I jak tu nie wierzyć, że piłkarze grają przeciwko trenerowi?
Weszło

I jak tu nie wierzyć, że piłkarze grają przeciwko trenerowi?

Poniedziałkowa prasa to tradycyjnie głównie weekendowe podsumowania meczowe. Perełek nie znajdziemy, ale jest kilka ciekawszych felietonowych momentów. 

PRZEGLĄD SPORTOWY

Dopiero jako piąty piłkarz w historii Bundesligi Robert Lewandowski przekroczył granicę dwustu goli.

(…) Wspomniany Heynckes zajmuje trzecie miejsce w klasyfi kacji strzelców wszech czasów Bundesligi. Polak traci do niego już tylko dziewiętnaście goli, więc w przyszłym sezonie zapewne wskoczy na podium w tym zestawieniu. Do drugiego Klausa Fischera Polak traci 67 bramek. Jeśli Lewandowski zostanie w Bayernie do końca kariery, to i drugie miejsce jest jak najbardziej osiągalne. Za to legendarny Gerd Müller, który strzelił w Bundeslidze 365 goli, jest poza zasięgiem Lewandowskiego. Bo nasz napastnik musiałby w pięciu najbliższych sezonach strzelać po 30 goli. A przecież Bayern proponuje mu nową umowę obowiązującą jedynie cztery sezony, do końca rozgrywek 2022/23. 

ps1

Luis Rocha to na razie kompletne nieporozumienie w Legii Warszawa.

Aleksandar Vuković zapewniał, że Portugalczycy, których sprowadził Ricardo Sa Pinto, są mu bardzo potrzebni i nie muszą się niczego obawiać. Nowy trener Legii chce być sprawiedliwy, jednak wygląda na to, że rodacy byłego szkoleniowca powinni się obawiać, że nie będzie dla nich miejsca w podstawowej jedenastce. Ale nie ze względu na narodowość, a jakość gry. W Zabrzu bardzo słabo prezentował się przede wszystkim Luis Rocha, którego stroną gospodarze bez problemu przeprowadzali kolejne ataki, w akcji bramkowej na 1:0 zupełnie nie przeszkadzał w dośrodkowaniu Walerianowi Gwilii. Niewiele daje z przodu, popełnia sporo błędów z tyłu. Problem z lewą obroną w Legii na pewno nie został zimą rozwiązany, przedłużenie umowy z Adamem Hlouškiem wydaje się dziś koniecznością.

ps2

Filip Mladenović z Lechii Gdańsk nie chce mówić wprost, że on i koledzy zamierzają być mistrzami.

Celujecie w tym sezonie w dublet?

Dlaczego nie? Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja i powalczymy. My nie wybiegamy w przyszłość dalej niż do następnego meczu, kroczymy od zwycięstwa do zwycięstwa, wyniki budują pewność. Jeśli za kilka tygodni dalej będziemy mieć na to szansę, to na pewno postaramy się zagrać o najwyższe cele. Do każdego spotkania staramy się być odpowiednio przygotowani i zmotywowani – trudno nam strzelić gola, a z przodu mamy skutecznych piłkarzy. Naszą siłą jest konsekwencja i doświadczenie. Lech ma kreatywnych zawodników: Jevticia w środku, dobrych skrzydłowych i skutecznego napastnika, a przeciwko nam sobie nie pograli. Kluczem do wygranej była drużyna bez słabych punktów.

ps3

W Miedzi Legnica jeszcze raz pokazano, jak wielkim zaufaniem cieszy się trener Dominik Nowak.

Jesteśmy razem, jedziemy na jednym wózku, wszyscy cieszymy się z sukcesów, ale też wszyscy odpowiadamy za porażki. I najważniejsze: same umiejętności mogą nie wystarczyć, trzeba dołożyć potęgę własnej woli, przekroczyć granice, uwierzyć, że da się wykrzesać z siebie jeszcze więcej. Taka budująca filozofia obowiązuje w Miedzi Legnica, trochę w kontrze do tego, co się dzieje w kilku innych ligowych klubach. Propaguje ją trener Dominik Nowak, ale nie miałoby to żadnego znaczenia, gdyby obiema rękami nie podpisywał się pod nią pracodawca. Tydzień temu po porażce na własnym boisku z Zagłębiem Sosnowiec (0:2) atmosfera w klubie była grobowa. Powiedzmy sobie szczerze – nikt by się nie zdziwił, gdyby Nowaka wtedy zwolniono, tym bardziej że odszedłby po cichutku, bo medialne światła były skierowane na Adama Nawałkę i Ricardo Sa Pinto. W Legnicy doszło do mocnych dyskusji, ale nie po to, by kogoś zwalniać, ale żeby znaleźć skuteczny pomysł na wyjście ze ślepego zaułka. Żadnego straszenia wywaleniem z pracy i stawiania ultimatum. Właściciel Andrzej Dadełło wiedział, że jest alarmująco źle, ale nie uległ pokusie czarno-białego postrzegania rzeczywistości wyrażającej się w zasadzie: wygrywamy my – przegrywacie wy. Trener Nowak zapewnił, iż panuje nad sytuacją, że przecież gra drużyny nawet z Zagłębiem nie była beznadziejna, tylko jakaś taka niefartowna. Dadełło, w przeciwieństwie do paru innych kolegów właścicieli w ekstraklasie uznał, że nerwowe decyzje stałyby się próbą gaszenia pożaru benzyną. Ich efekt byłby niepewny, a w tym wypadku oznaczałyby utratę kontroli nad drużyną w najważniejszym etapie rozgrywek. 

ps4

Przemysław Rudzki o pieniądzach dla pośredników w Premier League.

Właśnie ogłoszono kwoty, jakie kluby Premier League płacą agentom piłkarskim. Czymże jest tygodniówka Rio Ferdinanda i jego następców w porównaniu z 44 milionami funtów zapłaconymi agentom przez sam Liverpool tylko. Łącznie cała elitarna stawka w Anglii wydała na prowizje 260 milionów funtów. To dość logiczne. Rosną kwoty transferowe i zarobki zawodników, więc nawet jeśli te prowizje w ogóle by się nie zmieniły, kasa agentów również szłaby w górę. Gary Neville powiedział kiedyś: „Wielu piłkarzy myśli, że potrzebuje agentów, ale nie w tym rzecz. Potrzebują raczej dobrej porady prawnej i księgowego, a nie ludzi, którzy zabierają im setki tysięcy”. To oczywiście spore uproszczenie, bo nie każdy prawnik czy księgowy dobrze porusza się w materiach czysto piłkarskich, a dobry agent, w futbolu, filmie czy muzyce, zapewni swojemu klientowi spokój i wcale nie będzie chciał go oskubać. To zresztą dość naiwne, typowe w stylu wielu piłkarzy, myśleć, że ktoś coś dla ciebie zrobi za darmo tylko dlatego, że jesteś zawodnikiem. Nikt chyba nie podpisuje w cywilizowanym świecie piłkarskim kontraktów z lufą przy skroni. Inna sprawa, że wielu marnych agentów (większość taka jest) to marzyciele o skoku na kasę. Nie znają się na piłce, nie znają piłkarzy, jeden taki w Polsce nie wiedział, kim jest Marcin Burkhardt, topowy wówczas gracz nad Wisłą, ale gdy już się dowiedział od samego zawodnika, natychmiast wyjął wizytówkę i przedstawił jako agent futbolowy. Na Zachodzie wcale nie jest lepiej.

Jerzy Dudek sam nie wierzy, że piłkarze w Ekstraklasie nie grają nieraz na zmianę trenera.

W Polsce decydujemy się na brutalne rozwiązania, jakim są zwolnienia trenerów, jednak sami wpędzamy się w błędne koło. Doprowadzamy do sytuacji, w której coś takiego jak szansa dla trenera na wyjście z kryzysu nie istnieje. A przecież szkoleniowca powinno oceniać się nie tylko po trofeach, ale też (a może przede wszystkim) po tym, jak radzi sobie z najgorszymi momentami. U nas bardzo często powtarza się jeden schemat. Do klubu przychodzi nowy szkoleniowiec. Na początku jest dobrze, są wyniki, ale potem pojawia się kryzys. Zawodnicy kłócą się z trenerem. Drużyna osiąga słabe wyniki. Prezes łamie się, zwalnia szkoleniowca, przychodzi nowy człowiek, mobilizuje ekipę na nowo, a ta nagle odpala, tak jak w przypadku Lecha czy Legii, które kilka dni po zwolnieniu Adama Nawałki i Ricardo Sa Pinto zagrały bodaj najlepsze mecze w sezonie. Nagle zawodnikom obu klubów chciało się biegać, walczyć, starać się. W kilka dni nogi dostały nowe siły. Jak w takiej sytuacji nie wierzyć w regularnie powtarzany frazes, że piłkarze są w stanie wymuszać zwolnienie trenera?

ps5

Piotr Wołosik w swoim dziale Piłką pod Wołos przypomina Piotrowi Stokowcowi pewne wydarzenie.

Piotr Stokowiec, trener Lechii Gdańsk wygłosił piękną tyradę, solidaryzując się ze zwolnionym przed meczem kolegą po fachu z Arki Gdynia. Opowiadał o braku szacunku ze strony pracodawców, o dziadowskim traktowaniu ich profesji… No niby ładnie, ale nie do końca. Pan Piotr pewnie zapomniał, więc by odświeżyć pamięć przypomnę, że bez słowa protestu, najcichszego mruknięcia pracował w Polonii Warszawa w szalonym stylu zarządzanej przez Józefa Wojciechowskiego. Pan Józef, na oczach Piotra Stokowca, kolejnych trenerów traktował na równi ze spłuczką klozetową. Zwalniał różnie. W przerwie meczu, chwilę po nim, w środku tygodnia, telefonicznie lub ogłaszając w mediach, z których trener dowiadywał się, że powiększył grono bezrobotnych. Z poszanowaniem innych zawodów, także ze strony trenerów, różnie bywa. Kilka lat temu zaprosiłem do Białegostoku mojego kompana z Warszawy – Łukasza Olkowicza na wywiad z trenerem Jagiellonii. Łuko niezawodnie przybył. Solidnie przyszykowany do wywiadu, robiąc kilkugodzinny „risercz”. Dwie godziny rozmowy z trenerem, naprawdę interesującej i barwnej, następnie godziny spisywania długiej pogawędki, szlifowanie tekstu, w końcu wysłanie do autoryzacji. Po trzech dniach szkoleniowiec odesłał… Już chciałem napisać „wywiad”, ale niestety nie mogę… Rozmówca wyciął właściwie wszystko, zostawiając kilka banalnych zdań i łaskawie podpisy autorów. Z szacunku do czytelników wstyd było publikować tego potworka. Godziny roboty poszły się czesać. Jak wspomniałem, pamięć jest zawodna, także moja, więc nie bardzo pamiętam, który to trener tak potraktował czyjąś robotę… O właśnie sobie przypomniałem! To był Piotr Stokowiec.

ps7

SPORT

Wydanie „Sportu” jest dość obszerne, ale mamy w zasadzie tylko pomeczówki. Znajdziemy też krótki felieton Jacka Błasiaka, który apeluje, żeby nie bronić tak tych trenerów.

(…)  Jeżeli Piotr Stokowiec ma nadzieję, że jego praca w Gdańsku będzie niezagrożona do emerytury, to niech tylko spróbuje nie zdobyć z Lechią mistrzostwa Polski! Bardzo szybko gdańscy działacze poszukają kogoś następnego, kto zdetronizuje Legię, tym bardziej, że Lechia ma na to potencjał – osobowy, finansowy i jaki tam jeszcze potrzeba… Gdyby trenerzy byli przyspawani do ławek, to ciągle jeszcze musielibyśmy podziwiać wybryki niejakiego Ricardo Sa Pinto. I nie chodzi nawet jedynie o to, że sprowadził Legię do roli ligowego przeciętniaka – bo to rywali warszawian może tylko cieszyć – ale o jego prostactwo, które we własnej opinii portugalskiego nieudacznika uchodzi pewnie za charyzmę. Idźmy jednak dalej. Po pozbyciu się Sa Pinto Legia – było nie było mistrzyni Polski – pyknęła 3:0 Jagiellonię – było nie było wicemistrzynię kraju. Po zwolnieniu Adama Nawałki Lech 3:0 prowadził z Pogonią i choć trochę się potem zagapił, wygrał i z przytupem wrócił do górnej ósemki. Ze zwolnionym Zbigniewem Smółką jeszcze na ławce Arka zatrzymała zwycięski przemarsz liderującej Lechii, a Kibu Vicunie podziękowano dopiero po trzeciej porażce z rzędu i zadomowieniu się płockiej Wisły na miejscu spadkowym, ale za to sam trener w dużym stopniu opanował nasz trudny język, co zaprocentuje mu w przyszłości.

sport1

SUPER EXPRESS

W „SE” też same standardy.

se1

GAZETA WYBORCZA

Rafał Stec jest znudzony piłkarskimi cieszynkami.

Chcesz pojąć skalę profesjonalizmu Ronaldo, Lewandowskiego czy Piątka, to popatrz, co robią po strzeleniu gola. I spróbuj nie zdechnąć z nudów. Gdybym miał wymazać jedną regułę z piłki nożnej, bez milisekundy zawahania zniósłbym zakaz zrywania z siebie koszulki po zdobytej bramce. Karanie zatracania się w radości uważam za absurdalnie wbrew duchowi sportu, za zabijanie istoty chwili – przez cały mecz trwasz w skupionej świadomości każdego wykonywanego ruchu, żeby wygrać, a teraz następuje erupcja spontaniczności, niech ciało wiwatuje, jak chce, niech ekstatycznie podrzuca kapelusz i podskakuje na łokciach, zezwoliłbym nawet na atawistyczne wgryzanie się w poprzeczkę. Doprawdy, sędzia musi się czuć jak kretyn, gdy wlepia żółtą kartkę delikwentowi, który nikogo nie skrzywdził ani nie zakłócił gry, ba, przecież zdarza się, że arbiter upomina recydywistę, więc musi wyjąć również kartkę czerwoną! Horrendum. Demontaż kulminacji spektaklu, w którym obowiązuje podział na grających aktorów oraz niegrających widzów, i dopiero tutaj mamy totalne zjednoczenie – wszyscy solidarnie dostają szmergla, bo wreszcie udało się załadować piłkę do siatki.

Dopominam się o podstawowe prawa człowieka, czyli wolność ekspresji rozumianą szeroko, aż po swobodę manifestowania elementów animalnych, ale zarazem nie mam złudzeń. To nie są czasy wielkich improwizacji. Rezygnują z nich sami piłkarze, którzy zajmują się donioślejszymi zadaniami do wykonania.

gw1

Michał Szadkowski o wyczynie Roberta Lewandowskiego.

Od jakiegoś czasu zaczął się kolejny etap, w którym Polak mocniej zapewnia, że nie chce się z Monachium ruszać, niż wcześniej domagał się odejścia. – Jestem wstanie sobie wyobrazić [że Bayern będzie moim ostatnim europejskim klubem], bo to świetne miasto, wielki klub, który od następnego sezonu będzie rozwijał się jeszcze bardziej – mówił niedawno Lewandowski „Przeglądowi Sportowemu”. Kluczowe jest drugie zdanie, latem Bayern ma wydać na transfery 200 mln euro, wiadomo, że sprowadzi obrońców Lucasa Hernándeza z Atlético Madryt (80 mln) i Benjamina Pavarda (35 mln euro) z VfB Stuttgart oraz prawdopodobnie Timo Wernera z RB Lipsk. Wszystko po to, by nawiązać rywalizację z klubami hiszpańskimi i angielskimi w Lidze Mistrzów (w tym sezonie Bayern odpadł w 1/8 finału po porażce z Liverpoolem 1:3).

Pewnie także dlatego Lewandowski zaczął niedawno rozmowy o przedłużeniu kończącego się w 2021 r. kontraktu. Władze klubu chcą, by umowa trwała do 2023 r., gdy Polak będzie miał 35 lat. Nawet zakładając, że nie utrzyma skuteczności tak długo, spokojnie można uznać, że za dwa sezony wyprzedzi Klausa Fischera i zostanie drugim najskuteczniejszym piłkarzem w historii Bundesligi (patrz ramka). Prowadzącego Gerda Müllera raczej już nie doścignie. I to nawet gdyby utrzymywał średnią 0,71 gola na mecz. W zasięgu jest natomiast inne osiągnięcie niemieckiego snajpera: Müller siedmiokrotnie był królem strzelców Bundesligi, Lewandowski zmierza po czwarty tytuł (ma dziś cztery bramki przewagi nad drugim Lukiem Joviciem z Eintracht Frankfurt).

gw2

Fot. FotoPyk