeciwnik-magnes, ale Białystok zdawał sobie sprawę o co idzie gra. Innego finału mogło już w tym sezonie nie być. Poza tym marketingowo dał sobie radę klub, który zrobił wiele, by kibiców na stadion zaprosić. Po drodze co prawda napotkałem na tylko jeden plakat reklamujący zbliżające się widowisko – a nie szedłem kanałami – lecz w sieci wykonano pracę wzorowo. Do wsparcia Jagiellonii w sprzedawaniu wejściówek zaangażowano masę osób, bo oprócz podstaw, jak obecni trenerzy i obecni piłkarze, do przyjścia na stadion zachęcali inni kojarzeni z Jagą. Zenek Martyniuk, Bruno Coutinho, Dani Quintana. Ponadto ceny biletów obniżono do pięciu złotych. Cała rodzina Jagi chciała być razem i to się udało. 18115 widzów przyszło na stadion. Żebyśmy mieli porównanie – w 29. kolejce na Zagłębie Sosnowiec pofatygowało się 6541 osób. Przepaść.

56624597_657538901343560_1538187007430230016_n

57204041_413002825924506_2861702684593881088_n 56584223_581598795685730_4971627788483166208_n

A warto też wspomnieć, że do Białegostoku delegowała się grupa fanów Miedzi, w liczbie trzydziestu-czterdziestu. Niby nie była to miedziana rzesza, ale też z Legnicy do Białegostoku nie jest pięć minut. Co natomiast intrygowało, to szesnastu stewardów oddzielających gości od gospodarzy. Na szczęście o bezpieczeństwo zadbano wzorowo i te parędziesiąt pustych krzesełek z sektora buforowego nawet nie pomyślało o zaatakowaniu przyjezdnych.

56618707_283347982559561_5781423101682122752_n

Może też kibice Jagi ruszyli tłumnie na stadion, bo pamiętali, że Pogromca Duchów z kultowej produkcji też nie był jeden, a Jaga miała pewne złe duchy do odgonienia. Otóż przed meczem okazało się, że zawody posędziuje Paweł Gil. Po chwili refleksji doszło do wszystkich, że Gil nie pojawiał się w roli arbitra głównego na stadionie przy Słonecznej od 20 maja 2015 roku, czyli meczu Legia – Jagiellonia. Co się wtedy wydarzyło – musicie pamiętać. Probierz chciał sobie strzelać whiskey, Kosecki szukał tego co pobił naszą panią, Jaga czuła się przez Gila skrzywdzona. Ręka Popchadze w tamtej pamiętnej końcówce spotkania była więcej niż wątpliwa. – Może mu wybaczyłem, ale zapomnieć, nie zapomnę – stwierdził jeden z fanów, gdy pytałem o Gila.

No, ale akurat w tym meczu Gil wiele do roboty nie miał, spotkanie było łtawe do sędziowania. W pierwszej połowie szczególnie, gdyż po prostu nic się nie działo. Niżej podpisanemu najwięcej adrenaliny dostarczył przemyt herbaty. Otóż na trybunę, na której siedziałem, nie można wnosić napojów. I nawet jeśli ma to jakiś sens, bo dookoła stały komputery, które tymi napojami można zalać, to jednak wypada zadbać o konsekwencję. Plecaka już nie sprawdzał nikt, więc czy był tam kałasznikow, czy laptop, bez różnicy. Ważne, by nie było herbaty. Ale być może wrzątek bardziej boli niż kula.

W każdym razie Jagiellonia wygrała, ponieważ była bardziej zdeterminowana na ten triumf. Dla Miedzi Totolotek Puchar Polski jest tylko dodatkiem, dla Jagi, jak zostało wspomniane, obowiązkiem, by sezonu nie spisać na straty. By bajka – nawiązując do oprawy kibiców – nie zamieniła się w koszmar.

–  Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Od pierwszego meczu mówiłem, że naszym celem jest finał Pucharu Polski. Oczywiście, nie pojedziemy tam na wycieczkę, zagramy o zwycięstwo. Wiemy, jakie znaczenie ma ten puchar dla kibiców, ale też dla nas samych. Nie każdemu będzie dane zagrać na Narodowym, także nie każdemu trenerowi będzie dane poprowadzić tam zespół. Z tego jesteśmy bardzo szczęśliwi. Przyszło bardzo wielu kibiców i cieszę się, że ich nie zawiedliśmy – mówił Mamrot po spotkaniu.

– Po 1:1 doszliśmy do Jagiellonii, graliśmy szybciej, to był dobry moment spotkania i wydawało mi się, że to my możemy strzelić bramkę. Brakowało nam jednak koncentracji, ponieważ nawet jeżeli przegrywasz głowę, to drugi zawodnik musi pomóc. Zabrakło też doświadczenia na naszym etapie budowy drużyny. Nie zapominajmy, że Jagiellonia jednak grała w Europie. Ale zawodnikom nie mogę odmówić walki. Mogliśmy natomiast wykrzesać więcej odwagi boiskowej. Nie myśleć o tym, że przydarzy nam się błąd, jak zaatakujemy, tylko że strzelimy dzięki temu gola – to z kolei słowa Dominika Nowaka, z którym pogadałem w szatni po meczu. Więcej TUTAJ.

Andrius Skerla. To on strzelił zwycięską bramkę dla Jagi w finale Pucharu Polski z 2010 roku. Nigdy wcześniej, nigdy później białostoczanie podobnego sukcesu nie odnieśli. Pewnie, na mistrzostwo też była ogromna chrapka i jest żal, że w tym roku też się uda.

Natomiast czy wyjazd na Narodowy, a potem triumf tam, to taka smutna, zła, czarno-biała bajka? Absolutnie. Będzie radosna i kolorowa. Teraz Jagiellonia musi zadbać tylko o to, by była żółto-czerwona.

PAWEŁ PACZUL

KOMENTARZE (19)