post Avatar

Opublikowane 07.04.2019 13:39 przez

Rafal Bienkowski

Zgadujemy, że kiedy słyszycie „Ferrari”, wyobrażacie sobie lśniący czerwony bolid, Michaela Schumachera, kultowy model F40 lub po prostu wierzgającego czarnego konia. Historia tej marki to jednak nie tylko sport. To także ciekawe okoliczności narodzin firmy, ekscentryczny założyciel, budowa imperium w czasach komunistyczno-faszystowskich, konflikt z Kościołem czy tajemnicze negocjacje biznesowe. Ponieważ początek sezonu Formuły 1 w wykonaniu kierowców Ferrari jest lekko paździerzowy jak na tamtejsze standardy, zapraszamy więc na sentymentalną podróż do Maranello. Oto pięć niesportowych historii, które warto poznać.  

***

Historia o czarnym rumaku

Najlepiej chyba zacząć od logo, bo już z nim związana jest bardzo ciekawa opowieść. Bo nie było tak, że Enzo Ferrari któregoś dnia podczas wciągania ulubionego makaronu uznał po prostu, że to wierzgający koń będzie symbolem jego marki. Kulisy były tutaj zupełnie inne.

Być może nie każdy wie, ale jeden z najbardziej charakterystycznych znaków towarowych naszych czasów wcale nie został wymyślony przez Ferrari. Jako pierwszy posługiwał się nim Francesco Baracca, legendarny włoski pilot z czasów pierwszej wojny światowej. Gość siał postrach w szeregach wroga, bo jak wyliczyli historycy, zestrzelił aż 34 maszyny. Jego znakiem rozpoznawczym był właśnie czarny rumak stojący na dwóch nogach, który był zresztą herbem rodzinnym. Nic więc dziwnego, że wojak kazał go wymalować na swoim samolocie. Latający z koniem Baracca strzelał do nieprzyjaciela jak do kaczek, ale w końcu i jego dopadły kule. Stało się to w czerwca 1918 r., niedaleko Bergamo. Jak mówi legenda, kiedy odnaleziono wrak samolotu z ciałem pilota, okazało się, że Baracca trzymał w ręku pistolet, a w jego głowie tkwiła kula. Miał popełnić samobójstwo tuż przed katastrofą, prawdopodobne chcąc uniknąć śmierci w płomieniach lub dostania się do ewentualnej niewoli.

Enzo Ferrari miał wtedy dwadzieścia lat i oczywiście nie znał osobiście słynnego pilota. Dopiero w latach 20., przy okazji jednego z wyścigów, zupełnie przypadkiem poznał jego rodziców. To właśnie podczas tamtego spotkania został zachęcony przez matkę zmarłego żołnierza, aby wykorzystał na swoim aucie motyw wierzgającego konia. Miał to być hołd oddany pilotowi oraz znak na szczęście. Takim właśnie sposobem rumak został później symbolem zespołu Scuderia, który nasz bohater założył w 1929 r. będąc jeszcze szefem ekipy wyścigowej Alfy Romeo.

Po odejściu z tej firmy założył przedsiębiorstwo Ferrari i od 1947 r. produkował auta już pod tym szyldem. Charakterystyczny koń został więc z marką i był symbolem powołanej do życia stajni wyścigowej Scuderia Ferrari. Co ciekawe, ze słowem „Scuderia” też wiąże się pewna historyjka. Otóż gdyby nasz Enzo w pierwszych latach swojej działalności był tak uparty, jak później, Sebastian Vettel jeździłby dziś w teamie Scuderia Mutina. Ferrari, który przez całe życie był niezwykle przywiązany do Modeny z której pochodził, chciał wykorzystać łacińską nazwę miejscowości. Do nazwy „Scuderia Ferrari” przekonał go jednak niejaki Enzo Levi, znajomy prawnik.

Historia o szalonym Enzo

Skoro jesteśmy przy ojcu założycielu Enzo Ferrari, teraz chwila dla niego. Jego charakter dość ciekawie scharakteryzował po latach Piero, jeden z dwóch synów, który dziś jako wiceprezes posiada 10 proc. udziałów w firmie: – Znacie kostkę Rubika? Każdy element kostki ma swój kolor. Każda ściana różni się barwą od pozostałych. Więc taki właśnie był Enzo Ferrari, mój ojciec. Był postacią o wielu twarzach. W głębi duszy tata była aktorem. Uwielbiał odgrywać kilka ról w komedii, komedii zwanej życiem.

Enzo F

Ferrari był nietypowym człowiekiem chociażby z tego względu, że stworzył markę znaną na całym świecie, chociaż niemalże nie wychylał nosa ze swojej rodzinnej Modeny. Region Emilia-Romania był dla niego całym światem, z którego nienawidził się ruszać. Może trudno w to uwierzyć, ale nigdy nawet raz nie był w Stanach Zjednoczonych, chociaż jego samochody odniosły tam sukces. Chociaż w tym przypadku nie chodziło wyłącznie o daleką podróż. Facet, który całe życie spędził otoczony silnikami i nowymi technologiami, za nic nie chciał po prostu wejść do samolotu.

Był tak zakorzeniony w Modenie, że nawet Rzym omijał szerokim łukiem. Jak można dowiedzieć się z książki „Enzo Ferrari. Wizjoner z Maranello”, nasz bohater odwiedził stolicę Włoch w 1935 r. i nie wrócił tam aż do swojej śmierci w 1988 r.! W jego słowniku nie było nawet słowa „wakacje”. Rodzinny urlop państwa Ferrari wyglądał tak, że rodzina jechała nad morze, a głowa familii odwiedzała ich tylko na kilka godzin w ciągu dnia, po czym wracała, aby doglądać interesu.

Szefem też był niejednoznacznym. Miał znakomity konstruktorski zmysł, ale potrafił też w tym wszystkim pamiętać o swoich szeregowych pracownikach, którym pomagał rozwiązywać nawet prywatne problemy finansowe. Z drugiej jednak strony nie miał żadnych oporów, aby wyrzucić z pracy za jednym zamachem ośmiu najlepszych konstruktorów, którzy odważyli się podpisać list krytykujący jego politykę zarządzania firmą. Momentami równie ciężko miała z nim zresztą i rodzina. Enzo Ferrari był niezwykle wyczulony na zarzuty o nepotyzm, dlatego kiedy zatrudnił swojego syna Piero, w fabryce traktował go niemalże jak powietrze i celowo płacił mu mniej niż pozostałym członkom załogi.

Brzmi niewiarygodnie, ale w wywiadach, których udzielał, lub w książkach które wydał, często lubił podkreślać, że nigdy nie wydał nawet jednego lira na reklamę. Wyznawał zasadę, że jego jedynym i skutecznym nośnikiem reklamowym są wyścigi, w których startowała jego stajnia. Według często powtarzanej anegdoty, Włoch otrzymał kiedyś list od Henry’ego Forda II. Amerykanin, który podziwiał Ferrari i miał nawet chrapkę, aby je kupić (o tym później) zapytał w korespondencji, jak to jest, że on pompuje grube miliony w spoty telewizyjne, a i tak branżowe nagrody częściej od niego dostaje Ferrari.

Może i Ferrari bywał momentami dziwakiem, ale udało mu się stworzyć markę będącą symbolem Włoch. Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że w pewnym momencie był jedną z najważniejszych osób w państwie. Do tego stopnia, że to nie on gościł u największych osobistości, ale to u niego odbywały się „audiencje”. Ferrari przyjmował w Maranello m.in. prezydenta Włoch, a nawet Jana Pawła II. Papież Polak zajrzał do firmy przy okazji wizyty w regionie Emilia-Romania, ponieważ tor Ferrari Pista di Fiorano był idealnym miejscem na spotkane z liczną grupą wiernych.

Podczas pobytu Ojca Świętego miała miejsce zabawna scena. Papież pierwotnie miał poruszać się tam jak zwykle swoim papamobile, ale w pewnym momencie sam zapytał, czy przypadkiem nie mógłby przejechać się tego dnia Ferrari. Z prośbą pobiegł osobisty sekretarz Wojtyły Stanisław Dziwisz i za chwilę JP II miał już podstawione czerwone cacko.

Historia o grubych dealach

Historia marki Ferrari nie zawsze była pasmem sukcesów. Były momenty, kiedy nawet sam ojciec założyciel czuł, że bez fuzji z innym dużym graczem rozwój firmy będzie ograniczony. Kasy na ekspansję brakowało chociażby w latach 60. Jak wiadomo, w 1969 r. właścicielem Ferrari został koncern Fiata. Rodzina Agnellich – dla których była to perła w koronie – trzymała rączki na firmie z Maranello aż do 2016 r. Enzo Ferrari zgodził się na taki biznes pod dwoma warunkami: po pierwsze, szefostwo turyńskiego koncertu miało nie zwolnić nawet jednego pracownika fabryki, a po drugie, on sam miał mieć pełną kontrolę nad działem sportowym, a więc Scuderią Ferrari.

Romans Ferrari z Fiatem do dziś uznawany jest za jedną z najważniejszych umów zawartych na rynku motoryzacyjnym, ale niewiele brakowało, a do tamtego biznesu w ogóle by nie doszło. Kilka lat wcześniej firmę spod Modeny miał bowiem przejąć Ford, ale biznes wysypał się dosłownie na ostatniej prostej. Dlaczego? Czujny Enzo poczuł po prostu, że ktoś chce go wychujać. I chociaż negocjacje z koncernem z Detroit trwały dziewięć miesięcy, to nic się z tego nie urodziło.

A wydawało się, że transakcja zostanie doprowadzona do końca, ponieważ układ był jasny: Ford, który za 16 mln dolarów objąłby połowę udziałów Ferrari, miał zająć się produkcją seryjną, a szefostwo z Maranello miało bez niczyjej ingerencji dalej prowadzić dział wyścigów. Początkowo wszystko szło jak po maśle, negocjacje posuwały się do przodu, ponieważ obie strony respektowały ustalenia. Rozmawiano już nawet o budowie premierowego modelu „Ferrari-Ford”. Mało tego, dyskutowano o emblematach, jakie miały zostać wykorzystane na samochodach.

Wszystko szło dobrze aż do dnia podpisania umowy, kiedy to w cudowny sposób pojawił się zapis, który ograniczał jednak kontrolę Ferrari nad Scuderią. Chociaż wcześniej ustalono, że budżet na wyścigi będzie elastyczny i w miarę potrzeby będzie można sięgać do sakiewki, to jednak na papierze pojawił się punkt o określonej kwocie na sport. Mówiąc inaczej, w przypadku problemów, Włosi musieliby prosić Amerykanów o dodatkową kasę. Kierownictwo Forda, widząc trudną sytuację finansową Ferrari, liczyło najwyraźniej, że po tak długich negocjacjach Enzo pójdzie jednak na ustępstwa i zaakceptuje ten jeden punkt. Ale dla twórcy Ferrari to było nie do zaakceptowania, dlatego natychmiast zerwał negocjacje. Kiedy zorientował się, że umowa jest lipna, powiedział ponoć swojemu prawnikowi, że strasznie zgłodniał i chciałby iść coś przekąsić. Wstał od stołu, czym wprowadził w osłupienie stronę amerykańską.

Fiasko negocjacji tak rozwścieczyło Henry’ego Forda II, że ten postawił sobie później za punkt honoru zbudowanie takiego wypasionego samochodu, który dokopałby Ferrari podczas prestiżowego 24-godzinnego wyścigu Le Mans. I walka na torze rozkręciła się na całego.

Historia o kolizji z Kościołem

Stajnia Ferrari przez całą swoją historię zdobyła piętnaście tytułów mistrza świata Formuły 1. Ale co ciekawe, tylko dwa wywalczył kierowca z Włoch – w sezonach 1952 i 1953 był to Alberto Ascari. Włoskich zwycięstw być może byłoby więcej, ale właściciel Ferrari przez lata hołdował jednej zasadzie – żadnych rodaków w bolidzie.

Wynikało to z tragicznej historii firmy. Trzeba mieć świadomość, że Formuła 1 w latach 50. i 60. delikatnie mówiąc nie była najbezpieczniejszą dyscypliną sportu na świecie. Samochody były mocno zawodne, kierowcy byli raczej słabo chronieni, a kibice wypatrywali nadjeżdżających bohaterów często wyłażąc na trasę wyścigu. Dlatego dramatycznych wypadków niestety nie brakowało i swoje ofiary miało też Ferrari. W latach 50. zginęli wspomniany Ascari, Eugenio Castellotti i Luigi Musso, a w kolejnej dekadzie Lorenzo Bandini. Każda z tych śmierci wstrząsnęła założycielem Ferrari, który w końcu przestał zatrudniać kierowców ze swojego kraju.

Wynikało to z dwóch powodów. Po pierwsze, prezes, chociaż bardzo często traktował swoich kierowców z dystansem (żeby nie powiedzieć przedmiotowo), z Włochami zawsze był znacznie bliżej. Zapraszał ich do domu na kolacje, potrafił nawiązywać z nimi przyjaźnie. Krajanie zawsze mogli liczyć u niego na specjalne względy, dlatego późniejsze tragedie tak go bolały. Drugim powodem rezygnacji z Włochów była też nagonka w kraju, która zawsze towarzyszyła tym zdarzeniom. Kiedy w czerwonym bolidzie Ferrari ginął obcokrajowiec, owszem, była to głośna tragedia, ale ludzie jednak szybciej o tym zapominali. Kiedy jednak życie tracił Włoch, następował zmasowany atak na Maranello.

35418271_1971763479501350_8263326522689978368_o

Najbardziej atakowali przedstawiciele Kościoła i środowisk katolickich, którzy generalnie krytykowali idee sportów motorowych. Zarzucano Ferrari, że dla własnej pasji ryzykuje życie kierowców i przykłada rękę do rzezi. Szczególnie ciężki okres dla firmy miał miejsce w 1957 r., kiedy doszło do masakry podczas wyścigu Mille Miglia. Życie straciła wtedy załoga Ferrari w składzie Alfonso de Portago-Edmund Nelson oraz dziewięcioro widzów (w tym pięcioro dzieci). Firma była krytykowana, a katoliccy hierarchowie publikowali w prasie opasłe artykuły uderzające w przedsiębiorstwo.

Enzo Ferrari, chociaż był agnostykiem, bardzo przeżywał ataki ze strony Kościoła. Wielokrotne występował też z prośbą o spotkania z duchownymi, aby wytłumaczyć im, że wyścigi to nie tylko rywalizacja, ale też droga do nowych technologii, które są przecież przygotowywane z myślą o ludziach. Z przedstawicielami Kościoła w końcu jednak udało mu się ułożyć, czego dowodem była wizyta papieża Jana Pawła II w Maranello pod koniec lat 80.

Historia o politycznym dryblingu

Tak znacząca marka jak Ferrari prędzej czy później musiała znaleźć się na kursie kolizyjnym z wielką polityką. Tym bardziej, że w latach 40. i 50. z jednej strony napierał komunizm, a z drugiej faszyzm. I trzeba przyznać, że Enzo Ferrari potrafił bardzo umiejętnie lawirować między obiema stronami, aby nie ucierpiały na tym jego interesy.

Gdyby szukać jednego słowa, które określałoby szefa Ferrari w kontekście polityki, byłby to prawdopodobnie „pragmatyzm”. Chociaż Włoch zapewniał, że nie ma konkretnych przekonań politycznych, to jednak bardzo dbał o to, aby nie mieć wrogów wśród polityków. Przykład? W połowie ubiegłego wieku jego Modena była czerwonym miastem, dlatego nie robił problemów, kiedy Włoska Partia Komunistyczna szukała w największych zakładach w regionie etatu dla swojego sekretarza. Kiedy w innych firmach kręcono nosem, on zgodził się przyjąć partyjniaka.

Do dziś krążą też legendy o związkach Ferrari z faszystami. Wzięło się to stąd, że założyciel firmy znał się osobiście z Benito Mussolinim już od lat 20., kiedy to poznał go będąc jeszcze kierowcą Alfy Romeo. Duce interesował się motoryzacją i obu panom zdarzyło się wybrać nawet na wspólną przejażdżkę. W latach 30. Ferrari zapisał się z kolei do Narodowej Partii Faszystowskiej. Jak tłumaczył się później na kartach swojej autobiografii, zrobił to dlatego, że partyjna legitymacja ułatwiała mu wyjazdy na zagraniczne wyścigi. Być może rzeczywiście kierował się przede wszystkim własnym interesem, bo później wielokrotnie krytycznie wypowiadał się też o sojuszu Mussoliniego z Hitlerem.

Tak czy inaczej, dla jednych twórca Ferrari do dziś pozostaje czerwony, a dla drugich czarny. On sam lubił żartować, że może i kochał czerwony, ale tylko dlatego, że to kolor Ferrari.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. ferrari.com

Opublikowane 07.04.2019 13:39 przez

Rafal Bienkowski

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 0
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
Powiadom o
Weszło
02.06.2020

Chyba ostatni wywiad z Piotrem Rockim. Takim go zapamiętamy

Wciąż nie do końca dowierzamy w to, co się stało – przed północą zmarł Piotr Rocki, facet, który w naszym mniemaniu był nie do zdarcia. I nie do podrobienia, bo mówimy o jednym z barwniejszych ligowców ostatnich czasów. Postaramy się uczcić jego pamięć, ale na razie chcielibyśmy przypomnieć wywiad, który dwa miesiące temu przeprowadził z […]
02.06.2020
Weszło
02.06.2020

Ostatnia runda Mateusza Wieteski w Legii? Anglicy poważnie zainteresowani

We wtorkowej prasie echa pierwszej kolejki Ekstraklasy po odmrożeniu piłki, Mateusz Wieteska na celowniku Middlesbrough, Maciej Bartoszek wzniecający ogień w Koronie, rozmowy z Flavio Paixao i ministrem sportu.  PRZEGLĄD SPORTOWY Pierwsza ligowa kolejka w nowej rzeczywistości już za nami. Czy PKO BP Ekstraklasa zdała egzamin? – Zespoły nie musiały kombinować z rozdzielaniem piłkarzy po szatniach. […]
02.06.2020
Bukmacherka
02.06.2020

Chrobry wraca do gry, czy podtrzyma dobrą passę?

Kiedy na restarcie rozgrywek czeka nas mecz drużyn, które ligowe granie 2020 roku rozpoczęły z przytupem, nie możemy przejść obok niego obojętnie. Stomil Olsztyn i Chrobry Głogów wciąż nie mają pewnego utrzymania. W dodatku sąsiadują ze sobą w ligowej tabeli, więc wygrana w tym starciu jest szczególnie cenna. Dlatego też podpowiadamy, jak typować mecz olsztynian […]
02.06.2020
Weszło
02.06.2020

Nie żyje Piotr Rocki

Przykra informacja napłynęła do nas przed chwilą. Piotr Rocki nie żyje. Zmarł w nocy z poniedziałku na wtorek. Miał zaledwie 46 lat… Jeszcze niedawno z humorem opowiadał o swojej karierze w wywiadzie na Weszło. Jeszcze niedawno wspominaliśmy niebanalne cieszynki „Rocky’ego” w rankingu najbarwniejszych postaci polskiej piłki. Waleczność, zadziorność – tego nigdy nie można było mu […]
02.06.2020
Bukmacherka
02.06.2020

Kto utrzyma się w pierwszej lidze? Bełchatów walczy z Sandecją

Jedni walczą o awans, a inni o życie. GKS Bełchatów po dużych zmianach zmierzy się z Sandecją Nowy Sącz. Obydwie drużyny są „nad kreską”, jednak obydwie mają się czego obawiać. Mniejszą przewagę nad strefą spadkową mają gospodarze, ale jeśli nowosądeczanie będą zaliczać wpadki, także im zacznie się palić grunt pod nogami. Dlatego to ciekawe spotkanie […]
02.06.2020
Bukmacherka
01.06.2020

Pucharowicze walczą o awans, czyli Miedź kontra Stal

Wtorek to wielki dzień dla wszystkich fanów pierwszej ligi. Zaplecze Ekstraklasy wraca do gry po długiej przerwie i od razu – śladem Bundesligi czy właśnie Ekstraklasy – z miejsca serwuje nam hit. Bo jak inaczej nazwać starcie ćwierćfinalistów Totolotek Pucharu Polski? No właśnie, dlatego sprawdzamy, jakie zdarzenia warto obstawić w Totolotku w hicie pierwszej ligi! […]
01.06.2020
Inne sporty
01.06.2020

Orlen Stay&Play. Ponad dwa tygodnie pełne e-sportowych emocji

Podczas majowego turnieju Orlen Stay&Play mieliśmy okazję zobaczyć znanych i lubianych sportowców w kompletnie nowym dla nich środowisku. Czego się dowiedzieliśmy? Przede wszystkim, esport nie gryzie i może zapewnić znakomitą zabawę. I to zarówno graczom (w tym przypadku choćby Anicie Włodarczyk oraz Andrzejowi Wronie), jak i osobom śledzącym ich rozgrywkę. Jeśli przegapiliście wydarzenia z ostatnich […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

IV-ligowy absurd na Mazowszu. Zielony stolik nikomu nie służy

Ta historia z mazowieckiej IV ligi jest nieprawdopodobnie zagmatwana. Śledząc ją momentami można poczuć się, jak w filmie Stanisława Barei – absurd goni absurd, paradoks goni paradoks, niezrozumienie goni niezrozumienie. Ostatnimi miesiącami żyliśmy problemami rozstrzygnięć w niższych ligach i one już wydawały nam się kuriozalne, ale przynajmniej z czasem zaczynały się rozwiązywać. I kiedy już […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

Nie zaprogramujemy meczu. Piłkarze nie będą robotami

– Algorytmy SI pozwalają na stworzenie takich modeli, które prosto z pliku video zbierają dane. To przyspieszenie pracy, ale i zakresu danych. Dziś w większości dane, które otrzymujemy, to „on ball tracking”. Wiemy co się dzieje z zawodnikiem, który ma piłkę. Natomiast jest o wiele mniej informacji o pozostałych. Sztuczna inteligencja może tu dokonać rewolucji, […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

Arka skrzywdzona w derbach, błąd Marciniaka przy karnym

Tęskniliśmy za powrotem ligi, za tymi wszystkimi emocjami, też i za poczuciem, że oglądamy coś „naszego”. Nie tęskniliśmy jednak za sędziowskimi wtopami. Już podczas oglądania pierwszych kolejek Bundesligi po wznowieniu przeszła nam przez głowę myślę „cholera, przecież u nas też się będą mylić”. No i się pomylili. Na pierwszy ogień poszli – Szymon Marciniak w […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

Komu lockdown zrobił dobrze, a komu niekoniecznie?

Wiadomym było, że zawieszenie ekstraklasy na ponad dwa miesiące odbije się na formie poszczególnych piłkarzy. Jedni zjeżdżali do bazy będąc w sztosie. Inni – w poszukiwaniu zaginionej formy jak Indiana Jones arki. No i faktycznie – kilku kozaków z lutego i marca zamiast dać koncert zafundowało nam w weekend kakofonię. A z kolei paru grajków […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

27. kolejka – festiwal goli z czapy

Przed powrotem Ekstraklasy zastanawialiśmy się – jak to będzie? Jeszcze gorzej niż zwykle? Jeszcze więcej paździerzy niż dotychczas? I tak jak wnioski są raczej pozytywne, tak mamy nieodparte wrażenie, że nigdy wcześniej nie padło tyle goli z dupy, co teraz. Albo ładniejszymi słowy – prawdopodobnie nigdy wcześniej nie padło tyle bramek, przy których asystę może […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

Spodziewaliśmy się ogórka, a przyjechał napakowany kabanos

Kiedy polskie kluby ściągają piłkarzy z tak egzotycznych kierunków jak druga liga w Brazylii, zawsze mamy wątpliwości. A bo może znajomy menadżer polecił, a może ktoś sprawdzał skrzynkę SPAM i trafił na fajną kompilacją, dzięki której wydawało mu się, że odkrył nieoszlifowany diament. I właściwie nie da się wykluczyć, że w przypadku Conrado z Lechii […]
01.06.2020
Bukmacherka
01.06.2020

RB Lipsk – wyjazdowa rewelacja Bundesligi

Lubicie poniedziałki? My tak, zwłaszcza kiedy możemy je świętować takimi meczami, jak starcie, które czeka nas dziś w Bundeslidze. FC Koeln podejmuje RB Lipsk, który próbuje dotrzymać kroku walczącej o utrzymanie Borussii Dortmund. Dlatego też zerkamy za Odrę i podpowiadamy wam, co warto postawić w BETFAN. 1. FC Koeln – RB Lipsk Ostatnie mecze bezpośrednie: […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

Brak Białka szkodziłby Zagłębiu

Czy w trakcie przymusowej przerwy spowodowanej pandemią koronawirusa ligowi trenerzy zorientowali się, że mają w klubie jakoś talenciaka, którego warto czym prędzej pokazać światu? Cóż, wygląda na to, że nie. Co prawda jeden debiut młodego chłopaka mieliśmy. Po raz pierwszy w barwach Pogoni Szczecin zagrał 17-letni  Hubert Turski. Ale wydaje się, że to bardziej efekt […]
01.06.2020
Bukmacherka
01.06.2020

Złoty weekend z Weszło Bukmacherka – DZIEWIĘĆ trafionych typów!

Jeśli graliście w weekend z Weszło, wielce prawdopodobne, że dziś do pracy wchodziliście jak Wilk z Wallstreet. Powrót Ekstraklasy uczciliśmy naprawdę grubo – DZIEWIĘCIOMA trafionymi typami. Dlatego też nie mamy wątpliwości, że pochwalić się naszym sukcesem. Sprawdźcie, jak nam szło i korzystajcie z naszych kolejnych porad! Lech Poznań – Legia Warszawa Hit Ekstraklasy? Jak najbardziej. […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

Stolarczyk: „W 2018 roku Świąt właściwie nie miałem”

W trakcie swojej kariery z niejednego pieca jadł chleb, który jak się okazało, potrafi nawet sam wypiekać. Zagrał 8 razy w reprezentacji Polski, trzykrotnie sięgał po mistrzostwo kraju, a jako trener był świadkiem największej futbolowej akcji ratunkowej ostatnich lat. Dlaczego Bogusław Baniak prosił piłkarzy, aby chowali w przerwie bidony w szatni? Co powiedział Grzegorz Lato […]
01.06.2020
Weszło
01.06.2020

Płyną Wisły, płyną. I popłynęły

Celem jest ósemka – powiedział każdy ekstraklasowy trener. Ale chyba nie o taką ósemkę chodziło Radosławowi Sobolewskiemu i Arturowi Skowronkowi, z jaką mieliśmy do czynienia w miniony weekend. Ekstraklasowe Wisły przyjęły bowiem osiem sztuk – po cztery na głowę. A z kolei ósemkę w tabeli, o czym przekonują wyliczenia Pawła Mogielnickiego, mogą już sobie chyba wybić […]
01.06.2020