Zmuszony do boksu. Życie po życiu Michaela Bentta
Inne sporty

Zmuszony do boksu. Życie po życiu Michaela Bentta

Czy można zostać mistrzem w czymś, czego się autentycznie nienawidzi? Michael Bentt (11-2, 6 KO) wybrał boks tylko dlatego, że chciał tego jego ojciec-despota. Przegrał zaledwie dwie zawodowe walki – pierwszą i ostatnią. Obie porażki prawie przypłacił życiem, choć z kompletnie różnych powodów. Choć nie dorobił się wielkiego nazwiska i milionów na koncie, to lepiej niż niejedna legenda potrafił odnaleźć się w życiu po zakończeniu kariery.

Takich karier nie obserwuje się w boksie zbyt często. Bentt był jednym z najzdolniejszych amatorów swojego pokolenia w USA, ale na igrzyska olimpijskie do Seulu nie pojechał. Najjaśniejszym punktem jego zmagań na ringach amatorskich był brązowy medal mistrzostw świata w 1986 roku. W trzech najcięższych kategoriach dominowali wówczas genialni Kubańczycy – Pablo Romero, Felix Savon i Teofilo Stevenson. Ten drugi miał zaledwie 19 lat, gdy rok później pokonał Amerykanina na Igrzyskach Panamerykańskich.

„To kawał drania. Walczyłem z nim dwa razy i dwa razy przegrałem. Nie wiem, czy w historii boksu amatorskiego był ktoś tak ułożony jak Savon – ten gość potrafił wszystko” – komentował po latach Bentt, który nie miał sobie równych na krajowym podwórku. Pięć razy wygrywał mistrzostwo USA, a do tego cztery razy z rzędu okazywał się bezkonkurencyjny w prestiżowym turnieju Golden Gloves, bijąc tym samym rekord.

Jakim cudem ktoś o takich osiągnięciach mógł w ogóle nie pojechać na igrzyska? Na ostatniej prostej przed Seulem minimalnie lepszy od niego okazał się Ray Mercer. Dla Michaela była to pierwsza od czterech lat porażka na krajowym poziomie. Dotknęła go wyjątkowo mocno, bo wcześniej z Mercerem wygrywał i zwyczajnie nie czuł się od niego gorszy. David E. Finger wiele lat później określi Bentta mianem „najbardziej utytułowanego amatora w historii amerykańskiego boksu, który nie wystąpił na igrzyskach”.

Mimo wszystko pięściarz miał na stole kilka ciekawych opcji. Mógł pojechać na igrzyska jako rezerwowy i liczyć na cud, ale o wiele bardziej kusząca opcja dotyczyła startu w barwach Jamajki. Z tej wyspy pochodzą jego rodzice, więc w teorii sprawa była prosta. W praktyce został jednak postawiony pod ścianą. Mógł dołączyć do Jamajczyków, ale tylko pod warunkiem zrzeczenia się amerykańskiego obywatelstwa, a ta opcja nie wchodziła w grę.

Duma? Trudno powiedzieć, bo pięściarz pod wieloma względami mógł czuć się obywatelem świata. Jego rodzice pochodzili z Jamajki, on sam urodził się w Londynie, ale we wczesnym dzieciństwie przeprowadził się do Nowego Jorku. Pierwsze świadome wspomnienie? Widok ojca oglądającego w telewizji walkę Muhammada Alego. Można powiedzieć, że ten sport był rodzinną pasją, bo zawodowym pięściarzem był także Rudolph – wujek Michaela, który walczył nawet ze słynnym Sugarem Rayem Robinsonem.

„Od zawsze podobało mi się w boksie koleżeństwo, ale mój ojciec miał inne podejście. Nie chciał mnie uczyć, chciał nade mną dominować. U niego wszystko funkcjonowało inaczej i od zawsze to odrzucałem. Traktował mnie jako maskotkę, jako swoje małe trofeum. Nienawidziłem tego! Wszystko musiało być tak jak on chciał” – wspominał po latach Michael.

Chłopak nie miał wyjścia – na salę treningową trafił, gdy nie miał jeszcze skończonych dziesięciu lat. Łatwo sobie wyobrazić, że był zdecydowanie najmniejszy spośród wszystkich adeptów szermierki na pięści i regularnie dostawał wycisk. „Po którejś takiej sesji miałem dosyć. Ze łzami w oczach powiedziałem o wszystkim ojcu, a on zlał mnie jak psa. Od tamtej pory wiedziałem jedno – nie mogłem liczyć na jego uznanie jeśli nie będę boksował, ale mimo wszystko postawiłem na swoim i na pewien czas zrezygnowałem” – relacjonował pięściarz w rozmowie z BBC.

Co sprawiło, że jednak wrócił do boksu? Kluczowa okazała się… tragedia w Polsce. 14 marca 1980 roku doszło do katastrofy samolotu PLL LOT „Mikołaj Kopernik”. Maszyna rozbiła się podchodząc do lądowania, a 87 osób podróżujących do Warszawy z Nowego Jorku zginęło na miejscu. W tym gronie znalazła się Anna Jantar, ale także 22-osobowa reprezentacja USA w boksie olimpijskim. Jedną z ofiar był George Pimenthal – o kilka lat starszy od Bentta chłopak, który wprowadzał go w tajniki boksu.

Falstart w debiucie

Młody Michael postanowił wrócić do sportu dla swojego mentora, ale przy okazji mógł także poprawić relacje z ojcem. Kolejne kroki miały doprowadzić go do igrzysk w Seulu. Brak przepustki był kosztowny, bo startujący tam w najcięższych kategoriach Ray Mercer i Riddick Bowe zdobyli odpowiednio złoto i srebro. To właśnie oni byli potem najbardziej rozchwytywani, ale głęboko siedzący w temacie promotorzy wiedzieli, że Bentt to również inwestycja o stosunkowo niewielkim stopniu ryzyka.

Pięściarz najlepszą ofertę finansową dostał od Emanuela Stewarda, który miał go także trenować. Pod koniec lat osiemdziesiątych trudno było o lepszy wybór. Szkoleniowiec ze słynnego Kronk Gym podbijał wówczas światowe ringi między innymi z Thomasem Hearnsem i Michaelem Moorerem, a w kolejnych dekadach miał prowadzić do sukcesów Lennoksa Lewisa i Władimira Kliczkę. Jeśli ktoś taki chce prowadzić twoją karierę, to naprawdę lepiej być nie może.

Mimo to Bentt do końca się wahał i wcale nie palił się do przejścia na zawodowstwo. Za sprawą ojca jeszcze jako nastolatek miał dosyć boksu, ale nie był w stanie od niego uciec. Ostatecznie zdecydował życiowy pragmatyzm – za debiut miał dostać 60 tysięcy dolarów, a w kolejnych występach spodziewał się jeszcze lepszych wypłat. Marzył, że dzięki temu wreszcie uniezależni się od ojca i będzie mógł się wyprowadzić. Zmuszony przez okoliczności postawił wszystko na boks i przeniósł się do Detroit, gdzie Steward miał go pod ręką.

Pierwszym rywalem na zawodowstwie był Jerry Jones (5-1) – solidny klubowy pięściarz bez większych aspiracji, który jak na wagę ciężką nie wyróżniał warunkami fizycznymi. Dla kogoś z takim doświadczeniem amatorskim jak Bentt to miała być pestka. Pojedynek zgodnie z oczekiwaniami wielu ekspertów zakończył się już w pierwszej rundzie, ale… to faworyt został znokautowany. Po wszystkim z rozbrajającą szczerością przyznał, że nie miał pojęcia, iż rywal potrafi boksować także jako mańkut.

„Emanuel Steward też tego nie wiedział. Jones zaczął boksować z tradycyjnej pozycji, ale potem zmieniał ją w trakcie rundy i kompletnie nas tym zaskoczył. Przyjąłem cios, którego nie widziałem i było po mnie. Pamiętam tylko, że po wszystkim siedziałem załamany w narożniku i mówiłem do siebie: ‚kurwa mać, to jakiś koszmar!’. Właśnie tak wyglądał mój telewizyjny debiut na oczach milionów widzów” – opisywał Bentt.

W jednej chwili stracił wszystko. Cały amatorski dorobek – na który złożyło się ponad 150 wygranych walk – przestał się liczyć, bo bilans 0-1 mówił sam za siebie. Telewizja nie chciała już go pokazywać, a wśród kibiców i ekspertów nie budził już większych emocji. Stracił również zaufanie Stewarda, do którego wielcy zawodnicy walili w tamtym okresie drzwiami i oknami. Nikt nie chciał odbudowywać pięściarza, który zaliczył taką wpadkę już na starcie. Zresztą jak ktokolwiek miał mu zaufać, skoro Bentt nie wierzył sam w siebie?

„Byłem w depresji. Czułem się upokorzony i strasznie bałem się tego co przede mną. Co mogło czekać kogoś w mojej sytuacji? Wcześniej miałem jasno określony plan – podpisałem kontrakt z najlepszym gościem w całej branży. Liczyłem, że pokonam kilkunastu kolejnych rywali, a potem dostanę walkę z Mikiem Tysonem. Myślałem, że ten biznes właśnie tak działa, ale jak się okazało było zupełnie odwrotnie. Niecałe pół roku po porażce z Jonesem zacząłem myśleć o samobójstwie. Zdarzały się takie dni, że przykładałem sobie do głowy pistolet” – relacjonuje Bentt.

W jaki sposób się pozbierał? Pomógł znienawidzony boks. Jeden z kumpli uparcie namawiał Michaela, by spróbował dorobić sobie jeżdżąc na sparingi. Sam zainteresowany długo nie chciał o tym słyszeć. Podjął nawet pracę w szpitalu, ale przeszłość dogoniła go i tu. Za wycieraczką w swoim samochodzie znalazł prześmiewczy liścik, w którym ktoś wypominał mu wpadkę w debiucie.

„Wielka nadzieja białych” pada z hukiem

Wielotygodniowe namowy przyjaciela w połączeniu z coraz trudniejszą sytuacją materialną sprawiły, że Bentt w końcu wrócił na ring. Trafił na sparingi między innymi do Evandera Holyfielda, gdzie pokazał się z dobrej strony. Pewność siebie powoli zaczęła wracać. Michael zanotował serię dziesięciu zwycięstw, ale tylko dwóch z jego rywali miało dodatni bilans. Był na absolutnym marginesie odradzającej się w latach dziewięćdziesiątych wagi ciężkiej. W teorii nie miał prawa zaistnieć w tej układance, ale po raz kolejny pomógł przypadek.

Tommy Morrison miał wszystko to, czego brakowało Michaelowi. Media i kibice postrzegali go jako kolejną „wielką nadzieję białych”. Sylvester Stallone dał mu dużą rolę w piątej części Rocky’ego, robiąc z niego niemal z dnia na dzień wielką gwiazdę. W 1991 roku Tommy został jednak nieoczekiwanie ciężko znokautowany przez… Raya Mercera – tak, tego samego Mercera, który kilka lat wcześniej zaszedł za skórę Benttowi.

„The Duke” pozbierał się jednak bardzo szybko. W ringu prezentował efektowny styl – po prostu wychodził się bić. Miewał braki kondycyjnie i nie mógł się może pochwalić szczęką z granitu, ale jak trafiał lewym sierpowym, to często nie było czego zbierać. W bokserskim środowisku zrehabilitował się w czerwcu 1993 roku – tego dnia George Foreman (72-3) na jego tle wyglądał na starszego pana, którego Morrison po prostu wypunktował.

Przy okazji zdobył też pas mistrza świata federacji WBO, która wtedy nie cieszył się wielkim uznaniem, ale dziś jest postrzegany jako jeden z wiodących tytułów. Tommy miał na wyciągnięcie ręki wielką walkę z Lennoksem Lewisem. Na kontrakcie widniała astronomiczna kwota ośmiu milionów dolarów, ale pojawił się pomysł na stoczenie jeszcze jednego, mniej wymagającego pojedynku. I tu do gry wkroczył Michael Bentt – znów z pomocą znajomych.

Jego kandydaturę zgłosił promotorom Morrisona dziennikarz Michael Katz. Początkowo nie było zainteresowania, ale zmieniło się to podobno za sprawą samego mistrza, który kojarzył amatorskie osiągnięcia Bentta, ale nie widział w nim wielkiego zagrożenia. „Ten człowiek nie byłby w stanie wygrać ze mną nawet gdyby bił kijem bejsbolowym” – szydził w gronie znajomych. Po raz kolejny potwierdziło się jednak, że w boksie nie ma czegoś takiego jak „bezpieczna” walka.

Tommy od pierwszej minuty w swoim stylu agresywnie ruszył na pretendenta i zdążył go nawet zranić, ale po chwili sytuacja się odwróciła. W szalonej wymianie to Bentt trafił prawą ręką i po chwili Morrison był już liczony. Nie zdołał dojść do siebie i sensacja stała się faktem. Historia zatoczyła koło – pięściarz, który w debiucie został znokautowany w pierwszej rundzie tym razem w bardzo podobnych okolicznościach zdobył mistrzowski tytuł.

„Przez dwa miesiące żyłem i oddychałem Morrisonem. Obejrzałem wszystkie jego walki, miałem w głowie kilka planów. Znałem jego mocne strony, ale wiedziałem też, że ma słabości. Byłem przygotowany absolutnie na wszystko. Wieczorem 29 października 1993 roku  czułem się jak wygłodniały lew. Mógłbym zawalczyć tego dnia z każdym – nawet z najlepszą wersją Mike’a Tysona. Jestem przekonany, że w tamtej konkretnej chwili pokonałbym każdego” – opisywał swoje nastawienie Bentt.

Cztery dni śpiączki

Po nieoczekiwanym zwycięstwie pojawiły się ciekawe perspektywy. Pięściarz znów wybrał drogę pieniędzy i przyjął ofertę promotorów Herbiego Hide’a (25-0). Od największego zwycięstwa Michaela Bentta nie minęło wtedy nawet pół roku, a on znów przestał się liczyć w poważnym boksie. Nie miał to jednak większego znaczenia – Amerykanin powinien się cieszyć, że w ogóle wrócił do USA żywy. Hide udzielił mu brutalnej lekcji, która zakończyła się ciężkim nokautem.

Obrońca tytułu w siódmej rundzie poleciał na deski twarzą do przodu. W jego mózgu pojawiło się krwawienie, ale lekarze po długiej walce zdołali go uratować. Po czterech dniach śpiączki pięściarz w końcu odzyskał przytomność. Usłyszał diagnozę, którą wielu na jego miejscu by się załamało. Lekarze powiedzieli jasno: nie było mowy o kolejnych walkach. Istniało poważne zagrożenie, że kolejnych mocnych ciosów w głowę pięściarz już nie przeżyje. Bentt słuchał tego wszystkiego uśmiechając się od ucha do ucha – tego feralnego dnia odzyskał wolność.

Boks nie stał się jednak do końca zamkniętym rozdziałem. Michael skończył studia i zaczął realizować się zawodowo pisząc o dyscyplinie, której poświęcił blisko dwie dekady życia. Okazało się, że ma talent do nieoczywistych puent, a do tego wciąż potrafi znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Dla Berta Sugara napisał głośny tekst „Anatomia Nokautu”, w którym z dużym z dystansem opisywał swoją pokręconą karierę.

Jeszcze dziwniejsze było wejście Bentta do świata filmu. Michaela Manna spotkał podobno… czekając na skrzyżowaniu na zielone światło. Znany reżyser akurat zabierał się za film o Muhammadzie Alim. Z miejsca dostrzegł fizyczne podobieństwo Bentta do Sonny’ego Listona i przechodząc od słowa do słowa zaproponował mu rolę. Były mistrz świata został drugim aktorem zaangażowanym do tego projektu – pierwszym był Will Smith, odtwórca roli tytułowej.

Panowie szybko złapali dobry kontakt. Skończyło się tym, że Bentt nie tylko dostał małą rolę, ale odpowiadał także za fizyczne przygotowanie Smitha i podczas zdjęć po prostu uczył go boksu. W kolejnych latach wystąpił jeszcze w trzech innych filmach Manna. Współpracował także z Clintem Eastwoodem, który nie mógł się nachwalić jego pracowitości. Były pięściarz w końcu wynajął nauczyciela aktorstwa i postanowił zająć się kulturą na pełen etat.  W 2011 roku zadebiutował nawet… na Broadwayu. Wyreżyserował ciepło przyjętą sztukę „Kid Shamrock”, która przybliżała losy Bobby’ego Cassidy’ego – twardego pięściarza, który najważniejsze zwycięstwo odniósł w walce z uzależnieniem od alkoholu.

Dziś Bentt jest rozdarty między Los Angeles a Atlantą i zdecydowanie nie narzeka na nudę. Ostatnio jego losy przypomniał Netflix w dokumentalnej serii „Przegrani”. Były pięściarz przed kamerą bezlitośnie rozlicza się ze swoją karierą. Nie szczypiąc się w język opowiada też o krzywdach doznanych ze strony ojca. Z boksem na swój sposób się pogodził, ale ma już inną pasję. „Gdy jestem na planie filmowym, to nie ma innego miejsca, w którym chciałbym się znaleźć. To jest mój żywioł” – przyznaje 54-letni dziś Michael Bentt.

KACPER BARTOSIAK

Fot. YouTube